...but you say I'm somethin'er than somethin'
lighter than the light.
lighter than the light.
JEONG YOSOO
23 LATA ◼︎ 17 KWIETNIA 2002 ◼︎ BUSAN, KOREA POŁUDNIOWA ◼︎ W NOWYM JORKU OD LAT PIĘTNASTU ◼︎ JEDYNY SYN WŁAŚCICIELI KANCELARII FINANSOWEJ JEONG INC. GROUP ◼︎ URODZONY SKANDALISTA ◼︎ NIEDOSZŁA GWIAZDA SCENY MUZYCZNEJ ◼︎ PORZUCONE STUDIA ◼︎ UTRATA MIESZKANIA ◼︎ BRAK KONTAKTU Z RODZINĄ ◼︎ ZERWANE ZARĘCZYNY ◼︎ NIEPLANOWANA OPIEKA NAD KOCIĄ PRZYBŁĘDĄ ◼︎ PIERWSZE KROKI W NOWYM ŚWIECIE, W KTÓRYM ZARYZYKOWAŁ WSZYSTKO DLAPODOBNO NIEWŁAŚCIWEJMIŁOŚCI ◼︎ I POWOLNE GODZENIE SIĘ Z MYŚLĄ, ŻE NIGDY WCZEŚNIEJ NIE BYŁ BLIŻSZY SZCZĘŚCIA ◼︎ RELACJE ◼︎ INSTAGRAM ◼︎ PRZESZŁOŚĆ
Wielkie nadzieje umierały powoli. I w ciszy — prawie tak samo gęstej i duszącej jak ta, z jaką mierzył się za każdym razem, gdy noc zjawiała się zbyt szybko. Wycofał się nagle, bez zbędnych pożegnań i słów pełnych fałszywych zapewnień o żalu, który nigdy nie istniał. Nie chował się w bezpiecznym półmroku; zniknął w pełnym świetle, nawet jeśli był to jedynie ostry błysk chwilowego skandalu. Jeong Yosoo — plugawe zaklęcie, które w ustach jego ojca nigdy nie brzmiało bardziej okrutnie niż wtedy, kiedy wykrzykiwał je, stojąc w progu starannie zaprojektowanego mieszkania. Gdy zarzekał się, że nikt nigdy nie zawiódł go tak bardzo, jak własny syn, który dla — nieprzewidzianego wcześniej — uczucia, położył na szali całą swoją przyszłość.
A przecież był taki czas, gdy wróżono mu sukces. Miał w zasięgu dłoni wszystko, by go osiągnąć: łatwy start, zaplecze finansowe, bezpieczną posadę w firmie o pewnej pozycji na rynku. I pierścionek wciśnięty na palec kobiety, o której względy starała się połowa nowojorskiej elity. Wszystko ułożone, zaplanowne starannie w najdrobniejszym szczególe, czekające na to, by zaistnieć w jego życiu we wskazanym momencie. Nie wcześniej i nie później niż wypadało. Yosoo nie musiał robić nic, poza tym by tego nie spieprzyć. Nie potrafił nawet tego.
Czasami miał wrażenie, że całe jego dotychczasowe życie przypominało domek z kart. Wysoki na siedem pięter; okazały i dbały; stabilny. Piętrzył się dumnie na dębowym stoliku, przyciągał spojrzenie i gamę niekończących się komplementów. Do chwili, w której nie runął w starciu z podmuchem wiatru, gdy Soo nieopatrznie pozostawił na noc uchylone okno. Jeden wieczór, jedna decyzja. O jeden kieliszek i pocałunek za dużo. Nie potrafił traktować tego jednak jako błąd. Nie, gdy utrata tego, co uznawał za wszystko, przyniosła za sobą coś, czego pragnął tak rozpaczliwie i głęboko, choć nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. I wiedział — był tego absolutnie pewny — że gdyby przyszło mu stanąć przed wyborem między pozostaniem tu, gdzie trwał obecnie, a powrotem do dawnego życia, powtórzyłby każde ze swoich potknięć bez mrugnięcia okiem. Wystarczyło, by miał tę odrobinę pewności, że kolejnego ranka ujrzy te same oczy, w których czaiłyby się resztki znikającego snu. Że przywita go to samo ciepło, miękkość wyczekiwanego uścisku. To, dla czego był w stanie zaryzykować wszystko, bo tylko teraz czuł się w pełni sobą. W pełni wolny i szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej.
A mimo to wciąż mierzył się z lękiem. Nie o sam koniec — miniony rok nauczył go przecież, że wszystko może dobiec kresu dużo wcześniej niż powinno, niezależnie od tego jak bardzo prosiłby o to, by było inaczej. Pamiętał wszystkie momenty, w których ufał zbyt mocno. Wszystkie drobne fragmenty dawnych "zawsze" i "nigdy", które wraz z upływem czasu nie niosły za sobą niczego poza wrażeniem bezmyślnie powtarzanych sloganów. Zbyt znajomych; zbyt łatwych do szybkiego wyrzucenia z pamięci. A teraz, choć chciał wierzyć, że tym razem wszystko miało być inne; że dotrzymają obietnic, które szeptali po cichu w tej godzinie łączącej przeszłość z tym, co miało dopiero nadejść, strach rozlewał się po jego ciele nieprzerwanie. Jak ostrzeżenie. Buzował jak mleko w rondelku pozostawione na gazie, które miało wykipieć dokładnie w tej samej sekundzie, w której odwrócono by od niego wzrok. Jak przypomnienie, że każde "obiecuje" może w końcu zniknąć bez śladu. Wypłowiałe i niewygodne.
I chyba właśnie tylko to odbierało mu jeszcze spokój — nie myśl o końcu, a ta przeklęta niepewność. Obawa, czy to co trzymało go jeszcze na powierzchni, nie rozpadnie się przypadkiem jutro.
Albo nawet dziś.
_________________________________________________
Witamy się po kolejnych, ostatnich już przenosinach.
W tytule (i zaraz pod) BTS z Louder than bombs; na zdjęciach Min Yoongi
no a poza tym pewnie morze komplikacji.
[ nie ma się czym chwalić 😒 ( ̶♥̶ ) ]
OdpowiedzUsuńMiał tylko zajęcia, jedne, trwające do 11. Nie czekał na niego pośpieszny poranek, ani długi dzień, a mimo to wstanie z łóżka, okazało się dla niego jednym z najcięższych w ostatnim czasie. Opuszczenie ciepła oplatających go dalej ramion i własnego oddechu, kiedy ten rozbijał się o klatkę piersiową bruneta, zaraz zastąpionych szybkim prysznicem, nasypaniem sprawdzonej kilkukrotnie w internecie porcji suchego jedzenia dla kotki i przyszykowaniem podwójnej porcji śniadania, aby jedna czekała na Yosoo, kiedy on sam musiał w nieprzewidzianym pośpiechu opuszczać mieszkanie.
OdpowiedzUsuńI nawet, mimo braku pracy, czy jakichkolwiek innych planów, godzina na bezczynnie postawionym na ławce tablecie zmieniała się zdecydowanie zbyt wolno, a głos prowadzącego nie był w stanie przykuć jego uwagi na dłużej, niż to potrzebne. Może przez monotonność głosu, może przez powtarzany materiał, który Powell w akcie desperacji i prób odzyskania kontroli w ostatnim czasie przerobił z niepotrzebnym, acz zawsze obecnym, wyprzedzeniem. Jedynie resztkami rozsądku powstrzymywał się od nieodpowiedzialnego zerkania w telefon, czy tym bardziej wypisania wiadomości do Soo, tak jawnie zdradzającej jego pogłębioną przylepność.
Przylepność, która równie mocno wywoływała u niego buzujące w brzuchu motyle, jak i nerwowy skręt żołądka. Bo nie wiedział, ile to było za dużo. Bo nie wiedział, czy w ogóle powinien, mimo szeptanych do siebie całą noc słodkich słów i przypadkowych muśnięć przy kilkusekundowych przebudzeniach. Bo co rusz wracały do niego słowa chłopaka, w które nie wierzył, lecz nie chciał dawać im kolejnych powodów, aby podkreślić ich sprzeczność z rzeczywistością.
Dalej nie rozumiał dlaczego. Dlaczego tak uważał. Dlaczego tak powiedział, z przerażającą szczerością w głosie, która wzbudzała w Yechanie poczucie winy. Bo czuł się, jakby go okłamywał; jakby zatajał przed Yosoo prawdę, chociaż zdawał sobie sprawę, że od dawna nie był już w stanie. Pokazał zbyt wiele, a mimo to te kilka prostych słów sprawiło, że powróciło do niego wrażenie bycia w marnym przedstawieniu. Tym, którym wcześniej chciał zachwycić rodziców, a może teraz nieświadomie obrał inny tor. Tym tak przecież nieudanym, bo nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy zrobił coś, co mogłoby być godne przydzielenia mu miana idealnego.
Starał się zostawić te myśli już rano, w łóżku, gdzie zamąciły mu w głowie po raz pierwszy. I teraz w sali, kiedy chował rzeczy do torby i z kilkoma uprzejmymi, lecz pośpiesznymi słowami na ustach przeciskał się w stronę wyjścia, aby zasiąść za kierownicą i dotrzeć do domu, korzystając z ostatnich chwil (nieznacznego) rozluźnienia na nowojorskich drogach.
Ale i tak wystarczyło jedno, czerwone światło, aby na moment się zawahał. Aby jego pośpiech zaleciał desperacją i zażenowaniem, z którym nie chciał mieć teraz do czynienia. Nawet nie zamierzał, wydłużając drogę tylko przez zajście do sklepu przy apartamentowcu, aby kupić kilka przekąsek, zazwyczaj nieobecnych w jego mieszkaniu. I trzymał te same myśli na dystans, z nadzieją, że nie będzie musiał do nich wracać. Bo nie widział sensu. Bo złudnie wierzył, że Yosoo swoją ciszą, po prostu się z nim zgodził.
Pośpiesznie więc porzucił niewielkie zakupy w kuchni, włączając ekspres i wyciągając dokupione niedawno mleko owsiane, aby móc w międzyczasie wejść do sypialni – kiedyś wiecznie zatopionej w ciszy i szarości. Teraz zmuszającą go do przyspieszenia kroków i z zapewne przesadnie łagodnym głosem spróbowaniem odgonienia od kartonów kota. Ledwie wykonanymi i dalej nieważącymi się go dotknąć ruchami dłoni, które spotkały się jedynie z przechylonym łebkiem i kontynuacją gryzienia uchylonego wieka pudła.
I nie próbował dalej, ze zrezygnowanym westchnieniem porzucając torbę na wyznaczonym dla niej miejscu, aby kilkoma szybkimi krokami zabrać zabieloną kawę z kuchni i postawić ją przy laptopie Yosoo, w końcu odczuwając powrót bijącego od chłopaka ciepła. Nawet przy oparciu dłoni o zajęte krzesło
— Fanaberia Ciebie nie zje, a ty nie wylądujesz pod mostem. Chyba, że naprawdę jest Ci tutaj aż tak źle — wymamrotał z cichą nutą rozbawienia, niwelując trzymany przed chwilą dystans niemalże od razu, kiedy jego dłonie samoistnie powędrowały na barki chłopaka, ostrożnie naciskając na nagromadzone w mięśniach napięcie — Jadłeś już coś? — spytał w międzyczasie automatycznie przyciszonym tonem, przed płynnym powrotem do poruszonego tematu — Nie zadręczaj się, wiem, że to nieznośne, ale coś Ci znajdziemy. Zresztą porozsyłałeś dopiero dzisiaj, prawie nikt Ci nie odpisze od razu, kochanie.
UsuńY.
— Nie dziwię ci się — mruknął z wyrozumiałością, przesuwając dłonie nieco wyżej, aby nie kolidować z ruchem ciała Yosoo. Aby nieznacznie przysunąć go jeszcze bliżej, podczas rozmasowywania spiętych mięśni bruneta. Z cieniem uśmiechu błądzącego na jego ustach, kiedy ich spojrzenia się spotkały i żaden nie starał się od tego uciec.
OdpowiedzUsuńA jedynie trwali w chwilowej ciszy - spokoju, przerywanym cichym szelestem ubrań i wypuszczanymi z ulgą oddechami, bo oboje mogli zmniejszyć obrane tego dnia obroty. Nie całkowicie; z dalej zalegającymi w zakątkach myślami i wątpliwościami, które miały przeciągnąć się do wieczora, czy nawet kolejnego dnia. Lecz teraz były odsunięte na dalszy plan, zostawiając miejsca na nabranie powietrza w płuca. I zdradzały szczegóły, ujawniające się jedynie tutaj - w dzielonej przez nich przestrzeni, nieskażonej jakąkolwiek, nieproszoną obecnością. I w niej Yechan mógł dostrzec pozostałości po ściągniętych brwiach na czole chłopaka, lekko nadgryzioną, dolną wargę, zapewne nieświadomie, ale w wystarczająco stałym nawyku. Wszystko, co chciałby odgonić, a zarazem w pełni akceptował. Rozumiał i przyjmował, zawsze będąc gotowym na delikatne przesunięcie palcami po zmarszczkach, aby wymazać napięcie z twarzy. Zahaczenie kciukiem o męczoną wargę, aby zastąpić kłucie zębów słabym muśnięciem ust.
Bo na spokoju i szczęściu Yosoo zależało mu najbardziej. Nie zawsze było po nim widać; nie zawsze potrafił zrobić dokładnie to, aby do tego doprowadzić - nieraz pogarszając sytuację. Lecz to było dla niego najbardziej istotne. I chwilami mógł jedynie liczyć, że jego obecność była wystarczająca. Wtedy, kiedy nie mógł zaoferować nic więcej niż cichych słów i czułego dotyku. Z dnia na dzień ważąc swoje słowa coraz mniej, bo wiedział, że to te szczere, a nie tworzone pod pryzmatem wrażenia, co ktoś chciał usłyszeć, były dla bruneta cenniejsze. Nawet jeśli z trudem przechodziły przez gardło Powella, a dłonie nieraz zdradliwie chciały sięgać do powoli gojących się skórek.
Wędrował wzrokiem cały ten czas - z wyciszonymi, zajętymi tylko bliskością Yosoo, myślami - za chłopakiem. Delikatnymi drgnięciami powiek, czy finalnym podniesieniem się ciała, kiedy ponownie zabrany głos wybił Yechana z chwilowego zawieszenia i złudnie namówił do delikatnego pomruku, zachęcającego Jeonga do kontynuowania.
Tylko po to, aby doprowadzić do ponownego, choć tak przelotnego, zamarcia na swoim miejscu. Do drgnięcia oczu, wlepionych w twarz Yosoo, na której starał się doszukać czegokolwiek, co wymazałoby wagę i znaczenie usłyszanych słów. Na moment, w którym mógłby pozwolić sobie na krzywy uśmiech i pokręcenie głową w reakcji na kolejny, uszczypliwy komentarz pod postacią żartu.
Nie dojrzał nic poza szczerością. Pewnością, która była gotowa odbić każdą z jego prób sprzeciwu. I ciepłem, które mimo zawsze towarzyszącego mu komfortu, sprawiało wrażenie przytłaczającego. Niezasłużonego
— Gdybyśmy je rozpakowali, to może dałaby sobie spokój — powędrował więc wzrokiem za słabym gestem, lądując nim na pochłoniętym wymyśloną czynnością kocie. I choć jak celowo zignorował usłyszane przed chwilą słowa, tak nie zauważył, kiedy instynktownie skrzyżował ręce na klatce piersiowej, a cięższe przełknięcie śliny zrzucił na obecną suchość w ustach przez niewypicie niczego od początku zajęć. Dopiero po poczuciu złudnego wrażenia, że zmiana tematu mogła zadziałać, przeniósł na Yosoo swoje spojrzenie. Ze zwalczanym drżeniem. Z mimo wszystko widocznym oporem i sprzeciwem, chcącym ukrócić ledwie rozpoczęty temat najszybciej, jak to możliwe — Mogę nam zrobić coś do jedzenia i możemy później szukać dalej razem, jeśli chcesz.
Y.
Cichy pomruk zrozumienia wybrzmiał w odpowiedzi na kolejną porcję szczerości ze strony Yosoo. Dalej równie niespodziewanej, ale przyjętej z pełną akceptacją, choć wszystko wskazywało na to, że byłoby inaczej. Bo podskórnie pragnął pozbyć się pudeł. Rozpakować je samemu, aby zrobić miejsca w sypialni, a zarazem mieć kontrolę nad tym, gdzie trafi każdy z przedmiotów, aby móc przypisać im miejsce, na zawsze już zachowane w pamięci. Zazwyczaj nie był w stanie poświęcić swojego przesadnego, irytującego zadbania o szczegóły. Niemalże nigdy.
OdpowiedzUsuńChyba, że chodziło o Yosoo. Chyba, że chodziło o komfort bruneta i możliwość dostrzeżenia zburzenia kolejnego z twardych murów, które nie pozwalały Powellowi na dostanie się do samego środka. Coś, co teraz mógł robić z coraz większą, acz nieco stresującą, łatwością. I, może nie w stu procentach, ale z cichym przekonaniem, wiedział, ile to go kosztowało – jak wiele Soo musiał dawać z siebie, aby w ogóle postawić któryś z tych, tak znaczących dla nich obu, kroków. Sam więc był gotów na coraz więcej poświęceń, choć te jego ledwo sięgały poziomem temu, ile brunet dawał od siebie.
Skinął więc delikatnie głową, przywdziewając przy tym równie łagodny, skrywany głównie w samych kącikach, uśmiech. Mógł poczekać do wieczora- mógł czekać tyle, ile chłopak by sobie zażyczył. Na wybór pudła też się zgodził. Mniej pewnie, z nieznacznym zaciśnięciem warg i kolejnym, przelotnym spojrzeniem na zapakowane rzeczy, nie pamiętając w pełni, co w jakim się skrywało, chociaż pomagał w ich zapakowaniu
— Okej — ale i tak podkreślił niemą zgodę, mimo nagłym przerażeniu zbyt dużą kontrolą nad sytuacją, bo ta należała do sortu, który ściskał mu żołądek. Bo wiązała się z jeszcze większą ilością niewiadomych, aniżeli ta, podczas której znał dokładnie przebieg wydarzeń po sobie nawzajem.
Była jednak lepsza niż jej brak. Była lepsza niż ta wersja, która wpasowywała się w jego normę, bo w porównaniu do niej, ta została mu przekazana przez Soo. Z zaufaniem, bez powściągliwości i złośliwości, którymi zazwyczaj był w stanie zasypać go od razu, na samą wzmiankę o niedokończonej sprawie. I może wstępnie nie wiedział, jak sobie z tym radzić, tak z każdym dniem po prostu się przyzwyczajał. Do zmieniającej się dynamiki. Do coraz to większego zaufania, jakim siebie obdarzali mimo wyrządzonych w przeszłości krzywd
— Nie będziesz narzekać, że się nudzisz lub Ci nie wychodzi? — nuta zadziorności w głosie ledwo dała radę przebić się przez łagodność i czułość, jaka zalewała go od czubka głowy po same stopy. Nawet cicha chęć, czy raczej wrażenie, że powinien zachować je bardziej dla siebie, nie dawała rady ich zahamować, a Yechan coraz częściej łapał się na tym, że mu to nie przeszkadzało. Bo czemu miałoby, kiedy chciał, żeby Yosoo o tym wiedział; aby wszyscy o tym wiedzieli, mimo wątpliwości, jakie mógł zasiać swoim własnym zachowaniem.
— Wcisnę Ci na siłę w takim razie — stwierdził bezceremonialnie po wspólnym wejściu do kuchni i odnalezieniu miejsca dla laptopa na wysuniętym blacie — Bo będzie mi przykro, jak nie zjesz mojego smażonego ryżu, Soo — i tak jak wstępnie planował usadzić bruneta przed ekranem sprzętu, tak pozwolił sobie na luźnie owinięcie palców wokół jego nadgarstka, aby zaciągnąć razem ze sobą w kierunku płyty kuchennej.
— I miałem Ci znaleźć jakieś zajęcie, tak? — wrócił umiejętnie to niedomkniętego tematu — Więc siedź — i układając przy tym dłonie na biodrach chłopaka, bez zapowiedzi, zwinnie po napięciu mięśni usadził go na blacie, odsuwając się od niego dopiero po zostawieniu przelotnego pocałunku w kącikach ust Yosoo — I ładnie wyglądaj, skarbie.
Y.
— Tak, Soo. Dokładnie tak — przyznał bez krzty powagi, odwracając głowę w kierunku bruneta podczas wyciągania poszczególnych składników z lodówki — Tylko do tego Ciebie potrzebuję — wywrócił przy okazji nieznacznie oczami, a mimowolne pokręcenie głową samoistnie potwierdziło brak szczerości w jego słowach, wybrzmiewających niepoważnie w jego własnych ustach.
OdpowiedzUsuńSoo był mu potrzebny, nawet w ten najbardziej błahy sposób – przez swoją obecność. Ale i przez tak wiele więcej. Przez rzucane w trakcie komentarze, które odwracały jego uwagę od myśli, mających tendencje do niezdrowego zapętlania się w jego głowie. Przez zadziorne wyrazy twarzy, kiedy wiedział, że robi to, czego nie powinien, aby Powell zwrócił mu uwagę i dał się złapać na tak bezczelny haczyk. Ale i przez ciepło, jakim go zalewał nawet samym spojrzeniem, które śledziło każdy jego krok bez uwagi, czającej się na czubku języka. Przez to samo, ciche wsparcie i zapewnienie, że Jeong też chciał z nim spędzać czas, nawet w ten najprostszy sposób jak wspólne gotowanie.
Więc z wręcz obcą dla siebie swobodą kręcił się po kuchni, odnajdując potrzebne składniki do przygotowania ryżu. Z cichym mamrotem do siebie samego, aby upewnić się, że właśnie tego potrzebował; z lekkim ściągnięciem brwi, kiedy najmniejszy uszczerbek na wyjętych warzywach zmuszał go do dokładniejszej inspekcji, byleby uniknąć wykorzystania czegoś zepsutego. Gdyby w ogóle była możliwość, aby pozwolił, że w kuchni coś takiego znalazłoby dla siebie miejsce.
Był gotów puścić słowa Soo mimo uszu, szczególnie, kiedy odstawił wszystko z uwagą na ustalone miejsce. Tak, aby wpasowywały się w optymalny, wytworzony w głowie, rozkład. Szczególnie, kiedy delikatny dotyk na ramieniu, jak już z pewnością mógł zatrzymać się przy płycie, rozprowadził przyjemne dreszcze po jego ramieniu. Mimo tego, jak delikatny był. Mimo tego, jak błahy i niewiele znaczący mógł być
— Nie zajmujesz miejsca w moim życiu — dopiero po przemieleniu każdego ze słów po kolei, wraz z nabraną płynnością czynności krojenia warzyw, pozwolił sobie na bezmyślnie wypuszczenie słów, gromadzących się automatycznie na końcu języka — Jesteś jego częścią — wymamrotał równie naturalnie. Swobodnie, mimo wagi, jaka nagle padła na jego ramiona i żołądek, bo zdołał przetrawić nie tylko ckliwość słów, ale i to, jak wiele ze sobą niosły.
Skupił się więc na szykowanych warzywach, aby móc wrzucić je na rozgrzewającą się patelnię, zbawiennie wypełniającą przestrzeń charakterystycznym skwierczeniem, a tym samym wyciszając kolejny przypływ wątpliwości co do poprawności swoich słów. Do tego, czy w ogóle powinien coś takiego mówić; czy powinien zrzucać na Yosoo takie przekonania, kiedy ten równie dobrze mógł nie być na to gotowy lub zwyczajnie sobie tego nie życzyć. Nie po wszystkim, co musiał przez Powella przeżyć
— Ale jak tak bardzo Cię nosi, to możesz nakryć do stołu — zaproponował, pilnując, aby zlepiane przez usta sylaby nie ułożyły się w kolejne, nieproszone wyznania, a lekkie skinienie głowy w kierunku odpowiedniej szuflady pozwoliło mu zachować ręce przy kuchence, kiedy czuł mrowienie w samych czubkach przez nieustającą potrzebę dotknięcia bruneta. Zapewnienia go w swoich wcześniejszych słowach. W uziemieniu samego siebie, bo nic nie działało na niego równie kojąco, co znajoma skóra, nawet okryta grubymi bluzami czy frywolnymi koszulami — I wybrać, co pijemy.
Y.
— Gdybym Ci kazał zniknąć, to byłby znak, że jest coś ze mną bardziej nie tak, niż zwykle, Soo — zapewnił go, zarazem starając się przywdziać całą dyskusję w żartobliwy ton. Dalej szczery; dalej pozwalający im na zachowanie wrażliwości między sobą nawzajem, a zarazem ujmujący napięciu, jakie chciało się zebrać w barkach studenta.
OdpowiedzUsuńNie wiedziałby, co ze sobą zrobić, gdyby w jego życiu nagle zabrakłoby Yosoo. Mimo ciągłego narzekania; mimo sprzecznych zwyczajów i nastawień, jego obecność stała się dla Powella czymś stałym. Pewnym, w tym, jak bardzo nieprzewidywalnym było. Może i na jego ustach, jak i w samym sercu widniała nuta irytacji i niezadowolenia, kiedy widział rozrzucone ubrania po porannym trudzie w wybraniu odpowiednich ubrań. Tak samo z nieumytymi naczyniami, które koniec końców po prostu sam chował do zmywarki czy odstawiał umyte na suszarkę. I same zaczepki, chwilami nietrafiające w odpowiedni czas i rzeczywiście raniące, bo nie był w stanie odnaleźć w nich żartobliwej nuty, były mu potrzebne. Wszystko to uzupełniało jego dzień. Stawało się codziennością, której nigdy nie wymieniłby na tę, która towarzyszyła mu w przeszłości. Bo Yosoo, wraz ze swoimi ubraniami i nagromadzonymi drobiazgami, wnosił do jego życia kolorów i nadawał intensywności tym, które wcześniej dopasowywały się do szarości panującej w garderobie Yechana.
Cicho był wdzięczny, że chłopak nie ciągnął tematu. Sam nie był gotów go rozwijać, zarazem nie chcąc cofać swoich własnych słów. Po co, skoro się z nimi zgadzał; niezależnie od tego, jak zbyt obnażające były. Pozwolił więc, aby ciche, wzajemne zrozumienie zawisło w powietrzu, samemu skupiając się na przyszykowaniu obiadu, z każdą chwilą nabierającego coraz więcej kształtu
— Nie jest dziwny — burknął pod nosem, bardziej do siebie samego, aniżeli w odpowiedzi do Soo. Nawet gdyby chciał, to nie mógłby się dalej sprzeciwiać, kiedy sam pamiętał swoje pierwsze zdziwienie, jeszcze za czasów licealnych, kiedy po raz pierwszy, za poradą trenera pływania, zakupił jeden ze zdrowych smoothies oferowanych w pobliskim spożywczaku, a miks owoców z warzywami wydawał mu się czymś absurdalnym. Teraz z kolei nieironicznie nieodłączną częścią diety — Nie krytykuj, zanim nie spróbujesz. Dobre jest — stwierdził z luźnym wywróceniem oczami, zanim na usta nie wślizgnął mu się słaby, krzywy uśmiech — To i tak jedna z lepszych opcji. Jutro zrobię Ci z mango i ogórkiem, co ty na to — zaproponował, przelotnie mierząc Yosoo jeszcze stanowczym spojrzeniem, kiedy do uszu przedarł się odgłos zbyt gwałtownie odstawionego szkła.
Niewiele jednak dało, kiedy chwilę później był gotów wsiąknąć w oplatające go ramiona, a on sam automatycznie nieznacznie odchylił głowę, aby ułatwić brunetowi zmniejszenie dystansu między nimi niemalże do zera. Ciepło, jakie biło od chłopaka, wraz z odczuwanymi wibracjami przy każdym słowie czy oddechu, zastraszająco szybko rozbijało się o mięśnie Powella. Koiło zmysły, które i tak coraz częściej pracowały na regularnych, zamiast na zawyżonych obrotach. Znaczenie słów jedynie pogłębiało odczuwany spokój i niewinną rozkosz, jaką sprawiała mu każda z podobnych chwil.
Bo jeszcze kilka miesięcy temu nigdy nie widziałby siebie w sytuacji podobnej do tej. Przyzwyczajał siebie samego; był już przyzwyczajony do samotnych, pośpiesznych poranków, które trzymały się dokładnie tej samej rutyny. Do tego, że jedynym ciepłem, jakie go otaczało, było to, bijące od postawionej na biurku lampki, podczas odnajdywania chwili dla siebie w składaniu modeli. W sekrecie; ze strachem, że ktoś się dowie i po raz kolejny usłyszy, jak głupie i dziecinne było jego hobby.
Jeszcze kilka miesięcy temu wyśmiałby kogokolwiek, kto powiedziałby mu, że dokładnie przy tym samym będzie spędzać wieczory z Yosoo, wymieniając się zaczepnymi uwagami, pomiędzy delikatnymi muśnięciami warg
— A ja będę przy Tobie tak długo, jak będziesz mnie chciał — bo gdyby miał decydować sam, to już nigdy nie opuściłby boku Yosoo.
Y.
— Nie ma w tym zabawy w takim razie — stwierdził niepocieszony, kiedy pomysł na jeden ze znanych mu soków spotkał się z jednoznaczną odmową — Nawet byś nie wiedział, że coś jest “nie tak” — dodał jeszcze cichym mruknięciem pod nosem, nie starając się przebić przez naturalnie występujące szmery podczas wspólnego krzątania się po kuchni.
OdpowiedzUsuńCoś tak naturalnego i błahego, co trafiło w ręce Powella, początkowo niemającego pojęcia, co z tym zrobić. A teraz poruszającego się w wyciszonej, delikatnej, ale zaskakująco bezpiecznej bańce, jaką wspólnie stworzyli. Kiedyś przyzwyczajony do niemalże nieustannej ciszy, którą przerywał jedynie harmider miasta, a teraz sprawiała wrażenie czegoś dołującego; zbyt otwarcie świadczącej o samotności, jaka otaczałaby go z każdej ze stron. A jak mógłby woleć ją od towarzystwa tej jednej osoby, przy której nie musiał już udawać? Coś, co potrafił nawet robić w samotności, byleby pielęgnować którąś z przywdziewanych masek i nie pozwolić sobie na przesadnie wielką swobodę, wiążącą się ze zbyt dużą liczbą niepewności.
A teraz czuł, jak napięcie ulatnia się z jego barków; jakby w ogóle wcześniej nie istniało. Jak potencjalnie nieświadomie drgające palce Soo rytmicznie przepływają przez jego ciało, podczas gdy on sam z nieustannie błądzącym na ustach uśmiechem pilnował smażonego ryżu, oczekując idealnego momentu na jego przerzucenie. Bez obawy, że mogłoby się przypalić – bez obawy o to, co by się stało, gdyby go przypalił. Bo wiedział, że oprócz kilku zaczepnych komentarzy, nie spotkałby się z oceną i zawiedzeniem, którym darował siebie samego niemalże na każdym kroku
— To idź sobie, zanim zwymiotujesz mi do patelni — teatralnie wyswobodził się z uścisku chłopaka, acz cała realistyczność z gry aktorskiej wyparowała wraz z dalej rozbawionym, ukróconym chichotem na ustach. Odprowadził go jeszcze wzrokiem, powracając nim do kuchenki wraz z momentem, kiedy Yosoo przekroczył próg kuchni. Nie mógł zapanować nad ponownym drgnięciem kącików, kiedy zarejestrował wzięte wraz z laptopem talerze. Niby błahe, niby coś, o co sam poprosił, a jednak i tak targało czule za niektóre struny serca, wyłapujące zmiany nawet w tych najdrobniejszych zachowaniach.
Może się rozdrabniał; może i się ich niepotrzebnie doszukiwał, lecz nie potrafił inaczej. Za dużo dla niego znaczyły; niosły za sobą zbyt wiele, aby nie odnajdował dla nich wydzielonego miejsca w pamięci czy sercu, by móc dojrzeć ilość zmian, jakie między nimi zaistniało. Postępów, dzięki którym wspólnie spędzane wieczory nie były owinięte w przygnębiającą otoczkę niewypowiedzianych słów i zaistniałych niejasności. A jedynie w rzeczy tak proste, jak wspólny obiad. Jak nieznacznie zmrużone oczy, przez które przyglądał się wspomnianemu ogłoszeniu, choć przez odległość i tak nie był w stanie wszystkiego dojrzeć
— Nie wiem, czy to adekwatna skala — przyznał z przekąsem, odkładając przyszykowany i przełożony do sporej miski ryż na stolik, w zasięgu ręki dla ich obu — Ale zarazem znasz je pewnie lepiej, niż niejeden z ochroniarzy — dopowiedział chwilę później, odruchowo kładąc dłoń na oparciu krzesła Soo, kiedy w końcu zajął to obok niego. Dopiero wtedy mógł przykuć całą swoją uwagę wypisanym informacjom, pozwalając sobie na niespiesznie zajęcie miejsca na touchpadzie, by móc przeskanować wszystko zamieszczone w ogłoszeniu. Prostym, może przesadnie radosnym i przekoloryzowanym, choć odpowiadającym stanowisku, o jakim była mowa. I grupie wiekowej, jakiej miało dotyczyć.
— Soo, skarbie, pracowałeś kiedyś z dziećmi?
Y.
Pytał trochę z ciekawości, przede wszystkim jednak z troski. Z samej chęci bycia zaangażowanym w temat, byleby Yosoo nie odczuł bagatelizacji tematu z jego strony. Bo tak jak mógłby chcieć zepchnąć to na dalszy tor; tak jak nie czuł potrzeby, aby brunet odnajdował od razu pracę, byleby móc dołożyć się do rachunków, tak zdawał sobie sprawę z tego, że może zwyczajnie tego potrzebował.
OdpowiedzUsuńNieraz na uczelni myślał o tym, że Yosoo siedział sam w mieszkaniu – dopóki nie zjawił się kot – starając się odnaleźć dla siebie zajęcie. Może z kimś innym nie widziałby w tym problemu, a raczej pozytywy i lekką zazdrość z powodu, że ktoś miał prawo nic nie robić cały dzień, podczas gdy on balansował między uczelnią a pracą. Lecz znał Soo. Znał jego potrzebę, aby jednak coś robić; cokolwiek, dopóki pozwoliłoby mu to odwrócić swoją uwagę i wyzbyć się świerzbienia w dłoniach, miejscami potrafiącego mieć zgubne działanie. Miał też wystarczająco jasno powiedziane, że nie chciał żyć w układzie, podobnym do teraźniejszego – gdzie to Yechan opłacał większą część zakupów, wraz z rachunkami. Mógłby to zrozumieć; może nawet jakaś jego część rozumiała.
Jednak… nie narzekał. Nie potrafiłby, kiedy każdy z wydatków; każde przypomnienie, że Yosoo zawsze był na miejscu. Że był bezpieczny, była najważniejsza. Jak myśl, że Yechan mógł się nim zająć. Że był potrzebny, nawet jeśli wyłącznie pod kątem finansowym i zaoferowanym dachem nad głową. Był samolubny, wiedział. Zdawał sobie sprawę aż za dobrze z tego, jak krzywdzącym mogło być jego nastawienie, więc starał się je zmienić.
Nie spodziewał się jednak, że jedno pytanie, niefortunnie połączone ze zbyt miękkim spojrzeniem, da radę zostać odebranym tak pokracznie. Omijając cel jego słów łukiem na tyle szerokim, że wstępnie dał radę jedynie zebrać się na kilka zaskoczonych, wmurowanych mrugnięć i uchylenie warg, jakby chciał coś powiedzieć, lecz nic jeszcze nie zdążyło przepłynąć przez jego głowę
— Co? Nieprawda! — zaczął więc od najgłupszych i najprostszych słów, wylewających się z niego bez wcześniejszej konsultacji z samym sobą, zbyt przejętym intensywnością brzdęku upuszczonego metalu i tym, czy świeżo co zrobione jedzenie nie spadło gdziekolwiek na Yosoo — Wierzę w Ciebie, o czym ty w ogóle mówisz? — zaprzeczył niemalże natychmiast, a oparta o krzesło dłoń niemalże odruchowo sięgnęła przedramienia bruneta, byleby powstrzymać go przed dalszym odsunięciem się, czy tym bardziej zmniejszyć ryzyko przechylenia krzesła.
— Nie o to chodzi — dodał kilka sekund później, kiedy drgające na przedramieniu palce przestały obawiać się możliwością odepchnięcia i mógł nieznacznie przysunąć go bliżej siebie, tym bardziej uniemożliwiając mu próbę ucieczki — Po prostu chcę, żebyś ty sam był świadom, co się z tym wiąże — podkreślił, drugą dłonią ostrożnie zbierając pojedyncze ziarnka ryżu, które skończyły na spodniach bruneta — Sam przecież wiesz, niejedna z moich historii z pracy, jakie ci opowiadałem, dotyczy właśnie rodzin z dziećmi — dodał, byleby uniknąć kolejnego, możliwego nieporozumienia. Tego, które dalej dawało radę wpłynąć na odnaleziony wcześniej rytm, teraz desperacko starając się szarpnąć za odpowiednie struny w odpowiednim momencie. Więc… zatrzymał się. Wypuścił niespiesznie powietrze nosem i przesunął bezmyślnie palcami o dalej trzymane przedramię, zanim nie zabrał ponownie głosu po upewnieniu się, że słowa nabiorą odpowiedniego kształtu — Ale jeśli chcesz, to szczerze myślę, że powinieneś spróbować.
Y.
Delikatny uśmiech był dla niego naturalną reakcją, kiedy usłyszał przeprosiny Yosoo. Nie były potrzebne, mimo wstępnego szoku i braku zrozumienia defensywności, jaka przez niego przebiegła wraz z pierwszym pytaniem Powella, lecz i tak uważał, że brunet nie miał za co przepraszać. Mimo to znaczyło to dla niego może i aż za dużo, a nawet nie usłyszał tego po raz pierwszy, odkąd postanowili naprawić swoje wzajemne, niezdrowe nawyki. Za każdym razem planował– wiedział, że będzie doceniać właśnie to słowo, czy jakąkolwiek jego wersję, równie mocno, co za pierwszym razem
OdpowiedzUsuń— Nie masz za co, Soo — zapewnił, rysując kciukiem niedokładne kółka na jego ramieniu, w kojącym nie tylko dla niego, ale i siebie samego, geście, podczas gdy druga dłoń dbała o to, aby nawet najmniejszy kawałek jedzenia nie znajdował się już na spodniach Yosoo. Pozwolił sobie również na ograniczenie siebie do cichego pomruku, aby zachęcić chłopaka do dalszego mówienia. Chciał, żeby wszystko z siebie wyrzucił. Chciał, żeby sam zauważył, że chwila niejasności nie musiała być powodem do kłótni i ponownego podpalenia mostu, jaki co rusz budowali na nowo. Mocniejszym od poprzedniego. Wspólnie, aniżeli na domysłach i niewypowiedzianych oczekiwaniach.
— Okej, nie powiem — bo niezależnie od tego, jak bardzo chciał i sądził inaczej, to i tak rozumiał, dlaczego go o to prosił. Wiedział, że gdyby był na miejscu Yosoo, prosiłby o to samo, jak nie więcej. Zapewne o wiele szybciej od niego, jak i o wiele agresywniej, popadłby w wyniszczający wir niepewności i oczekiwań, których i tak nie byłby w stanie wypełnić. Nie zmieniało to jednak tego, że brunet był przydatny; nawet bardziej, niż mogło mu się wydawać.
Bez niego zapewne tkwiłby w tej samej szarości, która dotychczas mu towarzyszyła. I nie wiedział, czy gorsza była sama jej obecność, czy fakt… że by mu nie przeszkadzała. Bo jak mogłaby, gdyby nie wiedział o tym, jak wyglądało życie z kolorowymi elementami, wkradającymi się do codzienności? Czemu miałby żałować, skoro nijakość odpowiadała mu i pozwalała zachować spokój i układ życia, przytłaczającego resztę bliskich swoim brakiem charakteru. I tak było najlepiej; najbezpieczniej. Nawet jeśli miejscami doskwierająca mu samotność sprawiała wrażenie zbyt przytłaczającej.
Dopóki tej przestrzeni nie zaczął wypełniać Yosoo. Będąc najbardziej potrzebnym elementem jego dni, odkąd po raz pierwszy zaprosił go do siebie na wspólne zrobienie projektu. Co skończyło się na kiczowatym filmie i pierwszą z wielu, zachowanych tylko dla czterech ścian, szczerych rozmów.
I zaprowadziło ich właśnie tutaj – do salonu, gdzie mógł bezkarnie i bez wstydu przenieść dłoń na kark bruneta i przeczesać kilka z lekko zaplątanych kosmyków. Zgarnąć kilka przydługich za ucho, przed wsunięciem palców we włosy i łagodnie sunąć paznokciami po ukrytej pod nimi skórze w trakcie mielenia usłyszanych słów w głowie. Choć tak naprawdę nie musiał, znając odpowiedź niemalże od razu
— Myślę, że powinieneś złożyć do wszystkich trzech miejsc — przyznał otwarcie, zsuwając dłoń na plecy chłopaka. Zostawiając ją tam, nawet kiedy sam zwrócił część uwagi na nałożenie ryżu na swój talerz — Bo na pewno nie zaszkodzi, najgorsze co mogą powiedzieć to ’nie’. A jest na to o wiele mniejsza szansa, jeśli spróbujesz do każdej — dodał ze szczerością; może nieco przesadną, lecz taką, która nie mogła zostać owinięta zaślepiającymi usprawiedliwieniami — A wiem, że poradzisz sobie z każdą.
Y.
— Na pewno — powiedział jeszcze, nie odnajdując również innej możliwości. Nie w sytuacji, w której Yosoo składał CV do trzech miejsc pracy, które nie miałyby odpowiednich podstaw, aby go odrzucić bez wstępnej rozmowy. Pozwolił więc też sobie na zerknięcie okiem na przyszykowany dokument, subtelnie doszukując się miejsc i możliwości na wciśnięcie dodatkowych umiejętności, czy nawet cech pod postacią wydarzeń, w jakich miał okazję wziąć udział. Choć i tak sądził, że to, co Yosoo dotychczas wysyłał, spisywało się odpowiednio.
OdpowiedzUsuńNie wątpił w końcu w to, że brunet poradziłby sobie sam. Dotychczas dawał radę; nawet w drobnostkach, jak postawienie na swoim, czy w tych mniej istotnych kwestiach, jak dobór odpowiednich, zaczepnych słów w jednej z ich przekornych rozmów. Wiedział jednak też, że brunet wchodził właśnie na teren sobie po prostu obcy. Taki, po którym nie musiał wcześniej manewrować, bo styl i jakość życia mu na to pozwalały.
Dlatego Powell chciał po prostu być obok. Jako ciche, nienarzucające się wsparcie, lecz zawsze gotowe do przejęcia kontroli, kiedy byłoby to potrzebne. I wiedział, jak ważne było to, że teraz w ogóle mógł to robić. Jeszcze te kilka miesięcy temu spotkałby się z oporem. Może i ze złością, że wtyka nos w nie swoje sprawy i umniejsza Yosoo poprzez próbę zapanowania nad sytuacją, która go nie dotyczyła. I zapewne by się wycofał, pozwalając, aby chłopak załatwił wszystko sam, podczas gdy go zżerałaby panika i stres od środka.
Wtedy nie pomyślałby, że znajdą się w miejscu podobnym, do tego, co teraz. Gdzie Yosoo, mimo słabego głosu i widocznych nerwów, przyjmował jego pomoc. A sam Yechan nie czuł skrętu żołądka ani nie obawiał się pozostawienia czegoś w rękach bruneta. Bo wiedział, że mógł mu zaufać. Bo zaufanie było właśnie tym, czym musiał–musieli się obdarzać, jeśli mieli iść do przodu.
Zwrócił więc swoją uwagę znowu na przyszykowany ryż, niespiesznie nabierając coś na widelec, lecz kilka razy z rzędu gotowa porcja zostawała właśnie tam, podczas gdy student skupiał się na utrzymywaniu powolnego i kojącego rytmu dłoni, dalej spoczywającej na plecach Yosoo. Nawet po zamknięciu i odstawieniu laptopa. Nawet przy zgrzycie, który nieprzyjemnie podrażnił jego uszy, ale nie doprowadził do przesadnego grymasu ani wypuszczenia kąśliwego komentarza. A jedynie do podsunięcia dłoni nieco wyżej, by mogła odnaleźć dobrze znane sobie miejsce na barku chłopaka i opuszkami palców nacisnąć na odczuwalnie napięte mięśnie, w kolejnej próbie ujęcia nerwów, jakie gromadziły się w jego ciele. Zatrzymał się dopiero przy ponownym zabraniu głosu przez Yosoo. Przy kolejnym postanowieniu, a zarazem wyznaniu, które wybijało go z rytmu, ale i zalewało falą ciepła. Cichej dumy, wyrażanej we zwróconym na bruneta spojrzeniu i delikatnym drgnięciu kącików ust ku górze
— Okej — przy krótkiej zgodzie, aniżeli na próbach wyciągnięcia od niego pewności czy bardziej ostatecznej deklaracji, niż nagłe oznajmienie — Możemy rozpakować wszystko, skarbie — zapewnił jeszcze, zgarniając kolejny ze wpadających chłopakowi do oczu kosmyków za ucho, aby chwilę później z czułością zacisnąć palce jednej dłoni na jego policzkach. Ucałować krótko nienaturalnie zgniecione wargi, w kolejnych próbach pozbycia się napiętej energii Yosoo, jak i w samym pokoju — Może nam się uda przed Fanaberią.
Y.
Wstępnie otwarcie pudeł nie wydawało się Powellowi czymś… trudnym. Jedynie prostą czynnością, która niewiele ze sobą niosła. Wierzył w to jednak co najwyżej przez kilka sekund, kiedy wraz z dotknięciem szorstkiego papieru, ponownie dotarła do niego waga i istotność decyzji, jaką właśnie podejmowali.
OdpowiedzUsuńYosoo się wprowadzał. Może nie na stałe, może nigdy tak nie planował, lecz na dany moment mieszkanie było ich obu. Miał naprawdę, bez niemego wahania się i niepewności, stać się trwałą częścią chłodnego apartamentu, dotychczas odgrywającego dla studenta rolę jedynie miejsca na zostawienie swoich rzeczy i przebrnięcie przez podstawowe czynności życiowe. Spędzał tutaj dużo, może zbyt dużo, swojego czasu, był przyzwyczajony do ładu i minimalizmu, jaki w nim panował, ale równie intensywnie był świadom tego, jak wiele brakowało temu mieszkaniu. Co nie zmieniało jednak faktu, że teraz ta przestrzeń już trwalej, odczuwalnie, stawała się nie tylko jego własnością.
I jak z wieloma aspektami, te kilka miesięcy wcześniej, nie poradziłby sobie. Przynajmniej nie mógłby być pewny, tak jak teraz, kiedy sięgał po kolejną, pstrokatą bzdetę, którą miał okazję dojrzeć u Yosoo w mieszkaniu i nigdy nie pomyślałby, że znajdzie się u niego. A wcześniejsza, głęboko zakorzeniona panika, była zastąpiona zrezygnowanym, acz dziwnie zaintrygowanym, westchnieniem i ostrożnym odstawieniem kubka na bok, wraz z kolejnymi to wyciąganymi przedmiotami. Nie wszystkie pamiętał, choć zdecydowanie większa ilość była na tyle charakterystyczna, że potrafił je umiejscowić na odpowiedniej półce, czy przypadkowym miejscu w mieszkaniu, gdzie mogły być albo celowo ustawione, albo porzucone ze względu na pośpiech czy roztrzepanie.
Starał się jednak nie przywiązywać zbyt wielkiej sentymentalnej wagi do każdej z wyciąganych rzeczy, wracając na ziemię wraz z przypominaniem sobie, ile pracy jeszcze na nich czekało. I z pamięcią, że wszystko musiało odnaleźć dla siebie odpowiednie miejsce w mieszkaniu, które wręcz odpychało od siebie wszystko to, co kolorowe
— No widzisz — zaczął niepozornie, zerkając przelotnie na roślinę i Yosoo przed powrotem do ostrożnego przeszukiwania pudła, aby móc kontynuować ich prowizoryczne sortowanie. Przynajmniej na tyle, o ile pozwalał mu na to brunet, przyjmujący taktykę wyciągania i odkładania wszystkiego, jak leci, aniżeli zachowując w tym jakiś ład. Niezależnie od subtelnych podpowiedzi i prób przełożenia poszczególnych przedmiotów w przyszykowaną wcześniej stertę — Jest równie uparte, co ty.
I sam o tym wspomniał. Sam był bardzo dobrze świadom tego, jak uparty potrafił być Yosoo. Więc może i dlatego, kiedy tylko usłyszał, jak chłopak po raz kolejny zabiera głos, a jego palce zdradliwie drgają na ceramicznej doniczce, to już podskórnie wiedział, że rozmowa nie skończyła się na błyskotliwym zwróceniu uwagi na stan rośliny
— Podobno tak — mruknął wstępnie, interesując się bardziej albumami muzycznymi, gdzie, ku jego przerażeniu, przy każdym otwarciu czy wysunięciu płyty, spotykał się z zupełnie innymi wykonawcą, niż tym, zapisanym na przodzie — Soo jak ty tak żyjesz? — wtrącił jeszcze pod nosem, zaczesując z nieznacznie narastającą nerwowością włosy, zanim nie postanowił faktycznie zwrócić uwagi na aluzję rzuconą w jego kierunku. I dla oszczędzenia swoich nerwów, jak i dla ukojenia niepewności, jaka zaczynała malować się na twarzy bruneta. Możliwie dorównująca tej, jaka gryzła się z myślami Powella, pozwalającemu na to, aby ciche westchnienie prześlizgnęło się przez jego usta — Możesz go tam postawić. Ale nie będę się nim zajmować — chociaż oboje wiedzieli, że było to kłamstwem; że wystarczył jeden moment, w którym dostrzegłby, że liście rośliny nabierają nieodpowiedniego koloru i starałby się temu zaradzić. Czy skutecznie było inną kwestią, co między innymi było głównym powodem, dla których nie miał w domu roślin. Bo nie miał bladego pojęcia, jak się z nimi obchodzić.
Y.
Cichy pomruk był jedynym, na co potrafił zebrać się w odpowiedzi bez wyrzutów sumienia, czy delikatnej złośliwości, jaka cisnęła mu się na język. Bo tak jak z jednej strony wierzył w umiejętności Yosoo do podtrzymania rośliny przy życiu, tak nieco większa jego część była zdania, że w nowym otoczeniu, a przede wszystkim już nie w samotności, szanse na zachowanie stanu kwiatu o wiele bardziej traciły na pewności. Szczególnie kiedy mimo swoich wcześniejszych słów, Powell faktycznie zacząłby zajmować się rośliną. A w przypadku, kiedy oboje staraliby się utrzymać ją przy życiu, mogliby zwyczajnie… przedobrzyć. Już wystarczyła niejedna, nawet w tak niedługim czasie, wymiana spojrzeń, kiedy niespodziewanie w misce Fanaberii znalazła się po raz kolejny porcja jedzenia, choć jeszcze chwilę wcześniej widział, jak kończyła jeść.
OdpowiedzUsuńPowstrzymał się też przed kolejną uwagą, jaka próbowała przecisnąć mu się przez usta, kiedy na odłożone segregatory dała radę zsypać się sucha ziemia z doniczki. Myśl, że równie dobrze mogła ona skończyć na monitorze, skutecznie ułatwiała mu zachowanie słów dla siebie, wraz z niespiesznym wypuszczeniem powietrza przez nos, zanim nie powrócił do płyt.
Płyt, które równie mocno doprowadzały go do szału, acz nie tylko ze względu na panujący w nich brak porządku, co na brak możliwości zrobienia z tym czegokolwiek. Bo nie miał do tego prawa. Bo zwyczajnie nie chciał wtrącać się w zwyczaje Soo, a przede wszystkim te, które wywoływały w chłopaku tak znaczącą reakcję. A to właśnie ta powstrzymała jego dłoń przed dyskretnym ułożeniem podmienionych płyt obok siebie, aby równie dyskretnie przywrócić je na swoje miejsce.
Zamiast tego starał się zająć kolejnym pudełkiem. Przynajmniej do momentu, kiedy cichy głos Yosoo po raz kolejny nie przebił się przez szmer otwieranych kartonów i przeszukiwanych przedmiotów. Niemalże od razu zwolnił i złagodził swoje ruchy, niemalże ograniczając je do bezcelowego zaczepiania kubków, czy akurat odnalezionych koszulek czubkami palca, byleby sprawiać wrażenie dalej czymś zajętego. Coś, co wiedział, że pozwalało na zachowanie właśnie powstałej, bezpiecznej bańki; chęci chłopaka na otwarcie się, bez poczucia bycia przejrzanym na wylot. A zarazem pozwalało Yechanowi na wsłuchanie się z uwagą w każde ze słów. Poznanie go z jeszcze innej strony, zarazem tak idealnie wpasowującej się w znany mu dotychczas obraz.
Przestraszył się, że jego bezczynność była zbyt wyczuwalna, kiedy ponownie zapadła cisza. Kiedy sam złapał się na tym, że wzrok uciekał mu z wnętrza pudła na powoli poruszającego się obok Yosoo, choć właśnie tego miał uniknąć. I nie zdążył zatrzymać się przed bezmyślnym uniesieniem ręki, wraz z ponownymi, cichymi słowami, aby zatrzymać bruneta przed jednym ze szkodliwych nawyków
— To nie jest głupie, Soo — przyznał równie przyciszonym głosem, co ten należący do Jeonga, ostrożnie przesuwając palcami po wierzchu odsuniętej od ust dłoni — Szczególnie jeśli chodzi o Ciebie — a własną przeniósł na jego kolano, kreśląc kciukiem bliżej nieokreślone ścieżki — Muzyka zawsze była dla Ciebie ważna. I przede wszystkim pozwalała ci wyrazić siebie — zaznaczył, byleby zapewnić chłopaka, że rozumiał. Pokrętnie, ze sprzecznością krzyczącą w samym jego środku, ale rozumiał. I mimo cichej potrzeby ułożenia każdej z płyt, jak powinien, postanowił samemu sobie zostawienie ich w spokoju, a tym samym zachowanie chaotycznego ładu. Bo najważniejsze dla niego było to, że dla Soo miało to jakikolwiek sens. Nawet jeśli sam nie potrafił się w nim połapać.
Tym bardziej nie miałby prawa do naruszania tej strefy, kiedy po kolejnych słowach uderzyła go fala wyrzutów. Jedno, kluczowe wspomnienie, którego był katalizatorem i nieważne jak bardzo się starał, nie mógł go cofnąć
— Wiem — stać go więc było jedynie na ledwie przechodzące przez gardło słowa, wraz z niespiesznie osuwającą się dłonią przy ugięciu przez chłopaka nóg — I dużo ze sobą niosła — dopowiedział bardziej dla samego siebie, nieumyślnie wbijając i przekręcając obecną w sercu szpilkę jeszcze mocniej. Już wcześniej był świadom, że nowa gitara nie mogła równać się z poprzednią, mimo kilkudniowych poszukiwań oraz upokarzających błagań o ten sam model. Lecz… przynajmniej była. Inna. Nietknięta przeszłością oprócz wyrysowanych na niej bazgrołów. Pozwalająca na nowy początek, z zapasem wcześniejszych doświadczeń.
UsuńTak jak oni sami, starający się stawiać nowe kroki. Wykorzystać wspomnienia, zostawiające po sobie coraz to bledsze ślady, aby nie popełniać tych samych błędów
— Jak skończymy… — zaczął więc nieśmiało, z pytaniem tak długo czającym się na czubku języka, lecz zawsze zatrzymywane w ostatniej chwili. W obawach, że dalej był to zły moment; że dalej sobie nie zasłużył — zagrasz coś dla mnie?
Y.
Chwila milczenia ze strony Yosoo chyba po raz pierwszy nie wywołała u Yechana choćby grama niepokoju. Nawet kiedy część jego podświadomości starała się go przekonać, że powinien ją poczuć. Nawet kiedy pośpiesznie rzucone “zagram” zapewne bez namysłu niosło ze sobą niewypowiedzianą wagę, która najwidoczniej dotarła do bruneta z nieznacznym opóźnieniem.
OdpowiedzUsuńNie czuł jednak niepokoju, kiedy przewagę przejęła… ekscytacja. Uspokajające ciepło, może bez pewnego oparcia, a jednak tak umiejętnie i niezakłamanie rozpływające się w jego ciele pod postacią delikatnego dreszczu i motyli w brzuchu. Zdążył zapomnieć, ile radości potrafiła mu dać sama gitara, szczególnie w połączeniu z Yosoo. Wyłącznie w połączeniu z Yosoo, skoro bez niego była niczym więcej, niż stojącym bezczynnie instrumentem.
Bo to Yosoo dawał radę włożyć w nią duszę i życie. To w rękach Yosoo nabierała jakiejkolwiek postaci i sensu, aniżeli ozdoba i coś, co jedynie w domyśle było w stanie wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Yechan jedynie kilkukrotnie miał okazję ją dotknąć. I to zawsze pod okiem bruneta. Zawsze z jego pomocą, bo inaczej jakikolwiek ład, jaki panował w jej użyciu, kompletnie zanikał. Nie miał bladego pojęcia, co miał robić bez delikatnych dłoni nakierowujących jego palce w odpowiednie miejsca; bez aż nienaturalnie delikatnego głosu, rozbijającego mu się o kark czy policzek, kiedy Yosoo powoli dyktował mu, co ma robić, aby wydobyć z instrumentu chciany dźwięk. Bez Jeonga obok, gitara, podobnie do Powella, stawała się bezużyteczna.
Nie było w niej nic, co mogłoby świadczyć o… wyjątkowości. Struny w zastraszającym tempie się rozstrajały. Kurz osiadał na nieużywanych progach. Nawet poszczególne, zostawione pisakiem bazgroły, traciły na znaczeniu, bo to brunet był ich główną częścią. Yechan jedynie je na niej pozostawił; przywołał z pamięci wraz z wagą, jaka im towarzyszyła, lecz nawet by nie zaistniała, gdyby nie obecność Yosoo. Tak kojąca. Tak wyjątkowa, jak podczas ostatniego razu, kiedy zalegli wspólnie przy kanapie – tak dla niego nietypowo, z nogami pokracznie rozłożonymi na podłodze i plecami opartymi o klatkę
— Nie wiem — i skłamał, nawet przed samym sobą. Bo może i dalej miał przed oczami ich ostatnią, wspólną grę na gitarze – blond kosmyki wpadające mu sporadycznie do oczu, które śledziły co rusz za zwinnymi palcami Yosoo, a lekko startymi miejscami na gitarze, pozwalającymi mu na nieznaczne oszukiwanie w poszukiwaniu odpowiedniego dźwięku na progach.
Tymi samymi, które mignęły mu przed oczami, nim pierwsze kawałki instrumentu nie rozsypały się po sypialni. Tymi, które nieprzyjemnie wgryzały mu się w palce, podczas prób odnalezienia podobnego, a najlepiej tego samego modelu, w dziesiątce odwiedzonych sklepów muzycznych. I tymi, które z zaskakującym trudem, jak i roztrzęsieniem zostawiał w wiacie w towarzystwie pozostałych, cudzych pudeł ze śmieciami na życzenie Yosoo.
Nie chciał do siebie jednak dopuszczać, jak dawno temu miało to miejsce. Ile naprawdę czasu minęło odkąd, wynaleźli w ciągu dnia moment dla siebie, tak wyrwany z rzeczywistości, a zarazem tak intymny dla ich dwójki. Tak samo nie chciał myśleć o tym, że gitara, która jedynie miernie mogła zastąpić tę poprzednią, do teraz leżała bezczynnie gdzieś w mieszkaniu, a Powell nie miał odwagi o nią spytać.
Do teraz. Do chwili, kiedy Yosoo również przyznał, że nie potrafił umiejscowić ich ostatniej, wspólnej gry w czasie. Kiedy otwarcie przyznał, że mieli to zmienić, a zostawione na niej rysunki jednak niosły za sobą wagę, aniżeli wypełniały wstępną obawę Yechana, że były marną przykrywką jego desperacji. Szczerej. Ale desperacji
— Ja mam wybrać? — to była kolejna, oprócz oczekującej go niespodziewanie historii, informacja, która wybiła go z rytmu, a zarazem zaprosiła do mózgu kompletną pustkę, jakby nagle każdy, możliwy utwór opuścił jego głowę. Zamarł więc z pisakiem w dłoni, po który wstał dosłownie sekundę po tym, jak brunet wspomniał dorysowanie ich kota na instrumencie. Coś, co nie powinno brzmieć tak naturalnie i poprawnie, a… nawet nie zachęciło go do stawiania oporu.
Usuń— Nie pamiętam nazwy, ale… — zabrał chwilę później głos, nerwowo ciągnąc za haczyk u zatyczki od długopisu, marnie zastąpienie jego tradycyjnego nawyku, dalej chcącego wyjść na wierzch w chwilach nieuwagi — Pamiętasz, co grałeś, jak wróciliśmy z jednej z imprez? Co mieliśmy zrobić prezentacje na zajęcia, ale zamiast tego poszliśmy na jakąś słabą domówkę. Z której wróciliśmy, nie wiem, może godzinę później, z własnym winem i chipsami octowymi — przypomniał – a przynajmniej taką miał nadzieję – nie mogąc zapanować nad delikatnym uśmiechem, który wkradał się na jego usta przy wspomnieniu zrelaksowanego śmiechu Soo na wstępnie nietrafiające w odpowiednie akordy palce, nim czysty dźwięk wypełnił chaotycznie przyzdobiony salon jego starego mieszkania — Jeśli pamiętasz, to chciałbym to.
Y.
Po raz kolejny wpadł w wir oczekiwania. I po raz kolejny nie czuł w sercu wyłącznie lęku i niepewności co do nadchodzącej reakcji; co do poprawności podjętej decyzji, na którą pozwolił sobie po jedynie chwilowym przemyśleniu. Przez moment chciał ugryźć się w język. Cofnąć swoje słowa i przyznać, że lepiej będzie, jeśli to Yosoo zdecyduje, którą piosenkę ma zagrać, czy może nawet kompletnie z tego zrezygnują, bo nie było na to czasu, czy też trafił na nieodpowiedni moment.
OdpowiedzUsuńNie był jednak w stanie długo trwać w tej chwili. Nie, kiedy chwilę później mógł dostrzec łagodny, szczery uśmiech na twarzy Yosoo, który był w stanie rozwiać każdą z jego wątpliwości. Szczególnie, kiedy ostatnimi czasy był tak rzadko spotykany, a szansa dla Yechana na bycie jego powodem była jeszcze mniejsza. Razem więc z lekkim uniesieniem kącików, potwierdzenie, że zapamiętany utwór tak naprawdę nie posiadał nawet nazwy, pozwolił, aby lekka ulga go zalała i pozwoliła na zaprzestanie ciągłego haczenia palcem o zatyczkę flamastra
— Nie wszystko trzeba nazywać — przyznał bez większego namysłu, ani nad wydźwiękiem słów, ani nad tym, co mogły ze sobą nieść. A jednak znowu - mimo cichej potrzeby i nagłego ścisku w żołądku, którego źródła idiotycznie nie potrafił odnaleźć - nie cofnął swoich słów. Był w stanie jedynie przytaknąć głową na potwierdzenie swoich podejrzeń co do powstania piosenki, aby zaraz wzruszyć niedbale ramionami na wytknięcie, że faktycznie zapamiętał nie tyle sam utwór, co dokładną sytuację, w jakiej usłyszał go po raz pierwszy.
Bezmyślnie obracał pisak między palcami, skupiając się na wykonywanych ruchach bardziej, niż na odczuwanym spojrzeniu Yosoo, które niemiłosiernie się w niego wwiercało, zrywając kolejno to osłaniające go warstwy. Nie potrafił podnieść wzroku, kiedy tylko dojrzał nową gitarę ułożoną na kolanach chłopaka, a wraz z nią wszystkie wspomnienia, jakie wiązały się z tym, że w ogóle się tutaj znalazła.
Kiedy ją kupował; kiedy przeszukiwał każdy zakątek miasta w nadziei, że trafi na odpowiedni model, towarzyszyła mu głównie desperacja. Cicha radość, kiedy odnalazł gitarę i przeszła mu przez głowę myśl, że da radę nią coś naprawić. Teraz nie widział jej jako wyciągnięta wtedy dłoń, chcąca ponownie ich pojednać - po czymś, czego nie dało się naprawić tak materialnym gestem. Teraz widział ją jako ślad swojej desperacji. Czy to w połyskującym, nienaruszonym czasem drewnie, czy w pozostawionych rysunkach, które automatycznie przywoływały wszystkie wspomnienia, jakie symbolizowały.
Choć nie chciał, żeby tak było. Nie taki miał przecież w tym cel. Nie po to dał ją Soo, aby teraz sam nie był w stanie na nią patrzeć bez utykających w gardle wyrzutów sumienia.
Coś, do czego i tak został chwilę później zmuszony, kiedy głos bruneta zmusił go do podniesienia wzroku; tym samym przesuwając nim po instrumencie, zanim dostrzegł znaczące kiwnięcie głową i wagę postanowienia, jakie stało za jego słowami. Jego wyciągnięciem dłoni, po którą Yechan sięgnął drżącymi palcami poprzez niepewne odsunięcie się od biurka, aby usiąść obok Soo. Aby ścisnąć trzymany pisak, w sprzeczności z nieznacznym, kojącym dreszczem, jaki przez niego przeszedł wraz ze zetknięciem się kolan.
I już pierwszy dźwięk z gitary; pierwsze drgnięcie strun, pobudzonych do życia przez wprawione dłonie Jeonga, niemalże automatycznie pozwoliły Powellowi na pełne oparcie pleców o ścianę. Na zetknięcie się tyłu głowy z chłodną powierzchnią, wręcz nieodczuwalną, kiedy był za bardzo pochłonięty uchyleniem przymkniętych oczu i wlepieniu ich w profil Yosoo. W wymalowane tam skupienie, a zarazem spokój, którego tak dawno u niego nie widział. Delikatnych drgnięć kącików, kiedy któryś z dźwięków wybrzmiał wyjątkowo czysto i bezbłędnie, mimo długiej przerwy od grania. Swobodę, którą sam zaczynał odczuwać, mimo wcześniejszych nerwów i niespodziewanej niechęci do oglądania przyozdobionej bazgrołami gitary.
Tej samej, do której nieśpiesznie sięgał wraz z finalnymi dźwiękami, przyjemnie rozbijającymi się w jego ciele nawet chwilę po ich wybrzmieniu, aby odnaleźć pusty fragment. Aby z ostrożnością, a zarazem łatwością narysować kreskówkowego, drobnego kota z przesadnie dużymi oczami i nastroszoną sierścią, mimo wszystko odpowiadającą czarnemu zwierzakowi, wygrzewającemu się na wieku pudła, stojącego idealnie w świetle z okna.
Usuń— Zmieniałeś coś w niej? — spytał w czasie kreślenia przekoloryzowanej wersji Fanaberii. Pytanie z jednej strony nic za sobą nie niosło - ot, czystą ciekawość. A zarazem o wiele więcej, kiedy te same dźwięki, mimo tego samego tonu, sprawiały wrażenie brzmiących nieco inaczej. Z innym nacechowaniem, a jednak równie, jak nie bardziej, dla utworu naturalnym — Nauczysz mnie kiedyś?
Chan
Mruknął cicho w odpowiedzi na zgodę ze strony Yosoo, wędrując wzrokiem między jego skupionym, acz zaskakująco wręcz rozluźnionym wyrazem twarzy, a palcami tak sprawnie poruszającymi się po strunach. W obu miejscach potrafił odnaleźć odzwierciedlenie drugiej w strony – w palcach, które łagodnie, ale z ostrożnością pozwalały, aby po pokoju wybrzmiał czysty dźwięk. W brwiach, nieznacznie drgających, kiedy zmiana chwytu wymagała nieco więcej uwagi, aby na pewno została wykonana płynnie. Nie wyłapał nawet czepliwości rzuconego zdania, na które był w stanie wstępnie co najwyżej powtórzyć delikatny pomruk i oprzeć głowę o ścianę, zanim ciche słowa nie zaczęły samoistnie wyślizgiwać się spomiędzy jego warg
OdpowiedzUsuń— Czasami łatwiej zrozumieć słowa, niż gesty — stwierdził, choć sam przecież wiedział, jak bardzo było to niepewne. Jak niewiele potrzeba, aby samemu przeobrazić znaczenie słów, które wstępnie miały mieć zupełnie odwrotny wydźwięk. Tak samo z gestami, które w nieodpowiedniej kolejności czy niekorzystnym świetle całkowicie zakrzywiały starannie tworzony obraz. Ale i jak nieomylne potrafiły być, niwelując znaczenie wypowiadanych obietnic czy próśb, które pozostawały tylko tym – pustymi, rzuconymi na wiatr słowami, zaprzeczonymi kilkoma, pochopnie podjętymi decyzjami.
I może Yechan zawsze preferował wszystko jasno określać. Niemalże mieć zapisane, czy samemu zapisać na papierze to, o co mu chodziło; czego potrzebował, i co zaprzątało mu myśli. Nawet jeśli za chwilę miałby wrzucić kartkę papieru do kosza i nikomu innemu jej nie pokazać. Ale równie mocno potrafił się w tym zagubić. Szczególnie kiedy chodziło o Yosoo.
Szczególnie kiedy chodziło o miłość, w której same słowa były niewystarczające.
Czasami wątpił, czy gesty dawały radę uzupełniać to, z czym nie radziły sobie słowa. Nieraz był przekonany, że nawet one; nawet te ulotne spojrzenia, dotknięcia, czy gesty, jak przyszykowany obiad, starczały, aby wyrazić jego uczucia wobec bruneta. Nie tylko samą miłość, której był coraz bardziej świadom i nie potrafił zdecydować, czy dawała mu więcej spokoju, czy niepewności. Ale też żal; skruchę, jaką dalej czuł za popełnione błędy. Radość z odwzajemnianych czułości i zachowań, które wychodziły poza te zwyczajowe dla Jeonga. Spokój w chwilach jak ta, kiedy mimo panujące dookoła bałaganu i drobnego chaosu, Powell czuł właśnie spokój, wypełniający jego ciało, zazwyczaj nastawione na nieustanną czujność
— Nigdzie się nie wybieram, Soo — przyznał z nieznaczną lekkością w głowie, obecną tam jedynie po to, aby ukryć wagę wypowiadanych słów. Nie dałby rady jednak zamaskować słabego drgnięcia źrenic ani lekkiego wbicia zębów w policzek dla uziemienia siebie samego. Spojrzenie w oczy Yosoo; ujrzenie przeszywającej go wręcz szczerości i otwartości, jaką coraz częściej mógł tam dostrzec – wystarczało, aby Yechan pękł.
Aby odłożył niezamknięty pisak na bok, ignorując, jak haczy nim o własną dłoń i zostawia krzywą kreskę wzdłuż małego palca. Aby oparł teraz wolną rękę o podłogę, byleby tylko pozbyć się nieznacznej przestrzeni, jaka istniała między nim i Soo, niwelując ją całkowicie pewnym muśnięciem warg o usta, chwilę wcześniej wypowiadające delikatną prośbę. O usta, przez które chciał przekazać wagę wcześniejszego, w teorii lekko rzuconego, komentarza
— Zostanę — aby finalnie odpowiedzieć, bez zawahania się, w krótkiej przerwie przed ponownym złączeniem ust w niespiesznym pocałunku — Z tobą, nieważne gdzie — bezwiednie zaciskał palce zwiniętej dłoni przy ostatnim muśnięciu warg, odsuwając się wyłącznie na tyle, by oddech bruneta dalej mógł rozbijać się o jego własny i przyjemnie wygłuszać nieznaczne dudnienie serca w klatce piersiowej — Możemy nauczyć się wszystkiego od początku.
Y.
Yechan z czasem nauczył się, kiedy ich rozmowy mogły wkroczyć na niewygodny tor. Kiedy Yosoo był w stanie sięgnąć po jedno z zaskakujących, może i nieświadomie, nacechowanych pytań. Tych samych, na które czasami nie istniała poprawna odpowiedź - a na pewno nie ta, którą Powell udzieliłby w pośpiechu i zgodnie z pierwszym, spanikowanym alarmem, jaki rozbrzmiałby w jego myślach; w tym złudnym wrażeniu, że logika i brak włączenia w to emocji uchroni go przed porażką, czy zawodem, bo postanowił oddać w tym część siebie.
OdpowiedzUsuńWięc tego unikał. Doszukiwał się dyplomatycznej odpowiedzi, która i tak mogła doprowadzić do kłótni, ale zostawiała mu większe i wygodniejsze pole manewru, aniżeli przesadne obnażenie się. Wyszukiwał chwilami tego, co Yosoo mógł chcieć usłyszeć. Robił wszystko, byleby uniknąć niechcianej wrażliwości czy szczerości.
Do czasu. Do momentu, kiedy nie mógł tego robić. Do momentu, kiedy nie musiał tego robić, bo wiedział, że Jeong, nawet jeśli go nie zrozumie, to da - nieważne jak niewielkie - okno na wytłumaczenie się, czy podparcie swojego zdania
— Nie wiem, czy byłoby łatwiej — może dlatego szczerość przychodziła mu teraz łatwiej. Dalej towarzyszyły jej lekko niespokojne palce, próbujące sięgnąć nadszarpniętych skórek, zbyt jednak zajęte trzymanym w dłoni flamastrem i materiałem spodni Yosoo, na którego kolanie odnalazł miejsce dla drugiej — Nie wiem, czy wszystko doceniłbym tak samo, jak teraz.
Choć wiedział. Zbyt dobrze wiedział, że zapewne zignorowałby słowa Yosoo. Zniżył je do poziomu nieśmiesznego żartu, wytykając zaraz brunetowi, że sam nie wie, w co próbuje się wpakować. Zwyczajnie by mu nie uwierzył, gdyby starał się przekazać mu to samo, co w przeciągu ostatnich dni, czy nawet tygodni.
Bo może potrzebował tych kilku, bolesnych spotkań z rzeczywistością. Bo może sam musiał w końcu zobaczyć, że jest w stanie potrzebować czegoś tak bardzo, że tego brak zaciskał mu gardło i jawnie wytykał bolesną, towarzyszącą mu pustkę.
I to właśnie dzięki temu był w stanie tak bardzo cenić każdy z wymienianych gestów. Każde ze zdań, czy spojrzeń. Każdy z pocałunków. Wraz z tym, w którym właśnie teraz mógł się zatracać, mimo jego krótkiego trwania, bo towarzyszył mu przyjemny ciężar cudzych dłoni, pilnujących, aby dystans między nim a Yosoo był jak najmniejszy.
Nawet moment zawahania się ze strony bruneta nie był w stanie zdusić łagodnego uśmiechu, jaki wślizgnął się nieświadomie na usta Powella. Jak mógłby, kiedy i on sam miał swoje wątpliwości? Nieważne było, jak bardzo chciałby ślepo wierzyć w powodzenie rozpoczęcia od nowa, zdawał sobie sprawę, jak wiele za tym stało. I to dlatego był w stanie przyjąć podobne obawy od Jeonga z lekkim uniesieniem kącików ust; z zaskakująco lekkim sercem, które wbrew jego zdrowemu rozsądkowi, pozwalało sobie na tę ślepą wiarę.
Wysłuchiwał więc tak jak dotychczas - cierpliwie. W swobodnym milczeniu, które pozwalało mu na całkowite zwrócenie swojej uwagi na bruneta. Coś, dzięki czemu był w stanie wyłapywać te z drobniejszych sygnałów, na jakich mu zależało - kolejny moment milczenia, któremu towarzyszyło zdradliwe, nieświadome spojrzenie, obnażające ilość pracy, jaka się za nimi odbywała. Łapał tempo wypowiadanych słów, poruszających dotychczas ledwie wspominany temat. Potakiwał nieznacznie, aby zachęcać go do dalszej wypowiedzi, mimo niezrozumiałej ekscytacji, jak i nerwów, jakie zaistniały wraz ze wspomnieniem babci, o której mógł słyszeć co najwyżej kilka razy i to w enigmatyczny, ale pozytywny, sposób.
Dopiero wtedy kolejne sekundy milczenia sprawiły wrażenie nieco cięższych; nieco bardziej napiętych niż te, wcześniejsze; nawet jeśli dalej nie wzbudzały w nim paniki. Bo podskórnie czuł, że tym razem niosło się za nią jeszcze więcej, niż zwykła potrzeba otworzenia się.
UsuńGdyby sama cisza nie dała podobnego sygnału, wystarczyłoby usłyszane chwilę później pełne imię, na które niemalże zesztywniał w swojej pozycji, a oddech stanął mu gdzieś w gardle. Ale nie w złości; nie w tej przytłaczającej panice, czy strachu, a w kolejnej fali niepewności i szoku, który w trakcie tej rozmowy powoli wydzierał się coraz bardziej na wierzch, nie zatrzymany nawet przez kojący ruch palców we włosach, usypiający jego czujność przed kolejnym, wmurowującym go, pytaniem
—Do domu? — powtórzył idiotycznie, wpatrując się w oczy Yosoo, w których pragnął doszukać się bezpośredniej odpowiedzi; zapewnienia, że nie był to nieprzemyślany wybryk, który zaraz miał obrócić się w żart — Do Korei? — dopytywał z równym brakiem błyskotliwości, podczas gdy jedna z dłoni niekontrolowanie sięgnęła do tej, przeczesującej jego włosy, by móc z przerażającą wręcz desperacją spleść ze sobą ich palce. Yosoo zapraszał go do Korei; do tak ważnego dla niego miejsca. Tego samego, które zawsze wprowadzało na jego twarz błogi spokój - ten sam, którego tak rzadko mógł się tam doszukać.
— Będę musiał poprosić o wolne w pracy, i uczel- — ugryzł się w język, nim kolejne argumenty wywołane w wybitym z rytmu umyśle dałyby radę między nimi wybrzmieć. Bo ich nie chciał. Bo zwyczajnie chciał pozwolić sobie na chwilę tylko dla nich. Bo chciał i musiał odciąć się od starej rutyny, jeśli faktycznie mieli zacząć od nowa —Tak. Powiedz tylko, kiedy, Soo.
Y.