I burn down my house and build it up again.
I burn it down twice just for the fun of it.
So much money, I don't know what to do with it.
Alexander Walton jest jedynym synem Richarda Waltona, założyciela Walton Capital – imperium finansowego, które od trzech pokoleń kupuje nie tylko budynki i firmy, ale przede wszystkim wpływy. Waltonowie nie są celebrytami – są ludźmi, którzy finansują celebrytów, polityków i właścicieli mediów. Absolwent Harvardu i Oxfordu, filantrop, członek zarządów fundacji, ulubieniec mediów biznesowych. Nie pije za dużo, nie zdradza narzeczonej publicznie, nie wdaje się w bójki i nigdy nie pojawia się na okładkach brukowców. Ideał. Alex uśmiecha się niemal bez przerwy. Zna imiona kierowców, ochroniarzy i kelnerów. Pamięta urodziny sekretarek. Nigdy nie przejdzie obojętnie obok człowieka, który potrzebuje pomocy. Potrafi zatrzymać się na ulicy, żeby pomóc starszej kobiecie z zakupami. Potem wraca do biura i podpisuje dokument, przez który pięćset osób traci pracę. Nigdy nie miesza jednego z drugim i może właśnie to jest w nim najbardziej przerażające. Na jego garniturze nie znajdziesz ani jednej zmarszczki. Na sumieniu prawdopodobnie też nie. Ludzie lubią Alexa. Bardzo. Do momentu, aż staną mu na drodze.
Kocha Eve od dwudziestu czterech lat, od chwili, kiedy jako sześciolatek zobaczył dziewczynkę w granatowej sukience, która zamiast bawić się z innymi dziećmi siedziała pod fortepianem i czytała książkę. Nigdy nie zakochał się ponownie, nigdy nawet nie próbował. Ludzie błędnie zakładają, że Alex związał się z Eve przez nazwiska, majątek i układ między rodzinami. Prawda jest jednak znacznie bardziej niepokojąca. Gdyby Sinclairowie jutro stracili wszystko... Alex następnego dnia kupiłby cały ich majątek tylko po to, żeby rodzina Eve nigdy nie musiała wyprowadzać się z domu.
Alex wie o Adrianie od dawna. W zasadzie od samego początku. Wie więcej, niż Eve mogłaby sobie wyobrazić. Wie, który hotel wybierają najczęściej. Który stolik rezerwują w Paryżu. Jakie wino Adrian zamawia do kolacji. Wie, że Eve nigdy nie używa perfum, kiedy się z nim spotyka. Wie nawet, o której godzinie zwykle wraca do domu po każdej z tych kolacji służbowych. Alex nie lubi, kiedy dotyka się jego własności: samochodów, zegarków, firm, a już szczególnie Evelyn Sinclair. Oczywiście nigdy nie powiedziałby tego na głos. Alex jest przecież człowiekiem nowoczesnym, dobrze wychowanym i głęboko przekonanym, że kobiety nie są przedmiotami. Z wyjątkiem tej jednej, którą od dzieciństwa traktuje jak najcenniejszą część rodzinnego majątku. Adrian może ją całować, może szeptać jej do ucha i przez kilka godzin udawać, że zdobył coś, czego Alex nie potrafił zatrzymać. Ale kiedy noc się kończy, Eve zawsze wraca do apartamentu opłacanego przez Waltonów, wkłada szmaragd na palec i pojawia się u boku narzeczonego przed fotografami. Alex pozwala Adrianowi pożyczać sobie tę iluzję. Na razie, bo Saint Alex nie jest zazdrosnym chłopcem, który rzuca pięściami w hotelowym lobby. Jest inwestorem. A każdy inwestor wie, że chwilowe straty nie mają znaczenia, dopóki nadal kontroluje się większościowy pakiet.
Nie chce zmusić Eve, żeby przestała widywać Adriana, to byłoby zbyt proste. Chce, żeby sama spojrzała na swojego kochanka i zobaczyła człowieka pozbawionego telewizji, wpływów, reputacji i wszystkiego, co dotąd czyniło go dla niej interesującym. Alex nie zamierza odebrać jej Adriana, on zamierza sprawić, że przestanie go chcieć. A kiedy Whitmore zostanie już tylko przestraszonym mężczyzną w źle skrojonym garniturze, Alex stanie obok Eve, poda jej kieliszek szampana i zapyta z najłagodniejszym uśmiechem:
Nadal uważasz, że był tego wart?
W świecie Waltonów miłość nie oznacza wolności. Oznacza cierpliwe usuwanie wszystkich pozostałych możliwości. Eve może zdradzać go w hotelach, okłamywać przy śniadaniu i pozwalać innemu mężczyźnie wierzyć, że zna ją lepiej. Alex zniesie to wszystko, poza jednym: myślą, że mogłaby naprawdę odejść. Bo Saint Alex może wyglądać jak idealny dżentelmen, ale pod uprzejmością, dobrymi manierami i garniturem szytym na miarę kryje się bardzo prosta prawda: on nie chce, żeby Eve była szczęśliwa. Chce, żeby była jego. A miłość? Cóż, kochani. Na Upper East Side nawet klatki są wysadzane diamentami.
[Dobry wieczór! ^^
OdpowiedzUsuńNie włączę po raz trzeci Off Campsu. Nie ma absolutnie mowy, a urocza buźka Belamonta mnie do tego nie przekona! A tak już całkiem na poważnie to przyszłam się przywitać i pochwalić kartę. :) Trzeba przyznać, że określenie Saint Alex naprawdę dobrze do niego pasuje. Raczej nie chciałabym znaleźć się w jego butach i radzić sobie z narzeczoną, która ma innego i jeszcze tak świetnie maskować uczucia. Można tylko podziwiać jego cierpliwość, która jest też swoją drogą z lekka przerażająca. ^^
Bawcie się dobrze, niegrzecznie i będę wypatrywać postów naszej kochanej (i wtrącającej się) Plotkary z nowinkami o Waszej parce. ^^]
Gabriel Cavallaro
Cześć, hej! Eve niby taka Evil, ale to chyba Saint Alex niepokoi mnie bardziej, tak myślę. Na koniec dnia oboje są chyba jednak siebie warci. 👀 Bardzo jestem ciekawa jak dynamika między nimi wypadnie Wam w wątku, więc będę tu pewnie jeszcze zaglądać żeby poczytać. Tymczasem życzę Ci weny, weny i jeszcze raz weny! Bawcie się dobrze, tylko nie zetrzyjcie Nowego Jorku na pył . ^^
OdpowiedzUsuńCLAIRE BELLFORT jeszcze z roboczych
Dla Evelyn gala rozpoczęła się na długo przed pojawieniem się pierwszego gościa. Zaczęła się kilka miesięcy wcześniej, od spotkań z zarządem fundacji, list sponsorów, rozmów z kuratorami i wieczorów spędzonych nad planami sal. Od wykreślonych nazwisk, przesuwanych terminów i telefonów wykonywanych o godzinach, o których ludzie jej pokroju zwykle nie zajmowali się już niczym poza wyborem wina do kolacji.
OdpowiedzUsuńKażdego roku gala Sinclair Foundation była jednym z najważniejszych wydarzeń nowojorskiego sezonu. Dla prasy stanowiła okazję do sfotografowania najlepiej ubranych ludzi na Manhattanie. Dla gości możliwość przypomnienia światu o własnej hojności. Dla kolekcjonerów, marszandów i polityków była miejscem, w którym przypadkowe spotkanie przy kieliszku szampana mogło zakończyć się wielomilionową transakcją lub nominacją do rady nadzorczej jakiejś wielkiej spółki.
Dla Sinclairów była czymś innym. Dowodem, że ich nazwisko wciąż coś znaczyło w Nowym Jorku, ale i poza nim. Nie tylko na tablicy nad wejściem do muzeum.
Evelyn przeszła przez główną salę, zatrzymując się co kilka kroków. Nie mogła pozwolić sobie na pośpiech. Gospodyni wieczoru nie przemieszczała się z punktu do punktu. Powinna sprawiać wrażenie, jakby miała dla każdego dokładnie tyle czasu, ile ten potrzebował.
— Evelyn, muszę ci pogratulować — odezwał się Theodore Wells, członek rady muzeum, chwytając ją lekko za dłoń. — Tegoroczna ekspozycja jest znakomita.
— Cała zasługa zespołu kuratorskiego — odpowiedziała. — Zwłaszcza Helen. Przez pół roku próbowała przekonać fundację Moreau, żeby wypożyczyła nam Degasa.
— A jednak tobie się udało.
— Helen wykonała pracę. Ja jedynie zadzwoniłam do właściwej osoby.
Wells uśmiechnął się, jakby właśnie potwierdziła coś, o czym oboje wiedzieli od początku. Sinclairowie zawsze znali właściwą osobę. To była jedna z rzeczy, których Evelyn nauczono dużo wcześniej niż tabliczki mnożenia. W ich świecie nie wystarczało wiedzieć, czego się chce. Należało jeszcze wiedzieć, kto może to dać, czego oczekuje w zamian i jak poprosić, by prośba zabrzmiała wystarczająco zachęcająco.
— Jak czuje się Margaret? — zapytała.
Twarz Wellsa natychmiast złagodniała.
— Znacznie lepiej. Wróciła już do domu.
— Cieszę się. Proszę jej powiedzieć, że o niej myślałam.
— Na pewno to zrobię.
Evelyn ścisnęła jego dłoń odrobinę mocniej, zanim ruszyła dalej. Pamiętała o operacji Margaret Wells nie dlatego, że jej asystentka umieściła tę informację w notatkach przygotowanych na wieczór. Pamiętała, ponieważ dwa lata wcześniej Margaret spędziła z nią prawie godzinę w jednej z bocznych sal, gdy Eve po raz pierwszy prowadziła galę bez matki. Wtedy też miała na sobie jasną suknię, tyle że ręce drżały jej tak mocno, że nie potrafiła utrzymać kieliszka. Wtedy nikt poza Margaret tego nie zauważył.
Evelyn przesunęła wzrok ku wysokim oknom zachodniego skrzydła. W szkle odbijało się ciepłe światło żyrandoli, sylwetki gości i smukłe kompozycje z białych orchidei. Kwiaty wybrała jej matka wiele lat wcześniej. Od tamtej pory stały się niepisaną częścią tradycji.
— Pani Sinclair.
UsuńMłody mężczyzna w źle dopasowanym smokingu zatrzymał się przed nią z taką gwałtownością, jakby ktoś pchnął go w plecy. Rozpoznała go po chwili: Daniel Ross, jeden ze stypendystów fundacji. Rzeźbiarz, dwadzieścia trzy lata, pochodził z Buffalo i był pierwszą osobą w swojej rodzinie, która ukończyła studia.
— Daniel — powiedziała, zanim zdążył się przedstawić. — Cieszę się, że pan przyszedł.
Zaskoczenie na jego twarzy było niemal dziecięce.
— Pamięta mnie pani?
— Oczywiście. Widziałam pańską instalację w maju.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Szczególnie ostatnią część. Tę z odlewami dłoni.
Daniel zaczerwienił się aż po uszy.
— Chciałem pani podziękować. Za stypendium. Bez fundacji nie mógłbym…
Urwał, wyraźnie zawstydzony własnym wzruszeniem.
Evelyn uratowała go przed koniecznością kończenia zdania.
— Właśnie dlatego powstał ten program.
— Dla pani to może być tylko jeden z wielu projektów, ale dla mnie…
— Nie jest tylko jednym z wielu projektów. Chcę zobaczyć, co zrobi pan dalej — dodała.
Wokół nich przechodzili goście. Jedwabne suknie ocierały się o parkiet, kelnerzy wymieniali puste kieliszki na pełne, a z sąsiedniej sali dobiegały dźwięki kwartetu smyczkowego. Nikt poza nimi nie zwrócił uwagi na krótką rozmowę, ale właśnie takie chwile przypominały Evelyn, dlaczego od tygodni spała po cztery godziny.
— Nie zawiodę pani.
Eve uśmiechnęła się uprzejmie, a kiedy Daniel odszedł przez chwilę obserwowała, jak wraca do grupy innych młodych artystów zgromadzonych w pobliżu galerii. Wyglądali na nieco oszołomionych obecnością ludzi, których twarze znali z magazynów finansowych i stron poświęconych kulturze. To dla nich powinno być to miejsce, tak zawsze twierdził jej dziadek. Muzeum nie miało służyć tym, których było stać na kupowanie sztuki. Miało należeć do tych, którzy jej potrzebowali. Sinclairowie finansowali je od trzech pokoleń. Najpierw jej pradziadek, który traktował kolekcjonowanie obrazów jak kolejną formę inwestycji. Później dziadek, który jako pierwszy otworzył rodzinne zbiory dla publiczności. Wreszcie jej matka, która zmieniła muzeum z pomnika rodzinnego majątku w jedną z najważniejszych instytucji kulturalnych w mieście. Teraz odpowiedzialność spoczywała na Evelyn.
— Eve, wyglądasz przepięknie.
Odwróciła się do Caroline Astor-Hayes, która wyciągała ku niej obie dłonie.
— Caroline. Cieszę się, że dotarłaś.
— Nie mogłabym opuścić twojej gali.
Evelyn nie poprawiła jej, choć zawsze miała ochotę to robić. Gala nie należała do niej. Należała do fundacji, muzeum, pamięci o tych, którzy zbudowali to miejsce i do ludzi, którym miało służyć. Jednak, odkąd przejęła funkcję przewodniczącej rady, wszyscy zaczęli mówić o wydarzeniu tak, jakby było kolejnym przyjęciem wydanym przez Evelyn Sinclair. Rozmawiały jeszcze przez kilka minut. O aukcji, planowanym wyjeździe Caroline do Europy i remoncie skrzydła edukacyjnego. Evelyn znała ten rytm na pamięć. Należało prowadzić rozmowę lekko, ale nigdy powierzchownie. Zainteresować się, lecz nie wypytywać. Słuchać wystarczająco uważnie, by za kilka miesięcy pamiętać najważniejszy szczegół. Po pożegnaniu Caroline Evelyn skierowała się ku wejściu do sali aukcyjnej. Po drodze zatrzymał ją dyrektor jednego z londyńskich muzeów, potem redaktorka naczelna magazynu o sztuce, a następnie starsze małżeństwo, które od dwudziestu lat finansowało program konserwatorski. Każdemu podziękowała osobiście i każdego przedstawiła właściwej osobie.
UsuńDopiero kiedy upewniła się, że przewodniczący rady rozmawia z najważniejszym sponsorem wieczoru, pozwoliła kelnerowi podać sobie kieliszek szampana. Nie zdążyła go jednak unieść do ust.
— Evelyn.
Meredith Clarke pojawiła się u jej boku w szmaragdowej sukni i z wyrazem twarzy kobiety, która czekała cały wieczór, by podzielić się cudzym nieszczęściem albo własnym remontem.
— Meredith — przywitała ją Eve z uśmiechem.
— Wszystko wygląda bosko. Te orchidee są zachwycające.
— Dziękuję.
— Przypominają mi kompozycje, które zamówiłam do Palm Beach. Chociaż oczywiście tam potrzebowaliśmy czegoś mniej formalnego. Dom nad oceanem nie może wyglądać tak, jakby próbował być rezydencją przy Piątej Alei.
— Oczywiście, że nie.
Evelyn wypowiedziała to z powagą, na jaką zasługiwała sprawa. Meredith zaczęła swoją tyradę o remoncie w Palm Beach, a Eve zerknęła przelotnie w stronę sali. Po drugiej stronie pomieszczenia dostrzegła Alexa rozmawiającego z Maxem Andersonem. Stał z jedną dłonią wsuniętą do kieszeni spodni, spokojny i skupiony, choć Evelyn wiedziała, że Anderson prawdopodobnie po raz kolejny próbował przekonać go do spotkania.
— Zamówiliśmy paryski wapień — ciągnęła Meredith — a na ścianach wygląda jak owsianka. Nie elegancki owies. Zwykła, smutna owsianka.
Evelyn wróciła do niej wzrokiem.
— Tragiczne.
— Wiedziałam, że zrozumiesz.
Pani Clarke jeszcze przez chwilę mówiła o renowacji swojej rezydencji w Palm Beach, ale Eve przestała jej słuchać dokładnie w momencie, w którym dostrzegła Alexa. Stał kilka metrów dalej, z kieliszkiem szampana w dłoni i Maxem Andersonem u boku. Nawet z tej odległości widziała, że nie pił. Jedynie trzymał szkło przy ustach, pozwalając rozmówcy sądzić, że ma jego pełną uwagę. Eve znała ten gest. Alex robił tak zawsze, kiedy chciał zakończyć rozmowę, nie okazując przy tym zniecierpliwienia.
Odnalazł jej spojrzenie niemal natychmiast.
UsuńNie powinno jej to już zaskakiwać. Przez całe życie miała wrażenie, że Alex potrafił wyczuć jej obecność szybciej niż ktokolwiek inny. Nieważne, ile osób znajdowało się między nimi, jak głośna była muzyka ani jak bardzo zajęty wydawał się rozmową. Wystarczyło, że na niego spojrzała, a po chwili jego wzrok już spoczywał na niej.
Kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie. Dla innych był to prawdopodobnie wyraz uprzejmego zainteresowania. Eve wiedziała lepiej. Wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać Alexander Walton podczas gali Sinclairów. Smoking leżał na nim bez zarzutu, ciemne włosy miał zaczesane staranniej niż zwykle, a spinki w mankietach nosiły dyskretny herb Waltonów. Spokojny, opanowany, całkowicie na swoim miejscu. Mężczyzna, któremu należała się połowa sali, choć formalnie nie należał do niego ani jeden obraz. Eve czuła jednak ukłucie irytacji. Widziała go tego ranka przez kilka minut. Wyszedł z sypialni już ubrany, rozmawiając przez telefon, pocałował ją w czoło i powiedział, że zobaczą się wieczorem. Potem zniknął, zanim zdążyła zapytać, czy zje z nią śniadanie. Nie zjadł ani nie zadzwonił. Przysłał jedynie wiadomość, że spóźni się na galę. Pojawił się dwanaście minut przed rozpoczęciem oficjalnej części.
Eve zakończyła rozmowę z panią Clarke przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie spuszczała z Alexa wzroku. Max Anderson mówił jeszcze coś do niego, kiedy podeszła, ale Alex nie czekał, aż rozmowa dobiegnie końca. Odwrócił się ku niej całym ciałem, jakby reszta świata właśnie przestała mieć znaczenie. To było w nim niebezpieczne. Potrafił sprawić, że człowiek czuł się jedyną osobą w pomieszczeniu, nawet jeśli sekundę wcześniej sam zachowywał się tak, jakby nie miał dla niego czasu.
Jego dłoń znalazła się na jej talii natychmiast.
— Właśnie dowiedziałam się, że zły odcień marmuru może zniszczyć człowiekowi życie.
Alex uśmiechnął się, a Eve poczuła, jak jej irytacja łagodnieje w sposób, którego nie lubiła przyznawać nawet przed sobą. Tak działał na nią od zawsze. Wystarczało kilka słów, dotyk jego dłoni i spojrzenie, które zdawało się mówić, że zna ją lepiej niż cały świat zgromadzony w muzeum. I prawdopodobnie tak było, bo znali się od szóstego roku życia i byli od tego czasu nierozłączni.
Był obecny przy wszystkim, co miało znaczenie. Na szkolnych balach, podczas pierwszych pogrzebów i pierwszych prawdziwych porażek. W noc, kiedy jej ojciec trafił do szpitala. W dzień, gdy Eve dowiedziała się, że nie zdążyła się z nim pożegnać. Alex nie próbował wtedy jej pocieszać, po prostu usiadł obok niej na podłodze garderoby i pozwolił jej płakać, aż nie miała już więcej siły.
Kochała go właśnie za to. Kochała go, ponieważ znał wszystkie jej najgorsze wersje i nigdy nie próbował od nich uciekać.
— Spóźniłeś się — powiedziała. — Musiałam powiedzie kilku gościom, że ratujesz światową gospodarkę…
Alex przyglądał jej się przez chwilę. Jego kciuk przesunął się po materiale sukni tuż nad jej biodrem. Westchnął niemal bezgłośnie. Nie wyglądał na zirytowanego. On rzadko wyglądał na zirytowanego. Zamiast tego jego twarz stawała się spokojniejsza, a ruchy jeszcze bardziej oszczędne. Eve znała ten stan, był zmęczony. Prawdopodobnie nie jadł przez cały dzień. Prawdopodobnie miał za sobą kilka godzin rozmów, podczas których ludzie próbowali coś od niego uzyskać, udając, że robią mu przysługę.
Eve