Hello followers

Hello, followers!

Gossip Girl here.

Your one and only source for the truth behind the scandalous lives of New York's elite. Been a minute. Did you miss me? I know I've missed you.

And who am I? That's one secret I'll never tell.

xoxo, Gossip Girl
New York Seoul

Most followed, spotted, latest tea

Now Spotted

@tay_blanchard

Alert: konfrontacja roku! Co ma zrobić dziewczyna, której dawna miłość wróciła zza grobu? A druga jest na wyciągnięcie ręki? It's okay to love them both, O. I do.

@km_sj2705

Podobno S. opuszczał nocą apartament w Gangnam o 3 nad ranem. Towarzystwo? Tajemnicze. Damskie. I piękne.

@dani.song004

D. była widziana przy barze w Itaewon. Sama? Ani trochę.

@welostsunoo

Ktoś zostawił czarną kopertę pod drzwiami czyjegoś domu... W środku? Tylko jedno zdjęcie.

xoxo

Latest Tea

Latest tea

Kiss on a lips party

Impreza, nasi mieszkańcy i szampan. Kto tym razem przekroczy granicę? Już wkrótce!

Zobacz wydarzenie →

New posts, lastest GG post

Latest GG Post

Gossip Girl latest post

Nowe powiadomienie

Czy naprawdę myśleliście, że zniknęłam bez słowa? Och, błagam. Gdy kilka znajomych twarzy nagle wyparowało z nowojorskiej sceny towarzyskiej, ktoś musiał sprawdzić, dokąd prowadzi ich ślad. A wiecie przecież, że moja ciekawość bywa większa niż kolekcja torebek pewnej dziedziczki z Upper East Side... Pamiętacie ją? Nawet jeśli, dzisiaj ledwo przypomina siebie.

Czytaj najnowszy wpis →

Bad decisions make good stories...

J A C K S O N   H O W A R D

      Mówią, że niektórzy rodzą się ze złotą łyżeczką w ustach. 
Jackson Howard przyszedł na świat nie znając żadnych granic.
Jedyny syn człowieka, który zbudował imperium. Dziedzic fortuny, twarz głośnych eventów, ulubieniec fotografów. Koszmar księgowych, prawników i kobiet, które przez chwilę uwierzyły, że potrafi kochać kogokolwiek bardziej niż samego siebie. Chłopak, który mylił wolność z bezkarnością.

Z boku wyglądało to jak życie, którego można zazdrościć
Luksusowe jachty. Penthouse z widokiem na Manhattan. Kolejne artykuły, kolejne podróże, kolejne nazwiska przewijające się przez łóżko szybciej niż pory roku. Wszystko błyszczało. Wszystko było głośne. Wszystko sprawiało wrażenie doskonałego. 

      Nikt nie zauważył, że największy hałas od dawna panował wyłącznie w jego głowie.
Przez lata uciekał. Najpierw w prędkość. Potem w adrenalinę. W przypadkowe twarze, niekończące się imprezy, blichtr i używki, które z czasem przestały być wyborem, a stały się codziennością. Najbardziej zdradliwe w uzależnieniu nie jest jednak to, że odbiera kontrolę. Najbardziej zdradliwe jest to, że przez długi czas pozwala wierzyć, iż wciąż się ją posiada. 

Howard był tego najlepszym dowodem.

      Kiedy świat obiegła wiadomość o jego śmierci, większość uznała ją za naturalne zakończenie historii. Tragiczne, owszem. Ale zaskakujące jedynie dla tych, którzy nigdy nie poznali człowieka stojącego za nagłówkami. Kroczyła za nim od dawna, krok w krok. Tamtej nocy była wystarczająco blisko, by zabrać tego, którego pamiętał Nowy Jork.

      Zniknął bez pożegnania. Bez wywiadów. Bez zdjęć z wakacji. Bez kolejnych skandali, które przez lata były dla portali plotkarskich równie cenne, co giełdowe raporty dla inwestorów. Świat dostał historię, której potrzebował. 
Krótką. Wygodną. Zamkniętą. Bo martwi ludzie nie prostują nagłówków. 

      Niewiele osób wie, że zamiast do grobu, trafił za mury zamkniętego ośrodka w szwajcarskich Alpach. Ojciec zadbał o to, by nazwisko Howard zniknęło z mediów równie skutecznie, jak wcześniej nie schodziło z pierwszych stron gazet. Przez kolejny rok jedyną rzeczą cenniejszą od pieniędzy okazała się cisza, w której po raz pierwszy od bardzo dawna usłyszał samego siebie. 

Nie wyszedł stamtąd odmieniony. 
Nie wierzy, że ludzie zmieniają się z dnia na dzień. 

      Największym paradoksem pozostaje jednak to, że człowiek, który przez całe życie uciekał przed odpowiedzialnością, ostatecznie wraca właśnie po nią.

25.04.1999r. || STARSZY SYN ZMARŁEGO NIEDAWNO R.HOWARDA I C.HOWARD || NOWY WŁAŚCICIEL I CEO PEARL YEACHTS || OJCIEC || DO NIEDAWNA UZNAWANY ZA ZMARŁEGO || INSTAGRAM

30 komentarzy:

  1. Chyba mamy sobie wiele do wyjaśnienia 🫢

    OdpowiedzUsuń
  2. Co to za powroty zza grobu?🤔

    G.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Zapraszamy do obrad okrągłego stołu, żeby omówić szczegóły 🤭
    Zdecydowanie, wszystko zapowiada się wyjątkowo ciekawie. Mail, chat, wiesz gdzie mnie znaleźć 😌]
    O.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Wydaje mi się, że panowie maja sobie chyba to i owo do wyjaśnienia. 🤭
    Jacht to będzie słodka tajemnica. Może i go puścili z dymem. Kto wie… 🛥️]

    G.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze jakiś czas temu myślała nad tym, czy aby na pewno nie zostać w Europie. Nie miałaby najmniejszego problemu z tym, aby tutaj dokończyć studia, zacząć z Ayla życie na nowo. Miała tu wiele możliwości oraz znajomości, które z łatwością ułatwiłyby jej poukładania swojego życia na nowo.
    Francja była zupełnie inna od Ameryki. Mniej chaotyczna, jak dla niej. Bardziej otwarta. I tak, Octavia mogła śmiało powiedzieć, że czuła się jak u siebie. Że potrafiła tu oddychać pełną piersią, miała wokół siebie ludzi , których mogła nazwać przyjaciółmi. Rodzinę, która pomagała jej na każdym kroku.
    Jednak, pojawiały się momenty zwątpienia, jak i tęsknoty za tym, co tak dobrze znała. Za zatłoczonymi ulicami Nowego Jorku. Za dźwiękiem klaksonów, za rozświetlonymi nocą ulicami. Nawet za tym specyficznym zapachem, którego nigdy nie umiała opisać słowami, kiedy ktoś zadawał jej to pytanie. Bo Nowy Jork trzeba było poczuć. Pozwolić, żeby Cię wciągnął w głąb siebie. Nic więcej nie trzeba było, by poznać, jakie to miasto potrafi być naprawdę.

    Ostatnie kilka dni swojego pobytu w Europie spędziła w Saint-Tropez. Jedno z wielu miejsc na mapie, które tak bardzo cieszyło się uznaniem wśród wielu. Zapraszało do siebie lazurową wodą, kusiło bogatymi jachtami, świetną kuchnią i alkoholem, możliwością wypoczynku na plaży. Chciała jakoś ten czas zakończyć w taki sposób, by Ayla choć trochę zapamiętała, że oprócz tego, że Octavia zniknęła z jej pola widzenia na kilka miesięcy, to jednak spędziły razem czas, na zabawie, zwiedzaniu i ogólnym leniuchowaniu.
    Wychowanie tej małej w pojedynek było cholernie trudne. Mimo, iż ciągle słyszała, że z każdym kolejnym rokiem będzie łatwiej, to tak nie było. Ayla rosła, zauważała wiele i ciągle zadawała pytania. O wszystko, co ją otacza, o ludzi, nawet których nie znalazła. Kilka razy pytała o Niego. To chyba było najgorsze pytanie, na które Octavia liczyła, że nie odpowie długo. A jednak, Ay pewnego dnia, bawiąc się na plaży, zapytała, czemu nie ma taty. To pytanie wmurowało Octavie, do tego stopnia, że bardzo długo na nie nie odpowiadała, Ayla zaś świdrowała ją swoim spojrzeniem, tak bardzo podobnym do tego, jakie miał Jack. Nawet marszczyła nos e ten sam sposób co on.
    Obiecała jej więc, że weźmie ją do miejsca, gdzie jest tata. Że usiądą i z nim pogadają. Że raczej odpowiedzi nie usłyszy, ale Octavia dokładnie jej opowie, jaki był.
    I sama nawet nie wiedziała, jak bardzo się myliła, wypowiadając te wszystkie obietnice.
    Nie wiedziała, że powrót do Nowego Jorku wywróci jej życie do góry nogami. Potraktuje tak mocno, jak jeszcze nigdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowy Jork powitał je duszną nocą, kiedy samolot z Marsylii zatrzymał się na płycie portu lotniczego JFK. Było dobrze po drugiej w nocy, kiedy na korytarzu powitała je Eva Blanchard. I to było takie dziwne uczucie, znów tu być. Jeszcze gorsze miało dopiero nadejść.
      Pierwsze kilka dni, zarówno Octavia jak i Ayla dochodziły do siebie. Jętkach był wyjątkowo ciężki, co dawniej nie dawało jej tak o sobie znać. W końcu jednak powoli zaczęły wracać na właściwe tory. Ich życie od kilku lat wyglądało tak samo - żłobek, studia Octavii czy pomoc w kancelarii. Różne zajęcia dla dzieci, żeby w jakiś sposób spożytkować tą niekończącą się energię Ay.
      Korzystając z tego, że lato rozgościło się w mieście na dobre, większość czasu spędzały na dworze. Tak jak dzisiaj, zaliczając zabawę na jednym z wielu placów zabaw, które znajdowały się w Nowym Jorku. Zaparkowała niedaleko, po drugiej stronie ulicy. Wzięła wszystkie potrzebne rzeczy i pozwoliła, by Ayla przeszła z nią przez ulicę, a później pobiegła przed siebie.
      Sama zaś Octavia zasiadła na jednej z ławek, w cieniu drzew. Odetchnęła głęboko, kiedy Ayla zaliczyła upadek, ale szybko się pozbierała i znów ruszyła w stronę huśtawek. Przez dłuższą chwilę ją obserwowała, a kiedy jej córka zasiadła na jednej z huśtawek, podniosła się ze swojego miejsca, poprawiając włosy oraz chowając telefon w tylnej kieszeni spodni, po czym ruszyła w jej stronę.
      Stanęła za dziewczynką, chcąc ją rozhuśtać, ale jej spojrzenie, nie wiedzieć czemu, przykleił samochód, który stał praktycznie naprzeciw nich. Miała wrażenie, że już go ostatnio widziała, bo przecież w mieście były od dobrego tygodnia, może nieco dłużej, bo na razie dni zlewały jej się w jedno.
      Octavia zmarszczyła brwi, nie spuszczając wzrok z samochodu. Ayla poruszyła się niecierpliwie.
      — Huśtaj — poprosiła, łapiąc się mocniej za metalowy łańcuch.
      — Już kochanie — Octavia uśmiechnęła się delikatnie, jakby chcąc pocieszyć samą siebie, że coś musiało jej się przewidzieć. Przecież, kto miałby je śledzić? Jedyne, co jej przychodziło na myśl, to jakiś natrętny paparazzi, szukający sensacji.
      O.

      Usuń
  6. Octavia zapomniała zupełnie o tym, że jej powrót do Nowego Jorku wywoła niemałe zamieszanie. Że będzie to wydarzenie dość głośne i szeroko opisywane, gdzie tylko można było o tym wspomnieć.
    W pewnym stopniu była do tego przyzwyczajona, jednak rok przerwy, gdzie nie było poruszone ani słowem to, gdzie jest i jak żyje, sprawiło, że część jej zapomniała o tym, jakie to dziwne uczucie. Swoiste napięcie, świadomość, że wielu ludzi zapewne ukradkiem zrobiło jej zdjęcia i wysłało, gdzie tylko się dało. To nie było spokojne życie w Paryżu czy innym miejscu. To był Nowy Jork, który rządził się swoimi prawami.
    Kiedy samochód odjechał niespiesznie spod placu zabaw, z niej też jakby zeszło napięcie i dziwne, niepokojące uczucie. Na krótką chwilę skupiła się na Ayli. Na jej śmiechu, piskach i iskierkach radości w oczach. Przez ten krótki moment znowu były we dwie, skupione tylko na sobie i o dziwo, nikt im nie przeszkadzał. Nie podchodził, nie wskazywał palcem, nie szeptał. Jakby świat pozwolił im celebrować tą chwilę tak długo, jak obie chciały.

    Dźwięk przychodzącej wiadomości wyrwał ją ze skupienia. Nie wyciagnela urządzenie z kieszeni, po czym odblokowała ekran i weszła w wiadomości na instagramie. Puste konto, bez żadnych obserwujących, i jeden link, w który zdecydowanie nie powinna wchodzić.
    Ciekawość jednak wygrała. Kliknęła. Przesunęła spojrzeniem po artykule, który w dużej mierze dotyczył Roberta Howarda. Nie czuła żalu. Przez ostatni rok nie mieli żadnego kontaktu. Czasami jedynie wysyłał Ay jakiś prezent, czy większy przelew bankowy. Ot, jakby chciał się wywiązać z przymusowej roli dziadka. Nie poszła na pogrzeb. Był tam za to jej ojciec, który Roberta traktował, mimo wszystko, jak dobrego kolegę i wspólnika w wielu interesach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczuła, jak na moment jej serce staje, a w płucach zaczyna brakować powietrza. Dopiero po chwili ciało odzyskało świadomość. Serce zabiło, najpierw wolno, by przyspieszyć z każdą sekundą. Octavia wsciagnela ze światem powietrze w płuca, spoglądając na zdjęcie, które widniało na samym dole artykułu. I tak, był to nowy właściciel Pear Yachts, jednak ktoś chyba postanowił, że zrobi sobie jakiś okrutny żart.
      Bo on przecież nie żył.
      Więc jak?
      Jak?
      Raz jeszcze z uwagą rozejrzała się na wszystkie strony. Przyglądała się każdemu, starając się zrozumieć, że to wcale nie było to, co podsyłała jej własna głowa.
      Później złapała Aylę, ignorując jej krzyki i protesty, że ona nie chce nigdzie iść. I ze Octavia jest głupia.
      Boże, jej trzyletnia córka miała absolutną rację.

      Do kancelarii ojca wparowała jak burzał portier posłał jej zdziwione spojrzenie, kiedy minęła go bez słowa, kierując się w stronę wind. Kątem oka zauważyła, jak chwyta słuchawkę od telefonu i wybiera numer, zapewne do asystentki ojca.
      Minuta jazdy ciągnęła się w nieskończoność. Ayla była zła, raz za razem ocierając mokre od łez policzki. Octavia czuła zaś rosnącą gulę w gardle, oraz to, że zaczynały ją szczypać kąciki oczu.
      To wszystko było pojebane.
      — Zajmij się nią przez chwilę, proszę — zwróciła się do Alice, zostawiając wraz z nią Ay. Sama zaś ruszyła do gabinetu ojca, a wchodząc tam zastała zarówno Jacka, jak i swojego starszego brata, Felixa. Bez słowa spojrzeli na nią, a jej ojciec wyłączył telewizor.
      Długo stała, nie odzywając się. Bo tak naprawdę nie wiedziała, co ma powiedzieć.
      — Tay, podejrzewaliśmy — pierwszy odezwał się Felix, rozpinając guzik koszuli.
      — Ale nie byliśmy pewni. Howard dobrze to rozegrał — dodał, spoglądając na brunetkę.
      Octavia zaś opadła na miękki fotel, przymykając oczy. Jej głowa pulsowała. Bolała jak jeszcze nigdy.
      — Co wiecie? — zapytała w końcu, zachrypniętym głosem. Nawet nie wiedziała, kiedy po jej policzkach zaczęły płynąć łzy.
      — Po tym… po tym co wtedy stało się na imprezie, widocznie lekarzom udało się go odratować. A Robert potem zrobił resztę. Nie wiemy, gdzie przebywał — tym razem to Jack Blanchard zabrał głos. Spojrzał na swoją córkę, nie kryjąc żalu. Sam był wściekły, że przez tak długo i on był wodzony za nos.
      Octavia wstała z miejsca, podchodząc do okna. Spojrzała na miasto, ludzi, którzy tłoczyli się na nowojorskich ulicach, na samochody stojące w korku.
      — Weźcie Ay do siebie — poprosiła, odwracając się w stronę ojca. Mężczyzna zlustrował ją uważnym spojrzeniem, kiwając delikatnie głową.
      — Nie rób nic głupiego — poprosił, na co Octavia jedynie prychnęła.
      — Nigdy nie robiłam nic głupiego — rzuciła w stronę ojca. Owszem, że robiła. Na przykład rok temu, załamując się całkowicie, rzucając się w wir imprez i używek, byleby o wszystkim zapomnieć.

      Usuń
    2. Nogi tak naprawdę poniosły ją przed siebie. Wszystko w środku krzyczało, żeby to zostawiła. Żeby tam za nic nie szła. Ona jednak nie słuchała w tym momencie nawet samej siebie. Była zła, wkurwiona i rozczarowana. Zdradzona w jakiś sposób, potraktowana jak cholerna zabawka. Bo zawsze liczył się tylko on. Zawsze.
      Zatrzymała samochód po apartamentowcem, gdzie mieszkał Jackson. Bo w tym mieście nie było innego miejsca, gdzie mógłby być, chyba, że mogło chodzić jeszcze o przystań dla jachtów.
      Kilka dłuższych chwil siedziała w samochodzie, stukając palcami o kierownicę, aż w końcu wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi samochodu.
      Portier miał minę, jakby zobaczył ducha, kiedy przekroczyła próg lobby, kierując się w stronę wind.
      — Pani Blanchard — zaczął, ruszając w strone Octavii, która weszła do windy.
      — Ale tam nikogo… — zaczął, stając zszokowany.
      — Daj spokój, oboje wiemy, że to nieprawda — Octavia uśmiechnęła się ironicznie, naciskając guzik z odpowiednim numerem piętra.

      Czuła, jak robi jej się niedobrze. Chciało jej się wymiotować. I krzyczeć. Nie, wrzeszczeć ze złości. Kiedy winda się zatrzymała, Octavia wyszła na puste piętro. Skierowała się w stronę dobrze znanych sobie drzwi. I stanęła, jakby ją wmurowano. Na zmianę było jej gorąco i zimno, czuła kropelki potu, które spływały jej po karku.
      Później uniosła dłoń. I nacisnęła dzwonek.
      A w duchu prosiła, żeby to wszystko okazało się nieprawda. Żeby tam, po drugiej stronie drzwi, znajdował się ktokolwiek inny.
      O.

      Usuń
  7. Chyba pierwszy raz w życiu prosiła, żeby to wszystko poszło inaczej. Żeby na przykład przed nią stanęła Camilla, z tym swoim zimnym, przenikliwym spojrzeniem i grymasem wyższości, który zazwyczaj gościł na jej twarzy. Albo jakiś zupełnie obcy człowiek, który sprząta mieszkanie. Naprawdę, w tym momencie chciała, żeby to był ktokolwiek inny. Żeby to, co usłyszała, okazało się nieprawdą. Bo przecież go już nie było. Od roku go, kurwa, nie było.
    O wiele łatwiej już przychodziło jej myślenie o tym, co stało się tamtego wieczoru. Już tak bardzo nie przerażał ją tamten widok, który czasami nadal nawiedzał ją w snach, wybudzając z nich. O wiele łatwiej przychodziło jej myślenie, że może w jakiś sposób jest już spokojniejszy, niż był za życia.
    — Ja pierdolę — szepnęła do siebie . Boże, ja jej było niedobrze. Nie wiedziała, że aż tak mogą uginać się pod nią nogi, i że tak szybko ze stresu może bić serce.
    Ta cisza wokół niej w ogóle nie pomagała. Słyszała cichy szum wentylacji, stłumione odgłosy z innych mieszkań. Gdzieś obok leciała muzyka poważna. Ktoś słuchał Vivaldiego. Z drugiej strony dobiegł ją dźwięk telewizora, oraz popołudniowych informacji. Nie wiedziała, czy to tak reagował jej organizm, że po prostu zwracała uwagę na takie błahostki, żeby za dużo nie myśleć, czy próbowała sama siebie w jakiś sposób uspokoić.
    Ale to uspokojenie się w ogóle jej nie wychodziło. Głowa pulsowała z bólu, do tego stopnia, że aż zaczęło jej szumieć w uszach. Nagle znów usłyszała kroki, które dochodziły z jego mieszkania. Ile już minęło? Kilka sekund? Minut? Sama Octavia już nie wiedziała, ile tu stoi.
    Uciekaj.
    Cichy głos w jej głowie zaczął krzyczeć. Głośniej i głośniej, chcąc ją tym samym wybudzić z tego dziwnego zawieszenia, w którym się znalazła.
    Od tego stresu bolało ją całe ciało. Od głowy po koniuszki palców. Zaciskało się niebezpiecznie, jakby ktoś wsadził ją do imadła i zaczął powolną torturę.
    Chciała się odezwać, jednak głos uwiązł jej w gardle. Nawet przełknięcie śliny nic nie pomogło.

    Wtedy usłyszała, jak drzwi się otwierają. Zamknęła oczy na te kilka sekund, wypuszczając powietrze z ust z cichym świstem. Kiedy je otworzyła, zobaczyła Jacksona. Poważniejszego. Może dojrzalszego, ale nadal z tym niebezpiecznym błyskiem, który krył się w jego oczach.
    Odruchowo zrobiła krok w tył. Potem kolejny i kolejny. Jej plecy napotkały przeszkodę w postaci ściany budynku. Była okropnie zimna, albo tak jej się wydawało.
    — Ja… — zaczęła. Głos miała zachrypnięty, drżący, jak nigdy wcześniej. Nie było w niej ani grama pewności, którą wszyscy w niej znali.
    Octavia zawiesiła znów spojrzenie na Jacksonie. Na tym, jak blisko niej był. Wystarczyło , że zrobiłaby kilka kroków i mogłaby być przy nim.
    Zamiast tego, zrobiła coś zupełnie innego. Pokręciła głową, odpychając się od ściany. Zakręciło jej się w głowie, ale ruszyła przed siebie, w stronę winy. Niepewnym, aczkolwiek szybkim krokiem.
    — To nieprawda — szepnęła do siebie, kręcąc głową na boki. To była cholerna nieprawda, ktoś robił sobie z niej żarty. Cholernie ponure.
    Nacisnęła guzik przywołujący windę, a potem zrobiła to kolejny i kolejny raz, jakby to w jakikolwiek sposób miało pomóc w tym, że przyjedzie ona szybciej. Była nerwowa, Jack chyba widział ją w takim stanie pierwszy raz. Odwróciła głowę w jego stronę. Stał, patrząc na nią.
    I nagle poczuła wściekłość. Rozlewała się powoli po jej ciele, niczym lawa. Nie było wybuchu, jak się spodziewała.
    Niewiele myśląc, ruszyła w jego stronę. Stanęła tuż naprzeciw, kiedy zrobił jej miejsce, by mogła wejść do mieszkania.
    — Jak, kurwa mogłeś?! — wysyczała w stronę Jacksona.
    O.

    OdpowiedzUsuń
  8. Octavia tak naprawdę nie chciała znać odpowiedzi, na pytanie, które zadała. Nie wiedziała czemu, ale wolała żyć w przeświadczeniu, że go nie ma. Bo na ten moment, cokolwiek by jej powiedział, to nie miałoby żadnego znaczenia. Każde z nich o tym wiedziało. Cokolwiek by powiedział, to nie miałoby w tym momencie znaczenia, bo przecież jak można wytłumaczyć własną śmierć. Nie można. Jakkolwiek by Jackson chciał się tłumaczyć, to było na nic.
    Patrzyła na niego, ale zupełnie inaczej niż kiedyś. Kiedyś z nim walczyła, za każdym razem, jak ich świat się walił. Ratowała ich oboje, nie patrząc na to, jak ciężko by było. To ona ciągnęła ich związek. To ona była przy Jacksonie, nawet jeśli ten ją odtrącał. Zawsze była. Nawet w tym najgorszym momencie.
    Wspomnienia tamtego dnia uderzyły w tym momencie ze zdwojoną siłą. Otworzyły się dawno zamknięte drzwi, których Octavia już nigdy miała nie otwierać.
    Jackson zawsze próbował z nią konkurować. Zazwyczaj udało mu się wygrywać. Zamknąć niewygodny temat, udobruchać. Tylko on wiedział, jak to zrobić, by Octavia mu odpuściła, żeby już nie starała się, aby wszystko było tak, jak ona chciała. Teraz jednak był w takiej pozycji, że nic nie mogło mu pomóc.

    A ona chyba pierwszy raz w życiu poczuła bezradność. To było dziwne uczucie, kiedy nie wiedziała co ma zrobić i jak postąpić. Kiedy nie miała w głowie praktycznie żadnych słów na tą całą sytuację. Tu nawet nie było żadnej innej drogi wyjścia.
    Spojrzała na niego, oczami pełnymi smutku i żalu. Bólu, który tylko ona czaiła przez ostatni rok. Rozgoryczenia i rozczarowania jego osobą. Znowu ktoś jej odebrał możliwość, by przeżyła to wszystko na swoich zasadach. By pogodziła się ze stratą. Bo tak, straciła go, i mimo, iż na początku chciała odzyskać, teraz już tak nie było. Chciała ruszyć do przodu, ale ktoś skutecznie jej to uniemożliwił.
    — No powiedz coś! — warknęła rozzłoszczona, odchodząc od niego. Nie chciała być tak blisko. Bała się tej bliskości.
    Nie wiem.
    Dwa krótkie słowa, które teraz brzmiały tak absurdalnie, że Octavia aż zaśmiała się ironicznie, kręcąc głową na boki. Odwróciła się do niego plecami, robiąc kilka kroków przed siebie.
    — Ty nigdy nie wiedziałeś, od czego zacząć. Zawsze robiłeś wszystko na okrętkę, byleby wyszło na Twoje — powiedziała z wściekłością. Odwróciła się w stronę Jacksona, po jej policzkach znowu spływały łzy. Boże, jak ona nienawidziła być słaba. Nienawidziła ukazywać tej słabości.
    — Łatwo?! Czemu zawsze do cholery myślisz o sobie? Czemu nigdy nie przyjdzie Ci przez myśl, że warto na chwilę porzucić te Twoje pieprzone Ja. Nawet teraz. Ty, ciągle Ty, ty i Ty! Czemu nie pomyślisz o mnie. Czemu nigdy, kurwa, nie myślałeś o mnie?! — zapytała zapłakana. Otarła łzy, wciągając powietrze w płuca.
    — Nienawidzić— prychnęła, chcąc ukryć tym samym szloch, który wyrwał się z jej płuc.
    — Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo bym chciała Cię nienawidzić, Jackson — powiedziała, spoglądając na niego. Nie chciała tego mówić na głos, że nawet po tym wszystkim nie czuję do niego nienawiści, a jedynie złość. Było też rozczarowanie, ale nie było tam nienawiści, choć wiedziała, że powinna go nienawidzić z całego serca. Bo każda inna osoba na jej miejscu by tak zrobiła. I mogła nienawidzić tysięcy, ale Jack nigdy nie znalazłby się w tym kręgu.m, oboje dokładnie intymne wiedzieli.
    Zamilkła, uspokajając oddech. Było jej gorąco od tych wszystkich emocji. A jednocześnie czuła, jak przez ciało przebiega dreszcz i nagle robiło się jej zimno.
    Pociągnęła nosem, odwracając głowę w bok.
    — Boże. To jest jakiś nieśmieszny żart — powiedziała, przymykając oczy.
    Mogła wyjść. Zostawić go i nie czekać na nic więcej. Potem udawać, że o niczym nie wie i ignorować jego osobę. Jednak, zamiast to zrobić, Octavia skierowała swoje kroki i po chwili usiadła na kanapie, z ciężkim westchnieniem.
    — Masz jakieś tabletki przeciwbólowe? Głowa mi zaraz pęknie — jęknęła, kładąc ręce na czoło.
    To wszystko było pojebane. Nawet jak na ich dwójkę.
    O.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czuła, jak powoli cała ta złość opuszcza jej ciało, zaś na jego miejsce wstępuje zmęczenie. Przeogromne , rozlewające się po całym jej ciele zmęczenie, jakby właśnie ukończyła najgorszy maraton w swoim życiu, gdzie nie było litości. Bo w sumie nie było, Jackson nie miał dla niej litości, kiedy powrócił. I choć Nowy Jork był ogromnym miastem, to ich świat był hermetyczny. Mogli wpaść na siebie dosłownie wszędzie tam, gdzie spotykała się elita miasta. I to jej nie pasowało.
    Zrobiła to, co robiła zawsze. Wyciągnęła na wierzch wszystkie błędy ostatnich lat. Wszystkie, jakie tylko przyszły jej do głowy, a oskarżenie, że myślał tylko o sobie, było idealne. Bo Jack zawsze stawiał siebie na pierwszym miejscu. Liczył się tylko i wyłącznie on, zawsze. Inni mogli podziwiać go z dołu i wkurwiać się, tak jak Octavia, kiedy odpychał wszystkie argumenty przeciwko sobie. I naprawdę, sądziła, że jak zawsze, za chwilę usłyszy to jego znane przesadzasz i dramatyzujesz, ale to nie nastąpiło. Ten brak słów wybił ją nieco z rytmu. Myśli chaotycznie przebiegły przez jej głowę. Ból nie zelżał.
    Spojrzała na Jacksona, nieco zdziwiona, kiedy nie podjął się próby, by poprowadzić rozmowę tak, by wyszło na jego.
    Octavia zmarszczyła brwi, przyglądając mu się. Z nieukrywanym zaciekawieniem, oraz szokiem wypisanym na twarzy. Lustrowała z uwagą jego twarz, która tak dobrze znała. Mimo roku, nic się nie zmieniło, oprócz jego spojrzenia. Było w nim coś nowego, co widziała pierwszy raz. Jakby dotarło do niego, że ona była w stanie zrobić dla niego wszystko. Że była jedynym stałym punktem w jego życiu, który się nie zmieniał.
    Była jego domem. Kiedyś owszem. Kochała go do tego stopnia, że była w stanie wytrzymać wszystkie jego zachowania, znieść jego najgorsze wersje. Wybaczyć wszystkie raniące słowa i czyny.
    Ale to było kiedyś. Rok temu. Nie teraz.
    Odebrała od Jacksona tabletki, od razu biorąc dwie. Kiedy wspomniał, że to najmocniejsze, co tu znajdzie, zaśmiała się ironicznie.
    — Niespotykane — rzuciła, popijając tabletki. Z westchnięciem oparła głowę o oparcie kanały, spoglądając w sufit. Ta cisza, która między nimi nastała, była tak gęsta, że spokojnie ją można było kroić nożem.
    — Niczego od Ciebie nie oczekuję. Tak naprawdę nigdy nie powinnam od ciebie czegokolwiek oczekiwać, Jack — powiedziała, wzruszając przy tym ramionami.
    — Zabrzmi to okrutnie, ale pieprzyć Twojego ojca. Gdyby nie jego pojebany pomysł, wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej — powiedziała. Poprawiła się na kanapie, siadając na niej wygodniej dopiła wodę i odstawiła pustą szklankę na stolik przed sobą. Rozejrzała się wokół. Czuła się dziwnie, będąc tu ponownie. Nieswojo i nie na miejscu. Odetchnęła głęboko, poprawiając włosy. Potarła dłońmi uda.
    — Nie wiem co teraz. Nie mam pojęcia, co zrobić — powiedziała szczerze.
    — Ja nawet nie wiem, jak się mam zachować. Co o tym wszystkim myśleć. Nie wiem, totalnie nie wiem. Pierwszy raz jestem w sytuacji bez wyjścia, Jack. A ja nie lubię sytuacji bez wyjścia — w jej głosie dało się wyczuć nutkę złości, gniewu, ale chyba bardziej na samą siebie.
    — Co powinnam zrobić? Co my powinniśmy zrobić? — zapytała, spoglądając na niego.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dopiero teraz do niej powoli docierało, że nie powinna tu przychodzić. Mogła iść tylko do ojca, wysłuchać co ma do powiedzenia i po prostu zostawić ten temat. Nie powinna próbować się z Jackiem w ogóle kontaktować. Ich historia zakończyła się rok temu, niedopowiedziana i urwana. Tak powinno pozostać.
    Jednak coś w jej środku chciało tu przyjść, ujrzeć go ponownie. Przekonać się, że jest prawdziwy, że to żaden sen, i po prostu jest.
    I był. Namacalny, tak blisko jak tylko mógł być. Bo każde z nich trzymało dystans, bojąc się przekroczyć tą niewidzialną linię. Bojąc się tego, co może się wydarzyć, kiedy przekroczą granicę.
    — Ja też nie wiem — powiedziała to cicho i spokojnie, choć cała sytuacja, dla innych, nie byłaby taka spokojna. Ale co miała tak naprawdę zrobić? Co by dały tutaj krzyki, wyzwiska i słowa pełne gniewu? Przecież w żaden sposób nie cofnęłyby podjętych decyzji, wypowiedzianych słów.
    Nie mogli nic zrobić, tylko iść do przodu. Żyć, tak jak nauczyli się tego w ciągu ostatniego roku. Nauka ta była trudna, ale po jakimś czasie Octavia zaczynała zauważać, że da radę. Sama, choć było to na początku ciężkie do pojęcia.
    Obserwowała, jak Jackson powoli wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do okna. Wiedziała, że zrobił to specjalnie, bo gdyby nadal na nią patrzał, to nie wypowiedziałby tych wszystkich słów. Odwróciła się w jego stronę, wpatrując się w plecy blondyna. Przemknęło jej przez myśl, żeby do niego podejść, znaleźć się na tyle blisko jak kiedyś, ale nie zrobiła tego. Nie chciała przekroczyć tej niewidzialnej granicy.
    Za to uważnie słuchała jego słów, zapamiętując je. Bolało, tak cholernie bolało, bo Octavia wiedziała, do czego Jackson zmierza. Nie przerwała mu, jak kiedyś. Nie powiedziała, że gada głupoty. Nie powiedziała, że przecież i tak jest jedną z najważniejszych i stałych osób w jego życiu.
    Bo już nie była.
    Nerwowo zaczęła skubać materiał ciemnych spodni, jakby ten gest miał uspokoić jej szalejące myśli. Odwróciła głowę, spoglądając na swoje kolana.
    Bolało. Tak kurewsko bolało. Jego słowa były gorsze niż tortury. Były takie dosadne, jak chyba jeszcze nigdy. Jackson był pewny swoich słów, dokładnie też wiedział, czego mogła Octavia chcieć. I choć ona sama przed sobą udawała, że tak wcale nie było, głęboko w niej zostało zasiane ziarenko nadziei, kiedy dowiedziała się, że on wrócił.
    Zamrugała, przełykając też ślinę. Nie wiedziała co powiedzieć, co zrobić. Bała się nawet ruszyć, w obawie przed tym, że Jack rozpozna, co za uczucia do niej siedzą.
    W końcu się przemogła, spoglądając na niego. Wstała, poprawiając kosmyki ciemnych włosów. Nerwowo zaczesała jedno pasmo za ucho.
    — zawsze zależało mi na tym, żebyś w końcu odnalazł siebie, Jack — powiedziała, posyłając mu spojrzenie. Nawet zmusiła się, by lekko się uśmiechnąć.
    — Każde z nas rok temu zaczęło nowe życie. Oboje chyba wiemy że… że nie ma do czego wracać. Nic, oprócz Ayli nas tak naprawdę nie łączy — dodała, robiąc kilka kroków w jego stronę. W końcu zatrzymała się, może niecały metr od niego, a i tak odniosła wrażenie, że jest zbyt blisko niż powinna.
    — Pójdę już. Nic tu po mnie, tak naprawdę. Jeśli chciałbyś porozmawiać, o czymkolwiek, to się odezwij. Zadzwoń albo napisz. Nie musisz teraz, bo masz na pewno dużo rzeczy związanych z firmą. Ale kiedy już to poukładasz, to po prostu chciałabym… chciałabym wiedzieć, jakie masz plany. Czy weźmiesz w nich też pod uwagę Ay. O nic więcej mi nie chodzi — wyjaśniła. Zrozumiała każde jego słowo, szanując podjęte decyzje. Bo nie miała tu już nic więcej do gadania.
    Wyleczył się z Ciebie. Teraz Twoja kolej. Cichy, nieznośnie okrutny głos odezwał się w jej głowie. I choć w tym wszystkim był ogrom prawdy, to i tak ją to wszystko bolało. Znacznie bardziej niż kiedyś, bo wiedziała, że tym razem nie będzie powrotu. Nie zaczną jeszcze raz. Nie dadzą kolejnej szansy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dobrze Cię widzieć, Jack — mówiąc to, odwróciła się na pięcie, ruszając szybkim i zdecydowanym krokiem w stronę wyjścia, bo wiedziała, że gdyby została tu dłużej, z każdą chwilą byłoby jeszcze gorzej. Ona czułaby się gorzej. Nie czekała na słowa pożegnania z jego strony. Nie chciała ich słyszeć. Nie chciała się rozpadać jeszcze bardziej, jak robiła to właśnie teraz.
      Zatrzasnęła za sobą drzwi, idąc w stronę windy. Była na szczęście na piętrze, nie musiała długo czekać. Wchodząc do środka, poczuła się jak w klatce. Zagoniona w róg, bez żadnej możliwości ucieczki. I nie uciekała przed Jacksonem, uciekała przed własnymi uczuciami, które znów wzięły górę.

      Kiedy winda zatrzymała się na dole, Octavia ruszyła w stronę wyjścia z apartamentowca, żegnana przez portiera. Zauważyła jego smutny uśmiech, usłyszała nawet ciche westchnięcie. Ten mężczyzna był jednym z niewielu osób, które mogły obserwować ten cały chaos w życiu Octavii i Jacksona.
      Zimny nawiew klimatyzacji nieco ją ostudził, choć to i tak nie było to, czego Octavia w tym momencie potrzebowała. Musiała się wyrwać, znaleźć w zupełnie innym otoczeniu i na pewno nie chciała być sama tego wieczoru, bo by po prostu zwariowała.
      Nowy Jork nigdy nie spał, odnosiła wrażenie, że jej znajomi też nie spali. Wystarczyła jedna wiadomość, by wiedziała, gdzie się pojawić.

      Pierwszy kieliszek tequili smakował okropnie. Palił ją w gardło i przywoływał na twarz grymas, ale Octavia czuła, że tego wieczoru będzie potrzebować o wiele więcej alkoholu. Że tylko on mógł na chwilę uciszyć ten ból w jej duszy, który towarzyszył jej od momentu spotkania z Jacksonem. Obok siedziała Heather, słuchając uważnie tego, co mówi brunetka i tylko dolewając jej kolejny kolejki.
      Użalanie się nad sobą nie było w stylu Octavii. Teraz jednak, musiała wyrzucić z siebie tańcach żal i smutek, bo zjadłoby ją to od środka, gdyby nadal to w sobie trzymała.
      Kolejne łyki alkoholu były chwilowym lekarstwem. To było jej placebo, które miało uspokoić cały ten chaos, który w niej zapanował.
      — Jestem beznadziejna — powiedziała kolejny raz tego wieczoru, spoglądając na panoramę miasta. Klub, w którym przebywała Octavia i jej znajomi, znajdował się w centrum miasta. Miał kilka sal i taras widokowy, na którym właśnie siedziała z Heather, żaląc się jej.
      — Chyba czas odpuścić, Tay — Chłodna dłoń jej koleżanki spoczęła na ramieniu Octavii. Ta uśmiechnęła się smutno, wypijając kolejny kieliszek alkoholu. Wszyscy mieli rację. Pora odpuścić.

      Spojrzała na godzinę na telefonie. Było wpół do trzeciej nad ranem. Ulice Nowego Jorku, mimo tej godziny, nadal były pełne ludzi. Zadrżała, poprawiając skórzaną kurtkę. Uber się spóźniał. Widziała na aplikacji, jak kierowca krąży niedaleko, nie potrafiąc odnaleźć punktu spotkania. Octavia jęknęła, chwiejąc się na nogach. Odpaliła papierosa, przestępując z nogi na nogę. Mogła przecież pójść do mieszkania, nie miała daleko. Rozejrzała się na boki, później wyciągnęła telefon i anulowała przejazd. Nocny spacer powinien jej dobrze zrobić. Ruszyła niespiesznie przed siebie, spoglądając na miasto skąpane w nocy. Zapomniała już, jak bardzo lubiła Nowy Jork za ten widok.

      Usuń
  11. — O czym ty… — mruknął Seojun, marszcząc brwi, ale jego oczy rozszerzyły się szeroko, a głos ugrzązł w gardle, gdy tylko zobaczył swojego przyjaciela rozciągniętego bezwładnie na posadzce. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Przez te kilka sekund nie był nawet w stanie złapać oddechu, patrzył na oczy Jacksona, puste oczy wpatrujące się w sufit, jakby… Jakby…
    — Jack? — powiedział słabo, robiąc pierwszy krok. Adrenalina sprawiła, że otrzeźwiał w kilka sekund, a strach o życie jednego z najbliższych przyjaciół rozwiał złość momentalnie, jakby to, co przed chwilą się wydarzyło, nigdy nie miało miejsca.
    Podbiegł szybko do chłopaka, klękając po jego drugiej stronie i złapał za jego dłoń, którą zaczął powoli gładzić. Rzucił szybkie spojrzenie na Namgiego, który zdawał się wiedzieć, co robi, ale jego wzrok sprawił tylko, że krew odpłynęła Seojunowi od twarzy. Namgi był przerażony.
    Było źle.
    — Hej, Jack… Kurwa… — szepnął cicho, głos mu się załamał. W końcu spuścił głowę, zanosząc się bezgłośnym płaczem. Każdy, kto miał do czynienia z narkotykami, miał świadomość, że nawet jeśli chłopak momentalnie uzyskałby pomoc, istniała spora szansa, że… nie przeżyje. — Jack, Jacky, będzie dobrze, okej? Spotkamy się jeszcze, już nam wszystko zaplanowałem. Pójdziemy, gdzie chcesz… — Starł drugą ręka gwałtownie łzy z policzka, śmiejąc się. Był kompletnie rozchwiany psychicznie. — Nie odpierdalaj, Howard, co? Wszyscy Twoi przyjaciele tu są, Octavia, Gab… — Przełknął ślinę. — Nie zostawiaj nas.
    Odsunął się w końcu od niego, gdy Namgi zwrócił się do Octavii z pytaniem. Wstał, nogi miał jak z waty, policzki czerwone, mokre od płaczu. Zrobił jeszcze kilka kroków w tył i ukrył twarz w dłoniach, klnąc głośno, a potem zsunął się w dół na zimna posadzkę.
    Jego przyjaciel umierał.


    ***

    Gdy ostatnie słowa opuściły usta Dani, Seojun wydał z siebie na pół zduszony okrzyk, na pół szloch. Nie docierała do niego rzeczywistość. Jeszcze jakaś cząstka uczepiła się myśli, że Jackson stroi sobie najpaskudniejszy żart stulecia, że zaraz usłyszą, jak bierze głęboki oddech i wraca mu świadomość. Sekundy jednak mijały, a nadzieja powoli gasła.
    Seojun nigdy nie doświadczył śmierci bliskiej osoby. Żył takim życiem, że nie brał nawet tego pod uwagę. Nie wiedział, jak to jest, gdy serce zdaje się łamać przy każdym mocnym uderzeniu, jak powietrze może być pozbawione tlenu, jak pustka może w kilka sekund pozbawić go samego chęci do życia. Jak świat spowija szarość i nic, co jeszcze chwilę temu miało znaczenie, teraz nie ma najmniejszego.
    Wtulił się w drobne ciało Ari, przyciągając ją do siebie, po czym skrył twarz w zagłębieniu jej szyi i zaniósł się płaczem. Nie przejmował się osobami wokół, zasadniczo w tym momencie nie przejmował się kompletnie niczym. Chciał komfortu i ciepła, czegoś, co teraz mogła mu dać tylko jedna osoba w tym pomieszczeniu. Słyszał, jak dziewczyna szepcze mu cicho do ucha słowa pocieszenia, czuł, jak powoli głaszcze go ręka po plecach, jak całuje go w skroń, zapewniając, że jest obok niego. Chyba nigdy w życiu nie docenił tego, jak się cieszy, że ją ma bardziej, niż właśnie w tej chwili, chwili największej słabości.
    Nie wiedział kiedy Minsoo znalazł się po jego drugiej stronie. Dopiero po chwili zorientował się, że obejmuje go ramieniem z drugiej strony. Podniósł głowę i spojrzał na niego, cały zapłakany, z włosami przyklejonymi do twarzy. Na policzkach Minsoo dalej błyszczała świeża krew.
    Czy cokolwiek miało teraz znaczenie?
    — Przepraszam, ja…
    — Daj spokój, stary — odparł Minsoo, kręcąc głową. To ja powinienem cię przepraszać. Ale teraz… Nie ma to żadnego znaczenia.
    Siedzieli tak długą chwilę. Tak długą, że zdążyła zbiec się cała obsługa, muzyka przycichła, a w końcu i dotarli medycy, którzy tylko potwierdzili to, czego wszyscy się tak bali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jackson Howard umarł.
      — Chodźmy stąd — powiedział w końcu Seojun cicho, wyswobadzając się z uścisku.
      Minsoo wyciągnął rękę, by pomóc mu wstać, a blondyn przyjął ja z wdzięcznością. Był tak słaby, że nie potrafił postawić kroku, nie potykając się przy tym o własne nogi. Rzucił ostatnie spojrzenie w kierunku przyjaciela, przegryzając wargę i czując, jak policzki zalewa mu nowa fala łez. Patrzył na Octavię, której serce musiało się złamać wraz z tym, gdy Jackson wziął swój ostatni oddech. Na Gabriela w kompletnej rozsypce. Na Namgiego, Dani, Yuri i resztę osób siedzących wcześniej przy ich stole.

      ***

      Gdy Ari wsunęła się w jego ramiona, Seojun myślał o tym, że przecież za niedługo zobaczą się przecież z Jacksonem, już się umówili. Napisze do niego za parę dni, a Howard jak zwykle odpisze mu z opóźnieniem, prawdopodobnie w dzień spotkania na dwie godziny przed, że już się zbiera do wyjścia. Pójdą do tego samego lokalu, co zawsze, zjedzą najlepsze steki w mieście, a potem pojadą bawić się w loży VIP w klubie, który jest w tym tygodniu najpopularniejszy.
      Jak przyjemnie było choć przez chwilę udawać, że to wszystko się nie wydarzyło. Im bardziej rzeczywistość próbowała przebić się przez ścianę kłamstw, tym wewnętrzny głos Seojuna stawał się głośniejszy.
      „Na pewno Jackson wyrwie jakąś piękną dziewczynę, a o północy i tak napisze do Octavii.”
      Dlaczego nikt nie zainteresował się jego stanem wcześniej? Może mógłbym coś zrobić!
      „Będziemy się wspaniale bawić, jak zawsze. Ciekawe, czy kaca uleczymy u niego, czy u mnie.”
      Po paru latach zapomnę jak wyglądał, jaki miał głos.
      „Muszę mu w końcu o wszystkim opowiedzieć ze szczegółami. Ciekawe, co się działo u niego przez tyle miesięcy… Ile razy zdążyli się rozstać z Blanchard?”
      Ja się zestarzeje, pójdę gdzieś dalej. On nigdy.
      „Pewnie znowu się spóźni.”
      Już nigdy się nie spotkamy.
      „Tęskniłem za nim. Ciekawe, czy on też?”
      On nie żyje.
      „On… nie żyje.”


      ***

      Mieli być przecież nieśmiertelni.
      Im się nie zdarzały takie rzeczy. Jeśli prosili, dostawali. Jeśli żądali, nikt nie mógł odmówić. Jeśli upadali, ktoś słaniał się na nogach, by ich podnieść. Zanim otworzyli usta, już słyszeli odpowiedź.
      Tacy jak oni nie umierali.
      Seojun podniósł się gwałtownie na łóżku, wybudzając z kolejnego koszmaru. Dyszał ciężko i choć spał w samej bieliźnie, jego ciało było mokre od potu. Policzki mokre od łez. Nie pamiętał, kiedy ostatnio udało mu się przespać dwie godziny spokojnie, nie mówiąc nic o całej nocy.
      Wydarzenia z tamtego wieczoru zlewały się w jedną całość, jak gdyby szok otoczył mgłą jego pamięć. Pamiętał spokojne szepty Ari, gdy już dostali się do pokoju hotelowego, pamiętał, że podczas napadu szału kazał im z Minsoo się wynosić, pamiętał, jak ułożyli go na łóżku. Pamiętał, że nie przespał ani minuty do rana.
      Jak dużą wyrwę w sercu może sprawić utrata bliskiej osoby? Nawet wydarzenia w Korei nie pokiereszowały go psychicznie tak, jak ostatnie parę dni i choć przez lata uzbroił się w mechanizmy obronne, które trzymały go z daleka od niewygodnych uczuć, teraz nic nie pomagało. Nieważne, ile wypił, ile brał. Świat spowił mrok i szarość w momencie, gdy dotarło do niego, że człowiek, którego widzi przed sobą, właśnie przeżywa swoje ostatnie chwile, a on nie może zrobić nic, by go uratować. Paraliżujące uczucie paniki i bezradności powracało do niego w najbardziej niespodziewanych momentach, przenosząc go z powrotem na marmurową posadzkę sali balowej.
      Zanim wstał z łóżka wyciągnął rękę w stronę szafki nocnej, na której leżała niedopita wczoraj butelka whisky. Pociągnął spory łyk, a potem przetarł mokre oczy i zerknął za siebie na ogromny zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Miał jeszcze sporo czasu.

      Usuń
    2. To będzie długi dzień.

      ***

      — Och, ty też tu jesteś — roześmiał się Seojun, przekraczając próg kościoła, w którego drzwiach stała Camilla, matka Jacksona. Jego ojciec siedział z resztą rodziny już w pierwszym rzędzie.
      Oczy kobiety były zaczerwienione, ale nie napuchnięte i nie błyszczały w nich też łzy. Brunetowi przeszło przez myśl, że nie zdziwiłby się, gdyby tego dnia prywatna makijażystka Camilli nałożyła jej różowawy cień pod oczy, by wyglądała dokładnie tak, jak powinna matka, która żegnała na zawsze swojego syna.
      — Słucham? — odpowiedziała oburzona. Kilka osób odwróciło głowy, a Seojun zrobił krok w jej stronę.
      — No bo... Tak jakby... — Seojun dalej chichotał. — Wszyscy wiedzą, że jesteś głupią kurwą i że nigdy nie traktowałaś Jacksona jak syna. Nie kochałaś go. — Oparł gwałtownym ruchem obie dłonie na ramionach Camilli. — Musisz czuć teraz ulgę, co?
      Nagle Seojun poczuł, jak ktoś odsuwa go mocno od kobiety i ciągnie w kierunku ostatnich ław, ale nawet nie spojrzał w tył. Dalej patrzył w oczy upokorzonej Camilli, której nogi wrosły w ziemię, a twarz zmroziła w wyrazie głębokiego szoku. Poruszała ustami jak ryba wyrzucona na brzeg, nie umiejąc wydusić z siebie ani słowa, nawet wyrazów oburzenia.
      — Przekaż mężowi, jakby się pytał! — krzyknął jeszcze Seojun na odchodne. Silne, męskie ręce ciągnęły go i przytrzymywały w uścisku, ale i tak starał się za wszelką cenę stać w miejscu. — Że jestem tym chłopakiem, którego próbowałaś przelecieć na tej samej imprezie, na której się z nim pojawiłaś. Pewnie mnie pamięta!


      ***

      Gniew Seojuna był zimny jak lód. Zemsta nie lubiła przecież gorączki.
      Wzrok prześlizgnął się po ekranie telefonu powolnie. Oczy pozostały niewzruszone, jedynie kącik ust, który lekko drgnął, wskazywał na to, że chłopakiem szarpnęły jakiekolwiek emocje. Palce zawisły przez chwilę nad urządzeniem, by potem zacząć wystukiwać kolejne literki w wyszukiwarkę — musiał się przecież upewnić, że to wszystko nie było wyssaną z palca plotką. Ale nie było. Artykuł za artykułem, filmiki, urywki z wiadomości, a w końcu i powiadomienia przesłane przez Plotkarę, potwierdziły, że to prawda. Jackson nie umarł. Jackson żył i miał się dobrze.
      Seojun bez wahania wybrał numer do swojego asystenta. Piętnaście minut później wsiadał na tylne siedzenie samochodu i przekazywał kierowcy informację, by ten udał się do głównej siedziby Pearl Yachts.
      Gdy Jackson wchodził do własnego gabinetu, Seojun już siedział na skórzanym fotelu w kącie obszernego pomieszczenia, które musiało służyć spotkaniom z klientami. Oparł wygodnie kostkę o kolano, głowę o miękki zagłówek i bawił się lodem w szklaneczce whisky. Druga, którą nalał dla Jacksona, stała przed nim na stoliku.
      Zmierzył chłopaka nieprzeniknionym spojrzeniem.
      — Kopę lat — powiedział tylko po chwili. Ale nie poruszył się.

      S.

      Usuń
  12. Z początku myślał, że to jest jakiś kiepski żart.
    Potem zwyczajnie w świecie się wkurwił i zablokował numer, który należał do Jacksona. Ludzie mieli pojebane poczucie humoru. Wcale nie byłby zaskoczony, gdyby ktoś wygrzebał numer Howarda i stroił sobie żarty z Gabriela. Gdyby utrzymywał lepszy kontakt z resztą paczki to pewnie zapytałby się, czy oni również dostawali wiadomości „od Jacksona”. Co w końcu było niemożliwe, bo ich przyjaciel od roku gryzł ziemię i raczej nie zostało z niego już zbyt wiele. Napisał tylko raz. Krótkie odpierdol się, a po tym zablokował numer na dobre. Niejako miał nadzieję dostać od Jacka jakąkolwiek wiadomość, ale nie wierzył w żadne nadprzyrodzone moce, a już na pewno nie wierzył w duchy. Musiał to być zwyczajnie kiepski żart. Gdyby mu się chciało to pociągnąłby tę osobę do odpowiedzialności, ale był to jeden z tych rozdziałów, które Cavallaro chciał zostawić za sobą. Nie tyle co zapomnieć, a po prostu spróbować pogodzić się z tym, że stracił przyjaciela. Nawet, jeśli ich relacje nie były w ostatnich miesiącach najlepsze. Bywały napięte i wcale mu się nie dziwił. Nie planował przecież tego, że między nim, a Octavią coś się wydarzy, ale jak to dziewczyna powiedziała było minęło, a brunet nie zamierzał za nią biegać. Jakby nie patrzeć, ale już się Howardowi z tego wytłumaczyć nie mógł.
    I to nie był już jego problem. Octavia wybrała co dla niej najlepsze, a to najwyraźniej oznaczało odcięcie się od niego na dobre. I powrót oczywiście w najmniej oczekiwanym momencie i strojenie szopki, jakby wciąż miała do niego jakieś prawa.
    Między telefonami były również dziwne artykuły, które Cavallaro brał z przymrużeniem oka. Przecież to było niemożliwe, prawda? Widział, jak Howard umiera. Tu na jego rękach. Otoczony grupą najbliższych przyjaciół, ale i nieznajomych, a potem pojawiło się to najgorsze potwierdzenie. Jackson umarł. Brzmiało to wtedy niewiarygodnie śmiesznie. Oni wszyscy byli przekonani, że są nieśmiertelni. Nie ważne, ile prochów wzięli, ile kresek wciągnęli i jak wiele alkoholu wypili – zawsze wracali po tym do żywych. Może zajmowało im to parę dni, ale prędzej czy później znów było ich widać na ulicach Manhattanu. Wesołych i zadowolonych z życia. Od tamtej nocy Gabriel nie zaglądał na Plotkarę, a już na pewno nie brał jej jako głosicielkę wszystkiego co prawdziwe. To samo tyczyło się wszelkich szmatławców, które żywiły się gorącą krwią i sensacją. Wystarczyło mu, że zobaczył kilka nagłówków o rzekomym powrocie Jacksona zza grobu. Brzmiało to jak tania sensacja, w której Gabriel nie zamierzał brać udziału.
    Wieczór spędzał sam. Naomi wymknęła się z mieszkania w południe, bo na wieczór miała zaplanowaną jakąś sesję, a Gabriel nieszczególnie chciał wychodzić dziś na miasto. Wyszedł jedynie na spacer z Marą, a potem planował pyknąć kilka misji w grze, może zamówić jakieś żarcie i spędzić nudny wieczór w swoim towarzystwie.
    Żadnej eks. Żadnej nowej dziewczyny. A już na pewno żadnego zmarłego przyjaciela.
    I tak mu leciał czas. W tle leciała muzyka, skupiony był na graniu. Przygaszone światła w lofcie i spokój, który w nim panował pomagały Gabrielowi wczuć się w niekomfortową atmosferę horroru, który sobie wybrał na dzisiejszy wieczór. Nic nie mogło pójść źle. Zdążył nawet zapomnieć o tym, jak jeszcze kilka dni temu walczył z głupimi połączeniami, które niejako miały wychodzić od Jacksona. Mara spała na drugiej połowie kanapy, pochrapując co jakiś czas bądź poruszając uszami, kiedy we śnie najwyraźniej biegła za królikiem. To miał być spokojny wieczór. I było tak, dopóki nie przeszkodził mu dzwonek do drzwi.
    W pierwszej chwili miał ochotę go zignorować. Nie zapraszał nikogo. Naomi miała klucze i mogła wejść w każdej chwili, więc kto się tu do cholery pchał? Ale dzwonek nie ustępował, a Gabriel czuł narastającą irytację, gdy nieproszony gość nie odchodził.
    — Ja pierdolę. — Mruknął pod nosem. Zatrzymał grę i niechętnie podniósł się z miejsca. — Lepiej, żeby to było dobre.
    Przechodząc przez mieszkanie nie miał pojęcia do czego idzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był przekonany, że to może sąsiad albo ktoś znów wpuścił dzieciaki, które sprzedają ciastka i zbierają na rower. Nie pomyślał, aby spojrzeć w kamerę czy przez wizjer. Otworzył drzwi przekonany, że to kolejna nieistotna wizyta. Jednak w momencie, kiedy wzrok mężczyzny spoczął na postaci stojącej przed drzwiami poczuł, jak wszystkie wnętrzności mu opadają w środku. Dłoń zacisnęła się na klamce, a Gabriel przez moment był pewien, że wzrok płata mu fila. Bo to przecież było niemożliwe, aby Jackson stał przed jego drzwiami.

      G.

      Usuń
  13. — To zwolnij ją. — Zabrzmiało to w jego ustach jak pytanie. — Ja bym ją zwolnił.
    Seojun uważnie obserwował chłopaka, każdą drobną zmianę na jego twarzy — od zaskoczenia, smutku, poczucia winy, aż do drobnej irytacji jego milczeniem. I chciał być odporny, i może z zewnątrz właśnie tak wyglądał, ale w środku czuł tak ogromną wściekłość, że w tym momencie najchętniej, zgodnie z podsuniętym przez Jacksona scenariuszem, przywaliłby mu prosto w twarz.
    I nie miało nawet znaczenia, co Howard by w tym momencie zrobił. Nawet gdyby teraz faktycznie pokornie spuścił głowę, wziął na siebie winę, wyrecytowałby mu wiersz lub padł na kolana, Seojun nie zachowałby się inaczej. To, co zrobił chłopak, było zwyczajnie nieludzkie, a takiego bezmyślnego okrucieństwa nie mógł mu od tak wybaczyć — a już na pewno nie zwykłym “sorry, stary, że się nie odzywałem”, na które najwyraźniej Jackson miał największą chrapkę.
    — Zgadywać, jak się dowiedziałem? Kurwa, macie z tą swoją sekretareczką wiele wspólnego, może jej jednak nie zwalniaj?
    Wychylił szklaneczkę i wypił zawartość na raz. Nigdy nie lubił whisky. Lubił słabe i słodkie alkohole, które mógł pić całą noc w niewielkich dawkach, lubił słabe papierosy, których mógł dużo palić i najwyraźniej lubił rozpadać się na milion kawałeczków jak małe dziecko, bo lubił też słabą psychikę.
    — Nie przyjechałem tutaj się przekomarzać. Mam pytania. — Odstawił szklankę z trzaskiem na blat stolika, który oddzielał go od Jacksona. — Po pierwsze, czyj to był pomysł? Po drugie, dlaczego? Co ten najbardziej kuriozalny scenariusz miał dobrego komukolwiek przynieść? Po trzecie, dlaczego? Co ciebie samego kurwa podkusiło, aby dać wszystkim uwierzyć, że nie żyjesz? Po czwarte, dlaczego?
    Seojun zmrużył lekko oczy.
    — Ilość narkotyków jaką wciągnąłeś tamtej nocy wydaje się mało przypadkowa… Dla. Kogoś. Kto. Cię. Zna.

    S. 🖤

    OdpowiedzUsuń
  14. To wyjście z mieszkania Jacksona było znacznie inne, niż poprzednie. W tym wyjściu nie było już powrotu jak kiedyś. Miała wrażenie, jakby zamknęła za sobą pewien rozdział życia, choć tak naprawdę jakaś jej część krzyczała, że nie chce tego robić. Bo tak, jego powrót dał jej jakąś nadzieję, choć sama nie wiedziała na co. Przecież Jack dał jej nawet nie subtelnie do zrozumienia, że nie wrócił tu odbudowywać wszystkiego, że chce zacząć wszystko na nowo, zupełnie sam. I w jakiś sposób to zaakceptowała, choć naprawdę te słowa w jakiś sposób ją dobiły. Bała się je usłyszeć, a jednak Jack nie pozostawił na niej suchej nitki, mówiąc, że nie chce niczego naprawiać. że nowe życie mu się podoba i ta jego nowa wersja też mu odpowiada.
    Dlatego stwierdziła, że musi zapić te smutki. Może ostatni raz. Może jutro obudzi się z myślami, że wszystko będzie dobrze. Może pojawi się jakaś nowa motywacja, że powrót do Nowego Jorku był dobrym pomysłem.

    Letni wiatr rozwiewał jej włosy, które zasłaniały widok. Octavia raz po raz zaczesywała niesforne pasma za ucho, łapiąc się na tym, żeby nie przypalić ich papierosem. Minęła ją grupka roześmianych nastolatków. Wyminęli ją, odprowadzając wzrokiem. Może zrobili jej jakieś zdjęcie, ale naprawdę, miała to totalnie gdzieś.
    Midtown wyglądało bardzo ładnie, skąpane w nocnym świetle miasta. światło tutaj było ostrzejsze niż w innym miejscu. Nawet przystanęła na moment, spoglądając na wieżowiec przed sobą. Przez krótką chwilę przyglądąła się budynkowi, aż w końcu ruszyła przed siebie. Nie miała daleko do domu, a ten nocny spacer jakoś nieco ją oczyścił. Nagle w jej głowie zapanował spokój, poczuła jakąś lekką ulgę, a może to był tylko złudzenie.
    Nieco zdziwiło ją to, kiedy zobaczyła samochód Jacksona obok siebie. Przystanęła, uginając nieco kolana, by móc na niego spojrzeć. Robiła to dłuższą chwilę, nim się odezwała.
    — Anulowałam ubera. I dzięki, ale wolę się przejść — powiedziała, siląc się na uśmiech. Nie sądziła, że go znowu zobaczy, że po nią przyjedzie. I w sumie, kto mu dał znać, gdzie jest? I czemu, do cholery, postanowił po nią pojechać?
    Kiedy nie odjeżdżał, tylko nadal czekał, Octavia westchnęła, dopalając papierosa. Niedopałek zgasiła butem, a później, chcąc nie chcąc, wsiadła do samochodu. Bo wiedziała, że Jack nie odpuści.
    Zapięła pasy, spoglądając przed siebie. Ta sytuacja była dziwna. Oboje raczej chcieli, aby ten wieczór skończył się inaczej.
    — Nie musiałeś — odezwała się w końcu, spoglądając na niego. Szybko i krótko, później znów spojrzała na ulicę przed sobą.
    — Zastanawiałeś się nad tym, czemu nigdy nie chodziliśmy na spacery? W sensie, wieczorem. Chyba nigdy nie byliśmy na mieście, tak po prostu pochodzić. Wiecznie chodziliśmy tylko na imprezy, z klubu do klubu — powiedziała, łapiąc się na tej dziwnej myśli, która pojawiła się w jej głowie. Ta myśl była tak abstrakcyjna, jeśli wzięło się pod uwagę ich aktualną sytuację. Octavia nawet cicho się zaśmiała, kręcąc głową na boki.

    OdpowiedzUsuń
  15. Octavia wzruszyła delikatnie ramionami, spoglądając na miasto przez szybę. Wszędzie było niebezpiecznie, wszędzie mogło coś się stać.
    — Tu jest trochę lepiej niż we Francji — powiedziała, odgarniając kosmyk włosów za ucho.
    — Niektóre dzielnice są naprawdę niebezpieczne. Tutaj jeszcze nie jest tak źle— dodała. Tam na przykład czasami dało się wyczuć, że wieczorem lepiej nie wychodzić i zostać w domu. Tutaj, szczególnie dzisiaj, jakoś nie czuła żadnego zagrożenia. Chyba wszystko było jej w sumie obojętne.
    — Ale powinieneś to olać, nie przyjeżdżać po mnie — powiedziała po chwili. Jeśli mieli zacząć wszystko na nowo i osobno, powinni zdecydowanie skupić się na znacznie ważniejszych sprawach, niż jej samotne, nocne spacery, kiedy była wstawiona.
    Przecież nic jej nie było.
    Sama też nigdy nie zastanawiała się nad tym, czemu nie chodzili na spacery. I czemu nagle one wydały jej się tak cholernie ciekawe. Te kilka lat wstecz ich życie wydawało się takie beztroskie. Imprezy, alkohol, używki. Wakacje ze znajomymi. Mieli wszystko to, o czym tak wielu marzyło.
    A potem jakby każde z nich zderzyło się z rzeczywistością. Oni zaliczyli wpadkę, na świecie pojawiła się Ayla. Ich związek, jeśli tak można to było nazwać, rozpadł się totalnie. A później została sama i się zgubiła. Potrzebowała pomocy, o którą tak ciężko jej było prosić. Bo nigdy to nie miało miejsca. To zawsze ona pomagała.
    — Na początku nie umiałam się przyzwyczaić do ciszy — zmarszczyła brwi. — Zawsze musiało być wokół głośno, żebym mogła zagłuszyć myśli. Było ich tak wiele. I… denerwowało mnie to. Bo było głośno w mojej głowie, i wokół mnie. A później, jak wyjechałam, to pojawiła się ta cisza. I tak bardzo mnie denerwowała— dodała.
    — Jakoś mi nieco dziwnie, od kiedy tu jestem. Ale chyba jednak tego potrzebowałam. Kilo jest wyjechać, odpocząć od tego miejsca i być gdzieś, gdzie nikt Cię nie zna. Ale z czasem zaczęłam myśleć o powrocie — spojrzała na Jacksona, który skupił się na drodze, albo po prostu zrobił to specjalnie, żeby nie spoglądać w jej stronę.
    Ich życie chyba lubiło ironię. Na wzmiankę o Szwajcarii, Octavia zaśmiała się cicho, odwracając głowę w stronę Jacksona. Aż nie mogła w to uwierzyć.
    — Szwajcaria — powtórzyła, z lekkim niedowierzaniem. Jakby nie patrząc, byli blisko siebie. Dzieliła ich tylko granica państw. Być może kilka godzin drogi.
    — Czemu by mi się tam spodobało? — podchwyciła, unosząc w górę lekko brew.
    — To wszystko jest chyba naprawdę jakimś żartem — powiedziała, ale bardziej do siebie, niż do Jacksona.
    — Niezmiennie. Ciągle ten sam apartamentowiec na Upper East Side. Na szczęście panowie od remontu już się zebrali — jej mieszkanie niewiele się zmieniło. Wszystko było praktycznie takie samo, jak zostawiła. Nie licząc pokoju Ay, bo to głównie on został zmieniony.
    — Po tym wszystkim… nie chciałeś się odezwać? Po prostu chcę to wszystko zrozumieć, jakoś to poukładać w swojej głowie — wyjaśniła.
    — Albo może powinnam to zostawić tak, jak jest. Nie drążyć tematu — westchnęła, przymykając oczy.

    OdpowiedzUsuń
  16. Octavia powoli odwróciła głowę w jego stronę, a później usiadła nieco bokiem, na fotelu pasażera. Teraz miała idealny widok na jego profil, który nadal był nieco skryty w cieniu, choć oni byli na rozświetlonej ulicy Nowego Jorku. Przyglądała mu się uważnie, badając rysy twarzy, chcąc znaleźć w niechęć cząstkę tego Jacksona, którego poznała i zapamiętała, ale wszystko w nim uległo zmianie, choć on starał się mówić, że tak nie jest. Że owszem, coś tam się w nim zmieniło, ale nie za dużo. A prawda była zupełnie inaczej. Jack wydawał się dojrzalszy, bardziej pokorniejszy. Jakby w kk na j odpuścił, spuścił głowę i przestał walczyć, chcąc udowodnić wszystkim wokół, że tylko jego słowo może być na wierzchu i tylko on ma rację.
    Nawet spojrzenie miał nieco inne.
    — A zawsze nie potrafiłeś sobie wyobrazić tego, że można tak spokojnie siedzieć kilka godzin — rzuciła z rozbawieniem. Europa znacznie różniła się od Stanów Zjednoczonych. Tu odnosiło się wrażenie, że wszyscy gdzieś gonią, biorą udział w jakimś wyścigu. Chcą być pierwsi. I owszem, wszędzie był taki wyścig, ale było też tak, jak mówił Jack. Że siadało się w weekend w kawiarni i po prostu korzystało z wolnego. Nigdzie się nie spieszono, leniwie celebrowało się dzień.
    — Cóż, może masz racje. Znaczy, jeśli teraz nie ruszysz, to ten rowerzysta zdecydowanie nas wyprzedzi — dodała, nieco żartobliwie. Przecież wiecznie nie mogli tkwić w tej napiętej atmosferze, bo się wykończą.
    Uśmiechnęła się smutno, kiedy wspomniał o tamtym dniu. Pamiętała go jak przez mgłę. Pamiętała, że byli wtedy pokłóceni, ale nie chciała aby tak było. Chciała zgody, jak zawsze. Chciała go obok siebie.
    Odetchnęła głęboko.
    — To były sekundy, ale ciągnęły się w nieskończoność. I myślałam, że będę pamiętać wszystko, ale tak naprawdę nie pamiętam wiele. Chyba najgorszy był ten strach, a później świadomość, że Cię nie ma — powiedziała, uciekając spojrzeniem w bok. Spojrzała na ulicę, na mijane samochody, grupki ludzi.
    — Nie rób już takich akcji, co? Nie umieraj drugi raz, a później nie wracaj zza grobu. Babcia to chyba mi będzie kazała jakiś rytuał odpędzające złe moce odprawić. Boże, ja myślałam, że takie sytuacje mogą być tylko w filmach, a tu proszę — powiedziała, a chwilę potem zamilkła, zastanawiając się nad jego słowami. Bardzo dobrze go rozumiała. Wiedziała, jaki był Jackson. Niejednokrotnie widziała różne próby, które podejmował, i to jak one się kończyły, ale teraz gdzieś w głębi czuła, że ta jego zmiana jest zdecydowanie bardziej przemyślana. I, że on sam polubił tą nową wersję siebie.
    W końcu przed sobą zobaczyła apartamentowiec. Miała jeszcze chwilę, żeby w jakiś sposób zaspokoić tą potrzebę bycia przy nim te kilka minut.
    — Wejdziesz? Możemy się napić nawet herbaty, jeśli nie chcesz alkoholu. Oboje mamy noc z głowy, Jack. I chyba oboje mamy w sobie tą ciekawość, jak teraz wyglądają nasze życia. Bo może i jestem teraz nieco wstawiona i możesz sądzić, że u mnie się nic nie zmieniło, ale to tak nie wygląda. Ta sytuacja to jednorazowy wyskok, po prostu musiałam coś zrobić, bo w domu dostałabym do głowy. Dasz mi się poznać na nowo? Bez wracania do przeszłości. Bez żadnych prób powrotów. Po prostu pogadajmy — powiedziała, wzruszając przy tym ramionami.
    Kiedy zatrzymali się pod apartamentem, przez dłuższą chwilę siedziała na swoim miejscu, aż w końcu odpięła pasy, kładąc też rękę na klamce samochodu.
    — Więc jak? Dasz się namówić na herbatę i nocną pogawędkę? — zapytała, spoglądając na niego.

    OdpowiedzUsuń
  17. — Myślę, że na pewno szanowałbym cię o wiele bardziej, gdybyś taki miał plan.
    Seojun nie czuł nawet drobnego śladu wyrzutów sumienia, dając upust złośliwości. Co najwyżej lekką sensację w sercu wywołaną ulgą i zadowoleniem, że mógł sobie w jakikolwiek ulżyć we wściekłości, która nim właśnie targała. Zapytany, powiedziałby pewne, że wykazał się tak właściwie miłosierdziem, bo w tych warunkach można było od niego oczekiwać dużo gorszej reakcji.
    — Ale… — westchnął i pokręcił głową. — To nie ma żadnego sensu, Jackson. To sie po prostu, kurwa, nie trzyma kupy. Na cholerę twoi rodzice szliby tak daleko i narażali się na to całe zamieszanie, żeby udawać, że nie żyjesz? Zwłaszcza, że skoro właśnie bujasz się po siedzibie Pearl jako nowy pan właściciel, musiałeś być w testamencie. Trupy nie dziedziczą majątków, całe szczęście, bo w przeciwnym razie bylibyśmy w dupie, więc ktoś się już musiał tego spodziewać.
    Wyciągnął rękę po karafkę, by uzupełnić alkohol, a potem odpalił papierosa.
    — A ty, kurwa, mogłeś kupić numer na kartę, żeby zadzwonić do ludzi, na których podobno ci zależy, żeby im powiedzieć, że jednak żyjesz. Tatusiu roku. — Uśmiechnął się szeroko. — Co to za pierdolenie o jakimś odcinaniu się? Za moment się okaże, Jackson, że nauczyłeś się segregować śmieci, pijesz owsiane mleko, matcha latte, chodzisz na pilates i jesteś wegetarianinem. Będziemy musieli poznać się na nowo.
    Tak w zasadzie to świetnie się aktualnie bawił. Miał alkohol, papierosy i emocjonalny worek treningowy.
    Oh, maybe people really do not change.

    S.

    OdpowiedzUsuń
  18. A ja tego pana kojarzę... I nie ukrywam, że jego powrót mnie zaskoczył. 👀 W zasadzie to nie wiem, czy mu współczuć, czy jednak nie współczuć mu wcale, bo podskórnie czuję, że ten chłopak jeszcze pokaże rogi i zamiesza nowojorską elitą.
    Będę miała tutaj całkiem prostą pannę; przyszło mi do głowy, że może ciekawie byłoby ich zestawić ze sobą, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie nie miałaby pojęcia, kim Jackson jest, gdyby go spotkała? Może to byłby dla niego fajny reset?


    CLAIRE BELLFORT jeszcze z roboczych

    OdpowiedzUsuń
  19. Octavia była nieco zdziwiona, że jeszcze nie dostała żadnej wiadomości od swojej babci. Zwykłego zaproszenia do rozmowy, jeśli będzie tego potrzebowała. Jeszcze nie był to ten moment, kiedy chciała rozmawiać. Najpierw chyba sama musiała w głowie poukładać to wszystko, co się zaczęło dziać w jej życiu.
    Czekała cierpliwie na jego odpowiedź lub jakikolwiek ruch. Szczerze, spodziewała się odmowy, może słów, że to nie jest dobry pomysł. I może tu też była jakaś część racji. Nie wiedziała, czy tak to wszystko miało wyglądać, czy powinni w ogóle spędzać ze sobą czas. Czy może jednak powinni załatwić wszystkie sprawy i formalności, po czym na tym zakończyć swoją znajomość.
    Ta sytuacja była abstrakcyjna. Taka, która mogła wydarzyć się w filmie, ale nie prawdziwym życiu. A jednak, w pewnym momencie oboje wysiedli z samochodu Jacksona i ruszyli do jej mieszkania. Jak kiedyś. Jakby wydarzenia sprzed roku nie miały znaczenia.
    Czuła, jak po ciele przebiega jej dziwny dreszcz. Nie był to dreszcz przyjemności, ani też taki, który wywołany był przez jakiś strach. Nie umiała tego nazwać.
    Jeszcze rok temu zastanawiała się nad swoimi uczuciami do niego. Czy to była miłość, czy jednak swego rodzaju zauroczenie albo też może i uzależnienie. Bo przecież, nie potrafili z siebie zrezygnować, nawet jeśli chcieli. Ich drogi zawsze się łączyły.
    Odetchnęła głęboko, wchodząc do apartamentowca. Portier rzucił jej zszokowane spojrzenie, odprowadzając ich dwójkę do windy. Każdy chyba nadal nie dowierzał w to, że Jackson Howard żył i miał się dobrze, nawet sama Octavia. To było szalone uczucie, raczej nie do opisania słowami. Być z nim, tuż obok. Wręcz na wyciągnięcie ręki. Spojrzała znów na niego, kiedy w ciszy jechali windą.
    — Nie martw się, nie ma jej. Rodzice nie widzieli małej kilka miesięcy, więc aktualnie są jej ulubionymi osobami na świecie. I za nic nie chce wychodzić od nich z mieszkania, więc ja mam chwilę spokoju — uśmiechnęła się delikatnie. Dziwnie było z nim rozmawiać o ich córce. O kimś, kogo Octavia znała najlepiej na świecie, o kim mogłaby mówić godzinami, a on.. on jej nie znał. Nie wiedział, jakie Ayla ma przyzwyczajenia, co lubi robić i jak rozgadaną trzylatką jest. Kiedyś go winiła o to, że odszedł z jej życia, później jej przeszło. Stwierdziła, że wychowa ją sama, najlepiej jak potrafi.
    — Czasami pyta o Ciebie — rzuciła, jakby od niechcenia, wychodząc z windy. Z torebki wyciągnęła klucze do mieszkania, które też po chwili otworzyła. Jej mieszkanie nie zmieniło się zbytnio. Na początku czuła, że przez ostatni rok zdecydowanie brakowało w nim życia. Teraz wszystko powoli wracało do normy; w mieszkaniu walały się zabawki Ayli, jej dziecięce rysunki. Gdzieś w jej sypialni stała jeszcze nie do końca rozpakowana walizka z ubraniami, ale Octavia nie miała do tego zdecydowanie głowy.
    — W sumie nawet nie wiem, czy chcesz o niej rozmawiać — powiedziała, zrzucając szpilki z nóg. Teraz było zdecydowanie wygodniej.
    Ruszyła w stronę otwartej na salon kuchni, po czym nalała wody do czajnika, wyciągając chwile później z szafki kubki i herbatę. Spojrzała na Jacksona, opierając się plecami o kuchenny blat i splatając z sobą ramiona.
    — Nie wiem nawet, czy w ogóle chcesz rozmawiać — powiedziała.
    O.

    OdpowiedzUsuń
  20. Czajnik dał znać, że woda się zagotowała. Octavia zalała kubki z herbatą, chwytając za uszka kilka sekund później. Jeden z kubków postawiła przed Jacksonem, drugą zaś obejmując rękami. Jej łokcie spoczęły na blacie kuchennej wyspy. W ciszy rozejrzała się po pomieszczeniu. Wyglądało dla niej zwyczajnie. Od trzech lat widać było, że w jej życiu jest dziecko.m, z każdym rokiem jednak wszystko się zmieniało. Z niemowlęcych zabawek, po te dla większych dzieci. Kredki, klocki, puzzle. To były najważniejsze rzeczy w życiu Ay. Stałe i niezmienne, dochodziły tylko nowe, jeśli tylko czegoś zapragnęła.
    Dla Jacksona zapewne taki widok był niecodzienny. Niepasujący do jego życia. Octavia to bardzo dobrze wiedziała, i w sumie też nie chciała go do niczego zmuszać.
    Jeszcze chwilę temu czuła, jak alkohol krążył w jej ciele. Jak nogi nieco się plątały, kiedy próbowała stawiać kroki. Teraz, jakby nagle wszystko wyparowało.
    — Te słowa brzmią tak… niecodziennie. W sensie, że Ty i terapia. Głębokie rozmowy, rozgrzebywanie wszystkiego, przyznanie się do własnych win — powiedziała, nie patrząc na niego. Każde z nich musiało przyznać się do wszystkiego, co zrobili źle. Jakie błędy popełnili, czemu nie spróbowali niektórzy spraw naprawić. Ona sama musiała się przyznać do rzeczy, do których nie chciała.
    — Bo Cię nie pamięta. Zna Cię ze zdjęć, wie, że jesteś jej tatą. Pytać zaczęła jakieś kilka miesięcy temu, bo widziała wokół siebie inne dzieci z ojcami — powiedziała, również wzruszając ramionami.
    — Nie mówiłam jej za dużo. Tylko, że tu Cię nie ma. W sumie nie wiem, czy rozumiała sens tych słów. Ale chciałam… chce, żeby porozmawiała o tym z odpowiednimi osobami. Bo to ciężka sprawa dla nas, a co dopiero dla takiego malucha — dodała, upijając przy tym łyk herbaty. Napój był ciepły, i tak bardzo niepasujący do tej dusznej nocy, która im towarzyszyła.
    Zamilkła na chwilę, słuchając z uwagą jego słów. Podejrzewała, że pewnie wiele innych na jej miejscu, nie pozwoliłyby, aby ktoś, kto tak postawił sprawy, na nowo wszedł w życie z buciorami w ich życie. Octavia jednak nie wiedziała, co powinna zrobić, czy Jack w jakiś sposób chciał uczestniczyć w ich życiu. W sumie już przyzwyczaiła się do życia z Aylą u boku.
    — Rozegrałeś to chujowo, Jack — wzruszyła ramionami, spoglądając na niego. Odwróciła się bokiem, by móc na niego patrzeć bez żadnych przeszkód.
    — Chciałam, żeby to wyglądało inaczej, ale nie chciałeś. Tak naprawdę z jednej strony nie chcę mieszać w jej życiu, ale nie chcę też, żeby żyła w kłamstwie, bo to nie tędy droga. Tyle, że ta decyzja nie należy do mnie, a do Ciebie. Możesz wejść do naszego życia i być, albo po prostu powiedzieć, że nie chcesz tego. Wyjechać i wrócić do Szwajcarii, żyć tak jak chcesz — powiedziała. Patrzyła na niego, długo i wyczekująco, ale w żaden sposób nie oceniająco, choć mogła. Mogła naciskać i wywierać na nim presję, ale nie robiła tego w żaden sposób. Zostawiła mu dwie pary otwartych drzwi i to od Jacksona zależało, które wybierze.
    — Gdyby mogła, zamieszkałaby na placu zabaw. Ma plan zobaczyć wszystkie place zabaw w mieście — zdradziła, uśmiechając się przy tym delikatnie.
    O.

    OdpowiedzUsuń
  21. Oczywiście, że słyszał o starszym Howardzie. To był news tygodnia, jeśli mógł tak powiedzieć. Jego ojciec przyjaźnił się w końcu z Howardem, a w dodatku wiadomości sprzed roku wciąż były żywe. W przeciwieństwie do Jacksona, choć świat próbował najwyraźniej powiedzieć wszystkim, że Jackson żyje. W snach Gabriel nie przypuszczałby, że mogła za tym stać intryga. W dodatku tak paskudna. Nie spodziewał się, że te artykuły o rzekomo widzianym w mieście Jacksonie są prawdą. Wolał myśleć, że to ktoś do niego podobny, że ludziom odwaliło po śmierci Roberta, że próbują teraz kolejnej sensacji.
    Tymczasem przed drzwiami do jego mieszkania stał Jackson. We własnej osobie.
    Gabriel przez kilka sekund nie wiedział, jak ma się zachować. Gdyby coś dziś wziął spokojnie mógłby zwalić winę na kreskę. Przyćpał, widział martwych ludzi, a gdy wytrzeźwieje to wszystko wróci do normy. Tylko… Kurwa, był trzeźwy. To chyba był jego najtrzeźwiejszy rok odkąd pamiętał.
    Jackson wyglądał tak, jak Gabriel chciał go zapamiętać. Z tym bezczelnym uśmiechem na twarzy, jasnymi kosmykami, które opadały mu na czoło. Jednocześnie było w jego wyglądzie coś innego, czego Cavallaro jeszcze nie potrafił wskazać. Wyglądał na zmęczonego. Życiem czy udawaniem martwego? W innej sytuacji zapytałby się go, jak się czuje, jak jego matka. Jednak teraz zupełnie Gabriela nie interesowało samopoczucie Howarda i to, jak się trzyma po śmierci ojca. Jackson nie zdążył powiedzieć niczego więcej. Te krótkie zdanie, rzucone od niechcenia, jakby wracał z pieprzonych wakacji, a nie zza grobu, sprawiło, że niemal czuł, jak krew w jego żyłach zaczyna się gotować. Nie pozwolił mu powiedzieć niczego więcej. Gabriel zrobił pół kroku do przodu, a jego prawa pięć błyskawicznie przecięła dzielącą ich odległość, lądując prosto na szczęce Howarda. Cios nie miał go powalić, gdyby Cavallaro chciał go znokautować mógłby to zrobić. Kompletnie nie chodziło o to. Cios był krótki, mocny i pełen emocji, których przez ostatni rok próbował nie okazywać.
    — Masz minutę, aby wyjaśnić, dlaczego stałem nad twoim grobem.
    Cofnął się w głąb mieszkania. Mimo wszystko, ale rozmawianie na korytarzu nie należało do najrozsądniejszych decyzji. Choć chwilowo już wcale nie był pewien, czy cokolwiek w ich życiu jest rozsądne.
    Spędził kilka miesięcy na uporaniu się ze stratą przyjaciela. Cholera, Gabriel nawet nie był pewien, czy w ostatnich miesiącach byli przyjaciółmi. Zrobiło się dziwnie, niekomfortowo wręcz chwilami, a dawniej przecież byli nierozłączni. Jeśli gdzieś był Jackson zaraz obok niego był Gabriel. Widok tej dwójki razem nigdy nie był zaskakujący. Wspólne imprezy, nawet wspólne dziewczyny, jak się okazuje. Wspólna kreska? Żadnego problemu. Kolejna tabletka nieznanego pochodzenia? Nie ma żadnego problemu.
    Patrząc na Jacksona teraz nie był pewien, czy widzi przyjaciela, obcą osobę czy faceta, któremu ma ochotę przyłożyć jeszcze raz, aby poczuł ból tak duży, jaki on czuł przez ten rok. Gabriel nie był z kamienia. Również czuł, choć głównie zakopywał swoje uczucia pod wieloma warstwami. Zawsze, kiedy już myślał, że może się przed kimś otworzyć działo się coś, co sprawiało, że Cavallaro żałował obdarowywania tej osoby chociaż ułamkiem zaufania.
    Rozprostował palce prawej dłoni, wciąż czując chęć, aby się odwrócić i przyłożyć mu jeszcze raz. Kurwa, dla zasady. Nie zrobił jednak niczego. Wrócił na swoje poprzednie miejsce na kanapie. Jackson znał dobrze rozkład mieszkania. Niewiele się tu zmieniło od jego ostatniej wizyty. Tyle co walały się gdzieniegdzie rzeczy Naomi, ale poza tym? To wciąż był ten sam apartament, w którym nieraz leczyli się z kaca lub sprowadzali sobie tu dziewczyny.

    we'll see about that

    OdpowiedzUsuń
  22. Trochę zbił ją z tropu. Sprawił, że Octavia zaczęła się zastanawiać, jak długo zajęło mu to, aby zmienić się do tego stopnia. Bo Jackson rzadko kiedy przyznawał komuś rację, a teraz właśnie tak było.
    — Boże, Jack. Wyśmiał? Dla Ciebie to by była najśmieszniejsza historia w życiu — stwierdziła, spoglądając na niego. Nawet dla niej samej świadomość, że był na odwyku, że poddał się terapii, że rozmawiał o swoim życiu i tym co w nim zaszło, było niecodzienne.
    Teraz jednak stał przy niej. Czysty, poukładany, w jakiś sposób rozsądny. Jackson był pierwszy do imprez. Do wlewania w siebie alkoholu, wciągania kresek, przekraczania granic. Takiego go zapamiętała, i ciężko jej było uwierzyć w przemianę. Bo tacy jak oni się nie zmieniają. Każdy to wiedział. Dla nich takie życie było czymś normalnym, czymś co znali od podszewki. Nieodłącznym.
    Prychnęła z rozbawieniem. Ręce pełne roboty? Zdecydowanie.
    — Nie ma w sobie takiej bariery, że coś może się stać. Lubi ryzyko, a to chyba ma po Tobie — powiedziała.
    — I dziwię się, że jeszcze nie padłam na zawał przy jej pomysłach. Jakiś czas temu poparzyła ją meduza, to stwierdziła, że w sumie fajnie, bo była w szpitalu. Ja panikowałam, a ona zadawała milion pytań lekarzom — zaśmiała się. Znów spojrzała przed siebie, ponownie odwracając się i opierając łokciami o blat. Czuła, że ją obserwował. Wiedziała, jak jego spojrzenie przesuwało się po jej ciele, i nie umiała nazwać tego, jak się z tym czuła.
    Z jednej strony, tak jak dawniej. Bo to był Jack, i tylko on potrafił tak na nią patrzeć. Z drugiej, minęło tyle czasu i czuła się jednak nieco dziwnie.
    Spojrzała na niego nieco zaskoczona, kiedy zadał pytanie. Bo Jack nieczęsto pytał, co u innych. Nie interesował się za bardzo jak ktoś sobie radzi. To nie było w jego stylu.
    — Co u mnie? Jak widać, chyba — powiedziała, wzruszając ramionami.
    — Po tym wszystkim, co się stało, wyjechałam… posiedziałam pół roku w ośrodku we Francji. Opowiedziałam o wszystkim. Pogodziłam się ze stratą. I stwierdziłam, że chyba pora ruszyć do przodu. Trochę podróżowałam, później tu wróciłam, i czuję… cóż, jakbym znalazła się w punkcie wyjścia — stwierdziła. To nie było zaczęcie od nowa, tak jak planowała. To było stanięcie znów w miejscu, z którego chciała uciec, ale nie potrafiła.
    — I tak sobie stoję, zastanawiając się co dalej — dodała. Upiła łyk herbaty, spoglądając przed siebie. Nowy Jork nadal był skąpany w nocnym świetle. Lubiła ten widok, szczególnie z tej wysokości, gdzie znajdowało się jej mieszkanie.
    Później zrobiła coś, co zaskoczyło ją samą. Przybliżyła się do niego, opierając głowę o jego ramię.
    — Załamałam się po tym wszystkim. Nie udźwignęłam tego tak, jak chciałam. Dlatego wyjechałam, bo gdybym tego nie zrobiła, to źle by się to skończyło — powiedziała cicho. Przyznanie się do porażki, było ciężkie, bo każdy kto ją znał, wiedział, że Octavia porażek nie lubiła i nie dopuszczała do nich. Westchnęła, przymykając oczy. Ta sytuacja była niecodzienna. Dziwna. Dla wielu nie do pojęcia.
    — Od kiedy nie lubisz mówić o sobie? — zapytała, nieco rozbawiona.
    O.

    OdpowiedzUsuń