
SEO JIHWAN
서지환
Seo Jihwan dorastał w świecie, w którym wszystko miało swoje miejsce, cenę i przeznaczenie, a największym luksusem nigdy nie były prywatne odrzutowce ani apartamenty z widokiem na rzekę Han, lecz możliwość decydowania o własnym losie. Nigdy jej nie posiadał. Nikt z jego rodziny jej nie posiadał. Różnica polegała jedynie na tym, że jego starszy brat, Jihoon został wychowany z myślą, że pewnego dnia będzie musiał unieść ciężar rodzinnej korony, podczas gdy Jihwan od najmłodszych lat słyszał, że jego rolą jest stać obok, wspierać i chronić brata, kiedy zajdzie taka potrzeba.
Był drugim synem, a w rodzinie Seo oznaczało to więcej, niż większość ludzi mogłaby przypuszczać. Był wystarczająco ważny, by nigdy nie zaznać normalności i jednocześnie niewystarczająco ważny, by ktokolwiek pytał go o zdanie. Dorastał pomiędzy dwoma światami — jednym, który nieustannie przypominał mu o jego uprzywilejowanej pozycji, oraz drugim, w którym każdego dnia uczył się, że wszystkie przywileje mają swoją cenę. A cena za nazwisko Seo zawsze była wysoka.
Świat go uwielbia. Fotografowie uwielbiają sposób, w jaki się uśmiecha. Inwestorzy sposób, w jaki mówi. Reporterzy uwielbiają historie, które można o nim opowiadać. Jest przystojny, wykształcony, bogaty i wystarczająco charyzmatyczny, by sprawiać wrażenie człowieka całkowicie pozbawionego wad. Kiedy pojawia się na galach charytatywnych, kamery podążają za nim instynktownie, jakby sam jego widok gwarantował zainteresowanie opinii publicznej. Kiedy zabiera głos podczas konferencji, ludzie słuchają. Kiedy się uśmiecha, akcje spółek potrafią wzrosnąć.
A jednak są wieczory, podczas których siedzi samotnie w swoim apartamencie i zastanawia się, czy ktokolwiek zna jego prawdziwe oblicze, skoro nawet on sam nie jest już pewien, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna starannie skonstruowany wizerunek.
Kang Ha-na jest córką innego imperium – dziedziczką Kang Group – osobą, która od urodzenia była przeznaczona dla jego brata, Seo Jihoona. Wszyscy zawsze o tym wiedzieli, byli traktowani jak układ, który istnieje od zawsze. A jednak Jihwan pamięta moment, w którym po raz pierwszy zrozumiał, że kontrakty nie mają żadnej władzy nad ludźmi, którzy zaczynają czuć coś, czego nie przewidziano w umowie. Ha-na nie patrzyła na niego jak na drugiego syna, ani jak na młodszego brata przyszłego prezesa.
Ha-na i Jihoon mieli być stabilnością rządów dwóch konglomeratów, przyszłością rodzin. Należeli do świata decyzji podjętych dawno temu, bez ich udziału. Od dziecka obserwował brata, który miał ją poślubić. Największą ironią życia Seo Jihwan pozostaje fakt, że przez lata zazdrościł starszemu bratu pozycji, znaczenia, miłości ojca, przyszłości z Ha-na. Zazdrościł mu korony, którą od dzieciństwa przygotowywano wyłącznie dla niego.
Dopiero z czasem zrozumiał, że korona nie jest nagrodą, w wyrokiem. Im dłużej patrzył na Jihoona, który coraz bardziej przypominał człowieka duszącego się pod ciężarem oczekiwań, tym częściej zastanawiał się, czy naprawdę chciałby znaleźć się na jego miejscu. Bo są dni, podczas których marzy o tym, żeby przejąć wszystko.
Nocą, kiedy Seul tonie w świetle neonów, a rzeka Han przypomina wstęgę płynnego szkła rozciągniętą pomiędzy dwoma światami, Jihwan często stoi przy panoramicznych oknach swojego apartamentu i patrzy na miasto, które od dzieciństwa miało należeć do jego rodziny. Patrzy na wieżowce, które noszą ich nazwisko, fundacje, które finansują. Na imperium budowane przez pokolenia ludzi przekonanych, że władza jest jedyną rzeczą wartą poświęceń.
I czasami myśli o tym, jak niewiele potrzeba, by całe to królestwo zaczęło się rozpadać. Wystarczy jedna prawda. Jedna tajemnica. Jedna noc, która wróci po latach, domagając się zapłaty. A wtedy wszyscy zobaczą to, co Jihwan widzi od dawna, że najniebezpieczniejsze nie są imperia, które upadają, a te, które gniją od środka, podczas gdy świat wciąż zachwyca się ich złotymi murami.
A najbardziej niebezpieczne ze wszystkich bywają uczucia, które rodzą się dokładnie tam, gdzie miały nigdy nie mieć prawa zaistnieć.
[Hello, dzień dobry wieczór, panie Park Piękny Bogum! Bardzo lubię tego aktora od czasów Hello Monster (swoją drogą, chętnie bym sobie tę dramę przypomniała, bardzo mi się podobała), więc też cieszę się, że do nas zawitał. Przyszłam się ładnie przywitać, ale póki co nie zaproponuję wątku, bo trochę się muszę po dłuuuuugiej przerwie rozruszać. Obiecuję za to czytać cokolwiek, co wyjdzie spod Twego pióra, ponieważ jestem notorycznym podglądaczem wąteczków i nawet się tego nie wstydzę :D Mam nadzieję, że uraczysz nas jakimś opowiadaniem, bo jestem bardzo ciekawa, co to za sekret Jihwan skrywa!]
OdpowiedzUsuń[Hej hej! Jak miło widzieć nową twarz na Plotkarze, i to jaką! Nasza mała Korea się rozrasta, fajnie :D Strasznie ciekawi mnie ten Twój pan, co za tajemnice skrywa za idealną fasadą i ile w rzeczywistości dzieli go od uderzenia o dno (bo umówmy się, w tym miejscu każdy, prędzej, czy później tego dna dotyka).
OdpowiedzUsuńDanielle jeszcze nie ma na blogu, ale była na poprzedniej odsłonie i właśnie z nią jako pierwszą mam zamiar się pojawić. Zostały mi ostatnie dociągnięcia w karcie. Na tą chwilę, jeśli chodzi o wspólne elementy widzę ojców polityków i dorastanie w wymagającym, na pozór doskonałym, środowisku...
Tak więc zapraszamy na razie do kontaktu, albo na discorda, albo na maila (izana.ami00@gmail.com).
Bawcie się dobrze! ]
[ Więc lecimy na to miasto!
OdpowiedzUsuńPowiem Ci, że strasznie długo niczego nie pisałam i czuję się okropnie zardzewiała. I ja i Dani musimy się rozkręcić :D ]
W łazience unosił się zapach jej perfum i delikatna woń pudru, który kończyła nakładać na twarz puchatym pędzlem. Po ustach przeciągnęła brzoskwiniowym błyszczykiem, by ukoić ich suchość. Danielle przyglądała się sobie w lustrze z tej samej odległości co zawsze – na bezpieczny krok, na dystans pozwalający objąć całość, ale nie zagłębiać się w szczegóły. Nie dziś.
Nie chciała widzieć zbyt wiele.
Jej odbicie wyglądało znajomo i obco jednocześnie. Długie, czekoladowe włosy, sięgające ramion, rozpuszczone luźno, przeczesane niedbale palcami. Próbowała ostatnio dbać o nie regularniej – codzienna pielęgnacja była jednym z tych małych rytuałów, które pomagały jej udawać, że znowu żyje “normalnie”.
Czarny materiał satynowej sukienki z długim rękawem odpowiednio obejmował jej ciało i zasłaniał to co chciała schować przed światem - zbyt bladą skórę, nawet teraz w ciepłym świetle żarówek i zbyt mocno wystające obojczyki, na które nałożyła trochę rozświetlacza, nie po to by błyszczały, tylko żeby nie wyglądały na zbyt ostre. Wciąż dochodziła do siebie i choć czuła się mniej obco w swojej skórze, zdrowiej i przede wszystkim czyściej, nadal nie wszystko było tak jak powinno. Czasem jednak miała to nieprzyjemne wrażenie, że nie pamięta jak dokładnie wyglądała rok temu. Miała ochotę roześmiać się na wspomnienie tego jak wtedy żałośnie się nad sobą użalała będąc raptem jedynie przemęczoną katorżniczymi treningami i surowymi uwagami matki. Cóż, pewnie tamta Danielle miała by tą samą chęć zaśmiać się, gdyby ktoś powiedział jej w jakim miejscu skończy rok później.
Z zewnątrz wyglądała jak ktoś, kto trzyma się świetnie. Jak dziewczyna, która wie, gdzie idzie, z kim i po co. Jakby wszystko miała pod kontrolą.
Ale w środku?
W środku było inaczej. Po przeprowadzce do Seulu jej życie przypominało próbę znalezienia rytmu w obcym utworze. Po trzech miesiącach mogła stwierdzić, że stoi względnie stabilnie, ale nie wiedziała na ile stałe to jest, czy mocniejszy podmuch wiatru znów nią nie zachwieje.
Spotkanie z Jinmin było czymś w rodzaju powrotu do przeszłości. Kiedyś uwielbiała spotkania z dziewczyną, które chętnie inicjowała. Znała ją odkąd miały po szesnaście lat. Dziewczyna była jak sztorm – nie do przewidzenia, nie do zatrzymania. Dobrze się dogadywały. Może aż za dobrze. Jinmin piła za dużo, mówiła za głośno, brała wszystko zbyt serio lub wcale. Ale miała coś, czego Dani ostatnio tak bardzo brakowało – totalny brak strachu przed światem.
Dani pamiętała, jak kiedyś w środku lata wspięły się na dach jakiegoś hotelu i śmiały się do rozpuku, pijąc coś, co wcale nie było lemoniadą jak obiecała ojcu i Minho, któremu ledwie uciekły sprzed oczu. Miały wtedy po siedemnaście lat i cały świat przed sobą.
Siedząc w samochodzie, który prowadził prywatny kierowca, spoglądała na miasto rozciągające się za szybą. Tętniło życiem. Kolorowe neony pulsowały rozświetlając wieczór. Kochała Seul całym sercem, wiązało się z najlepszymi wspomnieniami, choć te teraz kłuły w klatce piersiowej.
Auto zatrzymało się dwie przecznice od baru, w którym umówiły się z Jinmin. Zatrzasnęła za sobą drzwi, poprawiając torbkę wiszącą na ramieniu. Sięgnęła po telefon przelotnie zerkając na godzinę i wystukała krótką wiadomość do koleżanki, że jest już na miejscu.
Hongdae pachniało ulicznym jedzeniem, wilgotnym wieczorem i potem mieszającym się z perfumami. Przypominało jej o rzeczach, które próbowała zostawić za sobą, ale które – jak się okazywało – miały długie palce.
Zanim ruszyła w stronę baru, przystanęła na moment, patrząc na ludzi.
Byli głośni. Śmiejący się, robiący selfie, zaczepni W ich twarzach nie było zmęczenia, które znała tak dobrze. Może właśnie dlatego czuła się tu teraz jak ktoś z innego świata i miała nadzieję, że Jinmin lada moment zjawi się obok niej.
Danielle