Hello followers

Hello, followers!

Gossip Girl here.

Your one and only source for the truth behind the scandalous lives of New York's elite. Been a minute. Did you miss me? I know I've missed you.

And who am I? That's one secret I'll never tell.

xoxo, Gossip Girl
New York Seoul

Most followed, spotted, latest tea

Now Spotted

@ari.min

Naczelna imprezowiczka powróciła na Upper East Side... odmieniona? Czy to jakaś nowa moda? A, ile Ci zajmie powrót do starych nawyków? I chłopców?

@tay_blanchard

Alert: konfrontacja roku! Co ma zrobić dziewczyna, której dawna miłość wróciła zza grobu? A druga jest na wyciągnięcie ręki? It's okay to love them both, O. I do.

@dani.song004

D. była widziana przy barze w Itaewon. Sama? Ani trochę.

@welostsunoo

Ktoś zostawił czarną kopertę pod drzwiami czyjegoś domu... W środku? Tylko jedno zdjęcie.

xoxo

Latest Tea

Latest tea

Kiss on a lips party

Impreza, nasi mieszkańcy i szampan. Kto tym razem przekroczy granicę? Już wkrótce!

Zobacz wydarzenie →

New posts, lastest GG post

Latest GG Post

Gossip Girl latest post

Nowe powiadomienie

Czy naprawdę myśleliście, że zniknęłam bez słowa? Och, błagam. Gdy kilka znajomych twarzy nagle wyparowało z nowojorskiej sceny towarzyskiej, ktoś musiał sprawdzić, dokąd prowadzi ich ślad. A wiecie przecież, że moja ciekawość bywa większa niż kolekcja torebek pewnej dziedziczki z Upper East Side... Pamiętacie ją? Nawet jeśli, dzisiaj ledwo przypomina siebie.

Czytaj najnowszy wpis →

Winter's cold and summer's strange

DANIELE SONG

20 LAT — FROM NYC TO SEOUL — POWRÓT W RODZINNE STRONY — CÓRKA WPŁYWOWEGO, ZAMOŻNEGO POLITYKA SONG DA-YOUNA ORAZ EX PRIMABALERINY I WŁAŚCICIELKI PRYWATNEJ SZKOŁY BALETOWEJ, MITCHELLE LUTZ-SONG, ZWANĄ NOWOJORSKĄ KRÓLOWĄ LODU — BALETNICA — KOREA NATIONAL UNIVERSITY OF ARTS  INATAGRAM

O Nowym Jorku mówi cicho, jakby to było imię kogoś, za kim się tęskni. Za to o Seulu? 

Nie wróciła tu — bo przecież nigdy tak naprawdę tu nie mieszkała. A jednak… to miejsce znało ją lepiej niż Nowy Jork kiedykolwiek potrafił. To miasto pachnie inaczej. Pachnie ryżem, deszczem i zieloną herbatą na dnie czarki. Pachnie dzieciństwem, którego nigdy tak naprawdę nie przeżyła. Smakuje najlepszymi wspomnieniami. To niczym sen na jawie. 

Dorastała w świecie zbudowanym z perfekcji i zakazanych emocji, otulonym zapachem od Jacquesa. Z ciasnych baletowych kostiumów, zmęczonych dłoni i prób, które nigdy się nie kończyły, z doskonałości, która była obowiązkiem. Z ambitnych matek i milczących ojców. 

Ale doskonałość zawsze dobrze wygląda tylko z daleka. Lśni równo, odbija światło, sprawia, że ludzie przystają na chwilę i patrzą z zachwytem. Ale wystarczy podejść bliżej. Przysunąć się, zmrużyć oczy. I wtedy widać to, czego miało nie być — drobne rysy, pęknięcia, miejsca, które już nigdy nie będą takie jak wcześniej.

W Danielle także coś się rozpadło. Jak lustro, które zsuwa się z krawędzi umywalki i tłucze o kafelki. Na pozór całe, ale każdy oddech odbija się w nim inaczej. Każdy ruch ma nowe załamanie. Lustro, które skleja się w całość, zasłaniając się perfekcyjnymi uśmiechami, wpływami pchającymi ją dalej, rozmowami w pozornie bezpiecznych czterech ścianach.

Chce wierzyć, że poszła dalej. Że przestała odmierzać dni powiadomieniami. Że noc nie zaczyna się od szukania znajomych inicjałów wśród obcych zdjęć. Że wieczorna rutyna to teraz kąpiel, pielęgnacja, joga – a nie scrollowanie do momentu, aż wszystko zaboli trochę mniej. Ale prawda jest taka, że czasem nawet perfekcyjnie ułożona układanka potrafi mieć szereg paskudnych wad i tajemnic zamiatanych pod miękki dywan.

말해줘, 나 다시 치유될 수 있을까?



9 komentarzy:

  1. Znajomy rytm towarzyszył mu ostatnie kilka miesięcy. Niezmiennie, z możnaby rzec wyuczoną precyzją, choć istniała z czystego przypadku. Nie było wręcz możliwości, aby go opuszczała, kiedy każdy dzień układał się niemalże w ten sam sposób – jeśli nie od nocy, to z samego rana zamykał za sobą drzwi studia, a przy słabym, kolorowym świetle siadał do jednego z szykowanych kawałków. Jeśli nie do tego, to do tworzonych projektów, aby dopasować się do wizji klienta, który oczekiwał jej dosłania najbliższej pod koniec tygodnia (był gotów zrobić to z kilkudniowym wyprzedzeniem).
    Kiedyś siłą rzeczy musiał wyłamywać się ze schematu. Wychodził ze swojej bezpiecznej, acz tak zdradliwej przestrzeni wyciszonych ścian, aby stracić kilka godzin z nocy w dudniącym klubie i pochowanymi umiejętnie woreczkami strunowymi, które mógł podsuwać stałym klientom i niepokojąco chętnym studentom. I kiedyś bez zawahania się przyznałby, że to lubił – ciągły szum ludzi, zainteresowanie, jakie na siebie zwracał i zamieszanie, jakie pozostawiał przy podrzuconych substancjach i naturalnym opuszczeniu klubu, czy miejsca zdarzenia, nim ta niepożądana uwaga zdążyłaby na niego paść. Odnajdywał w tym element swobody i wolności, mimo podskórnego problemu, który co rusz o sobie przypominał w trakcie comiesięcznych, pospiesznych, a tak nieprzyjemnych spotkaniach z odpowiednimi osobami, by przekazać pieniądze i dostać kolejną, przytłaczającą część działki.
    Teraz powoli zapominał dokładne odczucie wagi poszczególnych używek w dłoniach. Zapewne gdyby musiał, miałby problem z umiejętnym rozdzieleniem tabletek po odpowiednie ilości do woreczków, podobnie z przesypaniem idealnej wagi prochu do jednego z nich. Bo już nie musiał. Bo dług został zdjęty z jego barków, chociaż dalej nie potrafił uwierzyć w to, że na to zasłużył.
    Mógł więc oddać się muzyce. Swojej pasji, na której tak mu kiedyś zależało; dalej zależało, mimo setki nieprzespanych nocy i pobazgranych kartek z tekstami, wręcz rozerwanymi przez zbyt mocny docisk ołówka nanoszącego poprawki. Bo i nawet te chwile były warte dumy, jaka zalewała jego ciało przy widzeniu swojego imienia przy kolejnym, wydanym albumie. Przy kolejnym, odbieranym telefonie od Hit Labu, pozwalającemu mu na pracę ze Stanów, mimo kilometrów i stref czasowych nieraz działających na ich niekorzyść.
    Tak jak teraz, kiedy o czwartej nad ranem tkwił na zdalnej konferencji z dyrektorem kreatywnym i samym piosenkarzem. Ze zmęczonym, a szczerze zadowolonym uśmiechem, kiedy dźwięki gotowego utworu wybrzmiewały w akompaniamencie wyszykowanego teledysku
    — …szum w Internecie jest już tak niesamowity, że premeria powinna być hitem — kolejna ciepła, acz krótkotrwała, radość zalewała jego ciało, na słowa głowy wytwórni i kiedy przelotnie ukazano ilość tworzonych artykułów i wiadomości fanów, podekscytowanych na wyjście albumu — Szczerze nie widzę możliwości, aby REMNANTS było czymkolwiek innym, niż hitem na naszym rynku.
    Na koreańskim rynku, który z jednej strony znał przecież tak dobrze, a z drugiej sprawiał wrażenie kompletnie obcego terenu. Tego, który utknął w nieopisanym przez niego limbo wspomnień, do których z własnej woli wracał; które były z nim na co dzień przez rozsypane po pokoju pamiątki, z zewnątrz wyglądające na przypadkowe, nieopisane bibeloty. I nie był to pierwszy raz, kiedy coś tworzył właśnie pod tę widownie – od tego przecież zaczął.
    A jednak od ostatniej kolaboracji z Hyerin; od nagrywek ugaszających jego pasję od samego środka, mimo włożonego zaangażowania i pasji, nie tknął go po raz kolejny. Przekonał wytwórnię na skupienie się na artystach ze Stanów; na rozwinięciu image’u Hit Labu po drugiej stronie świata, dzięki czemu mogliby zyskać większą popularność.
    Nie dał rady wygrać z kolejną, niewinnie wypowiedzianą propozycją, idealnie wstrzeliwującą się w jego gusta. Mimo nerwów; mimo niepewności co do podejmowanych decyzji, zwyczajnie nie potrafił już jej odrzucić. Nawet jeśli otworzyły większość ran na nowo i budziły złudne nadzieje, które już dawno powinny przestać istnieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A które sprowadzały jego palce na klawiaturę laptopa, z którego ekranu śmiał mu się stary, opustoszały mail, oprócz pojedynczych, jednozdaniowych wiadomości, które towarzyszyły przesłanym zdjęciom z prostymi tytułami.

      namsan 🏢
      pierwsza kolacja!!!!
      idk jakieś wspólne głupoty dla dani :|

      I w ich towarzystwie– ciągłej obecności, zerkającej sponad otworzonego pola na tekst, pisał. Bez celu. Bez konkretnego odbiorcy, a jedynie dla siebie samego, bo idiotycznie liczył na odczutą po tym ulgę, mimo kilkukrotnego zawieszenia palców nad klawiszami:

      { REMNANTS ma premierę za półtora tygodnia i nawet nie wiesz, jak mnie przeraża sama myśl, że znowu gdzieś tam ma widnieć moje imię…
      Mówią, że będzie super. Nawet widniejemy już w trendach na Twitterze!!! Nawet głośniej niż z ostatnim albumem, z jakim pomagałem w NY. Może to i dobrze? Ważne, żeby spodobało się ludziom. I wytwórni. I mi.
      Chociaż Twoja opinia zawsze była dla mnie najważniejsza|
      Chociaż Twoja opinia zawsze była dla mnie na|
      Chociaż Twoja opinia zawsze|
      Chociaż wiadomo, że to sprzedaż głównie jest brana pod uwagę… mam nadzieję, że nie zaśpię na pierwszy music show, bo trochę wtopa po tylu miesiącach pracy :/// Znowu nie jadłem z trzy dni, nie bądź zła, nadrobię to teraz, obiecuję. Przynajmniej spróbuję.
      i mam nadzieję, że album ci się spodoba, chociaż trochę.

      Gi. }

      Mimo niemocy po uderzeniu świadomości, że nie powinien tego robić, a i tak jedyne, na co było go stać, to zostawić mail w roboczych, bo nie potrafił wykasować zapisanych, choć tak banalnych słów.

      Namgi

      Usuń
  2. Kontemplował usunięcie maila niemalże od razu. Zapisana, pod żadnym kątem nieprzemyślana wiadomość patrzyła się prosto na niego – gdyby mogła, z pogardą. Poszczególne słowa uświadamiały, jak żałosny był to pomysł i zachowanie, nad którym nawet nie zdołał zapanować. Rozsądek starał się przebić i uświadomić mu, że nawet jeśli mail pozostawał nieaktywny ostatnimi czasy, tak dalej był dostępny dla ich obu, a zostawiona wiadomość mogła wyrządzić jedynie krzywd.
    Ale jej nie usunął. Nie mógł. Nie potrafił, bo mieszanka ulgi i wzmocnionego ścisku w żołądku zbyt intensywnie wygłuszała myśli. Bo palce zbyt mocno drżały nad touchpadem i nie pozwalały na zaznaczenie niewysłanego maila, aby ostatecznie się go pozbyć. Bo jedynie, co był w stanie zrobić, to zamknąć laptopa i odsunąć go na bok biurka i wrócić do pracy, której jak na złość miał mniej, niż zwykle.
    Starał się więc zatracić w najprostszych dla siebie czynnościach, jak edytowanie przyszykowanych kiedyś utworów, gotowych do prezentacji, czy zwykłego zaproponowania ich jednemu z klientów, jeśli odpowiadałyby szukanemu brzmieniu. Coś, co może i nie wymagało od niego wiele, a jednak skutecznie zajmowało mu myśli; pozwalało skupić się niemalże w całości na czymś innym, niż obudzona w środku burza emocji i wir przemyśleń, których w ogóle nie powinien był do siebie dopuszczać.
    Starał się. Trzy miesiące naprawdę próbował odepchnąć niepotrzebne powroty do wspomnień i zatracenie się w tęsknocie, jaka nie ustępowała nawet na kilka minut w ciągu dnia, jeśli nie był czymś zajęty. I dawał radę. Przynajmniej z zewnątrz. Nie mówił o Danielle. Nie nawiązywał, nawet w ten podprogowy sposób. Nawet Hit Lab nie poruszał tematu – może wiedzieli, może zwyczajnie nie było takiej potrzeby, skoro dawał z siebie wszystko, aby zapewnić ich w tym, że nie znalazł się tam ze względu na kontakty (czy raczej zbyt dobre serce dziewczyny). Nie miał więc nawet powodów, aby do tego wracać. Więc tego nie robił, nie publicznie.
    Bo późnymi wieczorami nie potrafił odwrócić wzroku od pamiątki z Namsan, czy jednej z szuflad, w której dalej tkwiło przeklęte pudełko. Nie potrafił zdjąć bransoletki, chociaż zapewne powinien, mimo dbania o nią lepiej, niż o samego siebie, bo codzienne noszenie i tak odbijało się na jej stanie. Pozwalała mu jednak zachować cząstkę przeszłości tuż przy sobie. Nawet pod samą postacią samotnego istnienia na jego nadgarstku, aniżeli w towarzystwie tej drugiej. Tej, którą oddał Dani. Tej, która równie dobrze mogła teraz znajdować się w przypadkowym śmietniku, lecz w jego głowie wisiała zbyt luźno na nadgarstku dziewczyny lub leżała skryta przed niechcianymi spojrzeniami, lecz dalej w bezpiecznej przestrzeni przytulnego pokoju.
    Potrafił godzinami snuć przeróżne scenariusze, gdyby nie możliwość przelewania emocji na papier. Teksty piosenek, które dla kogoś z zewnątrz były kolejnym, muzycznym wytworem, za którym nie musiało nic stać, a w rzeczywistości były pośrednim uzewnętrznieniem się tekściarza. Melodie, które kojarzyły mu się z poszczególnymi wspomnieniami, a teraz mogły przybierać bardziej fizyczną formę, mimo rozmazanych szczegółów w jego pamięci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starał się robić dokładnie to, kiedy doszlifowywał jeden ze starszych utworów, mimo że w teorii ten tego nie potrzebował. Doszukiwał się błędów tam, gdzie ich nie było, byleby zająć czymś swoją głowę. I działało. Zafiksował się na tempie; na płynności melodii, aby w żadnym z momentów nie wydawała się zbyt nienaturalna i wymuszona. Przez ulotny moment miał wrażenie, jakby wpadł w idealny rytm, który nie dopuściłby do siebie żadnego, wadzącego bodźca.
      Dopóki wibracja telefonu mimowolnie nie ściągnęła spojrzenia na podświetlony ekran. Dopóki nie pokusił się na to, aby sięgnąć po urządzenie i po przeczytaniu nowego SMS’a odruchowo nie przejść do maili. Dopóki w twarz nie śmiało mu się wymowna dwójka przy wersjach roboczych, chociaż był przekonany, że przed jego wiadomością nie znajdowało się tam nic więcej.
      Dopóki rozedrganie palców i intensywny skręt żołądka nie pozwoliły mu na sprawdzenie tego, co się tam znajdowało, bo za bardzo się obawiał.

      Gi

      Usuń
  3. Nie zebrał się na otwarcie pozostawionej wiadomości.
    Zamiast tego męczył się dalej z utworem, z którym tak naprawdę nie musiał. Doszukiwał się w nim setek błędów, które sam co rusz dokładał, bo drżącymi palcami co chwilę wpisywał nie te dane, a tempo utworu rozbiegało się ze słyszanymi, dogranymi wcześniej słowami. Liczył, że pozwoli mu to uporządkować te, które zalewały jego myśli, równie mocno w nich motając.
    Był przekonany, że Dani zapomniała o koncie czy też jakimś fartem straciła do niego dostęp. Ślepo wierzył, że było to miejsce, w którym mógł wylewać z siebie wszystko, bez obaw, że myśli ujrzą światło dzienne, a on da radę w nieszkodliwy sposób zaspokoić potrzebę kontaktu z Danielle. Że będzie mógł sobie jedynie głupio wmawiać, że akurat to przeczytała. Że też chce rozmawiać.
    Że też tęskni.
    A kiedy wszystko stało się zbyt realne, spanikował. Znowu uciekł, choć dostawał to, czego chciał. Nawet jeśli w niedosłownej formie, niepewnie balansującej na granicy dopuszczalności, przypominającej o sobie pod postacią ich ostatniego spotkania, podczas którego nie potrafił zrobić nic innego oprócz zgodzenia się na rezygnację; na zostawienie Dani w spokoju, chociaż jego serce kuło go w piersi mocniej niż jeszcze wtedy ściskający opatrunek.
    I o wiele bardziej preferował dyskomfort, jaki wywoływały bandaże, niż to żałośnie pęknięte serce - z jego własnej winy.

    Dopiero tydzień później, przy ponownie źle wciśniętym klawiszu, utracie tempa i uderzeniu końcówką jointa o wargę, pogodził się z tym, że ucieczka wcale nie dawała mu ukojenia, którego desperacko szukał w swojej rutynie. Wstępnie może i tak; fałszywe poczucie godności i tego, że przecież robił dobrze, nie otwierając maila. Tak jak ustalili.
    Zawisł kursorem nad wersjami roboczymi, wypuszczając rozedrgany oddech, kiedy jego oczom ukazały się dwie nowe wiadomości, zamiast tej jednej, śmiejącej mu się w twarz samotnej nocy w studiu. Wtedy było półtora tygodnia do wyjścia albumu.

    Teraz zostało niecałe kilka dni.

    Nie spodziewał się więc, że osobą starającą się zaradzić jego stresowi, będzie ta, która znała go w końcu najlepiej. To najprostsze, ale właśnie mu potrzebne wsparcie, które miał tuż przed zaszklonymi oczami, wraz z ciasno zwiniętą pięścią Danielle, której zapewne towarzyszyłby promienny uśmiech.
    Pojedyncze fightin rozłożyło go na łopatki, uniemożliwiając chwilowo przebrnięcie przez dalszą część wiadomości. Sama myśl, że czekała go jeszcze jedna, utrudniała mu złapanie spokojnego oddechu, a drżące palce z trudem przesuwały się po touchpadzie.
    Koniec końców nie musiały, kiedy jego głowa wpadła mu w dłonie tuż po przeczytaniu pierwszych słów nowego akapitu, nakreślających piękny, utopijny obrazek, którego miał już nigdy nie zaznać.
    Tak jak wyjazd do Korei, wraz z każdym odwiedzonym przez nich punktem, bo kryło się za nimi zbyt wiele wspomnień i zbyt wielki żal, aby skazić je samotnością i przytłaczającą pustką.
    Ogarniała go nawet teraz, kiedy starał się złapać kilka głębszych oddechów, wypełniając je przy okazji dymem z zioła, jedynie powierzchownie kojącym jego nerwy.
    Dał nawet radę wywołać ironiczny uśmiech na jego ustach, kiedy w kolejnym mailu padła pamiętna lufka, pozwalając mu na pospieszne zatracanie się w tamtym momencie, mimo wstydu, jaki im wtedy towarzyszył.
    Pospieszne, ulotne, bo kolejne słowa Dani wybiły mu zakłamaną nadzieję z myśli, kiedy słowa przypadkowego terapeuty – którego sam zapewne potrzebował – przypomniały mu, że wspomnienia mogły zostać tylko i wyłącznie tym.
    Wspomnieniami.
    Nie marzeniami ani nadzieją na powrót.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko jak Ci się nie spodobają, to nic nie mów, bo będzie mi przykro… :( | – kontemplował usunięcie żartobliwej linijki, zaraz jednak puszczając ją w niepamięć, kiedy jego palce bezwładnie sunęły po klawiaturze, wystukując kolejne słowa.

      Prawda zawsze mnie przerażała. Dalej przeraża.
      Nie potrafię zaakceptować tego, że nie ma Cię tutaj|
      Nie potrafię zaakceptować tego, że nie ma|
      Nie potrafię za|
      Nie potrafię uwierzyć w to, że wszystko rusza do przodu, kiedy ja stoję w miejscu. Ciałem i myślami.
      I nigdy nie zapomnę tego kosmicznego smaku wołowiny z grilla, bo Nowojorskie jedzenie w ogóle się do niego nie umywa


      Uśmiechu na swojej, ale przede wszystkim twarzy Danielle, kiedy soju rozświetlało im twarze czerwonymi rumieńcami, a ludzie rzucali im wymowne spojrzenia, kiedy starali się uciszyć siebie nawzajem cichymi szeptami czy przykładanymi do ust palcami.

      Premiera już niedługo.
      Chciałbym odsłuchać album z Tobą.


      Tym razem zrezygnował z wykasowania boleśnie szczerych słów. Mimo nawracających łez, które ścierał opuszkiem palca i negował agresywnym pociągnięciem nosa, choć nie miał przed kim ukrywać słabości. Oprócz samego siebie.

      A o wspomnienia się nie martw – będę je trzymać za nas obu

      Gi

      Usuń
  4. — Namgi, błagam Cię. Wypuszczamy album jutro. Nawet niecałą dobę — zdesperowany menedżer wokalisty pospiesznym krokiem sunął za producentem, zbyt zajętym pakowaniem ostatnich rzeczy do torby w trasie przez parking.
    — Więc dalej jest szansa, żeby brzmiał lepiej — stwierdził krótko, przygryzając trzeciego w ciągu dnia lizaka, którym starał się zwalczyć nawyk palenia przynajmniej w miejscach publicznych — Obiecuję, że się wyrobię. To jest dosłownie drobna poprawka, ale zrobi potężną różnicę — splótł ze sobą swoje dłonie w przedramatyzowanym geście obietnicy, nie wyczekując jednak reakcji mężczyzny.
    — Jung, nie żartuj sobie ze mnie. Nie ma opcji na żadne poprawki. Nawet jak je naniesiesz, to produkcja fizyczna już się rozpoczęła. Nie możemy wypuścić połowy z nową i starą wersją — pewny chwyt na ramieniu wybudził go z wewnętrznego pędu, ślepo zapewniającego go, że jeszcze miał szansę dopieścić jeden z kawałków — Album jest świetny. Limitowana wersja w preorderze już się wyprzedała, a Crasha nie da się uspokoić, bo jest tak podekscytowany jutrzejszą premierą.
    Słowa dalej brzmiały dla Namgiego jak puste obietnice. Jak komplementy, wstępnie zalewające go dumą i przekonaniem o dobrej jakości, bo w końcu muzyka wychodziła spod jego dłoni. Tylko po to, aby za chwilę wytknąć w sumieniu ad lib, który mógł być nieco głośniejszy dla dodania utworowi kopnięcia. Może mogli dograć jeszcze raz jedną z linijek, żeby brzmiała jeszcze lepiej, chociaż chłopak i tak już dał z siebie wszystko – zresztą skutecznie. Jung dalej pamiętał satysfakcję na swojej i jego twarzy, kiedy spotkali się porozumiewawczym spojrzeniem w studiu.
    — Odpocznij, Namgi — słowa przebiły się przez jego uszy, wybijając z pędzących wątpliwości lepiej niż kubeł zimnej wody — Skup się na tym. Wróć do siebie, nie do studia. Zjedz coś, obejrzyj. Zajmij się wyspaniem, żebyśmy mogli jutro świętować. Co ty na to? — żelazny uścisk w niewychwyconym momencie przeobraził się w kilka, pokrzepiających klepnięć w ramię, choć blondyn zajęty był kilkukrotnym przełknięciem śliny i odchrząknięciem, kiedy tylko poczuł pierwszą, zbierającą się w kąciku łzę.
    To samo usłyszał od Danielle – czy raczej przeczytał, kiedy mimo swoich prób musiał zrobić przerwę na papierosa w trakcie finalnych negocjacji.
    Ciesz się nim.
    Banalne zalecenie korzystania z dnia, w którym razem z innymi mógł odnieść sukces, kiedy to już było poza ich kontrolą, bo dali z siebie wszystko. Propozycja zatrzymania się na złapanie oddechu, bo może i nie miał już na nic wpływu, ale przynajmniej mógł pozwolić sobie na radość i dumę
    — …okej — zgoda nienaturalnie przecisnęła się przez jego wargi — Okej. Pojadę, zamówię coś, włączę jakieś gówno — mamrotał już bardziej do siebie, biorąc przesadnie głębokie wdechy dla dalszego zachowania pozorów.
    — No. I wyśpij się, to najważniejsze! — nieco weselszy głos menedżera przycichł, kiedy Jung zamknął za sobą drzwi samochodu i pomachał jeszcze niechlujnie na pożegnanie, by tak naprawdę zamarnąć przez kilka dobrych minut na miejscu kierowcy.
    Nie pamiętał, kiedy ostatni raz pozwolił sobie na odpoczynek. Na relaks, który równał się z kompletnym wyciszeniem i oddaniem się przyjemności, która nie była pracą. Wtedy zazwyczaj czuł się najlepiej, nawet jeśli jego własne ciało się z tym nie zgadzało, a nieraz wychodził ze studia bardziej poirytowany, niż wcześniej.
    Ale było to coś stałego. Coś, nad czym miał pełną kontrolę, zarazem mogąc czuć, że ma z tego jakiś pożytek. Coś, czego nie dało się znaleźć w bezczynności i siedzeniu przed laptopem lub telewizorem.
    Przynajmniej nie samemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale posłuchał się– postarał się posłuchać.
      Wrócił tamtego dnia do mieszkania, zostawiając posłusznie torbę z laptopem w kącie, choć pierwszym odruchem było wsunięcie go pod pachę, a zapewne chwilę później uchylenie go, aby jednak zerknąć na zapisane projekty i pomysły. Powstrzymał się jednak, mimo mimowolnego grymasu, a pierwszą czynnością była po prostu kolejna część rutyny - balkon. Z nawyku próba wyrwania kilka minut dla siebie, choć przecież cały wieczór miał być ‘dla niego’.
      Nie wiedział, kiedy po raz ostatni spędzał tak czas.
      Pewnie z Danielle.
      Przez tę samą myśl nie był w stanie pozwolić sobie na dzień, czy wieczór, jak ten, ale musiał spróbować. Dla reszty zespołu, aby nie być irytującym z samego rana. Dla siebie, aby jego organizm mógł choć odrobinę odpocząć.
      I dla Dani, która jako pierwsza poprosiła go, aby skupił się w tym momencie na sobie.
      Więc włączył telewizor, choć nie miał bladego pojęcia, co mógł włączyć oprócz nudnych wiadomości. Zamówił jedzenie, ale ledwo tknął ciepłą, napakowaną kanapkę, kiedy bez celu przeglądał kanały i pozwalał palcom klikać przypadkowe guziki na pilocie, nim te nie włączyły jednego z serwisów streamingowych.
      Nim na ekranie nie pojawiła się pozycja Szczęki, których fabułę pamiętał jak przez mgłę, lecz wszystko inne wyraźniej, niż mógłby sobie tego teraz życzyć.
      Ale i tak je włączył.
      Ze słabym, krzywym uśmiechem na ustach i lekką nieobecnością w oczach, bo fala wspomnień i wysiłku z dnia ogarnęła go zmęczeniem szybciej, niż mógł się tego spodziewać.

      Był wdzięczny, że dzień rozpoczął się tak prędko.
      Wybudził go ustawiony budzik, wraz z telefonem od menedżera kilka minut później, którego głos jasno wskazywał na ogarniające go nerwy, ale i ekscytację, która mimowolnie; nieważne jakby się opierał, zaczynała udzielać się Namgiemu.
      Wyszedł z domu niecałe pół godziny później, wyszykowany zgodnie z okazją - czyli niemalże tak, jak zwykle, w ciemnych spodniach i dopasowanym kolorem swetrze. Jedynym planem w końcu było wspólne obserwowanie, jak album radzi sobie ze sprzedażami i odsłuchaniami. Najważniejszy był nawet mały sukces, który dla kogoś pokroju Crasha i tak byłby wystarczający.

      Nie spodziewali się, że dowiedzą się o zawitaniu na jednej z topowych list, a sprzedaż fizycznych kopii musiała zostać zamknięta, nim Jung zdążył mrugnąć dwa razy
      — Top 100?! — głos dziewiętnastoletniego chłopaka wybrzmiał zapewne nie tylko w przydzielonym im pokoju wytwórni, ale i po całym korytarzu — 100! Nasza piosenka dostała się do czołówki, Namgi! — niegotowy na nagły uścisk zabujał się nieznacznie na krześle, nim owinął chłopaka jedną ręką, z dumą klepiąc go po plecach — Musimy to uczcić, nie widzę innej opcji! Na mój koszt!
      — Jeszcze nic nie jest na twoim koncie, wiesz o tym, prawda? — mimo złośliwej, acz niewinnej uwagi, w głosie menedżera dało się usłyszeć dumę wymieszaną z rozczuleniem, kiedy był kolejną w rzędzie osobą na uzyskanie miażdżącego przytulenia od młodego artysty — Ale masz rację, trzeba to uczcić. Wspólnie.

      I nie szaleli. Nie mogliby tak naprawdę, kiedy mieli pod opieką osobę w założeniu niemogącą pić alkoholu. Zasiedli zwyczajnie w przestronnym apartamencie menedżera, z kilkoma, wybranymi chwilę wcześniej w sklepie pod kompleksem, alkoholami i zapętlonym albumem, którego Jung dotychczas ani razu nie przesłuchał w całości dla własnej przyjemności.
      Oprócz tej chwili, kiedy w niebogłosy mogli wczuwać się w melodię i tekst, a pootwierane piwa czy wymieszane drinki pozwalały na idealnie wymierzone, relaksujące rozluźnienie i ciepłe mrowienie przez cały czas.

      Usuń
    2. Uśmiech po raz pierwszy od kilku miesięcy nie schodził mu z twarzy. Sam promienny śmiech wypełniał salon, mieszając się z głosami pozostałych, a ilość narobionych zdjęć z dowodami osiągnięcia wypełniała galerię całej zgromadzonej w mieszkaniu grupy.
      Wyciszył się dopiero przy chwilowym opadnięciu na kanapę; przy złapanym oddechu i mimowolnie wyjętym z kieszeni telefonie, gdzie w jednej z niezamkniętych aplikacji krył się mail, od razu przykuwający jego lekko przeszklony wzrok, a palce zaczęły pisać bez udziału woli

      TOP 100 DANI!!! 🎉🥳 I TO PIERWSZEGO DNIA!!!!!!!!!!!!11

      Zapewne nie powinien robić tego teraz

      Nawet nie wiesz, jak się cieszę! I Crash się popłakał, więc z tego też. Patrz, mam nawet zdjęcie, jaki frajer 😛(nieprawda, jestem z niego strasznie dumny):

      [załączono (1) zdjęcie]


      Parsknął głupio pod nosem, kiedy znowu mógł przyjrzeć się umazanej twarzy chłopaka, jak i otaczającym go szerokim uśmiechom - w tym swoim własnym.

      Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem taki szczęśliwy.
      Pewnie z Tobą.
      I posłuchałem się Twoich rad. Starałam się wczoraj odetchnąć, nawet film włączyłem. Może kojarzysz,
      Szczęki.
      Razem moglibyśmy obejrzeć kolejną część.

      Powinien to usunąć. Zrobiłby to, gdyby nie stan rozluźnienia i płynność działania palców, które już przerzuciły się na dalszą część wiadomości, a mózg zdążył zapomnieć o zbyt dużej wrażliwości chwilę wcześniej

      PS widać, że ty je trenujesz. Żaden inny trener nie dałby rady wywołać u nich tyle szczęścia.
      no i jeden z nich robi ci królicze uszka



      it’s you that i hold on to

      Usuń