Hello followers

Hello, followers!

Gossip Girl here.

Your one and only source for the truth behind the scandalous lives of New York's elite. Been a minute. Did you miss me? I know I've missed you.

And who am I? That's one secret I'll never tell.

xoxo, Gossip Girl
New York Seoul

Most followed, spotted, latest tea

Now Spotted

@how.j99

Wstał zza grobu odmieniony... ale czy na pewno? Przeszłość lubi doganiać szybko. Szczególnie jego.

@ari.min

Naczelna imprezowiczka powróciła na Upper East Side... odmieniona? Czy to jakaś nowa moda? A, ile Ci zajmie powrót do starych nawyków? I chłopców?

@tay_blanchard

Alert: konfrontacja roku! Co ma zrobić dziewczyna, której dawna miłość wróciła zza grobu? A druga jest na wyciągnięcie ręki? It's okay to love them both, O. I do.

@dani.song004

D. była widziana przy barze w Itaewon. Sama? Ani trochę.

xoxo

Latest Tea

Latest tea

Kiss on a lips party

Impreza, nasi mieszkańcy i szampan. Kto tym razem przekroczy granicę? On now!

Zobacz wydarzenie →

New posts, lastest GG post

Latest GG Post

Gossip Girl latest post

Nowe powiadomienie

Czy naprawdę myśleliście, że zniknęłam bez słowa? Och, błagam. Gdy kilka znajomych twarzy nagle wyparowało z nowojorskiej sceny towarzyskiej, ktoś musiał sprawdzić, dokąd prowadzi ich ślad. A wiecie przecież, że moja ciekawość bywa większa niż kolekcja torebek pewnej dziedziczki z Upper East Side... Pamiętacie ją? Nawet jeśli, dzisiaj ledwo przypomina siebie.

Czytaj najnowszy wpis →

kiss on a lips party

STATUS: WYDARZENIE AKTYWNE
HEJ, LUDZIE!

Dziś piszę przede wszystkim do tych, którzy z przykrością odkryli, że ich nazwiska nie znalazły się na liście gości. Wiem, to musi boleć. Ale spokojnie. Nie każdy rodzi się z odpowiednim nazwiskiem... albo odpowiednio brudnymi sekretami.

Nie martwcie się jednak, specjalnie dla Was będę relacjonować wszystko na bieżąco. A przecież doskonale wiecie, że przede mną nie ukryje się absolutnie nic.

Więc zacznijmy od początku. Wyobraźcie sobie salę balową tak wystawną, że nawet stare nowojorskie pieniądze poczułyby się tam nieco onieśmielone. Marmurowy parkiet lśniący bardziej niż diamenty. Piętnaście stołów, po dziewięciu gości przy każdym. Góry jedzenia, którego połowa nawet nie zostanie tknięta. Kryształowe żyrandole, przygaszone światła, morze kwiatów i muzyka, której i tak nikt nie będzie słuchał.

Byliście kiedyś w Grand Ballroom w Plaza? Nie? Cóż... wyobraźnia też jest za darmo. A pośrodku sali? Podium z monumentalną rzeźbą przedstawiającą... usta. Oczywiście. W końcu pierwszy pocałunek tego wieczoru należy do mnie.

Tymczasem pod główne wejście zaczynają zajeżdżać pierwsze limuzyny. Już widać te wymuszone uśmiechy, nerwowo odpalane papierosy i ciche, słabe szepty, które mają brzmieć jak pewność siebie. Kochani, strach pachnie znacznie mocniej od perfum z francuskich perfumerii. Jeśli byliście już na jednej z moich imprez, doskonale wiecie, że nic dobrego nigdy się tutaj nie wydarza. Przynajmniej nie dla wszystkich. A jeśli to Wasz debiut... postarajcie się nie skompromitować, zanim jeszcze kelner poda pierwszego szampana. I zanim zapytacie, dlaczego ktokolwiek dobrowolnie przekroczyłby próg tej sali... Sekrety. To zabawne, jak każdy, dosłownie każdy, ma coś, za co zapłaciłby fortunę, by nigdy nie ujrzało światła dziennego.

Do rozpoczęcia zostało mniej niż godzina. Chyba czas uruchomić tę maszynę, prawda?

Na mnie czeka jeszcze mały croissant i moja mała czarna od Diora. A potem? Potem wzniesiemy pierwszy toast. Za pozory. Za kłamstwa. I za tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że ten wieczór zmieni wszystko.

xoxo, Gossip Girl
12.402
891
Udostępnij

omgomgomg Boże, zdradź nam, co się wydarzy!!! Powiedz cokolwiek, co jest w planie?!?

gossipgirl.net @omgomgomg Czy wystarczy Ci, jeśli powiem, że nic dobrego? Oj, jestem ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o zepsucie niespodzianki, ale niech będzie. Robię to tylko dla Was! Cóż, powiedzmy, że już na samym początku uraczę moich gości smakiem swobody. Tyle Wam wystarczy? Nie psujmy sobie zabawy.

VIP Seating Chart

Stół 1
Naomi
Plus one Gabriela. Nikt oprócz niego jej tutaj nie zna. Ale z taką twarzą... czy to w ogóle konieczne?
Gabriel Cavallaro
Naczelny motocyklista Upper East Side. Podobno jest z Naomi... Co na to powiedzą wszystkie małoletnie Azjatki?
Clair Bellfort
Plus one Jacksona. Jeszcze nie ma pojęcia, jak naprawdę wygląda świat elity. She's here for the vibes.
Jackson Howard
Niedawno powrócił zza grobu i część znajomych od tego momentu nie miała jeszcze okazaji zamienić z nim słowa. Część jest też lekko... niezadowolona.
Cassian Rafferty-Whittaker
Lubi hazard, alkohol, nie pali papierosów i ma słabość do pewnej blondynki... Jak my wszyscy.
Cornelia Watson
Wszyscy ją kochają. Wygląda słodko, ale nie chcesz, aby cię nie polubiła... no, chyba, że masz ochotę skończyć na dnie East River.
Inhan Kim
Znikanie w tłumie przychodzi mu naturalnie. Jak się zachowa, gdy pierwszy raz w życiu cała uwaga zostanie zwrócona na niego?
Yoonjae Han
W kraju rodzinnym jest gwiazdą, tutaj jednym z wielu. Przykładny student z pociągiem do ryzyka. Czy uda mu się narobić tyle hałasu, że jego sława w końcu go tu doścignie?
Haejin Park
Gwiazda, która w Nowym Jorku odnalazła anonimowość. Miejmy nadzieje, że jej smak nie zostanie zapomniany, bo od dziś może pozostać jedynie wspomnieniem.
Stół 2
Jihoon Jeon
Od półtora miesiąca narzeczony Soyoung. Chociaż narzeczony to zbyt wielkie słowo... Transakcja biznesowa pasowałaby bardziej.
Soyoung Park
Niech słodka aparycja Was nie zwiedzie. Ta dziewczyna całe życie wiedziała, czego chce i jak to zdobyć. Co poszło nie tak tym razem?
Seojun Kim
Jak się czujesz z wiedzą, że spora część ludzi przy tym stoliku pała do ciebie nienawiścią? Dobrze, prawda? Oczywiście, że tak.
Sunghoon Ahn
Będziesz szczęśliwy, widząc swoją dawną miłość? Czy może przyciągnęła cię tu chęć zemsty? Either way, I'm in.
Alexander Kang
Chłopak Ari, z którym ta uwiła słodkie gniazdko poza burzliwym Upper East Side. Czy to mądre go tu przyprowadzać?
Ari Min
Queen. Naprawdę trzeba dodawać coś więcej?
Minsoo Lee
Kiedyś biedny chłopak, który nie potrafił wydukać całego zdania po angielsku, teraz gwiazda estrady. Jak sobie poradzi w gronie ludzi, którymi gardzi?
Yosoo Jeong
Czy wycieczka do Korei rozjaśniła umysł? Dodała sił? Sprawiła, że w głowie w końcu zapanował spokój? Jeśli tak, to dobrze, bo zamierzam to wszystko zmienić.
Yechan Powell
Zrób przysługę swojemu chłopakowi i więcej go już na moich imprezach nie zdradzaj... Żart! You're more than welcome to do so!
Stół 3
Yuri Han
Dwa lata temu cały Manhattan dowiedział się, że przez lata zgrywała bogaczkę, teraz jest topową influenserką modową. Kiedyś była też naiwniarą, a teraz...? Kto wie.
Namgi Jung
Czy teraz, gdy album ujrzał już światło dzienne, a upragniona sława w końcu ma szansę Cię dosięgnąć, poczujesz, że zasługujesz na miłość? Jest tuż obok, sięgnij po nią.
Danielle Song
Stare nawyki, od których uciekłaś do Korei, drepczą Ci po piętach. Może nie wiecie, ale Danielle ma mały problemik, jeśli chodzi o dobrą zabawę. A tej czeka jej dziś sporo.
Minho
Plus one Danielle. Jej ochroniarz. Opoka, zrozumienie i ciepłe ramię, w które przyjemnie się wtulić w zimne wieczory. Kocha ją na tyle mocno, że potrafi wybaczyć fakt, iż jej serce należy do kogoś innego.
Evelyn Sinclair
Zdaje się mieć wszystko... za wyjątkiem miłości swojego męża. A może ta gra jej tak naprawdę odpowiada? Cóż, dzisiaj będziemy mieć szansę się o tym przekonać.
Alex Walton
Niech nie zwiedzie Was ta przystojna twarz i ciepłe spojrzenie. Jeśli przyjrzycie się uważniej, być może dostrzeżecie niebezpieczny błysk w oku, ledwie zauważalne drgnięcie kącika ust, chłodne, stalowe spojrzenie. Bo za tym pięknym obrazem czai się okrucieństwo.
Cameron Dolan
Jest taki słodki, że aż chciałoby się go schrupać. Serce jeszcze walczy dzielnie z fortuną, której dorobił się ciężką pracą na boisku. Jak długo jeszcze będzie stawiać opór? Czy podda się już dziś? Miejmy nadzieję.
Ryan Kim
Wrodzony urok, piękny uśmiech i pogodne usposobienie dały Ci sławę. Ale, mój drogi, takie wartości nie są ani potrzebne, ani nawet pożądane na Upper East Side. Dzisiaj wyciągniemy z Ciebie wszystko, co najgorsze. I będziesz się świetnie bawić, I promise.
Junseo Park
Czy da się przyzwyczaić do życia pod nieustanną presją? A co dzieje się wtedy, gdy po raz pierwszy pozwalasz sobie zignorować wszystkie hamulce? Chętnie się tego dowiem, Junseo... Co zrobi tak przystojny chłopak jak Ty, kiedy po raz pierwszy nie będą otaczać go kamery?
Stół 4
Gość 1
Opis gościa numer 1.
Gość 2
Opis gościa numer 2.
Gość 3
Opis gościa numer 3.
Gość 4
Opis gościa numer 4.
Gość 5
Opis gościa numer 5.
Gość 6
Opis gościa numer 6.
Gość 7
Opis gościa numer 7.
Gość 8
Opis gościa numer 8.
Gość 9
Opis gościa numer 9.
Strona Pierwsza Strona Druga Strona Trzecia Strona Czwarta

192 komentarze:

  1. Stół #1 The One with the Dating Carousel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Hej, kochani!

      Dobrze znany głos ponownie rozbrzmiał z głośników, bez najmniejszego problemu przebijając się przez muzykę i gwar rozmów.

      — Jak się bawicie? Mam wrażenie, że część z was ma się... wybornie. Aż zbyt wybornie. Ale nie martwcie się... — Krótki śmiech poniósł się po sali. — Jeszcze wszyscy się zobaczycie. Cierpliwości. Nim to nastąpi, chciałabym zająć się towarzystwem, które zostało na głównej sali. Wyglądacie, jakbyście zaczynali trochę... przymierać z nudów. A przecież doskonale wiecie, że nuda to jedyna rzecz, której nie toleruję.

      Jak na zawołanie kilku kelnerów odłączyło się od reszty obsługi i skierowało w stronę jednego ze stolików. Z wprawą rozłożyli przed gośćmi niewielkie winietki z nowymi miejscami. Na eleganckich karteczkach widniały imiona: Inhan, Gabriel, Naomi, Cornelia, Cass, Cameron, Yosoo, Yechan, Yuri i Sunghoon.

      — Moi drodzy... wygląda na to, że właśnie zostaliście awansowani. Albo skazani. To zależy od tego, jak potoczy się reszta wieczoru.

      Obsługa uprzejmie poprosiła wskazane osoby o zajęcie miejsc przy stole numer cztery. Gdy ostatnie krzesło zostało odsunięte i wszyscy usiedli na swoich miejscach, kelnerzy ponownie pojawili się przy stole. Tym razem ustawili na szklanej konstrukcji nowe kieliszki. Wyglądały dokładnie tak samo jak poprzednie... z jedną, dość istotną różnicą. Było ich zdecydowanie więcej.

      — Okej... trzeba was trochę rozruszać, prawda? Zagrajmy więc w małą grę. Nazwijmy ją... Co gdyby...? — Krótka pauza. — Chociaż, między nami mówiąc... część z tych informacji ma z co gdyby niewiele wspólnego. Niektóre są zdecydowanie bliżej... to już się wydarzyło. Albo dzieje się właśnie w tej chwili. Więc co? Gotowi? Zobaczmy, ile prawdy jesteście w stanie przełknąć, zanim skończy się wam zawartość kieliszków... — Cichy, złośliwy chichot ponownie poniósł się po sali. — Inhan, powiedz nam, co gdyby Haejin właśnie ściągali z Yoonjae spodnie na balkonie na dachu budynku? Na twoim miejscu napiłabym się przed odpowiedzią.

      Usuń
  2. Stół #2 The One with the Dirty Secrets

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Relacja z Ari z pewnością zasługiwała na miano najbardziej burzliwej w jego życiu. Nie była to ani miłość, ani przyzwyczajenie, ani przyjaźń, ani nawet nienawiść — trudno ją było sprecyzować, o ile w ogóle nie było to niemożliwe. Jednak mimo upływu lat, niewielu szczęśliwych momentów i morza okropieństw, do których się wobec siebie dopuszczali, ich bliskość trwała. Nieważne, ile razy wymieniali okrutne słowa, ile miesięcy nie mieli kontaktu, ile krzywdy sobie wyrządzali. Byli drużyną. Zawsze mieli nią pozostać.
      W końcu Seojun otrząsnął się na tyle, by zdać sobie sprawę, że cudze ręce wciąż delikatnie obejmują go w ramionach. Przeniósł gniewne spojrzenie z twarzy Soyoung na Ari i może pod wpływem wyrazu rezygnacji, które biło z jej oczu, maska wściekłość na moment zsunęła się z jego oblicza, odsłaniając prawdziwe emocje. Własną rezygnację. Zawód. Ból.
      Nie musiała nic mówić, by zrozumiał jej intencje. W okolicznościach, w jakich się znaleźli, uznał jej wybór nie tyle za oczywisty — przynajmniej z jej perspektywy — co wręcz pomocny. Bo mimo wszystkich wątpliwości, mimo ewidentnego i nieudolnie skrywanego braku obojętności przez ostatnie półtora miesiąca, wciąż pozostawał piekielnie wściekły na Soyoung. To uczucie ani trochę nie osłabło.
      Chciał jej dopiec. Chciał, by niewidzialne supły zacisnęły się również na jej żołądku, wywołując ból, który nie chciał ustąpić. Chciał, by poczuła dokładnie to samo, co on, gdy tego wieczoru zobaczył ją siedzącą przy stoliku u boku swojego narzeczonego.
      Chciał, żeby cierpiała tak samo. Żeby trawiła ją zazdrość.
      Gdy jego usta znalazły się zaledwie milimetry od warg Ari, na jego twarzy również pojawił się niekontrolowany uśmiech. Przymknął powieki, a dłonie odruchowo spoczęły na talii dziewczyny, przyciągając ją lekkim szarpnięciem do siebie, jak robiły to już niezliczoną ilość razy wcześniej. Jej usta smakowały słodko — likierem, alkoholem i cienkimi, mentolowymi papierosami. Włosy pachniały dokładnie tą samą odżywką do włosów Balmain, której używała od dnia, w którym po raz pierwszy przekroczyła próg drogerii Bergdorf Goodman. Jej dłonie drżały, zaciskając się na jego obojczykach, tak jak zawsze, gdy głowę dziewczyny przepełniały emocje.
      Tęsknił za nią. W końcu Ari pozostawała najsłodszą zabawką, jaką Seojun kiedykolwiek posiadał.
      Ten wspaniały plan wywołania poruszenia stracił cały swój urok w chwili, gdy chłopak dostrzegł zaszklone łzami oczy Soyoung. Wpatrywała się w niego nie tylko z pretensją, ale także z wyraźnym smutkiem. Może gdyby był mniej dumny, coś by w nim drgnęło, a na jego twarzy pojawiłby się cień zawstydzenia. Był jednak zbyt uparty, by dać po sobie cokolwiek poznać, a poza tym… jakaś część jego samego, ta brzydka i paskudna, której Soyoung przed paroma tygodniami nie bała się poznać, właśnie odczuwała satysfakcję.
      — Co to, do cholery, ma znaczyć?!
      Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w niego, po czym z wściekłością odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia z hotelowej sali. Seojun zerknął na Jihoona. Ten wciąż z kwaśną miną przykładał dłoń do rozciętej wargi i nie wyglądał, jakby zamierzał pobiec za swoją narzeczoną.
      Ujął jedną z dłoni Ari, ściskając ją porozumiewawczo.
      — Później — powiedział tylko. Po tych słowach delikatnie wyswobodził się z jej ramion i bez wahania ruszył w tym samym kierunku, w którym chwilę wcześniej zniknęła Soyoung.

      Usuń
    2. Zapomniał o zadaniu Plotkary, oboje zapomnieli. A ona niestety nie należała do wyrozumiałych.
      Minsoo nawet nie zdawał sobie sprawy, że patrzy na Ari spod przymrużonych powiek, dopóki nie poczuł lekkiego bólu mięśni twarzy. Jeśli jeszcze przed chwilą targała nim złość podszyta zazdrością, teraz przepełniała go już czysta, dzika furia. Nie chodziło już tylko o to, że Ari całowała innego mężczyznę. Choć ten widok wcale go nie cieszył, potrafił go zrozumieć — sam przecież nie żył w celibacie, tylko dlatego, że od lat kochał tę samą dziewczynę. Problem tkwił gdzie indziej. Widok Ari w objęciach Seojuna po raz kolejny rozdrapał rany, które nigdy tak naprawdę się nie zagoiły. Znów czuł się jak ten naiwny chłopak stojący pod drzwiami jej apartamentowca z głupim pluszakiem w dłoni, podczas gdy ona leżała w łóżku Seojuna, dochodzącego do siebie po kolejnym gównie, w które zdążył się wplątać. Jak ten sam naiwny chłopak, który wparował do jego apartamentu tylko po to, by zastać własną dziewczynę w jego ramionach. Dokładnie tak jak wtedy. I dokładnie tak jak wtedy nie dostrzegał, by fakt, że była w związku, w jakikolwiek sposób ją powstrzymywał. Może tylko wmówił sobie, że się zmieniła?
      W końcu Ari pozostawała najsłodszym skarbem, który nieustannie mu się wymykał.
      Niewiele myśląc, Minsoo podniósł się z miejsca i ruszył w stronę Yuri, która wybałuszyła na niego oczy, jednak niemal natychmiast pojęła, dlaczego do niej podszedł. Nie protestowała. Nie tylko dlatego, że wiedziała bardzo dobrze, iż i tak musiał wybrać kogoś do wykonania zadania. Nigdy nie przepadała za Ari. Jeszcze lata temu obserwowała ją z mieszaniną zazdrości i niechęci podczas hucznych imprez w apartamencie Seojuna. Wtedy Ari należała do świata, do którego Yuri nie miała wstępu. Później nie lubiła jej także dlatego, że Sunghoon darzył ją szczerą nienawiścią. A teraz? Teraz po prostu jej nie lubiła. I tyle.
      Minsoo bez wahania ujął Yuri za szyję i przyciągnął ją do siebie. Ich usta zderzyły się gwałtownie. Dziewczyna wsunęła dłoń w jego włosy, zaciskając na nich palce, a on przycisnął ją do siebie mocniej, drugą rękę opierając na jej plecach. Jej wargi rozchyliły się mimowolnie, a chwilę później spomiędzy nich wyrwało się ciche, niekontrolowane westchnienie. Nikt wcześniej nie całował jej w ten sposób.
      Dla Minsoo ten pocałunek od samego początku nie był jedynie głupim wykonaniem zadania. Był impulsem, desperacką próbą zagłuszenia emocji i jednocześnie odpowiedzią na to, co kilka chwil wcześniej zobaczył. Gdy tylko odsunął się od Yuri, nawet na nią nie spojrzał. Niemal odruchowo odwrócił głowę w stronę Ari, bezwstydnie badając jej reakcję.
      Mogli się wypierać, ale prawda była taka, że Seojun i Minsoo wcale nie różnili się od siebie aż tak bardzo. I w zasadzie wiele to tłumaczyło… prawda, Ari?

      Seojun, Minsoo i Yuri

      Usuń
    3. — Hej, kochani!

      Dobrze znany głos ponownie rozbrzmiał z głośników, bez najmniejszego problemu przebijając się przez muzykę i gwar rozmów.

      — Jak się bawicie? Mam wrażenie, że część z was ma się... wybornie. Aż zbyt wybornie. Ale nie martwcie się... — Krótki śmiech poniósł się po sali. — Jeszcze wszyscy się zobaczycie. Cierpliwości. Nim to nastąpi, chciałabym zająć się towarzystwem, które zostało na głównej sali. Wyglądacie, jakbyście zaczynali trochę... przymierać z nudów. A przecież doskonale wiecie, że nuda to jedyna rzecz, której nie toleruję.

      Jak na zawołanie kilku kelnerów odłączyło się od reszty obsługi i skierowało w stronę jednego ze stolików. Z wprawą rozłożyli przed gośćmi niewielkie winietki z nowymi miejscami. Na eleganckich karteczkach widniały imiona: Inhan, Gabriel, Naomi, Cornelia, Cass, Cameron, Yosoo, Yechan, Yuri i Sunghoon.

      — Moi drodzy... wygląda na to, że właśnie zostaliście awansowani. Albo skazani. To zależy od tego, jak potoczy się reszta wieczoru.

      Obsługa uprzejmie poprosiła wskazane osoby o zajęcie miejsc przy stole numer cztery. Gdy ostatnie krzesło zostało odsunięte i wszyscy usiedli na swoich miejscach, kelnerzy ponownie pojawili się przy stole. Tym razem ustawili na szklanej konstrukcji nowe kieliszki. Wyglądały dokładnie tak samo jak poprzednie... z jedną, dość istotną różnicą. Było ich zdecydowanie więcej.

      — Okej... trzeba was trochę rozruszać, prawda? Zagrajmy więc w małą grę. Nazwijmy ją... Co gdyby...? — Krótka pauza. — Chociaż, między nami mówiąc... część z tych informacji ma z co gdyby niewiele wspólnego. Niektóre są zdecydowanie bliżej... to już się wydarzyło. Albo dzieje się właśnie w tej chwili. Więc co? Gotowi? Zobaczmy, ile prawdy jesteście w stanie przełknąć, zanim skończy się wam zawartość kieliszków... — Cichy, złośliwy chichot ponownie poniósł się po sali. — Inhan, powiedz nam, co gdyby Haejin właśnie ściągali z Yoonjae spodnie na balkonie na dachu budynku? Na twoim miejscu napiłabym się przed odpowiedzią.

      Usuń
    4. Niegdyś pocałunki składane na ustach Seojuna wprawiały ją w dreszcze rozchodzące się po całym ciele, przyjemne zawroty głowy i chęć, by sięgnąć po więcej. Wtedy, kiedy była na każde skinienie jego palca, pragnęła go i chciała sprawić, by on pragnął jej równie mocno. Teraz było inaczej, a każde z nich zdawało sobie sprawę, że ich relacja była bardziej toksyczna niż zmieszanie połowy tablicy Mendeljewa. Pocałunek był jedynie łatwym wyjściem z beznadziejnej sytuacji, zwykłym aktem – daleko mu było do dawnej intymności. Dlatego rozumiała, gdy Seojun również nie przywiązał do niego zbyt dużej uwagi i podążył za Soyoung.
      Czego nie potrafiła zrozumieć, to postępowania Minsoo. Kolejny raz obdarzał ją chłodnym, intensywnym spojrzeniem, za którym kryła się niechęć i złość, a może nawet odrobina satysfakcji. Zupełnie jak wtedy, gdy prawie trzy lata temu pod pretekstem odbudowania ich relacji, wkradł się do jej serca, urządził w nim swoje posłanie, rozgościł się, tylko po to, by rozszarpać wszystko na strzępy. Wtedy mogła zrozumieć jego złość. Wiedziała, że postąpiła źle, nadszarpnęła jego zaufanie, zagubiła się w własnej pętli kłamstw i zraniła go. Jednak nigdy umyślnie, bo jej uczucia zawsze były szczere, a miłość prawdziwa.
      Jak widać, Minsoo dalej nie wyzbył się negatywnych emocji, dalej grał w gry, na które ona już dawno temu straciła ochotę, na które nie miała siły. Nie rozumiała, dlaczego posyłał w jej kierunku tęskne spojrzenia i prosił o rozmowy, tylko po to, by kolejny raz przypomnieć jej, że nic dla niego nie znaczyła.
      Nie bolało jej to, że całował kogoś innego - a przynajmniej nie powinno, przecież była w związku, wyleczyła się z tego, co kiedyś ich łączyło - ale to, że robił to tylko i wyłącznie po to, by sprawić jej przykrość.
      Nie chciała dać tego po sobie znać, ale była tak zmęczona wszystkim, co do tej pory zaszło, że nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy jej spojrzenie zaszkliło się, a drobna łza popłynęła w dół policzka. Ari zaśmiała się cicho, odchrząknęła w próbie przywołania własnych emocji do porządku, wiedziała jednak, że musi wydostać się z pomieszczenia. Bez słowa odwróciła się na pięcie i skierowała do wyjścia, w obawie, że jeśli otworzy usta, powie coś, czego będzie później żałować.

      see you later, in the elevator

      Usuń
    5. if i love you was a promise, would you break it, if you’re honest?

      — Ona wciąż cię kocha — powiedziała Yuri na tyle cicho, by nikt przy stoliku jej nie usłyszał. Minsoo odwrócił głowę w jej stronę, lecz dziewczyna wciąż podążała wzrokiem za sunącą ku wyjściu Ari. Nie patrząc na niego, ciągnęła: — I na pewno chcesz ją odzyskać, bo sam ją kochasz. Ale nie zrobisz tego w ten sposób. Nie jesteś Seojunem, Minsoo, to po pierwsze. A po drugie, nawet jeśli byś był, ona nigdy go nie kochała. Nie było między nimi miłości, czegokolwiek nie byłeś świadkiem.
      — Zdradziła mnie z ni-
      — Ach, otrząśnij się, idioto — warknęła, w końcu na niego spoglądając. — A ty nie dość, że doprowadziłeś do ich rozstania, to jeszcze potem podle ją wykorzystałeś. Niczym się od nich nie różnisz.
      Minsoo otworzył usta, by zaprzeczyć, ale gdy napotkał spojrzenie Yuri, cała pewność go opuściła. Wiedział, że czegokolwiek teraz nie powie, będzie to bardziej próba przekonanie samego siebie do swoich racji, niż obrona argumentu — bo w głębi serca czuł, że dziewczyna miała rację. Wcale się od nich różnił, nieważne, jak wiele razy to sobie powtarzał. Może kiedyś, może za czasu tego pierwszego zawodu, faktycznie mógł uchodzić za poszkodowanego, ale teraz było na to za późno. Powrót do Korei, program, a potem ponowny przyjazd do Nowego Jorku — wszystkie te wspomnienia dobitnie świadczyły o tym z jaką łatwością przyszło mu postępować z równym okrucieństwem, o ile nie większym.
      — Przepraszam, ja…
      — Po prostu biegnij za nią. Idź już.
      Minsoo kiwnął głową i bez zawahania puścił się biegiem przez salę, za to Yuri nie ruszyła się wcale.
      Czuła lekkie ukłucie w sercu, gdy spoglądała na ludzi wokół niej i tym razem chodziło o coś innego, niż płytkie marzenia o tym, by stać się częścią ich świata. Jej serce rozpaczliwie chciało znów kogoś pokochać tak mocno, by popełniać wszystkie te głupie błędy, które obserwowała od początku tego wieczoru..

      Usuń
  3. Stół #3 The One with the Missed Chances

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Hej, kochani!

      Dobrze znany głos ponownie rozbrzmiał z głośników, bez najmniejszego problemu przebijając się przez muzykę i gwar rozmów.

      — Jak się bawicie? Mam wrażenie, że część z was ma się... wybornie. Aż zbyt wybornie. Ale nie martwcie się... — Krótki śmiech poniósł się po sali. — Jeszcze wszyscy się zobaczycie. Cierpliwości. Nim to nastąpi, chciałabym zająć się towarzystwem, które zostało na głównej sali. Wyglądacie, jakbyście zaczynali trochę... przymierać z nudów. A przecież doskonale wiecie, że nuda to jedyna rzecz, której nie toleruję.

      Jak na zawołanie kilku kelnerów odłączyło się od reszty obsługi i skierowało w stronę jednego ze stolików. Z wprawą rozłożyli przed gośćmi niewielkie winietki z nowymi miejscami. Na eleganckich karteczkach widniały imiona: Inhan, Gabriel, Naomi, Cornelia, Cass, Cameron, Yosoo, Yechan, Yuri i Sunghoon.

      — Moi drodzy... wygląda na to, że właśnie zostaliście awansowani. Albo skazani. To zależy od tego, jak potoczy się reszta wieczoru.

      Obsługa uprzejmie poprosiła wskazane osoby o zajęcie miejsc przy stole numer cztery. Gdy ostatnie krzesło zostało odsunięte i wszyscy usiedli na swoich miejscach, kelnerzy ponownie pojawili się przy stole. Tym razem ustawili na szklanej konstrukcji nowe kieliszki. Wyglądały dokładnie tak samo jak poprzednie... z jedną, dość istotną różnicą. Było ich zdecydowanie więcej.

      — Okej... trzeba was trochę rozruszać, prawda? Zagrajmy więc w małą grę. Nazwijmy ją... Co gdyby...? — Krótka pauza. — Chociaż, między nami mówiąc... część z tych informacji ma z co gdyby niewiele wspólnego. Niektóre są zdecydowanie bliżej... to już się wydarzyło. Albo dzieje się właśnie w tej chwili. Więc co? Gotowi? Zobaczmy, ile prawdy jesteście w stanie przełknąć, zanim skończy się wam zawartość kieliszków... — Cichy, złośliwy chichot ponownie poniósł się po sali. — Inhan, powiedz nam, co gdyby Haejin właśnie ściągali z Yoonjae spodnie na balkonie na dachu budynku? Na twoim miejscu napiłabym się przed odpowiedzią.

      Usuń
  4. Stół #4 The One with the Last Minute RSVP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Hej, kochani!

      Dobrze znany głos ponownie rozbrzmiał z głośników, bez najmniejszego problemu przebijając się przez muzykę i gwar rozmów.

      — Jak się bawicie? Mam wrażenie, że część z was ma się... wybornie. Aż zbyt wybornie. Ale nie martwcie się... — Krótki śmiech poniósł się po sali. — Jeszcze wszyscy się zobaczycie. Cierpliwości. Nim to nastąpi, chciałabym zająć się towarzystwem, które zostało na głównej sali. Wyglądacie, jakbyście zaczynali trochę... przymierać z nudów. A przecież doskonale wiecie, że nuda to jedyna rzecz, której nie toleruję.

      Jak na zawołanie kilku kelnerów odłączyło się od reszty obsługi i skierowało w stronę jednego ze stolików. Z wprawą rozłożyli przed gośćmi niewielkie winietki z nowymi miejscami. Na eleganckich karteczkach widniały imiona: Inhan, Gabriel, Naomi, Cornelia, Cass, Cameron, Yosoo, Yechan, Yuri i Sunghoon.

      — Moi drodzy... wygląda na to, że właśnie zostaliście awansowani. Albo skazani. To zależy od tego, jak potoczy się reszta wieczoru.

      Obsługa uprzejmie poprosiła wskazane osoby o zajęcie miejsc przy stole numer cztery. Gdy ostatnie krzesło zostało odsunięte i wszyscy usiedli na swoich miejscach, kelnerzy ponownie pojawili się przy stole. Tym razem ustawili na szklanej konstrukcji nowe kieliszki. Wyglądały dokładnie tak samo jak poprzednie... z jedną, dość istotną różnicą. Było ich zdecydowanie więcej.

      — Okej... trzeba was trochę rozruszać, prawda? Zagrajmy więc w małą grę. Nazwijmy ją... Co gdyby...? — Krótka pauza. — Chociaż, między nami mówiąc... część z tych informacji ma z co gdyby niewiele wspólnego. Niektóre są zdecydowanie bliżej... to już się wydarzyło. Albo dzieje się właśnie w tej chwili. Więc co? Gotowi? Zobaczmy, ile prawdy jesteście w stanie przełknąć, zanim skończy się wam zawartość kieliszków... — Cichy, złośliwy chichot ponownie poniósł się po sali. — Inhan, powiedz nam, co gdyby Haejin właśnie ściągali z Yoonjae spodnie na balkonie na dachu budynku? Na twoim miejscu napiłabym się przed odpowiedzią.

      Usuń
    2. Inhan zgodnie z poleceniem prowadzącej i wskazówkami sprawnie poruszającej się obsługi, podniósł się z krzesła i przeszedł do stolika numer cztery, rzucając ostrożne spojrzenie pozostałym, zebranym tam gościom.
      Nie spodziewał się niczego szczególnego prócz roszady, która miała na celu zebranie tych, którzy wciąż bawili się na głównej sali hotelu Plaza. Ale chyba rzeczywiście powinien wierzyć Yoonjae, gdy ten uprzedził go, że należy uważać i mieć oczy dookoła głowy.
      — Cześć. — przywitał się z osobami, które wcześniej widział jedynie z daleka. Obrzucił spojrzeniem kolejne kolorowo wypełnione kieliszki, które kelnerzy ustawili na środku.
      Wciąż czuł się zagubiony, a fakt, że jedyne dwie znajome twarze ulotniły się nie wiadomo gdzie, na nie wiadomo jak długo, odejmowały mu i tak znikomych resztek odwagi. I naprawdę nie miał potrzeby aby ktokolwiek rozkręcał imprezę, ludzi wokół niego, czy, a może przede wszystkim, jego. Nie przeszkadzało mu bycie niewidzialnym i pozostawionym w tłumie samemu sobie. To było znajome uczucie i bezpieczna, szara strefa, w której przebywał na co dzień.
      Głos Plotkary brzmiał zbyt lekko, może nawet nieco infatntylnie, ale tak jak mógł się tego spodziewać, były to jedynie słodkie pozory.
      Zastygł w bezruchu, gdy wzięła go bezlitośnie na celownik i to z takim pytaniem. Skąd to się w ogóle wzięło? Dlaczego pytała o to? O Hana i to w tak dwuznaczny sposób? Nie rozumiał co na celu miała ta prowokacja. Inhan nawet nie mógł powiedzieć, że się dobrze znali.
      Czuł jak dłonie zaczynają mu się pocić, a palce skubią skórki wokół paznokci. Czuł jak cały momentalnie się czerwieni. Gorąco wpływało mu na policzki oraz szyję, zdobiąc różem jasną skórę.
      — Nie wiem? — odpowiedział niemrawo, z krzywym uśmiechem, który był próbą zamaskowania stresu. — Ja… to, to nie moja sprawa co i z kim Han robi. — dodał jeszcze ciszej, ale w jego głosie zabrakło przekonania. Zmarszczył nieco brwi, a jego wzrok uciekł gdzieś na bok… dokładnie w kierunku wyjścia z sali i korytarza, który prawdopodobnie prowadził na wspomniany dach, skoro właśnie tam zniknęła, przywołana przez Plotkarę, dwójka.
      Przygryzł wnętrze policzka w próbie uziemienia samego siebie, po czym bezmyślnie wyciągnął rękę po jeden z kieliszków i pociągnął spory, nieodpowiedzialny łyk alkoholu.

      Inhan

      Usuń
    3. — Yechan... — głos Plotkary ponownie rozbrzmiał w głośnikach. — Co gdyby Yosoo wciąż miał bliski kontakt z Avą?
      Krótka pauza.
      — A teraz, Gabriel... — dodała rozbawiona. — Co gdyby okazało się, że Naomi wczoraj wieczorem spotkała się w hotelu z pewnym... przystojnym, młodym mężczyzną?

      Usuń
    4. Yuri uniosła brwi z lekkim współczuciem, patrząc na Inhana, który nie mógł powstrzymać się przed zerknięciem w głąb pomieszczenia. Nie znała ani jego, ani wspomnianych przez Plotkarę osób, ale nietrudno było zorientować się, że coś musiało go łączyć z chłopakiem. Zastanawiała się, czy to, co usłyszeli, miało w sobie cokolwiek z prawdy. Cóż, biorąc pod uwagę towarzystwo, mogło.
      — To pewnie zupełne bzdury — powiedziała jednak na głos. Miała ochotę pocieszyć chłopaka, bo wydawał jej się taki… smutny, rozkojarzony, nie na swoim miejscu. Uroczy.
      Powoli powiodła spojrzeniem po reszcie towarzystwa. Za wyjątkiem Yosoo i Sunghoona, nie znała tutaj tak naprawdę nikogo. Kojarzyła Gabriela, bo był członkiem starej gwardii, ale jego partnerki wcale. Cornelię również, ale nie było jej przy stoliku, tak samo jak Cassa, jej narzeczonego — o ich zaręczynach akurat dowiedziała się właśnie ze strony Plotkary.
      Gdy była zajęta ściąganiem z siebie biżuterii — kompletnie zapomniała o swoim zadaniu — rozległ się kolejny komunikat. Jej wzrok momentalnie powiódł w lewą stronę, do Yosoo i Yechana, a potem na prawo, do Gabriela. Przygryzła wargę.
      Oh, shieeeet — wymamrotała cicho, sama do siebie, a potem sięgnęła po jeden z kieliszków kręcących się na konstrukcji.
      Całe swoje nastoletnie życie spędziła, próbując stać się jedną z nich. Członkinią elity, tej jedynej w swoim rodzaju manhattańskiej kliki, którą za cel obrała sobie wyżej niż cokolwiek innego. Pragnęła ich uznania, ich świata, ich życia. Nawet nie zauważyła, kiedy blask tej elity w jej oczach zaczął gasnąć. A teraz, kiedy na nich patrzyła, nie widziała już niczego, czego można było zazdrościć.

      Yuri

      Usuń
    5. Niechętnie, ale wraz z resztą Gabriel zmienił swoje miejsce przy stole. Jak zwykle, nie był w nastroju na żadne gierki Plotkary, ale znał również konsekwencje mówienia nie i wolał mieć to z głowy. Żałując, że nie zdążył się ulotnić z głównej Sali zanim zaczęły się te głupie gierki. Parę twarzy przy stole było nowych, ale nie wszystkie. Niektóre kojarzył z poprzednich edycji, a jeszcze inne ze sportowych stron, które zdarzało mu się przeglądać.
      — Idiotyczna gra. — Mruknął pod nosem. Wszystko byle tylko wywołać więcej zamieszania. Należało zignorować zaproszenie. Nie wspominać o niczym Naomi i mógłby siedzieć spokojnie w domu. Najpewniej zastanawiając się co się właśnie tu dzieje.
      Był dziwnie rozluźniony. W sposób, którego dawno już nie czuł, za którym powtarzał sobie, że wcale nie tęskni. Zagłuszył niechciane myśli łykiem wina od Naomi, które ze sobą zabrała. Zdecydowanie potrzebował czegoś mocniejszego.
      — Gra z tobą, Inhan. — Rzucił Gabriel. Jego wzrok spoczął na chłopaku, który wyraźnie był pytaniem zmieszany. Lub tym, co działo się na wspomnianym balkonie. — Nie ma się co przejmować, reakcja ją tylko napędza. — Dorzucił. Nie podejrzewając, że kolejne pytanie będzie wymierzone w jego. Bo do czego miałaby się przyczepić teraz?
      Gabriel odchylił się na krzesełku, zastanawiając na ile to mogła być prawda. Bo nie wiedział co wczoraj robiła Naomi. Ale nie miał też powodów, aby sądzić, że zrobiłaby mu świństwo.
      Milczał przez chwilę, przyglądając się Naomi. Jego wzrok na moment skierował się w stronę Yuri, którą kojarzył, ale jeśli dobrze myślał to nie mieli okazji do tego, aby doszło między nimi do większej wymiany zdań. Nie wyglądał na wściekłego, wręcz przeciwnie. Może rozbawionego, choć równie dobrze to mogła być maska, a tę nosili dziś wszyscy.
      — Powiedziałbym, że jestem rozczarowany… — Gabriel zrobił krótką pauzę, a jego wzrok wrócił do blondynki. — … gdybym miał powód, aby ci nie ufać.
      Ramiona blondynki były delikatnie napięte, a uśmiech, który do tej pory miała na twarzy powoli przygasł. Najwyraźniej nie takiego przyjęcia się spodziewała.
      — Byłam wczoraj w hotelu. — Przyznała. — I był tam młody mężczyzna. I było tam również tuzin innych osób, bo miałam sesję. Często jestem widziana z różnymi ludźmi. To jeszcze nie znaczy, że jestem niewierna.
      Cameron siedział z boku. Obserwując i zastanawiając się jakim cudem tu wylądował. Nikt nie wyglądał jakby dobrze się bawił, a on sam chętnie poszukałby drzwi wyjściowych. Nieszczególnie pewien, czy to miejsce było dla niego.

      G+N & C.

      Usuń
    6. Ostatnim, na co miał ochotę, było branie udziału w kolejnej, idiotycznej grze. Miał wrażenie, że jego ciało i myśli powoli odmawiały mu posłuszeństwa, nie potrafił zapanować nad oddechem, drżącymi dłońmi ani chaosem, który bez uprzedzenia rozgościł się w jego głowie. Ostatnie podrygi zdrowego rozsądku podpowiadały mu, by trzymał gębę na kłódkę. Że właśnie teraz, przy tej jednej okazji, należało zrobić wszystko, by nie dać się wciągnąć w tę tanią rozgrywkę, która toczyła się nieprzerwanie, odkąd każde z nich po raz pierwszy zwróciło na siebie uwagę Plotkary. Że zdradliwa mieszanka używek, które zdążyły rozprzestrzenić się po jego ciele, nakręcała powoli, ale sukcesywnie każdą z ostrych reakcji, które prosiły, by podarować im choć sekundę uwagi.

      Stukał nerwowo palcami o blat stolika i próbował nie dopuszczać do siebie tego przeklętego uczucia niepokoju, które dusiło go od środka, gdy tylko usłyszał pytanie skierowane do Yechana. Nie rozumiał, dlaczego. Nie okłamywał go, niczego przed nim nie ukrywał. Ava była słodką przeszłością, którą Soo zakopał tak głęboko, że gdyby nie drobne wspominki ze strony innych, nigdy sam nie wracałby do niej myślami. A mimo tego… bardzo nie chciał, by Channie skupiał teraz na niej swoją uwagę.. Nie po tym, co tak wyraźnie odcisnęło się na nich po wydarzeniach w Korei.

      Szukał drogi ucieczki. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zapanować nad sytuacją; nawet jeśli oznaczałoby to podpalenie stołu, przy którym właśnie siedzieli. Potrzebował zapałek. Natychmiast. Gdzieś pomiędzy gorączkowo rozganianymi obawami, przemknęła mu kusząca wizja, by poddać się temu jeszcze ten jeden raz. Ostatni… Przecież destrukcja nigdy nie przestała być dla niego polem, na którym czuł się najpewniej. Dlaczego by więc…

      — Dlaczego próbujecie robić z tego dzieciaka idiotę? — zapytał, łapiąc się żałośnie ochronnego parasola, który z niewiadomych mu przyczyn, Yuri i Gabe postanowili rozłożyć nad Inhanem. Jeśli boisz się ataku, atakuj pierwszy, tak to szło, prawda? — Dwoje atrakcyjnych kolesi wymyka się z imprezy, by kontynuować ją na własnych zasadach, z dala od oczu pozostałych. I co niby robią, waszym zdaniem? Grają w bierki? Kochanie… — zaszydził i przechylił się w stronę nieznajomego chłopaka, specjalnie unikając spoglądania w kierunku Chana. — Zaufaj mi, wiem to z własnego doświadczenia, a Yechan potwierdzi. Jeśli nie ma go tu z tobą, ktoś inny doskonale dba o to, by nie wyszedł z tej imprezy z poczuciem zmarnowanego czasu. I dobrze. Szkoda przepuścić dobrą okazję.


      Największy toksyk NY

      Usuń
    7. Sunghoon nie lubił popełniać błędów, a jeśli te kiedykolwiek miały miejsce, z jeszcze większą trudnością przychodziło mu przyznanie się do nich. Jego życie opierało się na kontroli, którą z łatwością zyskiwał nad ludźmi w swoim otoczeniu. Wiedział, co powiedzieć i kiedy, by wkraść się w myśli innych i zadomowić się w nich na tak długo, jak uważał za konieczne. Kreował brak równowagi, uzależniał od siebie, trzymał na krótkiej, napiętej smyczy – tylko po to, by ją przeciąć, gdy zabawa przestawała być owocna. Lata praktyki i ostrożnie stawianych kroków zakończyły się jednak porażką.
      To, co przyszło mu z łatwością, to znalezienie przyczyny wszystkich swoich niepowodzeń. Odpowiedź była krótka - dwie sylaby, które niegdyś melodyjnie spływały z jego języka, a teraz mógł się nimi udławić - Seojun.
      Raz ściągnął z siebie maskę obojętności i tyle wystarczyło, by upewnić się w przekonaniu, że zaufanie komuś było niczym innym jak ludzką słabością. Słabością, którą chciał obserwować u innych, ale już nigdy nie miał zamiaru dostrzec jej w samym sobie.
      Zadanie powiązane z jego różowym drinkiem wykonał posłusznie. Gdy reszta towarzystwa zajęta była sobą nawzajem - każdy z każdym na tego typu wydarzeniach czy wśród tu obecnych - sytuacja nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. Skórzaną kurtkę zawiesił na oparciu krzesła, z szyi ściągnął jeden z długich naszyjników, a na koniec rzucił na stół srebrny pierścionek, który odbił się od kieliszka, dzwoniąc wysokim tonem.
      Cały wieczór siedział cicho, uważnie obserwując każdą z twarzy. Nie odpowiedział nawet na jawną zaczepkę Yosoo, który - jak przyszło mu się domyślić - ze względu na Yuri zdążył wyrobić sobie na jego temat nieprzychylną opinię. Tak było do czasu, aż zostali przeniesieni do kolejnego stołu, przy którym szmer rozmów co jakiś czas przeszywał głos organizatorki wydobywający się z głośników. Do czasu, aż Yosoo, zamiast dać swojemu partnerowi odpowiedzieć na pytanie, przeszedł do słownego ataku.
      — Doprawdy interesujące, w jaki sposób wybierasz, za kim warto stanąć w obronie, a czyją życzliwość ubierasz w robienie z kogoś idioty — powiedział, spoglądając na bruneta. Jego głowa pochylona była nieco w prawo, palcem wskazującym co chwilę stukał w podbródek, jakby naprawdę intensywnie myślał nad jego zachowaniem i tym, co nim kierowało.
      — Jest to prawie tak samo interesujące jak to, że za wszelką cenę starasz się odsunąć rozmowę jak najdalej od siebie — ciągnął dalej, czując, jak wzrok zgromadzonych powoli przenosi się na niego.
      Niełatwo było nie zauważyć, że Yosoo nie chciał być w centrum uwagi, a jego obecność na wydarzeniu nie należała do dobrowolnych. Każdy posiadał sekrety i mało kto chciał, by te wypłynęły na światło dzienne. Jednak to nerwowe stukanie palców o blat stołu, lęk w nieobecnym spojrzeniu, rozszerzone źrenice, które nie zatrzymywały się nigdzie na dłużej, i spięte mięśnie nie były normalną reakcją, lecz próbą ukrycia emocji, jakie nim targały.
      — Boisz się — odparł finalnie, pochylając się nieco w przód z obiema dłońmi ułożonymi na stole. W jego oczach rozbłysło zaciekawienie. Nie musiał pytać, był wręcz pewien konkluzji, do której doszedł. — Interesujące — wyszeptał pod nosem, a usta wygiął w zadowolonym uśmiechu.

      Sunghoon

      Usuń
    8. W Yuri (przyp. aut. walczyły dwa wilki, jednego zaraz popierdoli, drugiego pojebie) rozsądek walczył z sercem, gdy słuchała słów Yosoo. Niemniej tak, jak to miało miejsce w większości przypadków, jej emocje ponownie wygrały z logiką — poczuła, jak momentalnie denerwuje się, a jej drobne dłonie zaciskają się w pięści na białym obrusie. Miała ochotę zapytać się go, o jakim doświadczeniu mówi: o swojej zdradzie Avy, o zdradzie Yechana, czy domniemanej przez Plotkarę… zdradzie Yechana z Avą? Zaczynało kręcić się jej od tego wszystkiego w głowie. Albo od alkoholu.
      I pewnie by mu to wygarnęła. Może nie w tak okrutnych słowach — a przynajmniej bez szczegółów jego życia prywatnego — ale z pewnością powiedziałaby mu, że były równe szanse na to, że słowa były prawdą, jak i nieprawdą. I może dodałaby też, że nie wszyscy, choć większość z tego towarzystwa, ma pociąg do ściągania z siebie majtek przy pierwszej lepszej okazji. Ale wtrącił się Sunghoon.
      Cichy pomruk od prześmiewczego tonu, którym Sunghoon odezwał się wcześniej przy ich stoliku, różnił się tym, że teraz po plecach Yuri przebiegł dobrze znany jej dreszcz.
      Boże, jak ona go nienawidziła. Boże, jaki on był przystojny.
      — Boi się? Tak, jak ty bałeś się zareagować wcześniej przy stoliku? — spytała, sięgając drżącą dłonią po kolejny kieliszek. — Yosoo nie jest nawet w połowie tak łatwowierny jak ja. — Uśmiechnęła się kwaśno. — Nie da się tak łatwo nabrać na sztuczki studenciaka psychologii.

      Yuri

      Usuń
    9. Inhan uśmiechnął się zakłopotany. Powoli zaczynało mu szumieć w uszach, więc ktoś w te drinki włożył naprawdę dużo… serca. Nie podobało mu się to, że nagle znalazł się w centrum zainteresowania Plotkary, przez co uwaga była skierowana na niego.
      Nie znał tych ludzi, nie chciał się więc przy nich uzewnętrzniać, zresztą tak naprawdę niewiele miał do powiedzenia. Jego problemy zapewne leżały poza kręgiem ich zainteresowań, a jeśli chodziło o Hana… na tym polu również miał do powiedzenia jedynie oszczędną garstkę informacji.
      Miał już podziękować Yuri i Gabrielowi za okazaną życzliwość i słowa otuchy, gdy do rozmowy wtrącił się Yosoo. Inhan zmarszczył brwi, wzrok wbił w twarz chłopaka. I wysłuchał tego co miał do powiedzenia ze stoickim spokojem i porządnie spoconymi dłońmi. Chciał zachować resztki godności, z której miał wrażenie, powolnie zostawał odzierany.
      Jego duma mogła być bardzo skromna, ale nawet ona miała pewne granice.
      — Nie interesuje mnie to, kto z kim co wyrabia. Serio. To nie moja sprawa. — wzruszył ramionami.
      Czuł się dziwnie z tym, że od stwierdzenia kto jest najatrakcyjniejszy przy stole zabrnęli w dociekanie kto komu ściąga spodnie. Miał prawo uważać kogoś za przystojnego, pociągającego, sympatycznego lub… wrednego. Ale nie miał zamiaru nikogo rozliczać ze swoich decyzji.
      Kręciło mu się w głowie i w sumie nie był pewien, czy bardziej od wypitego już alkoholu, czy prowadzonych przy stole dyskusji, za którymi nie nadążał. Grupa zdawała się ze sobą zaznajomiona. Yuri nie lubiła Sunghoona, Yosoo zdawał się nie lubić nikogo, choć Yuri właśnie stanęła w jego obronie. Gabriel natomiast wyglądał tak jakby miał tego cyrku dość i chciał się jak najszybciej ulotnić. Cóż, gdyby mógł sam by tak postąpił.
      Przełknął ciężko ślinę i pociągnął kolejny łyk drinka, marszcząc przy tym nos, bo co mu więcej pozostało? Zastanawiał się jedynie, czy z Claire wszystko w porządku i czy może nie wypadało pójść jej poszukać?
      — I z pewnością nie jestem idotą. — burknął mając gdzieś, czy ktoś usłyszy jego oświadczenie, czy zignorują je, pochłonięci swoimi sprawami. Odstawił kieliszek z cichym stuknięciem. — Nie większym niż Ty. — dodał zerkając z ukosa na Yosoo.

      Inhan

      Usuń
    10. Plotkara mogła mówić co chciała o Gabrielu. Nie był wrażliwy na jej zaczepki, choć nie potrafił odmówić jej tego, że wiedziała, w które miejsca uderzyć i zachwiać w człowieku pewność siebie. Nie musiał jednak siedzieć bezczynnie i obserwować, jak wrzuca innych na pożarcie. Ludzi, którzy kompletnie nie wiedzieli co się dzieje, a przyjście tu było dla nich nowością. Może oderwaniem się od codzienności, która bywała różna.
      — Jaki ty masz problem? — Pochylił się do przodu. Wzrokiem świdrując typa, którego nie znał i nie zapowiadało się na to, aby Gabriel miał ochotę poznać. Zawsze starał się wychodzić z założenia, że każdemu warto dać szansę, ale nie był pewien, czy jemu ona się należy. — Nie musisz się martwić, nikt tu z nikogo nie robi idioty. Wszyscy dobrze wiemy co się tu dzieje, kiedy drzwi się za kimś zamykają. — Mówił dalej. Ta krótka interakcja wystarczyła, aby miał pewność, że się nie polubi z tym człowiekiem. — Ale Inhan jest tu pierwszy raz i nie zamierzam pozwolić, aby plotkara i tacy jak ty czy reszta miłego towarzystwa znalazła sobie w nim zabawkę.
      Gabriel dał mu jedynie radę. Mogli się spodziewać za kilka dni obszernego postu, który zdradzi dokładnie co i kto robił, jak się czuła dana osoba, kiedy dowiedziała się, że ktoś im bliski wolał spędzać czas na osobności w innym towarzystwie. Sam był ofiarą tych plotek przez lata i skoro miał okazję komuś ułatwić przetrwanie tej nocy to co mu stało na przeszkodzie?
      Gabriel nie lubił takich ludzi, a niestety tak się składało, że całe jego najbliższe towarzystwo było pełne właśnie takich osób. Czy to, że sam nie znajdował czyniło go lepszym? Jasne, że nie. Czasem zdarzało mu się przymknąć oko czy udawać, że czegoś nie słyszy. Mimo starań to wcale nie był krystalicznie czysty.

      Gabe

      Usuń
    11. Kolejna zabawa Plotkary w ogóle nie należała do tego, w czym Yechan chciał znowu brać udział. Już widział, że wystarczyło niewiele promili i podjudzenia z jej strony, aby goście wzburzyli się na tradycyjnym dla imprezy poziomie. Taka atrakcja byłaby zdecydowanie dla niego wystarczająca. Szczególnie, kiedy właśnie przez nią zmuszony był teraz dołączyć do innego stolika z równo złożoną marynarką, paskiem i koszulą w rękach, cicho dziękując jakiejkolwiek sile wyższej (a zarazem ją przeklinając, że nie ubrał biżuterii), że pomyślał o ubraniu nisko wyciętego podkoszulka, który i tak marnie pomagał w poczuciu bycia zakrytym.
      Lepsze to, niż siedzenie z odkrytą klatą przed gronem ludzi, których znał wyłącznie z tych absurdalnych imprez.
      Pity alkohol, z nieco mniejszą kontrolą, niż planował, też pozwalał na nieco większe - nawet jeśli złudne - rozgrzanie. Był też dobrą przykrywką dla ledwie widocznych wypieków na policzkach, które sam nie był pewien, czy były spowodowane usuniętymi elementami stroju, czy właśnie procentami. A może szybkim wyjaśnieniem zasad rozgrywki przez organizatorkę, od razu zrzucającą na Inhana wyjątkowo niewygodne pytanie, w które wstępnie chciał nie uwierzyć.
      Chciał przytaknąć, acz z odrobiną wątpliwości, słowom Yuri, która dalej niczym z klapkami na oczach była w stanie spoglądać na poczynania Plotkary. Chociaż raczej prezentowało się to tak, jakby pragnęła założyć je chłopakowi, speszonemu i zadanym pytaniem, jak i nagle spadającą na niego uwagą całego stolika. Po części nieukrywającego ciekawości, a po części niepewnego tego, jakie kolejne asy zostaną wyciągnięte z rękawa.
      Podobnych do następnych pytań, konkretnie tego jednego, które zwróciło uwagę Powella, bo usłyszenie własnego imienia idiotycznie było ostatnim, czego się teraz spodziewał. I coś, czego obawiał się najbardziej.
      Yosoo i Ava? Mieli dalej kontakt? Chciał powiedzieć i uwierzyć, że to bzdura. Jakiś czas temu nawet nie zastanawiałby się dwa razy, znając kobietę, ilość zagrywek z jej strony i piekło, jakie była gotowa zgotować Jeongowi w każdym momencie.
      — Co? — a jednak jej imię trafiło idealnie w czuły punkt gdzieś w Powellu, którego głowa gwałtownie zwróciła się w kierunku Yosoo, a zradzające się wątpliwości jedynie urosły w siłę, kiedy tak mu znany nawyk chłopaka właśnie brzydko dawał o sobie znać.
      — Potwierdzę? Co potwierdzę? — niedowierzające parsknięcie śmiechem wyrwało się z niego bez większej kontroli, a powątpiewający wzrok dalej trwał wbity w bruneta, mimo dodatkowych, niepotrzebnych dookoła głosów, wobec których normalnie byłby pierwszy w kolejce, aby zanegować każde z nich.
      Chociaż czy naprawdę mógł liczyć, że nikt nie będzie się wtrącać, patrząc na to, gdzie byli? I czy naprawdę mu to przeszkadzało, kiedy każde to kolejne słowo, kiedy wysnuta przez Sunghoona teoria, idealnie szarpała za zazdrośniczą i coraz to bardziej napinającą się strunę w Yechanie. Tyle też wystarczyło, aby uwierzył w tak perfidną grę Plotkary, dodatkowo naładowaną wątpliwościami zrodzonymi w Korei, do których było mu wstyd się wtedy przyznać.
      — Może to ty potwierdzisz dlaczego z jakiegoś powodu dalej masz kontakt z Avą? Skoro tradycyjnie starasz się zrzucić wszystko na innych, Yosoo.

      Yechan

      Usuń
    12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    13. Yosoo poczuł, że kontrola, którą jeszcze przed chwilą trzymał tak pewnie (albo… jak mu się wydawało), zaczyna niewygodnie przesypywać mu się przez palce, pozostawiając po sobie jedynie coraz bardziej irytujące poczucie, że sytuacja wymykała się w stronę, której nie przewidział. Owszem, zdawał sobie sprawę, że jego słowa mogą wywołać poruszenie, być może nawet liczył na odrobinę zamieszania, bo przecież trudno byłoby nazwać Yosoo człowiekiem, który rzucał prowokacyjne uwagi bez najmniejszej nadziei na reakcję. Nie spodziewał się jednak, że odpowiedź przyjdzie tak szybko i z taką siłą. Przez krótką chwilę pozostało mu więc jedynie obserwować, jak konsekwencje własnej bezczelności zaczynają zbierać się przed nim niczym burzowe chmury.

      — Jesteście, kurwa, niepoważni. Po pierwsze — zwrócił się bezpośrednio do Sunghoona — posłuchaj Yuri i nie próbuj bawić się ze mną w te swoje popieprzone, psychologiczne gierki. A po drugie… — upił zawartość jednego z kieliszków i próbował zebrać myśli przez kilka ulotnych sekund, choć te uparcie nie chciały poddać się jego woli. Powiódł wzrokiem w stronę nieznajomego chłopaka, który - z powodu zupełnie niezrozumiałego dla Yosoo, postanowił najwyraźniej dbać o samopoczucie niewinnych. — Nie obrażaj mnie, sugerując, że bawię się kimkolwiek. Ostrzegam go przed tym, co nieuniknione, w przeciwieństwie do was. Jak myślicie, jak poczuje się, gdy jutro przeczyta na stronie Plotkary, że wszystko, co z jakiegoś powodu zostało wybrane jako coś, co ma go zranić, okazało się prawdą? Jak poczuje się, gdy zrozumie, że pozwoliliście mu wierzyć, że to tylko plotki wyssane z palca? — Czuł, że traci nad sobą resztki panowania. Choć działał z rozmysłem, nie spodziewał, że zasłyszany komentarz dotknie do tak bardzo. W pierwszym momencie nie zrozumiał do końca, dlaczego to właśnie on okazał się dla niego znacznie bardziej istotny niż zaczepka Sunghoona, choć przecież to ona tak trafnie określała rzeczywistość. Odpowiedź uderzyła w niego nagle, bez ostrzeżenia. I wydostała się na światło dzienne w postaci jego kolejnych słów. — Nie ma nic bardziej upokarzającego niż świadomość, że każdy, kto próbował wmówić ci, że wszystko będzie dobrze doskonale wiedział, że to bzdura. Przykrywacie obrzydliwe współczucie swoimi uśmiechami i słodkimi słówkami, może poza Yuri… To nazywacie szacunkiem i życzliwością? Niezłe bajki.

      Yosoo doskonale wiedział, że nie zachował się w porządku. W tamtej chwili jego słowa miały być przecież czymś w rodzaju wyjścia awaryjnego, zręcznym sposobem na odwrócenie uwagi od siebie i odzyskanie choć odrobiny przestrzeni, gdy sytuacja zaczynała układać się nie po jego myśli. Złapał się jednak na czymś wyjątkowo niewygodnym: rozwiązanie, które jeszcze chwilę wcześniej traktował wyłącznie jako zabezpieczenie, zaskakująco szybko stało się wersją wydarzeń, której teraz zamierzał zawzięcie bronić. Było w tym coś absurdalnego, może nawet odrobinę żałosnego, ale Yosoo nie miał zamiaru przyznawać tego na głos. Skoro sam wpakował się w tę sytuację, pozostawało mu już tylko zadbać o to, by nikt nie zobaczył, jak bardzo zaczynała mu ciążyć.

      Nie spodziewał się reakcji od samego Inhana, ale gdy pojął sens słów, które ten skierował w końcu w jego kierunku, Soo był w stanie jedynie westchnąć przeciągle i zamrugać kilka razy, jak gdyby chciał upewnić się, że naprawdę dobrze usłyszał. Przez chwilę patrzył na niego w milczeniu, wyraźnie próbując znaleźć w tej zaczepce cokolwiek, co zasługiwałoby na poważniejszą odpowiedź, lecz ostatecznie uznał, że szkoda na nią zarówno czasu, jak i własnego głosu. Nie chciał dokładać mu bardziej, niż było to konieczne. Yosoo pojął, że Inhan rzeczywiście był prawdopodobnie zbyt niewinny jak na towarzystwo, ale nie zamierzał się tym przejmować. Jeśli chciał tutaj wytrwać, musiał prędzej czy później nauczyć się radzić sobie sam.

      Usuń
    14. Zupełnie inna reakcja cisnęła mu się na usta, gdy do uszu Yosoo dotarły pretensje Yechana, bo tym razem trudno było zasłonić je pobłażliwym westchnieniem czy wymownym milczeniem. Wystarczyło kilka słów, by coś nieprzyjemnie zacisnęło mu się na żołądku. Może przez absurdalność samego zarzutu, może przez to, że akurat Yechan powinien doskonale wiedzieć, dlaczego przywołano akurat tę koncepcję. Przez moment patrzył na niego w milczeniu, czując, jak odpowiedź zbiera mu się na języku znacznie ostrzejsza, niż początkowo zamierzał.

      — Czy ty sobie w tym momencie ze mnie żartujesz, Channie?! — zapytał — Ominąłem moment, w którym Ava znowu stała się naszym problemem? Wybacz, aie będę ośmieszał ani ciebie ani siebie rozmową na ten temat. Na pewno nie tutaj.

      soo

      Usuń
    15. — Och, jak miło to widzieć... — głos Plotkary ponownie rozbrzmiał w głośnikach, a muzyka chwilowo przycichła. — Cieszę się, że gra tak bardzo przypadła wam do gustu. Widzę, że niektórzy z was zaczynają nawet traktować ją... wyjątkowo osobiście. A teraz do rzeczy. Sunghoon... — przeciągnęła. — Co gdyby... Seojun pokochał kogoś tak, jak ty nigdy nie byłeś w stanie sprawić, żeby pokochał ciebie?

      Chwila ciszy.

      — Oraz Yuri... — dodała po chwili, tym razem niemal słodko. — Yuri, Yuri, Yuri... Co gdyby okazało się, że mimo upływu lat wciąż jesteś dla wszystkich równie nieznacząca... jak byłaś zawsze?

      Usuń
    16. Chwilowa wściekłość Yuri na słowa Yosoo ustąpiła w momencie, gdy sytuacja stała się tak napięta, że przez moment dziewczyna obawiała się, że dojdzie między chłopakami do fizycznej konfrontacji. Jej wzrok podążał to do Yosoo, to do Inhana, Sunghoona, Gabriela, znowu do Yosoo, do Yechana… Przysłuchiwała się ich konwersacji, a zmarszczka współczucia na jej czole rosła wraz z tym, gdy powoli docierało do niej, co tak naprawdę mogło stać za zachowaniem Jeonga.
      Czasem jeden, krótki komentarz mógł sprawić, że stare rany na powrót zaczną krwawić, zwłaszcza, gdy dawny ból nie były jedynie wspomnieniem, a ich pokłosie towarzyszyło każdego dnia, o poranku, w południe i w momencie przykładania wieczorem głowy do poduszki. Podczas bezsennych nocy. W samotności. Atakowało nawet znienacka, w pomieszczeniu pełnym ludzi, głosów, muzyki. Tutaj.
      I teraz wiedziała, a przynajmniej wierzyła, że chłopak wcale nie zwraca się do Inhana, choć to do niego pozornie kierował swoje słowa. Mówił o sobie, o swoich zawodach, o swoim zaufaniu w scenariusz, który nigdy się nie wydarzył, o własnych błędach, o cudzych błędach, a złość kierowana do samego siebie pochłaniała wszystkich w jego zasięgu.
      — Yosoo… — powiedziała tylko cicho, wyciągając prawą dłoń, choć ze swojego miejsca nie miała nawet szansy, aby go dotknąć. Chciała go zatrzymać. Sprawić, by otrząsnął się i wydostał ze spirali myśli i uczuć, której w tej chwili ewidentnie sam nie potrafił zatrzymać.
      — Och, jak miło to widzieć... Cieszę się, że gra tak bardzo przypadła wam do gustu. Widzę, że niektórzy z was zaczynają nawet traktować ją... wyjątkowo osobiście. A teraz do rzeczy. Sunghoon... Co gdyby... Seojun pokochał kogoś tak, jak ty nigdy nie byłeś w stanie sprawić, żeby pokochał ciebie?
      Jej wzrok powiódł do blondyna. Chciała czuć satysfakcję. Chciała napawać się widokiem cierpienia, zmieszania, dosłyszeć się w ironicznym parknięciu ułudy, która musiała mu towarzyszyć, bo wiedziała z wiarygodnego — drugiego, który znał całą prawdę — źródła, że ta informacja musiała boleć. Ale nie poczuła nic. Tyle tylko mogła mu oddać, bo współczucie też nie wypełniło jej serca.
      — Oraz Yuri... Yuri, Yuri, Yuri... Co gdyby okazało się, że mimo upływu lat wciąż jesteś dla wszystkich równie nieznacząca... jak byłaś zawsze?
      Zapiekło. Boleśnie.
      Drobne dłonie zacisnęły się ponownie w pięści na obrusie, a łzy wypełniły oczy tak szybko, że to nie wściekłość czy smutek, a wstyd pojawił się pierwszy. Otworzyła usta, ale przez chwilę nie była w stanie wydusić z siebie żadnego słowa — bo co tak naprawdę mogła powiedzieć? Plotkara miała rację. Była nieznacząca lata temu, gdy obserwowała to towarzystwo, próbując wkupić się w jego łaski. Była nieznacząca, gdy zaciągała kolejne długi, które udało jej się spłacić tylko dzięki życzliwości Seojuna, na którą nie zasługiwała. Była jeszcze mniej znacząca, gdy okradała domy swoich przyjaciółek, by móc spłacić drogie, niepotrzebne jej sukienki, byle tylko czuć, że przez chwilę jest kimś ważnym. Była nieznacząca też tutaj, nawet teraz, przy tym stoliku — pominięta, zapomniana. Była nieznacząca, gdy obserwowała głupie potyczki i idiotyczne błędy ludzi wokół, bo jej serce rwało się, by popełniać własne.
      — Nie jes- — kolejne słowa utknęły w gardle, dławione płaczem. — Nie jestem…
      Ciężko jej było się bronić… przed prawdą.

      Yuri:(

      Usuń
    17. Yosoo miał wrażenie, że dusił się własnymi emocjami. Wszystko, co od dłuższej chwili próbował utrzymać pod kontrolą, zdawało się zaciskać gdzieś wysoko w gardle, wykradając mu możliwość zebrania myśli w coś, co nie byłoby chaotycznym, bolesnym szumem. Coraz trudniej było mu oddychać spokojnie, a świadomość, że wystarczyłby jeszcze jeden impuls, jedna źle wypowiedziana uwaga, żeby naprawdę stracił nad sobą panowanie, zaczynała przyprawiać go o niemal paniczne poczucie, że… zemdleje. Że straci nad sobą resztki panowania; że oszaleje, jeśli cokolwiek nie przywróci go na ziemię. Liczył na Yechana. Na jego obecność, dotyk, choćby jedno zdanie, które pozwoliłoby mu złapać się czegoś pewnego - znajomego i bezpiecznego. Ten jednak zamiast tego sam wpadł w spiralę wzajemnych oskarżeń, a kolejne słowa tylko coraz mocniej odbierały Soo resztki sił. Nie miał już energii, żeby to zatrzymywać, prostować cudze pretensje ani po raz kolejny próbować udowadniać, że między nimi wcale nie musiało dochodzić do nowej wojny. Tym razem potrzebował, żeby ktoś zatrzymał ją za niego.

      Zaskoczyło go, że katalizatorem wszystkich tych emocji okazał się nagły atak, choć tym razem nie wymierzony w niego, lecz w Yuri. Przez chwilę Yosoo słuchał słów Plotkary z czymś na kształt niedowierzania, nie potrafiąc pogodzić ich okrucieństwa z tym, że naprawdę zostały wypowiedziane na głos, przy całym tym cholernym stole, jakby czyjeś uczucia były tylko kolejnym elementem przedstawienia, który można było bezkarnie rozdeptać dla odrobiny rozrywki. Dopiero kiedy spojrzał na Yuri i zobaczył łzy zbierające się w jej oczach, coś w nim gwałtownie pękło. Cała wcześniejsza duszność, gniew i bezsilność nagle znalazły punkt zaczepienia, a Yosoo po raz pierwszy od dłuższej chwili przestał skupiać się wyłącznie na tym, jak bardzo sam chciałby stąd zniknąć. Bo nagle to wszystko wydało mu się śmiesznie nieistotne.

      — Yuri…

      Nie, nie, nie, nie płacz tutaj, pomyślał i odruchowo poderwał się z miejsca, by już po kilku sekundach znaleźć się przy dziewczynie. Nie zastanawiał się nad tym, co właściwie robił. Może kierowała nim paląca potrzeba, by okazać jej zwyczajnie ludzkie wsparcie, a może… chodziło o coś zupełnie innego - o ochronę jej przed tym, przed czym jego samego nigdy nikt nie zdążył ustrzec. Przynajmniej nie w porę. Bez pytania o pozwolenie położył dłonie na jej obu policzkach i z delikatnością, o którą ciężko byłoby go posądzić, nakierował jej twarz na siebie. Mogła go znienawidzić, mogła go odepchnąć, uderzyć albo wyrzucić w jego stronę całą, nagromadzoną w sobie frustrację lub ból. Był na to gotowy. I w ogóle o to nie dbał.

      — Hej, posłuchaj mnie, dobra — nakazał, nie spuszczając z niej wzroku. Teraz, kiedy patrzył w te załzawione oczy, miał wrażenie, że wszystko inne przestało się liczyć. — Nie jesteś nieznacząca. Nie słuchaj jej, to jakieś bzdury.
      Popatrzył na nią jeszcze przez krótką chwilę, po czym pochylił się ostrożnie nad jej uchem, szepcząc radę, do której sam nie potrafiłby się niestety dostosować.
      — Nie pokazuj im ani jej, że cię to dotyka…

      Soo

      Usuń
    18. Słowa Yuri nigdy nie wywierały na nim większego wrażenia. Mogła atakować go i obrzucać obelgami, jednak w swoim mniemaniu Sunghoon nie widział w niej przeciwnika godnego uwagi, bo uważał, że zmarnował na nią wystarczająco dużo czasu i poświęcił jej więcej uwagi, niż na to zasługiwała. Zamiast usilnie starać się mu umniejszyć, powinna być wdzięczna, że nie potraktował jej gorzej, że nie wkradł się do jej podświadomości, doszczętnie rujnując to, kim była, nastawiając ją przeciwko samej sobie – bo nikt nie jest w stanie znienawidzić cię tak bardzo jak ty sam siebie. Był do tego zdolny, a jednak dał jej odejść, bo najzwyczajniej w świecie się nią znudził.
      Była taka słaba, tak krucha – wystarczyło wyciągnąć rękę i zacisnąć ją wystarczająco mocno, by rozpadła się na najdrobniejsze kawałeczki, które później zaczęłaby usilnie sklejać w spójną całość, tylko po to, by misterna praca poszła na marne przy kolejnym mocniejszym podmuchu wiatru.
      — To dosyć upokarzające, gdy nie jesteśmy gotowi na obnażenie naszych słabości i ktoś inny robi to za nas — odpowiedział spokojnie, wpatrując się we łzy zbierające się w oczach Yuri. W środku czuł rozpierającą go satysfakcję, że choć po części przyczynił się do tego, że czuła się taka nieznacząca. Tylko w jego oczach można było zauważyć ten dumny błysk, bo resztę twarzy schował za maską obojętności. Tak, jak był przyzwyczajony – bo nie mógł pozwolić na uzewnętrznienie swoich prawdziwych emocji. Nie tutaj, nie przy nich.
      Zdawał sobie również sprawę z tego, że nie mógł zignorować pytania, które ukłuło go w czuły punkt, kolejny raz rozdrapując – mogłoby się wydawać – zasklepione rany. Gdy ktoś napomykał o ich relacji, nie karmił plotek, bo to robili inni, ale również nie ukrywał prawdy. Nie wypierał się jej, bo w przeciwieństwie do drugiego nie miał się czego wstydzić. Co najwyżej mógł żałować, że ulokował swoje uczucia w kimś, kto bał się zawalczyć o własną godność i własne szczęście. Zaakceptował swoje słabości i wyciągnął z nich lekcję tak, by nikt inny nie mógł użyć ich przeciwko niemu samemu.
      Sunghoon zawsze stawiał siebie na pierwszym miejscu i gdy na czymś mu zależało, był gotowy do poświęceń, więc odpowiedział zgodnie z prawdą, w jaką wierzył:
      — To by znaczyło, że przestał być tchórzem bojącym się własnego cienia.
      Niski baryton przeszył panujące przy stoliku poruszenie związane z Yuri i towarzyszącym jej teraz Yosoo. Yosoo, w którego wbił swoje spojrzenie, intensywnie lustrując jego twarz – każde drgnięcie powiek, wyraźny wyraz niezadowolenia w wykrzywionych wargach, wewnętrzny konflikt, nad którym tamten starał się zapanować. W drżeniu jego dłoni widział złość, nad którą starał się zapanować. Pamiętał niedowierzenie, gdy Yechan wpadł w zasadzoną przez Plotkarę pułapkę, podważając zaufanie w ich związku. Widział bezradność, gdy łzy zaczęły spływać po rozgrzanych policzkach Yuri, a on nie mógł ich powstrzymać. Więc wykorzystał to najlepiej, jak potrafił.
      — Tchórzem ukrywającym prawdę, uciekającym od niej. Uciekającym od samego siebie.

      Sunghoon

      Usuń
    19. In-han jeszcze jeszcze przez kilka minut próbował nadążać za tym, kto właściwie jest zły na kogo i za co. Teraz przestał.
      Problem polegał raczej na tym, że działo się zdecydowanie za dużo naraz, a jego uwaga - zamiast rozsądnie wybierać najważniejsze rzeczy - chwytała wszystko. Każde poruszenie przy stole. Czyjąś dłoń zaciskającą się mocniej na kieliszku. Krótkie spojrzenie posłane ponad ramieniem drugiej osoby. Drgnięcie szczęki. Szmer odsuwanego krzesła. Nawet kostki lodu przesuwające się po szkle czyjegoś drinka zabrzmiały przez moment absurdalnie wyraźnie.
      A ponad tym wszystkim głos Plotkary.
      In-han odchylił się nieznacznie na krześle i przesunął językiem po wyschniętej dolnej wardze. To zaczynało go irytować. Pił przecież. Teoretycznie nie powinno mu schnąć w ustach.
      Kiedy padło imię Sunghoona, spojrzał w jego stronę właściwie odruchowo. Nie znał historii stojącej za pytaniem, nie potrafił więc nadać wszystkim słowom właściwego ciężaru, ale wystarczyło rozejrzeć się po twarzach pozostałych, żeby zrozumieć, że trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić.
      Brwi In-hana uniosły się nieznacznie.
      — Ouch — wymknęło mu się pod nosem. Dopiero po chwili dotarło do niego, że powiedział to na głos. Zerknął na siedzącą obok osobę, jakby chciał sprawdzić, czy ktoś usłyszał, po czym opuścił wzrok na własną szklankę. Powinien chyba nauczyć się zatrzymywać rzeczy w głowie.
      Zwykle potrafił. Ale dzisiaj najwyraźniej nie.
      Palce ponownie zacisnęły się wokół szkła. Obrócił je raz. Potem drugi. Kciuk przesunął po wilgotnej powierzchni, pozostawiając na niej szeroki ślad.
      Yuri.
      Tym razem spojrzał na nią.
      Początkowo nie do końca rozumiał, dlaczego właśnie to pytanie miałoby być gorsze od poprzedniego. Było okrutne, owszem, ale tego wieczoru granica okrucieństwa została przesunięta tyle razy, że In-han powoli przestawał wiedzieć, gdzie właściwie powinna przebiegać.
      Dopiero potem zobaczył jej dłonie. Drobne palce zacisnęły się na obrusie, a ramiona napięły w sposób, którego nie dało się pomylić ze zwykłą złością. In-han wyprostował się niemal natychmiast. Coś ścisnęło go pod żebrami, kiedy dostrzegł łzy.
      Cała reszta przestała być istotna.
      Nie wiedział, co Yuri zrobiła kilka lat temu. Komu skłamała, kogo zawiodła ani ile razy ktoś musiał po niej sprzątać. Nie znał jej wystarczająco dobrze, żeby decydować, czy Plotkara miała rację.
      Wiedział natomiast, jak wygląda człowiek, który był na granicy swojej wytrzymałości. I chyba to mu wystarczało.
      — Ej… — odezwał się cicho, choć nie miał pojęcia, co zamierza powiedzieć dalej.
      Yosoo jednak poderwał się pierwszy.
      Ruch był tak gwałtowny, że In-han drgnął i na moment zgubił wszystko poza nim. Śledził wzrokiem chłopaka, kiedy ten obchodził stół, a potem jego dłonie spoczywające na policzkach Yuri. Powinien chyba uznać to za zbyt poufałe. Może nawet dziwne. Ale poczuł jedynie ulgę, że ktoś zareagował i postanowił dodać jej otuchy. Nawet uśmiechnął się pod nosem widząc ten gest, a nie kolejne piękące słowa.

      Usuń
    20. Nie jesteś nieznacząca.
      In-han spuścił wzrok. Coś w tych słowach utkwiło mu w głowie na odrobinę dłużej, niż powinno. Jedna część jego uwagi nadal tkwiła przy Yuri, druga już rejestrowała szmer rozmów, a jeszcze inna, zupełnie nieproszona, zaczęła zastanawiać się nad tym jednym zdaniem.
      Nieznacząca.
      Pokręcił lekko głową, jakby mógł w ten sposób fizycznie wyrzucić słowo z myśli. Sam znał wagę tego stwierdzenie. Ile razy w ciągu dnia czuł się właśnie w ten sposób?
      Przesunął dłonią po karku. Było mu gorąco. Zdecydowanie bardziej niż wcześniej.
      Marynarka zaczynała przeszkadzać.
      A może koszula.
      Albo cały ten cholerny tłum.
      Pociągnął palcem za kołnierzyk i wypuścił powietrze przez usta, próbując usiedzieć spokojnie, chociaż jego noga od kilku minut poruszała się pod stołem w jednostajnym rytmie.
      Raz.
      Dwa.
      Trzy.
      Cztery.
      Dopiero kiedy kolano zahaczyło o spód blatu, skrzywił się i zmusił nogę do bezruchu.
      Wytrzymała może pięć sekund.
      Nie bacząc na pozostałych, zsunął marynarkę z ramion niedbale przewieszając ją na oparciu krzesła.
      — Może czegoś nie rozumiem. — To akurat było bardzo prawdopodobne. — Ale jeśli wiecie o sobie tyle, żeby dokładnie wiedzieć, co drugą osobę zaboli… — Jego brwi ściągnęły się mocniej. Gdzieś z tyłu głowy pojawiło się ostrzeżenie, że powinien już zamknąć usta. Zignorował je. — …to chyba równie dobrze moglibyście wiedzieć, kiedy odpuścić.

      Inhan

      Usuń
  5. Coat Check Leave your coat. Keep your secrets.

    OdpowiedzUsuń
  6. Hotel Bar One drink away from a terrible decision.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzruszył niewinnie ramionami, przy tym otwierając oczy nieco szerzej, ale długo nie dał rady zahamować rozbawienia na twarzy i speszenia. Może i odrobinę wstydu, kiedy dobrze pamiętał, ilekroć zwracała mu uwagę, aby bardziej zwracał na siebie uwagę i nie wystawiał własnego zdrowia, jeśli mógł tak łatwo temu zapobiec.
      Nie wszystkich nawyków jednak dało się tak łatwo pozbyć, nieważne, jak bardzo by tego chciał.
      Ciepłe słowa Danielle przywoływały do pamięci wszystkie komplementy, jakie mógł kiedyś od niej usłyszeć. Ciche pochwały, kiedy siedziała razem z nim w studiu i przysypiała na kanapie, ale zawsze odnajdowała ten ułamek energii, by w jego szale irytacji z samym sobą i braku progresu zatrzymać go na moment i zapewnić, że szło mu okej. Że może to zostawić na później, kiedy konkretny deadline leżał dalej niż sam sobie wmawiał.
      Szczęście z dnia wypuszczenia albumu wypełniało go niemalże w całości. Rozciągało na twarzy zachwycony uśmiech, a jakiekolwiek powściągliwości znikały, kiedy wszyscy razem dobrze bawili się na cześć Crasha i wygadywali głupoty do środka nocy. Nie bał się pozwolić sobie na śmiech; na delikatne wzruszenie, bo mimo wszystko był to jeden z pierwszych sukcesów, które mógł świętować tak publicznie i ze świadomością, że nie tylko on sam wiedział, że produkt powstał również dzięki jego działaniom.
      Ta radość nie mogła się jednak równać chwilom, jakie spędzał z Danielle. I emocjami, jakie potrafiła w nim wybudzić nawet najdrobniejszymi gestami.
      Nawet teraz, kiedy przypadkowy dotyk nie został odepchnięty, ale bezsprzecznie odwzajemniony. Ciepło jej skóry druzgocącym mrowieniem rozchodziło się po jego dłoni, a tylko resztki rozsądku powstrzymywały go od posunięcia się dalej. Zamiast tego przesunął palcami delikatnie po policzku dziewczyny, nim jej ledwie zauważalnie – a jednak po dniach uwagi dostrzeżone – zaszklone oczy ścisnęły go za gardło i odrodziły potrzebę odsunięcia się.
      Zwiększenia dystansu, nim jego brak zacznie smakować jeszcze słodziej, a on zapomni, że spotkanie polegało tylko i wyłącznie na pożyczonym czasie.
      Ale kolejna dawka ciepła doprowadziła jedynie do większego, wewnętrznego sporu oraz zaciśnięcia warg dla swobodniejszego, tak teraz potrzebnego, przełknięcia śliny i nerwów
      — Ja za Tobą też, Dani. Nawet nie wiesz… — pokręcił z lekkim niedowierzaniem głową, za cichym parsknięciem kryjąc potrzebę pociągnięcia nosem, które dało radę przywrócić go do pionu. Nie chciał wiedzieć, na jak długo — Tyle się wydarzyło, o czym chciałem pogadać tylko z Tobą — ciche słowa ledwie przebiły się przez lekki szum gości imprezy. Jego dłoń pragnęła przebrnąć dalej; przeczesać z większą pewnością ciemne kosmyki. Przysunąć się i poczuć w końcu ją obok siebie, tak jak w trakcie wspólnych, leniwych wieczorów spędzonych przed telewizorem czy cichych szeptów i śmiechów na kanapie w studiu.
      — Ale trochę się boję, że Minho zaraz mnie udusi — nie miał odwagi odwrócić się w stronę stolika, ale mógł z kolei porozumiewawczo kiwnąć w tym kierunku głową. — Bar chyba jednak nie jest najbardziej dyskretnym miejscem — dopowiedział błyskotliwie, przy okazji zamawiając kolejną porcję alkoholu. Tym razem dla dwóch osób, posyłając jej lekki, zachęcający uśmiech — I bez publiki raczej rozmawia się trochę swobodniej, jak myślisz?

      Namgi

      Usuń
    2. Danielle poczuła jak coś w niej mięknie, zanim jeszcze zdążyła przetworzyć jego słowa.
      — Ja za Tobą też, Dani. Nawet nie wiesz…
      Głos Namgiego był cichy, prawie ochrypły od tego, jak bardzo starał się brzmieć lekko. Danielle spojrzała na niego i zobaczyła, jak lekko kręci głową, jak parska pod nosem, jak walczy z tym, by nie pociągnąć nosem. Ciepło rozlało się w jej piersi tak nagle i tak mocno, że na sekundę zapomniała, jak oddychać. Radość była niemal fizyczna, ciepła, gęsta, wypełniająca każdy zakamarek. Chciała się uśmiechnąć szerzej, chciała mu powiedzieć, że też nie wie, jak bardzo, ale słowa utknęły jej w gardle, bo tuż za tą radością czaiło się coś innego.
      Gorycz.
      Ta sama, którą próbowała od rana odsuwać jak najdalej. Że po tym wieczorze będzie musiała wrócić do Korei. Że to wszystko, ten bar, ten dotyk, jego głos mówiący ja za Tobą też, jest tylko chwilowe. Że jutro lub pojutrze znowu będzie w samolocie, a on zostanie tutaj, w swoim świecie, w którym była teraz gościem. Nie chciała o tym myśleć. Naprawdę nie chciała. Tak samo jak nie chciała myśleć o Minho, który wciąż był gdzieś w tłumie, po tym, co jej powiedział i po tym jak zostawiła go przy stoliku z tymi słowami wciąż zawieszonymi między nimi. Czuła się jak ktoś, kto uciekł z pola bitwy, a teraz próbował udawać, że nic się nie stało.
      Ale Namgi tu był. Patrzył na nią. I ona postanowiła, na tę jedną noc pozwolić sobie nie myśleć o niczym innym.
      Kiedy zaproponował, że bar nie jest najlepszym miejscem, Danielle tylko lekko uniosła brwi, a potem skinęła głową. Powoli. Zaufanie w tym geście było prawie namacalne, jakby bez wahania oddawała mu decyzję, bo wiedziała, że on nigdy nie zaproponuje niczego, co mogłoby jej celowo zaszkodzić.
      — Masz rację — powiedziała cicho, a kącik jej ust uniósł się w małym, prawie nieśmiałym uśmiechu. Pociągnęła ostatni łyk swojego wcześniejszego drinka, czując jak alkohol rozchodzi się palącym ciepłem po języku i dalej. Potem uniosła wzrok i dodała, niemal od niechcenia, choć w środku serce waliło jej mocniej — Ponoć mają tu basen. Na pewno nikt nas tam nie będzie szukał.
      I w tej chwili, kiedy patrzyła na niego zsuwając się z wysokiego krzesełka, czekając na reakcję, wszystko inne - Minho, Korea, jutrzejszy poranek - odeszło na drugi plan. Został tylko on. I ta jedna krucha noc, którą postanowiła sobie zabrać, bo przecież nic złego nie mogło się wydarzyć, prawda?

      Dani

      Usuń
  7. Dance Floor Try not to embarrass yourself.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każde westchnienie wydobywające się z krtani blondyna przyprawiało go o dreszcz przyjemnie rozchodzący się po ciele. Każdy dotyk, muśnięcie dłoni sprawiały, że chciał przyciągnąć go bliżej, zamknąć w objęciach, połączyć w jedno. Gdy Ryan rozpiął kolejne guziki koszuli, a materiał zsunął się z ramienia, postanowił, że nieskazitelna skóra wyglądałaby o wiele lepiej udekorowana odcieniami purpury.
      Słowa drugiego brzmiały jak wyzwanie, a on za wszelką cenę chciał mu udowodnić, że jest gotowy je podjąć. W innych okolicznościach prychnąłby pod nosem, ubrał swoje niezadowolenie w kilka nieprzychylnych obelg i potraktował Ryana jako konkurencję, byle udowodnić, że jest od niego lepszy. Teraz nie chciał być lepszy od niego.
      Nie. Chciał być dla niego dobry. Chciał, by przyjemność przyprawiła go o zawroty głowy, chciał spijać ciche jęki zadowolenia z jego ust i nie pozwolić, by wydostały się z przestrzeni między nimi. Och tak, Junseo potrafił być cholernie miły, gdy tylko tego chciał.
      Kim pogrywał z nim – zmniejszał dystans, by za chwilę ponownie się oddalić – a brunet wiódł za nim błędnym spojrzeniem, gotowy podążyć w ślad za nim, byle tylko nie stracić go z pola widzenia. Nie spodziewał się, że jego taniec może stać się jeszcze bardziej wyzywający, bo w chwili, gdy blondyn opadł przed nim, w pomieszczeniu nagle zabrakło powietrza, a on poczuł suchość w ustach.
      Pragnął wsunąć palce w dłuższe pasma włosów, zacisnąć dłoń i sprawić, by zamiast zadziornego uśmiechu wargi Ryana rozdzieliły się w rozkosznym westchnieniu. Pragnął napawać się widokiem drugiego, szczególnie gdy ten spoglądał na niego ponętnie spod przymrużonych powiek. Jednak nim miał okazję zareagować, tamten powabnymi ruchami podniósł się, by ponownie znaleźć się w jego objęciach. Jego śmiech dzwonił mu w uszach.
      — Myślisz, że po tym — wysunął biodra do przodu, a dłonie ułożył na pośladkach blondyna, dociskając go do siebie, gdy ich ciała otarły się o siebie, Junseo przygryzł dolną wargę, a kolejne słowa wyrzucił ochrypłym głosem — zasługujesz, by zobaczyć moją miłą stronę?
      Chciał, by Ryan poczuł dokładnie to, do jakiego stanu go doprowadził.
      W pomieszczeniu było tak cholernie gorąco: jego włosy przylegały do mokrego czoła, każdy oddech brzmiał tak, jakby właśnie przebiegł maraton, a bliskość drugiego doprowadzała go do szaleństwa. Potrzebował odetchnąć, zmienić otoczenie.
      — Nie jesteś fair przeciwnikiem na parkiecie — stwierdził, dalej starając się uregulować oddech oraz reakcje ciała, a gdy sytuacja wydawała się pod kontrolą, wyprostował się i splątał ich dłonie tak, by nie zgubić Ryana, kiedy pociągnął go za sobą.
      Nie był pewien, gdzie dokładnie niosą go stopy – nigdy nie było mu dane przemierzać tych hotelowych korytarzy – wiedział jedynie, że nie może dać się zwariować.
      Jeszcze nie.

      Junseo

      Usuń
    2. Ryan uwielbiał czuć kontrolę, a w tym momencie wręcz się w niej pławił. Każdą reakcję spijał jak wyborny nektar, kolekcjonował te niecierpliwe spojrzenia, za każdym razem gdy się oddalał. Bawił się wyśmienicie, chciał tego więcej i więcej. Pragnął przeciągać to, co mieli teraz jak tyle się dało. Dopóki nie straci tej kontroli lub sam jej nie odda, czując niemożliwe do zniesienia gorąco. Chciał doprowadzić Junseo do gorączki, sprawić, by nie mógł o niczym innym myśleć, by pragnął go tak jak wygłodniałe zwierzę. Chciał widzieć to w ciemnych oczach, chciał to słyszeć w pomrukach, sapnięciach czy jękach. Chciał cieszyć się z tej kontroli tak długo jak mógł, jednocześnie chciał sprowokować Parka do tego, by odebrał mu ją. Silnie, władczo. Przeczuwał, że jest w stanie, czuł po dotyku na swoim ciele, po spojrzeniach kierowanych w swoją stronę.
      Działania Junseo skutecznie podbudowywały kruche poczucie pewności siebie Ryana. Udawanie pewniejszego niż się jest przychodziło mu tak sprawnie, jak wyuczona godzinami treningów i potu choreografia. Świat, w którym się obracał niemalże wymagał od niego ukrywania swojej wrażliwej natury. Nie było to jednak dla niego naturalne, dlatego tak łapczywie szukał potwierdzenia swoich zdolności, umiejętności czy atrakcyjności u innych. Im więcej aprobaty dostawał, tym śmielszy stawał się w swoich działaniach, ale też i pragnieniach. A teraz pragnął bardzo wielu rzeczy. Jednocześnie łaknął poczuć usta Junseo na obecnie zakrytych materiałem miejscach, a z drugiej strony, chciał się z nim bawić, droczyć i przeciągać chwile upragnionych uniesień jak najdłużej. Sam jeszcze nie mógł się zdecydować, która potrzeba była silniejsza.
      Dotyk bioder na swoich wywołał u niego kolejny, chrapliwy i przeciągnął jęk, stłumiony przez głośny bas i okrzyki innych osób. Ciepłe, silne dłonie na swoich pośladkach sprawiły, że na moment poczuł spięcie każdego mięśnia w ciele. Rozluźnił je, oddając się w całości, choć na te parę sekund. Jakby chciał pokazać, że mu ufa. W tym konkretnym momencie, w tej sprawie mu ufał. Jusneo faktycznie byłmiły. Nie był tym wściekłym, wydzierającym się facetem na korytarzu. Ta zmiana zachowania też go pociągała, chciał poznać jej przyczynę, zrozumieć to wszystko, zagłębić się. Tylko czy będzie mu to dane?
      Nim odpowiedział, wydał z siebie głośne sapnięcie, a głowę schował w zagłębienie szyi Parka, przymykając oczy.
      — Myślę, że zasługuje na o wiele więcej — westchnął.
      Ich nagrzane ciała idealnie do siebie pasowały. Mogliby pójść dalej, mogliby poprosić o pokój, dać upust tym wszystkim emocjom, rozładować emocje. Tylko, co potem? Noc była jeszcze młoda, a on nie chciał tego kończyć. Jeszcze nie teraz. Czuł, że mogą doprowadzić siebie do jeszcze większego szaleństwa. Musiał to sprawić. I wydawało się, że nie jest w tym osamotniony.

      zapraszamy do piwniczki na wina~

      Usuń
  8. Rooftop Balcony Fresh air won't clear your conscience.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haejin nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo spragnieni byli takiego kontaktu z ludźmi, jak bardzo brakowało im przekomarzania się z resztą chłopaków, do którego tak bardzo się przyzwyczaili przez ostatnią dekadę. Na palcach jednej ręki mogli zliczyć dni, kiedy byli naprawdę sami; bo nawet w te paręnaście wolnych dni rocznie, kiedy kalendarz świecił pustkami, i tak najczęściej mieli kogoś u swego boku — czy to rodzinę, czy przyjaciół. Te dwa miesiące spędzone w Nowym Jorku były najdłuższym czasem, kiedy Haejin byli całkiem sami, po raz pierwszy naprawdę wolni, i kompletnie nie wiedzący, co z tą wolnością zrobić.
      Byli wolni. Prawda tego stwierdzenia wciąż do nich docierała, ślady po kajdanach założonych przez byłą już wytwórnię wciąż odbite bladoczerwoną linią na nadgarstkach. Tej nocy, nie musieli się przejmować głupimi zasadami, nie musieli kryć się za układnością i balansować na granicy pragnień i powinności; nie musieli tłamsić żądzy, która z roku na rok rosła coraz bardziej, ani ukrywać, jak bardzo łaknęli autentyczności.
      I, co najważniejsze, w twarz nie mieli wycelowanych dziesiątek kamer, nad głową nie wisiał już kontrakt z klauzulą o zakazie randkowania, a za plecami nie ciążyła obecność menadżera sokolim wzrokiem obserwującego każde spotkanie, ważącego każde ich słowo.
      Han uśmiechał się, jego uśmiech w dziwny sposób znajomy w swoim specyficznym kształcie, a Haejin przyłapali się na tym, z jaką intensywnością wodzili wzrokiem po rysach jego twarzy.
      Po raz pierwszy od dekady było im wolno; i pokusa oplatała się wokół ich wnętrza coraz mocniej z każdą kolejną sekundą.
      — Faktycznie, szkoda twoich skarpet — powiedzieli, wzruszając ramionami, po czym opuścili nieco ton głosu do przyjemnego pomruku. — Ale nie wiem, czy bym się zamieniło. Podoba mi się to, co widzę, ale nie będę ukrywać, Han-ssi — wychylili się nieco do tyłu, opierając rękami o podest, ciało niemal instynktownie układając tak, by przytłumione światło żarówek jak najkorzystniej objęło ich sylwetkę — podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdybyś stracił jeszcze parę warstw.
      Młodszy Haejin byłby zbyt przerażony konsekwencjami, by coś takiego powiedzieć; wystraszony, że ktoś postronny mógł to usłyszać, rozpaczliwie bojący się odrzucenia. Ale Haejin wyzbyli się już tego strachu; i nawet jeśli ich zainteresowanie nie było odwzajemnione, pozwolenie sobie na tę chwilę frywolności sprawiło, że poczuli się trochę bardziej jak człowiek, mniej jak maszyna.

      Jeśli i tak kogoś zawiedziesz, równie dobrze możesz przynajmniej zrobić to po swojemu. W tym tkwiło całe sedno sprawy, prawda? Nikt nie był w stanie zadowolić wszystkich; po co pozwalać wszystkim oczekiwaniom, pretensjom i oskarżeniom gnieździć się i ropieć, powoli zatruwając umysł i ciało, kiedy można się było od tego wszystkiego odciąć i z wysoko podniesioną głową podążyć własną ścieżką?
      Gdyby Haejin mieli kieliszek, unieśliby go w toaście na słowa Hana; a że nie mieli, potaknęli jedynie.
      — Mhmm, a to, że przy okazji skandalizujesz przypadkowe babcie mijane na ulicy, to taka wisieńka na torcie.

      Haejin mieli zdecydowanie więcej pytań, niż tylko jedno; Han naprawdę nie wiedział, w co się pakuje.
      — To dobrze — odparli. — Bo mam całą listę pytań i lojalnie ostrzegam, niektóre z nich są naprawdę głupie.
      Stety lub niestety, Haejin należali do tych osób, które uwielbiały pytania pokroju viralowego: czy kochałbyś mnie, gdybym był dżdżownicą? Wiele osób zbywało takie pytania śmiechem lub otwarcie przyznawali, że nie mieli zamiaru brać udziału w tej dzieciniadzie, ale Haejin zawsze byli zdania, że nawet najgłupsze z pytań mogą ciekawe odpowiedzi, które dadzą im lepszy obraz rozmówcy. Już sama reakcja na nie sporo zdradzała.
      Mieli przeczucie (oby nie błędne), że Han ich nie zawiedzie swoją reakcją.

      Usuń
    2. Gdyby ktoś zapytał Haejina, jak odnajdywali się w świecie mody, odpowiedzieliby, że dobrze, że chyba się do tego nadają. Chodzenie po wybiegu nie przychodziło jeszcze z taką samą łatwością, jak występowanie na scenie, ale atmosfera pokazów mody całkowicie ich zauroczyły. Powoli oswajali się z tym światem, ale wciąż zdawali sobie sprawę z aspektów modelingu, nad którymi musieli popracować, by któregoś dnia móc dotrzymać kroku największym gwiazdom modelingu.
      Słowa Hana były miłe, nawet jeśli Haejin kompletnie się z nim nie zgadzali. Wciąż uśmiechnęli się:
      — Czy próbujesz przekupić mnie komplementami, żebym w przyszłości zapozowało do twoich projektów? — zapytali ze śmiechem. — Jeśli spodoba mi się twoje projekty, to kto wie, może zrobię wokół nich trochę szumu.
      W trakcie rozmowy w głowie pojawiło już się wyobrażenie, jak wyglądały projekty Hana; i Haejin ciekawi byli, jak blisko ich wyobrażeniom było do rzeczywistości.

      — Gotowy na kolejne pytanie? — Haejin wzięli głęboki wdech i spojrzeli na Hana w sposób, jakby od jego odpowiedzi zależało przetrwanie całego świata. — Twój ulubiony projekt, jaki kiedykolwiek uszyłeś: jakbyś miał go opisać jako zwierzę, jakie zwierzę by to było? — Umilkli na chwilę, mina zdecydowanie zbyt poważna jak na poziom dyskusji, i tylko ogniki w oczach zdradzały ich rozbawienie. — Ja wybrałobym lisa tybetańskiego: ponieważ są bardzo odporne na czynniki pogodowe, to świetni łowcy, i co najważniejsze, wyglądają tak, jakby ktoś starał się je narysować z pamięci i tak bardzo im nie wyszło, że wyglądają jak koty na średniowiecznych obrazach.
      Osobiście uważali, że był to niezwykle trafny opis ich ulubionej piosenki, która była też jednym z pierwszych dużych projektów, których się podjęli. I nie mogli ukryć, że byli bardzo ciekawi, w jaki sposób Han odpowie na pytanie.
      O ile odpowie.

      haejin

      Usuń
    3. Życie w Nowym Jorku okazało się dla niego dużo łaskawsze, niż śmiałby na początku przypuszczać. Przyniosło ze sobą jednak tyle samo pozytywnych zaskoczeń, jak i chwil, w których Han poddawał się pewnego rodzaju nostalgii, podważając wszystkie zasady, z którymi przyszło mu do tej pory dyskutować lub - co dużo rzadziej - zgadzać się. To było odkrycie, którego nie planował. Nie przyjechał przecież do Stanów po nową definicję samego siebie. Chciał jedynie popsuć kilka rzeczy i odetchnąć od świata, który od lat z uporem próbował wmówić mu, że wszystko, co kiedykolwiek osiągnął, należało tak naprawdę do kogoś innego. Każdy sukces miał rzekomo imię matki. Każde otwarte drzwi, wpływy ojca. Każda porażka natomiast, z niezrozumiałych powodów, pozostawała już wyłącznie jego własnością.

      Nowy Jork okazał się pod tym względem brutalnie szczery. Tutaj nikt nie zadawał pytań o to, czyja krew płynęła w jego żyłach. Znacznie częściej chciano wiedzieć, dlaczego szkicuje mankiety właśnie w taki sposób, skąd wziął pomysł na konkretną sukienkę, dlaczego uparcie wracał do tych samych faktur i dlaczego podczas rozmowy o ubraniach potrafił mówić z większym zaangażowaniem niż o czymkolwiek innym. Coraz częściej łapał się na tym, że ktoś zapamiętywał przypadkowe fakty o nim, złośliwe uwagi albo wyjątkowo irytującą skłonność do wchodzenia w dyskusję ze wszystkim, co choć odrobinę przypominało autorytet. Nie potrafił jeszcze przyjąć tej obserwacji bez cienia podejrzliwości. Wciąż instynktownie rozglądał się za haczykiem, ukrytym warunkiem, momentem, w którym ktoś uśmiechnąłby się szerzej i rzucił, niby to mimochodem: A tak właściwie... jesteś przypadkiem synem Han Nayeon? Ten moment jednak nie nadchodził, a Han, chcąc nie chcąc, coraz częściej musiał dopuszczać do siebie tę cichą możliwość, że być może po raz pierwszy od bardzo dawna ktoś naprawdę próbował poznać po prostu… jego.

      — To oczywista prowokacja — zaśmiał się, choć w pierwotnym założeniu naprawdę zamierzał udawać należytą powagę. Był to jednak plan z góry skazany na porażkę i Yoonjae porzucił go tak naprawdę w tej samej sekundzie, gdy zorientował się, że kąciki jego ust drgały zdradliwie, chcąc unieść się w szczerym, choć na pewno nieco zaczepnym uśmiechu. — A ja jestem jej w pełni świadomy. Tak dla twojej informacji.

      Prowokacje miały w sobie coś nieprzyzwoicie kuszącego. Yoonjae z zadziwiającą łatwością dawał się w nie wciągać, nawet jeśli doskonale rozumiał, że rozsądniejszym rozwiązaniem byłoby odwrócić się na pięcie i pozwolić sprawie umrzeć śmiercią naturalną. Nigdy jednak nie interesował go sam moment rzucenia wyzwania. To przychodziło każdemu bardzo łatwo. Znacznie większą wartość miało dla niego obserwowanie chwili, w której człowiek zaczynał orientować się, że własna zuchwałość kosztowała odrobinę więcej, niż początkowo zakładał. I gdy spotkał się właśnie z tą myślą, do głowy wpadł mu pomysł, z którego nie potrafił już zrezygnować. Nie zastanawiał się długo. Wystarczyło ledwie jedno uderzenie serca, by uniósł dłoń na wysokość obojczyków, gdzie do tej pory spoczywały splątane ze sobą, dwa dłuższe paski materiału, doszyte do satynowej koszuli i przypominające coś na wzór luźnej kokardy. Palce same odnalazły końcówkę jednego z nich. Yoonjae rzucił Hae konfrontacyjne spojrzenie i nie odwracając wzroku, pociągnął za pasek z leniwą, niedbałą swobodą, obserwując, jak starannie ułożone, kokardkowe wiązanie ustępuje bez najmniejszego oporu. Materiał rozsunął się, pozostawiając paski, swobodnie kołyszące się przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu, jak gdyby od początku właśnie tak miały wyglądać.

      — Trochę lepiej? — Han wzruszył lekko ramionami, rozsiadając się wygodniej. Postanowił posunąć się o krok dalej i sprawdzić, na ile mógł sobie jeszcze pozwolić. — To będzie powolna gra.
      Lubił patrzeć, jak z twarzy rozmówców powoli znikała pewność siebie. Jak kolejne zdania przestawały brzmieć równie lekko, a uśmiech, jeszcze przed chwilą bezczelny i swobodny, stawał się wyraźnie cięższy.

      Usuń
    4. Większość ludzi uwielbiała igrać z ogniem, dopóki płomienie nie sięgały wyżej niż do kostek. Później nagle okazywało się, że to wcale nie była zabawa, tylko coś, czego zwyczajnie nie potrafili już utrzymać pod kontrolą. — I spokojnie, nie próbuję przekupić cię komplementami, wystarczy, że zobaczysz projekty, decyzja przyjdzie sama. Prawdę mówiąc… nie mogę się już tego doczekać.

      Z łatwością potrafił wyobrazić sobie Hae w niemal każdym projekcie, który przewinął mu się przez głowę. Nie musiał niczego dopowiadać ani poprawiać w wyobraźni. Była to myśl zaskakująco śmiała. Han rzadko pozwalał sobie wyobrażać konkretne osoby w ubraniach, które dopiero miały powstać, bo wiedział, jak trudno było znaleźć człowieka zdolnego unieść projekt, zamiast dać się mu przytłoczyć. Każda sylwetka niosła ze sobą własny sposób poruszania się, własne przyzwyczajenia, a on od miesięcy doprowadzał się tym do granicy cierpliwości, przeskakując od jednego modela do drugiego tylko po to, by po kilku minutach dojść do wniosku, że żadne z nich nie było tym właściwym. Ostatecznie najczęściej zakładał ubrania na siebie albo pozwalał im wisieć na manekinach tygodniami.

      Wysłuchał kolejnego pytania w milczeniu, a jego brwi uniosły się odruchowo, zanim jeszcze zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Dopiero teraz dotarło do niego, jak osobliwie przyjemna była ta rozmowa; od wielu miesięcy nikt nie pytał go o rzeczy, które rzeczywiście zmuszały do zastanowienia, zamiast kończyć się na uprzejmych formułkach. Obiecał sobie w myślach, że zrobi wszystko, by to nie było ich ostatnie spotkanie.

      — Chihuahua — odpowiedział w końcu z rozbawieniem, unosząc kącik ust. Sam dźwięk tego słowa zabrzmiał absurdalnie w zestawieniu z płaszczem, który uważał za jedną ze swoich ulubionych prac. Nie potrafił opanować śmiechu, który na krótki moment przejął kontrolę nad słowami.

      Płaszcz, który Han przywołał w swojej pamięci, był całkowicie czarny, uszyty z lekkiego, lejącego materiału. Asymetryczny krój odbierał mu jakąkolwiek przewidywalność; jedna bok opadał niżej, drugi kończyła się wyżej, a całość sprawiała wrażenie kontrolowanego chaosu. Z daleka nie wyglądał szczególnie odkrywczo. Wręcz przeciwnie. Można było wzruszyć ramionami i uznać go za kolejny czarny płaszcz, jeden z wielu. Han wiedział jednak, że należało podejść bliżej. Dopiero wtedy materiał zaczynał zdradzać to, co przez pierwsze kilka sekund skrzętnie ukrywał. Setki drobnych koralików, wszywanych ręcznie przez ponad trzy tygodnie, rozlewały się po jednej stronie płaszcza nieregularnym wzorem, odbijając światło tak subtelnie, że trudno było dostrzec to od razu. Z każdą kolejną chwilą odsłaniały następne szczegóły, następne linie, kolejne ścieżki.

      — Te psy są przecież kompletnie absurdalne — parsknął cicho, kręcąc głową. — Wydaje im się, że są w stanie wygrać z absolutnie każdym. Jakby albo zapomniały, że ledwo odrosły od ziemi, albo zwyczajnie nikt nigdy nie powiedział im, że rozsądniej byłoby nie kłapać paszczą na psy trzy razy większe od siebie. Ujadają tak głośno. I w kółko.

      Na krótką chwilę zawiesił wzrok gdzieś przed sobą, wyraźnie rozbawiony własnym porównaniem.

      — Mają zasady głęboko w nosie. Nie obchodzą ich proporcje ani zdrowy rozsądek. Jeśli uznają, że powinny szczekać, to szczekają tak, jakby cały świat miał obowiązek traktować je śmiertelnie poważnie. Mój płaszcz jest dokładnie taki sam. — Han zdał sobie sprawę, że od dawna nie prowadził tak ożywionej rozmowy i świadomość ta okazała się nagle odrobinę przytłaczająca. Umilkł na moment i odruchowo, w nieco nerwowym geście, nawinął na palec luźny pasek przy swojej koszuli. — Ja też mam pytanie. Mogę go znać? Ten projekt, który mieliście na myśli, porównując go do tego magicznego lisa? Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak naprawdę wygląda, muszę to koniecznie sprawdzić w Google.

      yoonjae

      Usuń
    5. Haejin nie mogli ukryć, że w pierwszej chwili zwrócili uwagę na Hana przez to, że jego twarz wydawała się znajoma; i chociaż ciekawość nie zniknęła, zsunęła się na o wiele dalszy plan, zakopana pod milionem innych faktów i błądzących po głowie pytań. Jak mogliby skupić się na czymś tak powierzchownym, jak tożsamość rodziców Hana, kiedy mieli tyle ciekawszych, głębszych tematów do poruszenia? Jak bardzo powierzchowni sami musieliby być, by bardziej interesować się czyimiś koneksjami ponad osobę, z którą rozmawiali?
      Tak, kiedy Han uśmiechał się i śmiał, przez myśl Hae przemykało: gdzieś już widziałom ten uśmiech; ale była to myśl tak przelotna, że Haejin nawet jej nie rejestrowali.
      Chcieli poznać Hana: tego Hana, któremu w oczach pojawiały się gwiazdy, kiedy temat schodził na modę i jego projekty; tego Hana, który potrafił stawić się w imieniu osoby, której kompletnie nie znał; tego Hana, z którym Hae tak szybko odnalazł współny język—
      Tego Hana, który właśnie złapał za pasek materiału od koszuli i pociągnął, rozwiązując znajdującą się pod gardłem luźną kokardę, i ani na moment nie spuszczając przy tym wzroku z Hae.
      Ciepło rozlało im się po policzkach — nie spodziewali się takiej odpowiedzi na ich wyzwanie, nawet jeśli liczyli, że Han stanie im naprzeciw. To, co zadziałało na nich najmocniej, to nie był sam akt rozwiązania kokardy — chociaż skóra obojczyków Hana mieniła się kusząco w przydymionym świetle żarówek — a kontakt wzrokowy. Intensywny, pewny siebie, niemo pytający: jesteś pewien, że chcesz mnie dalej prowokować?
      Nie pozwolili zaskoczeniu zatrzymać ich na długo; i kiedy Han postawił kolejny krok, podążyli za nim, skracając dzielące ich ciała odległość. Dłoń sama powędrowała do jednego z rozwiązanych już pasków, przez chwilę podziwiając błysk satyny, po czym pozwolili materiałowi przepłynąć między palcami. Powoli unieśli wzrok, odnajdując spojrzenie Hana.
      — Mamy czas.
      Odsunęli się po tym nieznacznie, nie na tyle, by przerwać budujące się między nimi napięcie, ale na tyle, by dać Hanowi lepszy widok na to, co zaraz mieli zrobić.
      W końcu jeszcze nic z siebie nie ściągnęli tego wieczoru, prawda?
      Powoli złapali za zdobiące ich szyję naszyjniki, bawiąc się nimi przez moment.
      — Ale znowu mnie wyprzedzasz, Han-ah — powiedzieli, płynnie przechodząc na język nieformalny; nie mogli się powstrzymać, nie kiedy Han tak intrygująco reagował na prowokację. Spojrzeli na niego spod przymróżonych powiek. — Nie mogę na to pozwolić.
      Mogli zdjąć z siebie marynarkę, tak jak zrobił to wcześniej Han; to byłby najbardziej logiczny krok, ten najbardziej przewidywalny, a Haejin wcale nie lubili być przewidywalni. Palcami sięgneli w stronę guzików koszuli — dwa z nich były rozpięte, odkąd tylko pojawili się na imprezie, bo Haejin nie byliby sobą, gdyby nie pokazali chociaż ułamka skóry — i powoli, leniwie rozpięli pierwszy, drugi, kolejny, i jeszcze jeden, aż zatrzymali się tuż nad linią spodni. Materiał rozchylił się, odkrywając kolejne centymetry dekoltu, mostka, brzucha, oraz obnażając brzegi delikatnego, czarnego, koronkowego biustonosza.
      Niewielki podmuch wiatru wywołał gęsią skórkę, ale to wzrok Hana był odpowiedzialny za przyjemny dreszcz, który przeszedł im po plecach.

      Usuń
    6. Czy Han miał już pomysł, którymi projektami podzielić się z Hae, które najbardziej by do nich pasowały? Przez moment przemknęło im przez myśl, że może znaleźliby wśród jego kolekcji coś, co idealnie wpasowałoby się w ich pomysł na teledysk do nadchodzącego debiutu solowego—
      ale wychodzili myślami za bardzo w przyszłość.
      — Jesteś bardzo pewny siebie.
      Podobało im się to, to przekonanie, że wystarczy, by Haejin zobaczyli jego projekty, aby zapragnęli w nich zapozować. Pewność siebie była w ich oczach bardzo atrakcyjna; a pewność siebie w połączeniu ze zmysłem artystycznym? Haejin mieli swój typ i Han wręcz irytująco perfekcyjnie się w niego wpisywał.

      Chihuahua.
      Takiej odpowiedzi się nie spodziewali, i kiedy Han zaczął się śmiać, sami nie potrafili powstrzymać chichotu. Im dłużej słuchali, tym bardziej to porównanie miało sens; i z kolejnym chichotem pomyśleli, że wiele z cech, które Han wymieniał, dostrzegali w nim samym, zwłaszcza to olewanie zasad.
      — Och, to idealnie do ciebie pasuje — powiedzieli żartobliwym tonem. — Skoro jesteś pewien, że spodobają mi się twoje projekty, to pozwolisz mi go przymierzyć?

      Na wzmiankę o tym, że Han nie wiedział, jak wyglądały tybetańskie lisy, Haejin znowu pożałowali, że nie mieli przy sobie telefonu, bo wiele by dali, by zobaczyć jego reakcję, jak już je zobaczy.
      — Zapamiętam, żeby wysłać ci ich zdjęcie. Naprawdę cudowne zwierzęta.
      Na chwilę umilkli, zastanawiając się, jak dokładnie odpowiedzieć na pytanie o swój projekt.
      — Raczej nie? To jedna z pierwszych piosenek, które napisałom i wyprodukowałom samo od początku do końca, ale że nie pasowała do konceptu grupy, nigdy nie było okazji, by wypuścić ją oficjalnie. Ale mogę ci ją wysłać, jeśli jesteś ciekawy. Twoje projekty za moje, uczciwa wymiana.
      Haejin wiedzieli, że i tak mieli o wiele większy wkład w twórczość grupy niż przeciętny idol; wytwórnia pozwalała im brać udział w produkcji muzyki i pisaniu tekstów, w tworzeniu choreografii i konceptów na teledyski. Haejin znali tyle osób, których wytwórnie nie dopuszczały do słowa i którzy musieli siedzieć cicho i robić to, co im kazano; ale nawet kiedy byli w tej bardziej uprzywilejowanej pozycji, wciąż musieli wpasować się w wizję 10SION zaakceptowaną przez zarząd i producentów wykonawczych. Ich historia nie pasowała — nie w swojej najszczerszej, najprawdziwszej formie. To była prawda ciężka do przełknięcia, kiedy Haejin stali przed zarządem i musieli słuchać, że nie teraz, Haejin-ssi. Doceniamy twoją kreatywność i liczymy, że w przyszłości koncepcja artystyczna 10SION zmieni się na tyle, by opublikować tę piosenkę jako część płyty. Nie, jeszcze nie teraz, nie bierz tego do serca. Jesteś wartościowym członkiem tej wytwórni, czekamy na więcej projektów twojej ręki. Odmowa zawsze ukryta była za pięknymi, pustymi słowami; i z czasem przestała smakować jak żółć z żołądka i nieprzespane noce. Zamiast dać się stłamsić, Haejin znaleźli sposób, by obejść zasady: fragment utworu wrzucony w poście na twitterze, inny fragment lecący cicho w tle podczas live'a, na tyle dyskretny, by nie dać zarządowi powodu do interwencji, na tyle nieznaczący, by zbyć pytania fanów krótkim: to tylko coś, nad czym ostatnio pracuję.
      — Istnieje bardzo niewielka szansa, że mogłeś natknąć się gdzieś na fragmenty, bo zdarzało mi się wrzucać urywki na social media i podczas live'ów. Ale wątpię — Hae unieśli brew, a kąciki ich ust drgneły nieznacznie, kolejna prowokacja — chyba że skrycie jesteś moim największym fanem i tylko udajesz niewinnego?

      haejin

      Usuń
    7. Nie potrafił powstrzymać uśmiechu, który sam rozgościł się na jego twarzy, gdy usłyszał komentarz o pewności siebie. Han nie należał do osób, które z natury traktowały świat z należytą ostrożnością, ale prawdę mówiąc,utrzymanie łatki kogoś, kto zdawał się wychodzić naprzeciw każdemu z czekających na niego wyzwań, okazywało się niekiedy… wyjątkowo trudne. Yoonjae poświęcał na to stanowczo zbyt dużo energii i czasu, ale za każdym razem, gdy był bliski poddania się - pokazania wszystkim tej strony samego siebie, którą latami tak usilnie ukrywał - przewrotny los uśmiechał się do niego podstępnie, podsyłając okazje lub ludzi, którzy podsycali ten ledwo tlący się ogień. Czasem celowo, a czasem w pełni nieświadomie sprawiali, że nie rezygnował z niekończącej się pogoni za czymś, co błędnie uważał za… podstawę własnego bezpieczeństwa. Zupełnie tak jak teraz.

      — Jestem — zgodził się więc ze słowami Hae, nie zastanawiając się nad tym, dokąd miało ich to tak naprawdę zaprowadzić. Nie chciał się na tym skupiać. Nie chciał tracić na to czasu, bo wbrew temu, co przed chwilą padło, obawiał się, że wcale nie mieli go aż tak dużo. — Miło, że zauważliście. Naprawdę dobrze się składa…

      Yoonjae wszedł w tę relację z ostrożnością, która wydawała się naturalna, bo przecież wystarczył jeden nieostrożny gest, jedno spojrzenie trwające o sekundę dłużej, by wszystko, przed czym uciekł do Stanów, mogło ponownie znaleźć się na wyciągnięcie ręki. Tymczasem każda kolejna chwila spędzona z Hae przynosiła mu coraz więcej powodów, by przestać bać tego, co sam uznał za swoje największe przekleństwo. Znalazł z nimi wspólny język niemal naturalnie, jakby gdzieś pomiędzy kolejnymi słowami okazało się, że łączy ich znacznie więcej, niż początkowo przypuszczał, a jego ostrożność zaczęła z czasem wyglądać na zwyczajnie przesadzoną.
      Zabawne, że dokładnie ta myśl nawiedziła go w momencie, w którym postanowił podjąć się najbardziej ryzykownego i totalnie nieprzemyślanego wyzwania, którego konsekwencje mogły okazać się katastrofalne w skutkach.

      — Bo… mówiłem ci — ciągnął, podnosząc się niespiesznie z miejsca. — Nie lubię przegrywać. — Każdy jego ruch wydawał się przemyślany; wyważony w swojej prostocie i tempie, zupełnie tak, jakby Han podjął się właśnie odegrania jednej z najważniejszych ról, które dla siebie wywalczył. Stanął idealnie na wprost Hae i po kilku przedłużających się sekundach ciężkiego oczekiwania, wsunął palce pod delikatną zakładkę z materiału po lewej stronie, gdzie ukryto kilka niewielkich guzików. Koszula miała sporo niespodzianek… i była jednym z jego ulubionych projektów. — Ale nie lubię też, kiedy jest zbyt łatwo. — Odpiął pierwszy guzik. Potem drugi i trzeci, choć trwało to pewnie dłużej niż zajęłoby w innych, bardziej sprzyjających okolicznościach. Niezależnie od wszystkiego, Han nie zamierzał jednak narzekać. — Więc najważniejsze pytanie to: na ile jesteście gotowi?
      Yoonjae poczuł, że to wyzwanie może okazać się znacznie trudniejsze, niż chciał przed sobą przyznać. Od chwili, w której Hae rozpięli koszulę, coś w tej grze zaczęło przesuwać się niebezpiecznie daleko od ustalonego przez niego porządku, a przewaga, którą jeszcze chwilę wcześniej trzymał pewnie w dłoniach, powoli wymykała mu się spomiędzy palców. Czuł to aż nazbyt wyraźnie, w sposobie, w jaki nagle trudniej było mu przewidywać własne reakcje, w tym krótkim zawahaniu, którego za nic w świecie nie zamierzał pozwolić im dostrzec. Mógł tracić grunt pod nogami, ale z pewnością nie zamierzał jeszcze podnosić białej flagi. Uśmiechnął się więc tylko, spokojnie i niemal bezczelnie, jak gdyby cała sytuacja od początku układała się dokładnie po jego myśli, choć gdzieś pod tym pozornym spokojem coraz wyraźniej czuł, że tym razem to on będzie musiał naprawdę zawalczyć o każdy kolejny ruch.

      A potem zrobił coś, czego naprawdę nie miał w planie…

      Usuń
    8. Z na wpół rozpiętą koszulą, zbliżył się ponownie do murowanego podestu, na którym wcześniej siedzieli, upił szybki łyk z butelki i niewiele myśląc, wyprzedził wszelkie z obaw i ostatnich przejawów racjonalności o pół kroku. Wydawało się, że kolejny ruch był czymś zupełnie naturalnym, choć w rzeczywistości doskonale wiedział, że tym razem świadomie oddaje Hae odrobinę przestrzeni, którą dotąd tak uparcie próbował kontrolować. Znalazł się tuż przy ich nogach i, zamiast się zatrzymać, opadł na podest na kolana okrakiem, pozostawiając pomiędzy nimi a własnym ciężarem wyraźną przestrzeń. Nie dotknął ich, nie usiadł, a jednak sama bliskość wystarczała, by gest stał się znacznie bardziej prowokacyjny, niż można było się spodziewać. Przez chwilę patrzył na Hae nieco z góry z tym spokojnym, niemal bezczelnym uśmiechem, który miał sugerować, że wszystko zostało przez niego dokładnie przemyślane, choć prawda była taka, że sam chciał przede wszystkim sprawdzić, jak długo jeszcze Hae da radę udawać, że ten dystans wcale nie zaczął im przeszkadzać.

      — Projekt za projekt brzmi okej. I może rzeczywiście mógłbym pozwolić ci przymierzyć wszystko, co uszyłem, ale… — zastanawiał się na głos, wzruszając ramionami i powracając do powolnego rozpisania guzików. — To byłoby takie proste. Nudne. Nie wiem nawet, jak dokładnie wyglądasz.

      Han odruchowo przeczesał dłonią włosy, ani na moment nie odrywając od nich uważnego spojrzenia.
      — Złożyliśmy sobie tego wieczora sporo małych obietnic. — Gdy rozpiął ostatni z nich, przesunął dłonią po koszuli, pozwalając, by materiał rozsunął się nieznacznie. Przez chwilę bawił się jej brzegiem, jakby sam nie był jeszcze zdecydowany, czy rzeczywiście chciał posunąć się o kolejny krok, choć przecież doskonale wiedział, że w tej chwili właśnie takie zawahanie mogło okazać się najbardziej prowokujące. W końcu zamiast po prostu zsunąć z siebie koszulę, przesunął palcami wzdłuż krawędzi rozpiętej koszuli Hae, odnalazł jedno z pustych miejsc po guziku i wsunął w nie czubek palca, delikatnie przyciągając materiał ku sobie, jakby chciał sprawdzić, czy tym drobnym gestem zdoła odebrać im choć odrobinę tej pewności, którą tak uparcie próbowali zachować. — Liczę na to, że uda nam się dotrzymać słowa. Chcę zobaczyć te lisy. I ciebie, w moich ciuchach.

      Han zawsze miał słabość do rzeczy, które niosły ze sobą odrobinę ryzyka; przewidywalność szybko zaczynała go nużyć, a świadomość, że jeden niewłaściwy ruch może zmienić układ sił, potrafiła przyciągać go znacznie skuteczniej niż jakiekolwiek zapewnienie o bezpieczeństwie. Gra z Hae była pod tym względem wyjątkowo kusząca, bo im dłużej trwała, tym trudniej było mu powiedzieć, kto właściwie prowadzi, a kto jedynie udaje, że wciąż ma wszystko pod kontrolą. Było w nich coś, co nie pozwalało mu potraktować tego jak kolejnej bezmyślnej prowokacji; sama ich obecność potrafiła wzbudzić w nim ciekawość wystarczającą, by świadomie dokładał do ognia, choć doskonale wiedział, że prędzej czy później może poczuć jego ciepło na własnej skórze. I chyba właśnie dlatego ta gra fascynowała go równie mocno, co Haejin sami w sobie: nieprzewidywalni, odważni i zdecydowanie zbyt interesujący, by Han chciał tym razem rozsądnie się wycofać.

      — Daleko mi do niewinności, Haejinnie — odpowiedział jeszcze z uśmiechem na ostatnią z zaczepek, mocniej ciągnąc za materiał, który wciąż znajdował się między jego palcami. — Ale mogę z przyjemnością zasilić grono wiernych fanów.

      yoonjae

      Usuń
    9. Nawet w najśmielszych snach Haejin nie sądzili się, że ten wieczór potoczy się w taki sposób. Nie spodziewali się, że znajdą kogoś, kto wzbudzi w nich ciekawość na tyle, by kompletnie dali ponieść się emocjom i do diabła z przyzwoitością. Nie przypuszczali, że będą w stanie zapomnieć o wciąż dokuczających im, niechcianych już uczuciach. Nie myśleli, że pożądanie na nowo obudzi się w ich wnętrzu, krzycząc: więcej, więcej, więcej.
      Nie przewidzieli, że spotkają kogoś takiego, jak Han. Że spotkają kogoś, kto na wszystkie zaczepki i prowokacje odpowie takim samym ogniem. Jego pewność siebie, która jeszcze parę miesięcy temu przywołałaby myśli o kimś innym i o zauroczeniu, które nie miało prawa istnieć, teraz wywoływała jedynie przyjemne dreszcze. Haejin nie pamiętali, kiedy ostatnim razem ktoś patrzył na nich w taki sposób i był w tym całkowicie szczery; bez kamer porozstawianych po kątach, obserwujących każdy krok po to, by zadowolić rzesze fanów, czekających na więcej fanserwisu od swoich ulubieńców.

      Może to była sprawka tego alkoholu wymieszanego z narkotykami, a może to po prostu Han tak na nich działał — bo Haejin czuli, jakby pod skórę wlazły im mrówki, wywołujące mrowienie w palcach i nawołujące, by ruszyli się, zrobili coś teraz, już, zaraz, natychmiast. Siedzenie nieruchomo, udając niewzruszonych, nie było łatwe — ale chora potrzeba rywalizacji nie pozwalała im się ruszyć.
      Obserwowali więc: jak Han podniósł się powoli z miejsca, jak leniwie rozpinał guziki koszuli, których nawet wcześniej nie zauważyli.

      — Podejdź tu i się przekonaj — odparli bez wahania, niemal instynktownie wychodząc naprzeciw wyzwaniu. Po sekundzie jednak zaczepny blask w ich oczach zbladł nieznacznie, a ich głos nabrał nieco więcej powagi. — Jeśli zbliżymy się do jakichkolwiek moich granic, będziesz wiedział, spokojnie. — Po czym, nieco bardziej zadziornie, dodali — chociaż wątpię, by to się stało. Nie tak łatwo mnie złamać, Han-ah.
      Oparli się wygodniej na dłoniach i delikatnie odchylili głowę, unosząc brew prowokująco, tak jakby starali się powiedzieć: Pozwoliłobym ci, gdybyś chciał, Han-ah. Spróbuj mnie złamać. Zrób to.

      Haejin nie mieli zbyt wiele czasu, by nacieszyć się widokiem do połowy rozpiętej koszuli, kolejnych centymetrów skóry błyszczących w migoczącym świetle, tego bezczelnego uśmiechu — bo Han znów się poruszył. Mięśnie ich ramion napięły się nieznacznie, kiedy Han zrobił krok w ich kierunku; i kolejny; i jeszcze jeden; aż stanął tuż przed nimi i, nim umysł Haejina miał szansę nadążyć za planami Hana, on zsunął się na podest tak, jakby zamierzał usiąść na ich kolanach.
      Na sekundę, ich oddech ugrzęzł w gardle, a dłonie drgnęły zdradziecko, niemal odruchowo chcąc sięgnąć w stronę talii. Powietrze między nimi gęstniało z każdą sekundą i teraz, z zaledwie paroma centymetrami dzielącymi ich od siebie, zdawało się niemal parzyć. Han cały czas się uśmiechał i wyglądał przy tym irytująco atrakcyjnie; Haejin mieli ochotę zlizać mu ten uśmiech prosto z ust, ale powstrzymali się.
      Bo Han nie usiadł na ich kolanach, nie; ukląkł tak, by nawet najmniejszy kawałek ich skóry nie dotykał się. Te parę centymetrów przestrzeni, choć tak nieznaczne, były kolejnym wyzwaniem rzuconym w ich kierunku, i Haejin nie zamierzali złamać się jako pierwsi.
      Nawet jeśli chcieli przekroczyć dzielącą ich przestrzeń i przyciągnąć Hana do siebie; nawet kiedy potrzeba, by poczuć więcej, bliżej, mocniej paliła ich pod skórą; bo czy finał nie smakowałby o wiele słodziej, gdyby to właśnie Han poddał się jako pierwszy?
      Haejin mogli pokonać go w jego własnej grze; a przynajmniej zamierzali zrobić wszystko, by tak się stało.

      Usuń
    10. — Och? Uważasz, że przymierzanie ze mną ubrań byłoby nudne? Bo mam już parę pomysłów, jak ci to nieco… urozmaicić. — Droczenie się z Hanem przychodziło łatwo; zbyt łatwo. Może dlatego Hae postanowili powiedzieć coś, czego w normalnych okolicznościach raczej by nie powiedzieli. Płynące w ich krwi alkohol i speed pchały na usta słowa, które każdego innego dnia wydałyby się zbyt ryzykowne. — Czy może chcesz, żebym błagało? Hmm? Żebyś pozwolił mi przymierzyć swoje projekty? — Przygryźli wargę, kąciki ust unosząc się w uśmiechu. — Jeśli o to chodzi, to będziesz musiał się bardziej postarać. Nie robię tego dla byle kogo.
      Strzelali po omacku, starając się znaleźć coś, co wyprowadziłoby Hana z równowagi, co dałoby im przewagę; i nawet jeśli nie trafili, nie zamierzali przestać, póki nie znajdą słabego punktu.

      Ale Han wciąż ich nie dotykał — nawet kiedy jego dłonie zawędrowały do krawędzi koszuli Hae, palce zręcznie omijały skórę. Irytujące. Absolutnie irytujące i irytująco atrakcyjne.
      — Nie dawaj mi powodu, żeby go nie dotrzymać — odparli. Przestali siedzieć bezczynnie, i sami sięgnęli po koszulę Hana. Chcieli zsunąć mu ją z ramion: powoli, delektując się każdą sekundą, każdym nowo odkrytym centymetrem, ale wiedzieli, że wtedy przegraliby, i nie byliby w stanie powstrzymać się przed dotknięciem. A przecież obiecali sobie, że nie dadzą się łatwo złamać; dokładnie tak powiedzieli Hanowi. Musieli udowodnić, że nie kłamali.
      Było w tym coś niezwykle ekscytującego — w tej przepychance, w oczekiwaniu na moment, kiedy wszystkie tamy puszczą i emocje wezmą górę.

      Gdy Han przyznał, że z przyjemnością zasiliłby grono fanów, Haejin nie potrafili powstrzymać uśmiechu. Omietli Hana spojrzeniem, zatrzymując się na jego ustach o sekundę zbyt długo.
      — Wyglądałbyś tak pięknie stojąc pod sceną w blasku koncertowych świateł — wymruczeli, spoglądając na Hana spod przymrużonych powiek — krzyczący moje imię.
      Czy Han byłby głośny? Bezwstydny w swojej przyjemności, tak samo autentyczny i śmiały jak w swojej sztuce? Czy może cichy, składający się z przerywanych oddechów i w połowie urywanych jęków?
      Haejin pragnęli — nie, musieli — się dowiedzieć.

      Dłonie, które przed sekundą bawiły się z materiałem koszuli, w końcu zacisnęły się w okolicy kołnierzyka, i Haejin pociągnęli — na tyle, by przyciągnąć twarz Hana do swojej, cały czas uważając, by przypadkiem nie dotknąć skóry. Jeszcze nie teraz, jeszcze chwilę. Już prawie. Nie poprzestali na tym — tylko przybliżyli jeszcze bardziej, oddechem muskając usta, policzek, płatek ucha.
      — Han-ah — szepnęli, przygryzając wargę tylko po to, by nie ulec pokusie i nie pokonać ostatnich dzielących ich centymetrów, by nie złożyć pocałunku w zagłębieniu za uchem i przekonać się, jakie dźwięki mogliby wywabić z ust Hana. — Zastanawiałeś się, jak dokładnie wyglądam. Chcę ci pokazać, mogę? Proszę, Han-ah…

      haejin

      Usuń
    11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    13. Yoonjae lubił prowokacje. Lgnął do nich z naiwnością ćmy, która krążyła wokół lampy, zupełnie nieświadoma tego, że jasność, za którą tak uparcie podążała, mogła ją w końcu poparzyć. Każda taka okazja mamiła go równie skutecznie, a im mocniej czuł jej ciepło na skórze, tym trudniej było mu odsunąć się choćby o krok, nawet jeśli jakaś rozsądniejsza część niego doskonale wiedziała, że właśnie to powinien zrobić. Te drobne momenty zapomnienia, dawały mu przestrzeń, której tak długo nie miał prawa posiadać. Każde kolejne przekroczenie granic pozwalało mu sprawdzić, jak słodkie mogło być życie, gdy nie musiał pilnować własnych gestów, słów ani tego by to, czego tak naprawdę pragnął, ujrzało światło dzienne.

      Ciche pragnienia Hana w gruncie rzeczy nie były ani wyszukane, ani szczególnie trudne do spełnienia. Nie marzył o rzeczach, na które większość ludzi mogła patrzeć jedynie z bezpiecznej odległości. Chciał raczej poznać życie takim, jakie było dla całej reszty świata - grona szczęśliwców, którzy mogli wychodzić z domu bez zastanawiania się, co powiedzą o nich inni, popełniać głupstwa bez kalkulowania szkód i podejmować decyzje wyłącznie dlatego, że akurat mieli na nie ochotę. Chciał dotknąć tej zwyczajności, której przez lata mu odmawiano i przekonać się, czy rzeczywiście była tak kusząca, jak wydawała mu się zza krat własnej złotej klatki. Pod wszystkim, co robił kryło się coś tak rozpaczliwego. Zwykła potrzeba udowodnienia samemu sobie, że jego życie wreszcie należało do niego. Że mógł wybrać, gdzie pójdzie, z kim zostanie, czego spróbuje i jak daleko się posunie, by… poczuć. By zdobyć coś wartego zapamiętania; coś, za czym mógłby tęsknić w ciągu tych wszystkich samotnych nocy, gdy uparte koszmary i obawy, znów dochodziłyby do głosu, oplatając go ciasno cal po calu.

      — Chcę wiedzieć, jakie to urozmaicenia — starał się brzmieć pewnie. Na tyle, na ile było to możliwe, tkwiąc w pułapce oczu i bliskości człowieka tak niebezpiecznie fascynującego, że wydawało się to ocierać o granicę surrealizmu. W Hae było coś… czemu nie potrafił się sprzeciwiać. Coś, od czego wzrok uciekał tylko po to, by po sekundzie wrócić, jakby sam nie potrafił pogodzić się z ryzykiem, utracenia choćby kawałka tego pięknego obrazu. Han nadal się uśmiechał, nadal próbował brzmieć tak, jakby to on rozdawał karty, lecz gdzieś pod tym wszystkim coraz wyraźniej czuł własne serce, bijące zdecydowanie zbyt szybko jak na kogoś, kto rzekomo wciąż miał nad wszystkim pełną kontrolę. — Jestem ciekaw, czy dasz radę mnie zaskoczyć.

      Poddawał się. Powoli, ale nieprzerwanie, popadając coraz głębiej i głębiej w każde kolejne słowo i gest, z którym przyszło mu właśnie walczyć. Aż w końcu wystarczyło jedno zdanie, by coś w nim pękło. “Wyglądałbyś tak pięknie stojąc pod sceną w blasku koncertowych świateł…” Poczuł, jak ta myśl wślizguje mu się pod skórę i zostaje tam na dobre. To było zbyt bezpośrednie, zbyt bezczelne i zdecydowanie zbyt łatwe do wyobrażenia, a Han, ku własnemu niezadowoleniu, odkrył, że chyba właśnie tego potrzebował teraz najbardziej. Był gotów na to, by postradać zmysły. By zrezygnować ze zdrowego rozsądku na własne, niewymuszone życzenie. Nie było trudno wyobrazić sobie samego siebie, skąpanego w ciepłych, scenicznych barwach, ślizgających mu się swobodnie po twarzy. I ust gotowych na to, by wykrzyczeć to jedno imię, które od dłuższego czasu prosiło o to, by spłynąć mu otwarcie z języka. Krzyczałby głośno. I długo. Dokładnie tak, jakby tego chcieli.
      Jinnie, Jinnie, Jinnie… Cholera.

      — Yoonjae — jęknął nagle żałośnie, zupełnie niespodziewanie, zaskakując tym krokiem nawet samego siebie. — Mam na imię Yoonjae.

      Wymknęło mu się to z ust niemal bezwiednie, zanim rozsądek zdążył ponownie zacisnąć mu palce na gardle. Wiedziony doświadczeniem, Han mógłby przypuszczać, że poczuje niebawem nieodpartą potrzebę wycofania własnych słów, ale… znajomy lęk wcale nie nadszedł. Zamiast tego, poczuł coś zupełnie innego - nieprzyzwoitą, silną ciekawość.

      Usuń
    14. Chęć przekonania się, jak zabrzmi jego imię, gdy wypowiedzą je oni. Chciał po prostu usłyszeć swoje imię w tych konkretnych ustach i przekonać się, czy wypowiedziane w ten sposób nadal będzie tylko jego, czy też Hae zdoła nadać mu zupełnie nowe znaczenie. Czy wypowiedziane ich głosem będzie brzmiało równie dobrze, jak teraz brzmiało w jego własnej głowie, kiedy wyobrażał sobie tę kuszącą chwilę. Powiedz to, proszę, chociaż jeden raz.

      Kiedy ciepły oddech Haejina osiadł na jego skórze, Han poczuł, jak przez plecy przebiega mu krótki dreszcz, a nogi zaciskają się odruchowo, niemal bez udziału jego woli. Przez moment mocniej naparł nimi na uda Hae, jakby ciało samo odpowiedziało na tę bliskość, zanim rozsądek zdążył przypomnieć mu, że przecież wciąż próbował udawać, że nad sobą panuje. Przedłużające się chwile kontrolowanej bliskości, w której oboje uparcie odmawiali sobie wykonania tego jednego kroku, zaczynały przypominać Hanowi słodką torturę, tym gorszą, im dłużej trwała i im wyraźniej ciało zaczynało zdradzać to, czego sam wciąż próbował nie dopuszczać do głosu, a Han starał się nie mówić zbyt wiele, licząc na to, że milczenie tym razem okaże się skuteczniejsze niż wszystkie jego zaczepki. Pochylił się więc delikatnie nad rozpiętą koszulą Hae, posłusznie podążając za wcześniejszym pociągnięciem. Zatrzymał usta tuż nad odkrytą linią obojczyków oraz szyi, nie dotykając jej jeszcze, lecz pozwalając, by ciepły oddech osiadał na skórze Hae przy każdym kolejnym, powolnym ruchu. Przesuwał się ostrożnie i powoli, sobie tylko znaną ścieżką, bez wyraźnego celu. Było w tym coś przewrotnie łagodnego jak na Hana, gdy zamiast kolejnej prowokacji wybrał cierpliwość, świadomie przedłużając tę niewielką odległość, która nagle wydawała się znacznie bardziej znacząca niż sam dotyk.

      Tym razem w jego działaniu nie było już wyłącznie brawury. Była w nim obietnica kolejnych doświadczeń, które - jak chciał sobie życzyć - zostałyby z nimi na długo po zakończeniu tego nieoczekiwanego spotkania. Jak każdy z małych śladów, który mógłby odcisnąć na ciele Haejina, gdyby tylko dostał na to zgodę. Drobne, choć wyraźne świadectwo swojej obecności, które mogło osadzić się tam na najbliższe dni. Chciał, żeby tak było. Chciał, by każdy ślad pozostawiony dziś na ich skórze (zwłaszcza ten niewidoczny dla cudzych oczu), był dowodem na to, że należeli do niego. Że należeli do siebie nawzajem. Nawet jeśli tylko na ten wieczór. Że nie istniała, choćby jedynie chwilowo, żadna inna osoba, które pozwoliliby na to samo.

      Na reakcję nie musiał czekać długo… I prawdę mówiąc, jeśli miało go to teraz zniszczyć, był gotowy podjąć to ryzyko, bo… niech to szlag. Mógłby słuchać tych słodkich próśb do końca życia.

      — Haejin-ah — szepnął więc miękko, dobrowolnie topiąc się w tej zdradliwej bliskości. Wyczekał chwilę, po czym korzystając z pozycji, która już chyba jedynie fizycznie dawała mu jakąkolwiek przewagę, wypuścił z lekko rozchylonych ust słaby podmuch, na tyle delikatny, że dałoby się przypisać mu miano przypadku, ale jednocześnie wystarczająco silny, by poruszyć jeden z dłuższych, ciemnych kosmyków opierających się na uchu Hae. Tak bardzo chciał ich teraz dotknąć… — Och. Jednak prosisz, kochanie? Tak ślicznie? Myślałem, że nie robisz tego, dla byle kogo.

      Chciał ich w końcu złapać. Przyciągnąć do siebie i nie puszczać, nim nie byłoby to konieczne. Przechylił lekko głowę i spojrzał na nich intensywnie - oczami pełnymi czegoś, co trudno byłoby uznać za niewinne. Z przesadzoną powolnością przesunął dłońmi po materiale ich marynarki i zsunął ją wraz z koszulą, na razie nieznacznie, odsłaniając jedynie tyle ciała Hae, na ile pozwalała mu ich obecna pozycja.

      Usuń
    15. — To na co czekamy, hm? — Pochylił się tak, by ich usta znalazły się niebezpiecznie blisko siebie, przeciągając ten moment nieznośnie. Kiedy więc odezwał się ponownie, ich wargi otarły się o siebie zaledwie muśnięciem, które zamiast zaspokoić cokolwiek, pozostawiło po sobie irytujące, uporczywe łaskotanie. Han doskonale wiedział, co robił i właśnie dlatego nawet nie drgnął, pozwalając, by na jego ustach na moment znów pojawił się uśmiech.

      — No już, Jinnie — nalegał, wyciągając przed siebie dłoń i zawieszając czubki palców tuż nad policzkiem Hae. — Dasz radę. Obiecuję, że to już ostatni kroczek.

      yoonjae

      Usuń
  9. Garden Terrace Where apologies come to die.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Delektował się każdym, nawet najdrobniejszym dotykiem jej dłoni, tak jakby to był pierwszy i zarazem ostatni raz, a on potrzebował wyryć sobie te wrażenia w pamięci.
      Gdy poczuł, jak jej oddech muska płatek jego ucha, a wargi przesuwają się po skórze z motylą delikatnością, odchylił nieco głowę dając jej więcej dostępu do swojej szyi i grdyki, która raz za razem poruszała się pod cienką skórą. To wystarczyło, żeby wszystko w nim stanęło na krawędzi. Spędził rok na uczeniu ciała żeby nie brało, nie żądało. nie tonęło i było cierpliwe i nagle jedna dziewczyna kruszy całą powściągliwość, a on ma ochotę skoczyć w przepaść i nieznane czekające na samym dole.
      Jej pytanie spadło między nimi cicho, łamiąc się w połowie, jakby sama bała się wypowiedzieć je do końca.
      — Dlaczego przestałeś, Jack?
      Znów smakował własnego imienia na jej ustach, jak coś kruchego, co właśnie mu oddawał.
      Dłoń, którą trzymał na jej policzku, zacisnęła się mocniej. Palce wplotły się ponownie w miękkie włosy u nasady karku. przyciągając ją odrobinę bliżej, jakby bał się, że zaraz zniknie. Druga ręka, ta która do tej pory spoczywała na biodrze Claire, zaczęła się unosić. Powoli. Świadomie. Przesunęła się po boku jej ciała, po cienkim materiale czerwonej sukni, po linii talii, aż objął ją całą. Przyciągnął jej drobne ciało mocno do siebie, chowając je niemal w sobie. Czuł każdy jej oddech na swojej piersi. Czuł, jak jej uda rozchylają się jeszcze bardziej wokół jego bioder…
      Jego ciało zdradzało go całkowicie, twarde, gorące, wyraźnie dajace znać, że panowanie, które posiadał, gdy przyszli na taras, właśnie pęka pod jej dłońmi. Claire trzymała jego twarz, gładziła kciukami jego policzki i on… on tonął.
      Pocałował ją.
      Tym razem bez resztek ostrożności. Głęboko. Namiętnie, ale wciąż bez pośpiechu, który deptał mu po piętach. Z głodem, który przez rok trzymał pod kluczem i który teraz wreszcie dostał pozwolenie aby wyjść na światło dzienne. Chciał brać i oddawać jednocześnie. Całował ją tak, żeby poczuła wirowanie w głowie. Żeby przysłowiowe motylki w brzuchu zmieniły się w coś ostrzejszego, gorętszego. Żeby zapomniała, gdzie kończy się taras, a zaczyna on. Przycisnął się do niej mocniej, biodrami, całym ciałem, pozwalając jej poczuć dokładnie, co z nim robi.
      Kiedy w końcu oderwał się od jej ust, nie odsunął się. Wziął jej twarz w obie dłonie. Uniósł ją lekko ku górze, kciukami gładząc kości policzkowe.
      Oddychał ciężko, nierówno. Patrzył w jej oczy, dwa błękity, które odbijały mdłe światło lamp tarasowych. Jego własne spojrzenie było nieco zamglone, ale skupione na niej. Kciukami zahaczył o jej pełne wargi.
      — Nie masz pojęcia, co ze mną wyprawiasz, Claire. — przyznał i na moment przymknął powieki, zacisnął zęby. — Jeśli mi nie każesz, mogę nigdy nie przestać. — wymruczał ocierając skroń o czubek jej głowy, niczym lew przychodzący do swojej królowej.

      Jack who completely and utterly losing his mind

      Usuń
    2. Claire nie była do końca pewna, co dzieje się z jej własnym ciałem, bo między nimi znów zaczynało brakować miejsca na oddech, a rześki wiatr nie przynosił już żadnej ulgi, wywołując jedynie dreszcze, kiedy prześlizgiwał się wieczornym dotykiem po rozpalonej skórze. To jednak i tak miało się nijak do sposobu w jaki dotykał jej Howard, a przecież nie robił nic szczególnego. Poprowadził zaledwie dłoń w górę jej ciała, rysując palcami zwężenie talii, ale przez to jak intencjonalny był to gest, zaczęła drżeć bardziej, poddając mu się, gdy przyciągnął ją do siebie bliżej, powodując że jej wdech urwał się w połowie.
      Była niemal płynna w jego objęciach, oplatając go również ramionami, przez co dopasowała się do jego ciała tak, jakby tam właśnie było jej miejsce, choć sama w życiu nie pozwoliłaby sobie tak pomyśleć. Jakimś cudem myślała za to o tym, że nie może zostawić podkładu na tej absurdalnie drogiej marynarce, która kosztowała pewnie przynajmniej parę jej wypłat.
      A potem Jack ją pocałował i wszelkie myśli wyparowały, zdominowane przez przez jego smak, zapach i sposób w jaki jego usta owładnęły jej ustami, sprawiając że otwierała je dla niego intuicyjnie, chcąc go czuć jak najbliżej, tak blisko że świat znów zawiruje, a jej głowa zrobi się lekka jak po szampanie, którego przecież dzisiaj nie tknęła.
      Pocałunki były tak głębokie, tak grzeszne w naturze, że nie musiała prosić go o dostęp, wsuwając gorący język między jego rozchylone wargi z taką śmiałością i naturalnością, że gdyby była bardziej przytomna, zaskoczyłaby tym zapewne sama siebie.
      Nie była jednak przytomna, już nie, więc kiedy Jackson docisnął do niej biodra, z gardła wprost w jego usta wyrwał jej tym niemal obsceniczny jęk, bo znalazł się dokładnie tam, gdzie potrzebowała go podświadomie, zupełnie pierwotnie. Może niedokładnie tam, bo dzieliły ich wciąż ubrania, ale mimo to wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej prąd, a ciemność pod powiekami rozświetliły małe iskry. Jej plecy wygięły się w łuk, a dłoń opadła ciężko na jego bark, nie próbując go odepchnąć. Potrzebowała uziemienia.
      Przez sekundę nie oddychała, a potem jej biodra wyszły jego naprzeciw, kołysząc się powoli przy nim w odpowiedzi razem z drżącym wydechem puszczonym tuż przy jego wargach. Wtedy jednak Howard odsunął się od niej, co sprawiło że zupełnie zamarła, bo nagle spadła na nią obawa, że zrobiła coś źle.
      Dlatego kiedy spojrzał jej w oczy tym zamglonym spojrzeniem i powiedział, że mógłby nigdy nie przestać, ona znów zaśmiała się w głos, sama nie wiedziała dlaczego, prawdopodobnie uwalniała w ten sposób część napięcia oraz dziwnej euforii kipiącej pod skórą.
      — Och, Jack — westchnęła cicho, pieszczotliwie, bo przecież dał jej jasno do zrozumienia, że podoba mu się, kiedy wymawia jego imię; nie miała zresztą lepszego komentarza.
      Odchyliła zatem głowę, wykorzystując okazję by otrzeć się policzkiem o jego policzek w odpowiedzi na to jak do niej lgnął, bo lgnęła do niego tak samo. Niesiona chwilą i dziwnie narkotycznym stanem pochwyciła znów jego usta, a potem poprowadziła własne wzdłuż ostrej linii jego szczęki, by zaraz całować jego gardło i szyję w drodze do wgłębienia między obojczykami odsłoniętego przez kołnierzyk, wreszcie przesuwając językiem po jednej z wystających kości, a jego smak do pary z ciężkim zapachem sprawił, że ponownie zakręciło jej się w głowie.
      Przesuwając palcami wzdłuż jego kręgosłupa, pocałowała go znów, wolno, przenikliwie, brudno i chwyciwszy się wolną dłonią barierki, poderwała znów biodra, przesuwając nimi tuż przy jego biodrach.

      it’s the end of them

      Usuń
    3. Jack poczuł, jak jej usta schodzą niżej.
      Najpierw szczęka. Potem gardło. Delikatne, wilgotne pocałunki, które zostawiała na jego skórze, sprawiały, że powietrze w płucach stawało się coraz rzadsze. Kiedy jej język musnął wystający obojczyk, a biodra kołysały się powoli przeciwko niemu, hamulce, które trzymał mocno zaciągnięte, puściły z cichym wewnętrznym trzaskiem.
      Z gardła wyrwał mu się niski, ochrypły dźwięk, pomruk zmieszany z jękiem, którego nie był w stanie powstrzymać. Przez chwilę pozwalał jej badać. Pozwolił jej dłoniom wędrować po jego plecach, po kręgosłupie, po zmierzwionej koszuli. Oddychał ciężko, trzymając ją bez wcześniejszej, prawie bolesnej kontroli.
      Jego dłoń zaczęła wędrować niżej. Powoli, celowo, po materiale cienkiej sukienki, aż natrafiła na rozporek i na to, co było pod spodem. Nagą skórę. Gładką, ciepłą, miękką. Po raz pierwszy jego palce domknęły się na jej udzie bez żadnej tkaniny pomiędzy. Zacisnął je mocniej, badając fakturę, sunąc wyżej, w stronę miejsca, gdzie materiał jeszcze bardziej się rozchylał. Nie było w tym już ostrożności. Nie było powściągliwości. Tylko czysta potrzeba poznania jej.
      — Kurwa, Claire… — wyrwało mu się cicho, niemal bezgłośnie, jakby sam nył zaskoczony tym, żę w ogóle coś powiedział.
      Na moment jeszcze pozwolił sobie na ten kontakt. Na to, jak jej udo napina się pod jego dłonią, jak biodra kołyszą się trochę pewniej. Potem jednak odzyskał resztki panowania, nie po to, żeby się cofnąć, tylko po to, żeby przejąć stery.
      Pocałował ją w usta. Mocniej, głębiej. Ale nie został na nich. Jego wargi zsunęły się niżej, po szczęce, po szyi, po dołku między obojczykami, aż trafiły na dekolt. Całował skórę dokładnie tak nisko, jak pozwalała mu granica materiału, smakując, wdychając jej zapach, który teraz mieszał się z jego własnym. Jedną ręką wciąż trzymał ją stabilnie na barierce, drugą nadal miał na jej udzie, kciukiem rysując powolne, coraz śmielsze kręgi.
      A potem powoli, niemalże leniwie, opadł na jedno kolano między jej rozchylonymi udami. Ramię wciąż obejmowało jej biodro, żeby czuła się pewnie, żeby nie musiała martwić się, że spadnie.
      Wargi najpierw musnęły wewnętrzną stronę łydki. Potem kolano. Potem wyżej, po gładkiej skórze uda, dokładnie tam, gdzie przed chwilą wędrowały jego palce.Pocałunek był otwarty, wilgotny, powolny. Jackson nie myślał o sobie w tej chwili. Myślał tylko o tym, żeby zająć się nią. Żeby doprowadzić ją do tego miejsca, w którym ona sama przestanie wiedzieć, jak się zatrzymać. I nie odrywał od niej wzroku. Nawet kiedy jego usta szły dalej, nawet kiedy język pozostawiał za sobą wilgotną, chłodniejszą ścieżkę na wewnętrznej stronie jej uda, patrzył. Musiał patrzeć. Chciał widzieć wszystko. Każde drżenie powiek, każdy lekki skurcz w kąciku ust, każdy oddech, który urywał się jej w połowie.
      Język sunął powoli. Celowo. Bez pośpiechu. Rysował cienką, wilgotną linię coraz bliżej miejsca, gdzie skóra stawała się cieńsza, cieplejsza, bardziej wrażliwa. Kiedy dotarł do pachwiny, poczuł jak jej mięśnie napinają się pod jego dotykiem.
      Jack przycisnął otwarte usta do skóry tuż przy brzegu materiału jej majtek. Nie przekraczał jeszcze granicy. Tylko próbował. Oddychał. Pozwalał ciepłu jej ciała uderzać go w twarz.
      Złożył kolejny pocałunek dokładnie na bieliźnie. Czuł jak lekko drży, dlatego wciąż odmawiał pośpiechu, pozwalając sobie na chwilę po prostu nią oddychać.
      Znów uniósł wzrok.
      — Spójrz na mnie, Claire. — powiedział nisko, ochryple. Poczekał, aż jej zamglone, rozszerzone oczy znajdą jego. Dopiero kiedy ich spojrzenia się połączyły, kiedy zobaczył w jej błękitnych oczach tę samą, surową bezbronność, którą czuł pod dłońmi, pozwolił sobie na więcej.
      Kciuk wsunął się pod cienki brzeg materiału. Cierpliwie. Z intencją. Najpierw tylko skóra. Gładka. Gorąca. A potem nieco wyżej, dokładnie tam, gdzie była najczulsza. Dotknął. Lekko, zaledwie opuszką testując jej reakcje, czując jak sucho robi mu się w ustach, jak dreszcze osiadają w jego własnym podbrzuszu, szarpiąc i tak napiętymi mięśniami.

      completely lost himself, Jack

      Usuń
    4. Claire już nie analizowała, potrafiąc skupić się tylko na tym jak szumiało jej w głowie, a skóra mrowiła przyjemnie w potrzebie bycia dotkniętą. Jak ten uciążliwy gorąc, który rozlał się w jej wnętrzu już chwilę temu wzmaga się z każdym posunięciem bioder, a jej oddech się przez to chwieje, współgrając z jego oddechem.
      Nie zastanawiała się nad tym, w co się właściwie pakuje, bo po prostu tego nie wiedziała. Jack sprawił, że w tej chwili czuła się jakby dryfowała nad ziemią i chciała zatrzymać to uczucie, nie biorąc pod uwagę, że trzeba to będzie popchnąć ewentualnie w jakimś kierunku, jaki by nie był. Teraz czuła się dobrze, najlepiej i tylko teraz miało dla niej znaczenie.
      Spojrzała na niego, gdy rzucił tym przekleństwem, ale tym razem nie spięła się w obawie, bo jego głos był cichy zamiast ostry. Nie zdążyła nawet zastanowić się nad tym, co to oznacza, bo zaraz miała go znów przy sobie, głodnego i spragnionego kontaktu z jej ciałem, o czym przekonała się, gdy obcałowywał jej dekolt i szyję, które były już delikatnie zaczerwienione, nosząc pierwsze ślady potu lśniącego w sztucznym świetle.
      Wszystko dlatego, że po prostu ją całował, bo dopiero zaczynał jej dotykać tak, jak tego chciał. I tak jak ona tego chciała, ale jeszcze do końca nie zdawała sobie z tego sprawy, bo ciężar jego dłoni pod sukienką na ten moment ciągle ją stresował, nawet jeśli był to pozytywny stres. Oddychała szybciej, wdzięczna za to że ją trzyma, ale i tak ciągle sama wyciągała ku niemu ramiona, żeby przypadkiem nie odchylić się do tyłu, bo tylko na to miała ochotę. Rozluźnić wszystkie mięśnie i pozwolić sobie czuć mimo drżenia, które nie było już okazjonalne, a ciągłe od momentu kiedy wsunął palce pod jedwabny materiał rozporka.
      I wtedy zrobił coś, czego zupełnie się nie spodziewała — uklęknął między jej udami, tak po prostu, na tym cholernym tarasie, robiąc to z taką samą pewnością z jaką robił wszystko inne i Claire poczuła silne szarpnięcie podniecenia w podbrzuszu na ten widok, zdolna jedynie do wpatrywania się w niego jak cielę w malowane wrota, bo mimo że była z natury nieśmiała, to nie potrafiła mu się sprzeciwić, kiedy kazał jej na siebie patrzeć, trzymając jej spojrzenie w sidłach swojego.
      Nie potrafiłaby się od niego odwrócić nawet gdyby chciała. To był najpiękniejszy widok w jej życiu, choć musiała przełknąć żeby zwilżyć wysuszone nerwami na wiór gardło, które zaciskało się tym bardziej, im bliżej był miejsca które nie znało dotyku wykraczającego poza jej własny. Dobrze, że nie wiedziała, jak mocno w rzeczywistości trzyma się jego ramion — nawet nie włosów, bo nie przyszło jej do głowy że mogłaby go złapać za włosy — ani jak żałośnie czerwona na twarzy była, bo zrobiłoby jej się głupio za siebie, za te rumieńce, pierś falującą w rytm szybkich wdechów oraz rozchylone bez świadomości usta.
      Cóż, nigdy nie potrafiła być nonszalancka. A już na pewno nie z głową mężczyzny między udami. Czuła się przede wszystkim odsłonięta i bezbronna, ale Jack udowodnił jej że może jej zaufać, więc nie miała obaw, a przynajmniej nie pod jego adresem.
      Boże, czy to jej się śniło? To musiało jej się śnić. Znała go przecież tylko parę tygodni, poza tym nigdy by… Nie publicznie…
      Och—
      Chyba wyrwało jej się to na głos, kiedy poczuła jak muska kciukiem najgorętszy punkt jej ciała. To był niewielki kontakt, ale wystarczający do tego, żeby wstrząsnął nią silny, otrzeźwiający dreszcz. Niemal zamknęła przed nim pod jego wpływem nogi, bo nie otaczał jej już swoim ciałem jak tarczą przed całym światem, więc łatwo było uświadomić sobie, co naprawdę robią i że robią to na widoku. Na tarasie, gdzie każdy mógł przecież wejść w dowolnej chwili i ich tak zobaczyć. Przeraziło ją to tak samo, jak silna była reakcja na w zasadzie nieistniejący dotyk i fakt, że już teraz jej ekscytację mógł poczuć pod palcami bardzo… namacalnie.

      Usuń
    5. — Czekaj — wyrzuciła z siebie na wydechu, napierając na jego barki. — Chwilę, ja…
      Wystarczyło żeby ich oczy się spotkały po raz kolejny, a znowu się wyłączyła, czując jak wszystkie słowa wpadają jej z powrotem do gardła i tam giną. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby ją uspokoić, ale było też wystarczające, żeby ją głęboko zawstydzić.
      Nie wiedząc, co ma zrobić, zsunęła się z barierki przytrzymując się przy tym jego ramion i dobrze, że taras był drewniany, bo nie doceniła jak bardzo straciła połączenie z własnym ciałem. Jej nogi były tak rozdygotane i słabe, że na marmurze szpilki na pewno by się rozjechały.
      — Po prostu… — wyrzuciła z siebie wreszcie, zdobywając się na to, żeby wyciągnąć dłoń do twarzy Jacka, by lekko drżącym kciukiem pogładzić jego policzek na znak, że nie zrobił nic niewłaściwego ani tym bardziej wbrew niej. Drugą poprawiała już sukienkę. — Nie tutaj.
      Zwyczajnie spanikowała.

      CLAIRE self conscious as always

      Usuń
    6. Jackson nie odrywał od niej wzroku, kiedy kciukiem powoli, dalej z tą samą pieczołowitą ostrożnością, przesuwaj po jej najczulszym punkcie. Claire drżała wyraźnie nad nim. Słodko, intensywnie, aż wibracje przechodziły przez jego ramiona. Jej oddech urywał się w nierównym rytmie, uda napinały się wokół niego, a na twarzy przemykały reakcje tak surowe i pozbawione krępacji, z których czerpał satysfakcję.
      Upajał się tym. Każdym cichym westchnieniem, które próbowała przełknąć. Każdym drżeniem, każdym lekkim skurczem brwi, kiedy jego kciuk wracał w to samo miejsce, odrobinę pewniej, odrobinę wolniej. Reagowała na niego tak, jakby nikt nigdy wcześniej jej nie dotykał w ten sam sposób. Wrażliwa i pozbawiona jakiegokolwiek filtra. Podobało mu się to, jak delikatna i krucha jest w jego dłoniach. To sprawiało, żę jego własny głód i podniecenie szumiały mu w głowie, zamykając ich szczelnie w tej małej przestrzeni. Sam widok jej bezwstydnie rozchylonych warg, poruszających się bioder i wilgoci osiadającej na palcach, doprowadzał go na skraj wytrzymałości. Stawało się to dla niego coraz trudniejsze do zniesienia.
      Właśnie dlatego, kiedy usłyszał ciche, złamane czekaj... natychmiast się zatrzymał.
      Palce wycofały się spod cienkiego materiału z taką samą delikatnością, z jaką się tam znalazły. Jack uniósł wzrok, wciąż klęcząc między jej udami. Dostrzegł w jej oczach coś, czego nie mógł zignorować, nie tylko pożądanie, ale nagłą świadomość.
      Podciągnął się do pionu, gdy Claire zsunęła się z barierki. Przytrzymał ją, by mogła odzyskać równowagę na rozdygotanych nogach.
      Kiedy stanął, znów nad nią górował. Jego spojrzenie było roziskrzone, ciemniejsze od tego, co właśnie czuł, a czego ukryć już nie potrafił.
      Spędził rok będąc zupełnie samemu i teraz, ta czuła gorąca bliskość pozbawiała go rozsądku, podkręcała percepcję do granic możliwości. Był wrażliwy na każde jedno muśnięcie palca, na każdy jeden motyli pocałunek.
      Jack złapał ją za nadgarstek dłoni, którą wciąż miała przy jego policzku. Pochylił się nieco z łobuzerskim, lekko figlarnym uśmiechem. Wsunął kciuk między swoje usta, oblizując go powoli, nie odrywając wzroku od jej oczu. Jej smak, jej ciepło zagrały mu na języku i ścisnęły za gardło. Ale kiedy zobaczył cień paniki, jak szybko poprawia sukienkę… miękkość wróciła.
      Puścił jej dłoń tylko po to aby unieść swoje obie do jej twarzy. Odgarnął pasmo włosów, które przykleiło się do jej skroni, a potem pochylił się i złożył krótki, czuły pocałunek na czubku jej głowy. Wargi jeszcze raz musnęły jej usta, lekko, prawie nieobecnie, zanim splótł swoje palce z jej.
      — Najchętniej porwałbym cię stąd natychmiast. — przyznał nisko, ochryple, z lekkim, krzywym uśmiechem. — Ale jeszcze nie możemy zniknąć. Na szczęście… jesteśmy w hotelu. — Puścił jej oczko, krótko i figlarnie, nie chcąc by w jakimkolwiek stopniu czuła się teraz winna.
      Wyraz jego twarzy złagodniał. Kciuk przesunął się po jej dłoni, uspokajająco.
      — Claire… na pewno masz ochotę kontynuować? Czy wolisz, żebym przestał? — zapytał. Wolał się upewnić, nie chciał do niczego jej zmuszać… choć sam był zaskoczony jak bardzo mu na tym zależało.

      Jack

      Usuń
    7. Kiedy Jack ją przytrzymał, pozwoliła sobie się na nim oprzeć, nie próbując od niego odsuwać, bo do początku nie chodziło o to, żeby od niego albo przed nim uciec. Czuła się dobrze w jego ramionach, czuła się dobrze z nim, przy czym “dobrze” było zwykłym niedopowiedzeniem.
      Wbrew temu, co sądziła o niej Charlotte, Claire nie czekała na księcia z bajki, żeby zwolnić hamulce. Tak naprawdę nie czekała nawet na wielką miłość czy też na związek, nie oczekując wcale od Howarda wielkich deklaracji. Jedyne czego chciała, to żeby w tym kruchym momencie ktoś ją szanował i się nią zaopiekował, a on do tej pory robił to bezbłędnie, dając jej od początku poczucie, że to ona kontroluje całą sytuację. Dotykał jej z uwagą i bez pośpiechu, pozwalając nabrać przekonania, że jest facetem, któremu można oddać się w całości, bez strachu, bo cały ten moment jest skupiony wokół jej potrzeb, a nie jego i że wszystko będzie się działo w takim tempie, jakie ona wyznaczy. Że w każdej chwili może powiedzieć mu nie, a on ani nie uniesie się dumą, ani nie będzie jej próbował do tego przekonać, wywierając presję.
      I to było dokładnie to, czego szukała: poczucie bezpieczeństwa. Tylko tyle i aż tyle.
      Kiedy jednak sięgnął po jej dłoń, wsuwając jej kciuk między swoje usta, zbaraniała, wpatrując się w niego głupio. Nie powinno jej to tak zszokować, bo przecież przed chwilą eksplorowała go językiem, kołysząc dla niego biodrami, a on wsunął dłoń pod jej bieliznę, więc porównywalnie był to dość niewinny gest. Może po prostu nie doszła jeszcze do siebie po tej nagłej realizacji gdzie się znajdują, która siłą rzeczy trochę ostudziła jej zapał, dając dojść do głosu wątpliwościom i zakłopotaniu. Przełykając ślinę, pokręciła krótko głową i doceniła, kiedy zauważył to zawahanie, po raz kolejny utwierdzając ją w przekonaniu, że może mu zaufać. Lubiła to, jak trzymał jej twarz w dłoniach, jak odgarniał jej włosy, a nawet to, że jej usta nie były wcale pierwszym wyborem, kiedy chciał ją pocałować, bo to wszystko przypominało jej, że to co działo się między nimi sięgało trochę głębiej niż tylko skóra.
      Rozluźniła się więc, stojąc blisko przy jego piersi, czerpiąc z jego ciepła i wdychając jego zapach. Na tym etapie wiedziała już, że sam ten zapach zostanie z nią na dłużej, dlatego kiedy splótł ich palce razem nie oponowała, czując po raz kolejny ten niebezpieczny ścisk za mostkiem. Przymknąwszy na moment oczy, pozwoliła sobie go po prostu słuchać, bo ten niski, ochrypły ton brzmiał jakby miała go nie mieć nigdy dosyć. Mógłby mówić jej nim więcej, mógłby powiedzieć jej wszystko.
      Mógłby powiedzieć wszystko, a zapytał, czy tego chce. Czy ma przestać.
      Podejmując wreszcie decyzję, uchyliła powieki i patrząc na niego z dołu spod rzęs, uniosła ich splecione dłonie do swoich ust, przesuwając wargami po jego palcach, zamykając je na jego opuszkach, na każdym z osobna i po kolei, czując jak czerwieni się znów na policzkach, bo poczuła na nim siebie. Wysuwając nieznacznie język, pozwoliła sobie spróbować, zbierając wilgoć z jego skóry, przy czym czuła jak serce zaczyna znów dudnić jej w skroniach. Co ona najlepszego wyprawiała?
      — Porwałbyś mnie stąd? — podjęła cicho. — I co byś mi zrobił?

      CLAIRE 🫣

      Usuń
    8. Jack nie odrywał wzroku.
      Claire uniosła ich splecione dłonie i przycisnęła jego palce do swoich ust. Najpierw tylko wargi - miękkie, ciepłe, zamykające się na każdym opuszku osobno. Potem język. Delikatny. Nieśmiały. Prawie nieobecny, a jednak wystarczająco wyraźny, żeby Jack poczuł jak coś w jego brzuchu zaciska się w słodki, bolesny węzeł. Patrzył, jak zbiera wilgoć z jego skóry. Jak jej policzki nabierają tego różowego, zawstydzonego koloru, którego nie potrafiła ukryć. Jak rzęsy drżą, kiedy na moment zamyka oczu, smakując siebie na nim.
      Przełknął ślinę. Głośno. Ciężko. Z trudem, jakby gardło nagle stało się za wąskie.
      Claire stała przy jego piersi, całowała jego palce i wyglądała przy tym tak nieprawdopodobnie krucho, tak absolutnie niepasująco do wszystkiego, co do tej pory znał, że przez moment nie potrafił znaleźć w sobie ani jednego sensownego słowa. Rok odwyku nauczył go panować nad ciałem. Nauczył go oddzielać głód od potrzeby. Ale nikt, absolutnie nikt, nie przygotował go na to, że dziewczyna, która jeszcze kilka minut temu drżała od pocałunku w dłoń, będzie teraz stała w jego ramionach, liżąc jego palce z taką cichą, zawstydzoną uważnością.
      Jej pytanie spadło między nimi miękko, prawie szeptem, a on poczuł, jak każde słowo układa się u pod skórą.
      Jackson zamknął oczy. Odetchnął przez nos, powoli, jakby próbował zebrać w sobie resztki rozsądku, które Claire właśnie systematycznie rozmontowywała. Kiedy je otworzył, jego spojrzenie było ciemniejsze, ale wciąż uważne. Kciuk, który przed chwilą ona całowała, teraz delikatnie musnął jej dolną wargę, raz, drugi, jakby nie mógł się powstrzymać od tego małego, prawie nieświadomego gestu.
      — Porwałbym — przyznał cicho, głosem, który brzmiał, jakby ktoś zeszlifował go papierem ściernym — Bez sekundy wahania. Zabrałbym cię stąd i… — Urwał. Przesunął kciuk po jej wargach jeszcze raz, wolniej, czując jak lekko drży pod jego dotykiem. — I zajmowałbym się tobą tak długo, aż przestałabyś myśleć o tarasie, o ludziach, o wszystkim co nie jest nami, do momentu aż kazałbyś mi przestać.
      Uśmiechnął się prawie nieobecnie, i uniósł ich splecione dłonie, żeby złożyć krótki, suchy pocałunek na jej kostkach. Zapach jej skóry - czysty, lekko słodkawy, wymieszany z wieczornym powietrzem i jego własnymi perfumami - uderzył go zwnowu, mocniej niż powinien.
      — Na razie jednak… — odetchnął, jakby sam siebie musiał przekonać — musimy zejść po kartę do recepcji. — stwierdził nie odrywając od niej spojrzenia.

      Jack 🖤

      Usuń
    9. Jak na ich krótki staż znajomości, to mieli między sobą szalenie dużo intymności i zaufania. Gdyby ktoś powiedział jej jakiś czas temu, że będzie chciała oddać to co trzymała przy sobie tak długo komuś, kogo spotkała zaledwie parę razy w życiu, wzdrygnęłaby się na samą myśl, nie potrafiąc sobie nawet tego wyobrazić.
      Tymczasem była tu, pozwalając mu na to wszystko, na to żeby ją całował, obejmował, dotykał jak nikt nigdy i nie chciała się wcale na tym zatrzymać, bo to co do niej mówił sprawiało, że chciała żeby nie tylko mówił, ale obrócił swoje słowa w czyn.
      Jej usta rozciągnęły się więc w delikatny uśmiech pod jego kciukiem, mrowiąc przyjemnie, bo po raz kolejny przekonał ją, że podjęła dobrą decyzję. Nie powiedział nic wulgarnego, nic egoistycznego, był znów po prostu szczery, przede wszystkim jej się oferując. Siebie i to, że zatrzyma kołowrotek myśli w jej głowie, czego bardzo teraz potrzebowała.
      Kiedy więc ucałował jej knykcie, wywołując znajome motyle, wspięła się na palce i musnęła kącik jego ust.
      — Zakładasz, że każę Ci przestać — wymamrotała przy jego wargach, zostając blisko ale nie pozwalając mu się faktycznie pocałować, jeśli próbował jej się do niech nachylić i odwzajemnić pieszczotę. — A bierzesz pod uwagę scenariusz, w którym proszę, żebyś nie przestawał?
      Nie dając mu jednak czasu na reakcję, odstąpiła od niego na krok i nie puszczając jego dłoni zachęciła go, by ruszyli w stronę wyjścia.
      — Chodźmy.

      CLAIRE

      Usuń
  10. Elevator Thirty seconds. Plenty of time for bad choices.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zwracała uwagi na to, dokąd niosą ją stopy. Nie miało to tak naprawdę znaczenia, bo żaden z korytarzy nie prowadził do wyjścia – o ile nie pozwoliła na to organizatorka. Dla Ari liczyło się tylko jedno: znaleźć się jak najdalej od wszystkiego, co przypominało jej, dlaczego opuściła Nowy Jork i nigdy nie chciała tu wracać. Wsłuchiwała się w rytm, jaki jej wysokie obcasy wystukiwały na posadzce, drobne dłonie zacisnęła w pięści, by choć trochę kontrolować ich drżenie i zatrzymała się dopiero, gdy na końcu korytarza nie było niczego oprócz windy. Ta otworzyła się z charakterystycznym dźwiękiem, który odbił się echem od pustych ścian, a ona weszła do środka i ze zrezygnowaniem oparła się o lustrzane wnętrze, czekając, aż drzwi zamkną się, oferując spokój chociaż na kilka sekund.

      sad Ari

      Usuń
    2. W ostatniej chwili dobiegł do windy i wcisnął but pomiędzy domykające się drzwi. Te momentalnie rozchyliły się, a jego oczom ukazał się widok, który jednocześnie rozpuszczał jego serce, napawał trwogą i podjudzał wciąż palący się w nim ogień wściekłości. Nie wiedział już, co chciał jej powiedzieć, na co mógł sobie pozwolić i po co w ogóle starał się zrobić cokolwiek. To przecież nie miało tak wyglądać… Miał o niej zapomnieć. Mieli ewentualnie porozmawiać, cicho i w spokojnym miejscu, wyjaśnić sobie wszystko, naprawić. Bez gier, bez kłamstw, tym razem zrobić to tak, jak powinni za pierwszym razem.
      A potem wszystko pokomplikowało się w tym samym stylu.
      — Dlaczego płaczesz? — zapytał, podchodząc do niej jednak bez najmniejszego zawahania. — Nie musisz ze mną rozmawiać, ale odpowiedz mi tylko na to jedno pytanie, Ari. Dlaczego płaczesz?
      Bo tylko tyle potrzebował wiedzieć, by nie pozwolić w pełni zgasnąć nadziei, którą nosił w sobie przez cały ten czas, przez wszystkie te lata, które dzieliły go od chwili, gdy Ari była jego. Potrzebował usłyszeć na głos potwierdzenie tego, co poczuł, gdy tylko dostrzegł na sali łzy napływające do jej oczu.

      lost boy, Minsoo

      Usuń
  11. Swimming Pool Let's go skinny dipping!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozostawili za sobą dwie, puste szklanki, a Namgi po szybkim rzuceniu okiem na salę i dojściu do wniosku, że uwaga Minho – czystym fartem – nie była właśnie zwrócona w ich stronę, również opuścił swoje miejsce.
      Wzrok z kolei tkwił już nieprzerwanie w Danielle. W jej małym uśmiechu, który błądził po jej twarzy, za każdym razem ujawniając się nieco bardziej, a Jung egoistycznie obrastał w piórka, gdy był jego powodem.
      Z kilkoma smakowymi shotami rozstawionymi na drobnej tacy prześlizgnął się w krok za Song, spuszczając wzrok tylko w chwilach, kiedy obawiał się, że wymijanie gości skończy się rozlaniem niesionego alkoholu. Nie pilnował z kolei tego, gdzie i czy dobrze ich prowadzi. Ślepo wierzył w to, że wie, dokąd idzie, kiedy jej krok nawet na moment się nie zawahał, a głowa ochoczo rozglądała się po okolicy, aby odnaleźć jakikolwiek znak świadczący o zbliżającym się basenie.
      Opuszczenie głównej sali pozwoliło mu na głębszy oddech, bo w końcu nie czuł na sobie ciężaru panującego tam chaosu. Ciężaru spojrzenia Minho, które raz po raz na nim lądował, a wbijane w niego sztylety równie dobrze mogłyby mieć formę fizyczną z tym, jak się w niego wwiercały.
      Wraz z opuszczeniem głównej sali, wszystko jakby nagle się wyciszyło. Cały hałas, ale i jego własne myśli, wcześniej kompletnie porozrzucane i rozdarte. Teraz odnajdujące dla siebie miejsce w tej gorzko-słodkiej świadomości, że może i mógł to być pierwszy oraz ostatni raz, kiedy się widzą, ale i to wystarczyło. Bo mógł ją zobaczyć. Mógł słyszeć uśmiech w głosie, kiedy nie opuszczał jej buzi w trakcie mówienia. Mógł ulec urokowi jak na nowo, odkładając poczucie winy na bok, mimo dziury, jaką w nim wygryzało
      — Mam nadzieję, że Minho nie ma jakiegoś radaru na Ciebie — zażartował niewinnie, wypuszczając z ulgą powietrze, odstawił ostrożnie małą tackę na ziemi, niedaleko brzegu basenu — Bo inaczej to nici z naszego chowania się — dodał, z dłonią wyciągniętą w kierunku brunetki, oferując z uśmiechem jednego z shotów, w planach mając sięgnięcie po swój własny.
      — A chciałbym usłyszeć jak najwięcej o tym, co u Ciebie. Opowiadaj wszystko — przyciszony ton nie był potrzebny, ale mimowolny. Jakby podniesienie głosu mogło przebić bańkę, do której mogli właśnie powrócić — I jeszcze powiedzieć — mimo że już raz to zrobił tego wieczoru, ale teraz mógł bez wstydu połączyć to z utrzymanym kontaktem wzrokowym i pełną szczerością w głosie — że ślicznie wyglądasz. Jak zwykle.

      Namgi

      Usuń
    2. Komplement, którym ją raczył był prosty, subtelny, ale i tak wywołał rumieńce na jej policzkach. Speszył ją na tyle mocno, by na moment odwórciła spojrzenie i przygryzła wargę aby uspokoić oddech.
      — Dziękuję.
      Przyjęła od niego kieliszek bez zastanowienia, chociaż przy przekazaniu szkła ich palce zetknęły się na krótką chwilę. Zwyczajny przypadek, nic, czego nie dałoby się zignorować, a jednak cofnęła dłoń odrobinę zbyt szybko, jakby dopiero po fakcie zorientowała się, że ten drobny kontakt zrobił na niej większe wrażenie, niż powinien.
      Spojrzała na niego znad kieliszka.
      — Za spotkanie?
      Nie czekała jednak długo na odpowiedź. Stuknęła szkłem o jego, ledwie muskając brzeg, po czym wychyliła zawartość jednym haustem. Skrzywiła się, marszcząc na moment nos, kiedy alkohol zapiekł ją w język i gardło, a chwilę później rozlał się gorącem gdzieś pod mostkiem.
      Zaśmiała się cicho, jeszcze przez moment czując ten drażniący posmak, i odstawiła pusty kieliszek. Dopiero wtedy zerknęła na niego ponownie. Właściwie przez całą tę chwilę pilnowała się, żeby nie robić tego za często, ale im dłużej siedzieli obok siebie, tym bardziej zaczynało się to robić absurdalne. Bo znała tę twarz. Znała sposób, w jaki unosił jeden kącik ust, kiedy coś go bawiło, i tę charakterystyczną zmianę w spojrzeniu, kiedy przestawał żartować, nawet jeśli uśmiech jeszcze przez chwilę zostawał na miejscu. Przez kilka miesięcy zdążył sobie wmówić, że pamięta go trochę inaczej. Mniej dokładnie.
      Najwyraźniej nie.
      — Raczej nie ma — odpowiedziała, odruchowo oglądając się za siebie w stronę przeszklonych drzwi prowadzących do środka. — Gdyby miał, już by tu stał.
      Prawie widziała tą scenę przed oczami i parsknęła pod nosem.
      — Albo siedziałby między nami.
      To akurat wcale nie było takie nierealne.
      Kiedy zapytał co u niej, pierwsza odpowiedź, która przyszła jej do głowy, była banalnym dobrze. Miała ją już niemal na końcu języka. Krótką, wygodną i wystarczająco pojemną, żeby zmieścić w niej ostatnie miesiące bez konieczności zaglądania do środka.
      Tyle, że przed nim zabrzmiałaby idiotycznie.
      Przesunęła więc wzrok na basen. Światła rozlewały się po wodzie długimi. nieregularnymi smugami, poruszającymi się przy najmniejszym drgnieniu tafli.
      — Jest… spokojniej — zaczęła po chwili i sama uśmiechnęła się pod nosem na to dość ostrożne określenie. — Chyba tak bym to nazwała.
      Nie było idealnie. Nawet nie próbowała udawać przed sobą, że jest. Po powrocie ojciec praktycznie nie spuszczał jej z oczu, Minho doprowadzał opiekuńczość do poziomu dyscypliny olimpijskiej, a terapia nadal potrafiła rozgrzebać w niej rzeczy, o których istnieniu najchętniej by zapomniała. Zdarzały się dni naprawdę dobre i takie, podczas których cały sukces polegał na tym, że docierała do wieczora bez zrobienia czegokolwiek, czego następnego ranka musiałaby żałować.
      Tego jednak nie zamierzała teraz rozkładać przed nim na części pierwsze.
      — Nadal chodzę na terapię. — Wzruszyła lekko ramieniem, przesuwając opuszką palca po wilgotnym śladzie, który kieliszek zostawił na jej dłoni. — I wróciłam na uczelnię.
      Zawahała się lekko.
      — Do baletu też.
      Tym razem jej uśmiech był mniejszy.
      Powrót okazał się znacznie trudniejszy, niż zakładała. Naiwnie sądziła, że ciało przypomni sobie wszystko za nią; że wystarczy stanąć przy drążku, zacisnąć palce na drewnie i pozwolić mięśniom zrobić to, co robiły tysiące razy wcześniej. Pamiętały. Oczywiście, że pamiętały. Problem leżał gdzie indziej. Ona nie zawsze pamiętała, dlaczego kiedyś tak bardzo to kochała.

      Usuń
    3. — Z tym akurat bywa różnie — przyznała. — Czasami wchodzę na salę i przez dwie godziny jest dobrze, jak dawniej. A czasami patrzę na siebie w lustrze i zastanawiam się, co ja właściwie tam robię. — Powiedziała to lekko, bez dramatyzmu, bardziej ze zmęczonym rozbawieniem niż żalem. Po chwili podciągnęła nieco materiał sukienki i pochyliła się, żeby rozpiąć pasek jednej szpilki.
      — Za to dzieciaki są świetne.
      Drugi but wylądował obok pierwszego.
      — Kompletnie bezlitosne, ale świetne. Ostatnio jedna sześciolatka powiedziała mi, że wyglądam staro, kiedy spinam włosy. Wyobrażasz sobie to?
      Pokręciła głową z miną, jakby nadal się nie otrząsnęła po tej zniewadze.
      — Więc gdybyś się zastanawiał, moje życie zawodowe rozwija się fantastycznie. — Tym razem zaśmiała się naprawdę.
      Przysunęła się do samego brzegu basenu, usiadła i ostrożnie zanurzyła stopy w wodzie. Chłód natychmiast przeszedł po skórze, aż lekko wciągnęła powietrze i odruchowo napięła palce.
      — Cholera.
      Mimo to nie wyjęła nóg. Po kilku sekundach temperatury przestała przeszkadzać, a nawet zaczęła być przyjemna. Poruszyła stopą pod powierzchnią i obserwowała, jak niewielkie fale rozbijają odbicia świateł.
      Dopiero po chwili znów spojrzała na niego.
      — Chyba takie rzeczy najbardziej pomagają. — stwierdziła już spokojniej. — Zajęcia, uczelnia, dzieciaki… nie mam czasu siedzieć we własnej głowie.
      To było bliższe prawdy niż wszystko, co powiedziała wcześniej, dlatego przez moment nie próbowała niczego dodawać.
      Mogłaby powiedzieć mu o gorszych dniach. O tym, że czasem nadal zdarzało jej się tęsknić za czymś, za czym rozsądny człowiek nie powinien tęsknić ani przez sekundę. O własnym umyśle, który miał irytujący zwyczaj pamiętania przyjemności znacznie wyraźniej niż ceny, jaką za nią zapłaciła. O tym, że powrót do normalności wcale nie przypominał marszu po prostej drodze, tylko raczej ciągłe sprawdzanie, czy grunt pod stopami nadal tam jest.
      Ale nie chciała. nie tutaj. Nie dzisiaj. Nie kiedy po tylu miesiącach siedział obok niej i po raz pierwszy od dawna nie czuła potrzeby natychmiastowego znalezienia wyjścia z sytuacji. Chciała się nim nacieszyć.
      — Mam dobre dni — dodała po chwili. — Coraz częściej. — Kącik jej ust drgnął. — Te beznadziejne też mam, żeby nie było zbyt pięknie, ale radzę sobie.
      Przez chwilę poruszała nogami pod wodą, pozwalając ciszy swobodnie osiąść między nimi. Nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie.
      A czy nie powinna odczuwać dystansu?
      Minęło wystarczająco dużo czasu, wydarzyło się wystarczająco wiele, żeby stał się dla niech choć trochę obcy. Żeby musieli ostrożnie szukać tematów, sprawdzać, na co mogą sobie pozwolić, omijać miejsca, które kiedyś znali na pamięć… A tymczasem wystarczył jeden kieliszek, kilka zdań i parę minut, żeby Danielle złapała się na tym, że wcale nie czuła jakby mieli przerwę, czy zaczynali od nowa. Czuła jakby po prostu wrócili do rozmowy, którą ktoś im przerwał.
      — A co u ciebie, poza globalnym sukcesem? — zapytała miękko, wpatrując się w niego z delikatnym uśmiechem i mgiełką na oczach, którą zostawił tam wypity alkohol.

      Dani

      Usuń
    4. — Za spotkanie.
      Ciche stuknięcie brzmiało o wiele głośniej, kiedy towarzyszył mu jedynie szum ze sprzętu basenowego, a dwójka gości zamilkła, będąc zajętymi zerowaniem niewielkich kieliszków. Smak jak zwykle zostawiał wiele do życzenia, ale Jung i tak pozwalał sobie na pełne skorzystanie z przyjemności, jaką podszyty był ten gest; ze wspomnień, jakie ze sobą niósł, mimo że minęło od nich już tyle czasu. I sam efekt alkoholu, stopniowo dolewanego do organizmu, niósł ze sobą coraz więcej rozluźnienia. Możliwość spoglądania na Song bez wyczuwalnych wyrzutów, a jedynie z chęcią zapamiętania jej teraz jak najlepiej. Choć jej obraz w jego pamięci zawsze był niemal idealny
      — Dostałbym chyba zawału, gdyby się tutaj pojawił tak szybko — przyznał półżartem, choć myśl o nagłej obecności Minho faktycznie wzbudzała w nim nieprzyjemny dreszcz. Co dalej niosło ze sobą nutę goryczy, bo liczył, że się dogadają. Tak jak z ojcem Danielle, którego po raz ostatni widział wtedy, w szpitalu, zawdzięczając mu zapewne swoje nowe życie.
      Chciał dogadywać się z ważnymi dla niej ludźmi. Z jej matką, która zapewne non-stop patrzyła na niego z góry i obrzydzeniem. Z jej ojcem, na widok którego pociły mu się całe dłonie, a plecy same z siebie prostowały, aby wywołać jak najlepsze wrażenie. I z Minho, który sprawiał wrażenie przepełnionego zawiścią na jego widok, choć kiedyś Jung miał wrażenie (naiwnie liczył), że dadzą radę nawiązać jakkolwiek pozytywny kontakt.
      A teraz musieli siedzieć w tajemnicy przed cudzymi oczami, jeśli chciał chociażby chwilę móc z nią porozmawiać, bez presji i kującej sztuczności, która kiedyś byłaby dla niego największym absurdem.
      Z opartymi dłońmi za plecami, kiedy zajął dla siebie miejsce na podłodze, jego wzrok automatycznie powędrował prosto do Danielle. Śledził jej spojrzenie, skierowane prosto na basen, choć jeszcze chwilę wcześniej czuł go na sobie, a nie miał odwagi odwzajemnić. Słuchał przy okazji słów, brzmiących zdradliwie lekko, ale ich prawdziwa waga przebijała się z łatwością na samą powierzchnię
      — Spokojnie to dobrze — przyznał cicho, nie chcąc jej przerywać, a jedynie dać ten delikatny, potrzebny sygnał, że ją słucha. Później wtórował delikatnym skinieniem głowy, hacząc palcem o palec w kojącym dla siebie geście.
      Balet.
      Coś, co go przecież w ogóle nie dotyczyło; o czym w ogóle nie miał pojęcia, a też już sprawiał część jego życia i sama wzmianka wywołała puste wrażenie w żołądku. A ironicznie powinien być przecież wdzięczny. To balet był powodem, dla którego Dani w ogóle do niego przyszła.
      Dzięki baletowi mógł siedzieć z nią przy basenie, nawet jeśli już dawno sport stał się dla nich tematem drugo- albo trzeciorzędnym. Nawet lekkość w jej głosie zdradzała bolesną utratę zamiłowania do tańca, który kiedyś był głównym celem w życiu, a teraz niósł ze sobą odrobinę żalu i obojętności.
      — Żartujesz sobie chyba ze mnie? — odwzajemnił przedramatyzowane oburzenie, podnosząc wzrok, chwilę wcześniej zawieszony bezwstydnie na smukłych palcach, zwinnie radzących sobie z zapięciem szpilek — Ona to pewnie nawet nie umie sama spiąć włosów jeszcze.
      Jej śmiech mimowolnie wywołał tę samą reakcję u niego, ułatwiając niewinne obserwowanie jej poczynań, dołączając do tego jeszcze głupkowate parsknięcie, kiedy basenowa woda widocznie okazała się chłodniejsza, niż zakładała. I mimo tego jawnego ostrzeżenia; mimo wcześniejszego braku chęci, sam pozbył się obuwia. Podwinął nieznacznie spodnie, aby uniknąć kompletnego ich zamoczenia i z nieco większą powściągliwością wsunął stopy do wody
      — Teraz wiesz, dlaczego tyle siedzę w pracy — nie bał się powiedzieć tego na głos. Już nie, skoro Danielle i tak znała jego zwyczaje. Ciągłe siedzenie w tekstach, czy nad muzyką, pozwalało na wylanie wszystkiego bez żadnych, prawdziwych konsekwencji. Bez obaw, że ktoś zacznie zadawać pytania, czy co gorsza, on sam sobie.

      Usuń
    5. Z każdym jej słowem, czuł jak dystans maleje. Coraz chętniej lgnął do znanego mu ciepła, a odległość, jaka dzieliła ich przy brzegu basenu nie była wystarczająca, aby go powstrzymać. Aby dać mu szansę na sięgnięcie do trzeźwej części głowy. Nie próbował, kiedy jedna z dłoni zahaczyła mimochodem o mały palec Danielle
      — To normalne, wiesz? — kiedy wzrok pragnął uciec na bok, a zarazem nie dawał rady odkleić się od odbijających się w jej oczach świateł, dokładając utraconej kiedyś niewinności — Cieszę się… i jestem dumny. Bardzo — kiedy znowu pozwolił sobie na przeczesanie palcami jej włosów, a słabe mrowienie w opuszkach mimochodem zatrzymało je dłużej w miejscu i zachęcało go do powtórzenia gestu.
      Nie wiedział z kolei, co odpowiedzieć. Po części nie chciał mówić czegokolwiek, skoro wiedział, że wszystko szło tym samym rytmem
      — Jest okej — zaczął więc niemrawo, szukając w głowie poprawnych słów — Wyrzuciłem pewnie cztery razy tyle pomysłów, co udało się wypuścić — tym razem za cichym śmiechem stało więcej żalu, aniżeli żartobliwości, która trudno było mu w sobie odnaleźć, kiedy w grę wchodziła muzyka — I szczerze chyba robię głównie to- — podniósł finalnie z powrotem wzrok, nie spodziewając się, że spotka się ze spojrzeniem Danielle. Z rozbrajającą miękkością i zainteresowaniem, wysuszającymi mu gardło i sprowadzającym głos do szeptu, który drastycznie zaprzeczał chwilę później wypowiadanymi słowami — Nie patrz tak na mnie, Dani… — bo gdyby tylko mogli, pragnąłby, żeby już nigdy nie odwracała od niego wzroku.

      Namgi

      Usuń
    6. Zauważyła jego dłoń dopiero wtedy, kiedy poczuła muśnięcie małego palca.
      Spojrzała w dół.
      Ich ręce leżał obok siebie na chłodnych płytkach, tak blisko, że wystarczyłoby przesunąć własną o centymetr, żeby przerwać kontakt. Przez moment była przekonana, że tak właśnie zrobi. Odruch podpowiadał jej przecież ostrożność od miesięcy, pilnowanie granic, niedopuszczanie do sytuacji, które mogłyby wymknąć się spod kontroli, zanim w ogóle zdąży je nazwać. Ale czy tak właściwie nie przekroczyła ich pisząc kolejne maile?
      Poruszyła palcem. Minimalnie, właściwie ledwie dostrzegalnie, aż przesunął się po jego skórze. Dopiero wtedy podniosła wzrok. Nie sprawdziła nawet, czy to zauważył.
      Znacznie trudniej było udawać obojętność chwilę później, kiedy jego palce ponownie znalazły się w jej włosach. Danielle poczuła lekkie pociągnięcie przy skórze głowy, potem ciepło dłoni przesuwającej się gdzieś przy karku i niemal natychmiastową gęsią skórkę na ramionach. Cholera.
      Powinna była obrócić to w żart. Odsunąć głowę, szturchnąć go ramieniem, zrobić cokolwiek, co rozładowałoby tę nagłą świadomość jego bliskości. Zamiast tego została dokładnie tam, gdzie była. Co więcej, kiedy jego palce przesunęły się jeszcze raz pomiędzy pasmami, przechyliła głowę odrobinę w ich stronę. Tak nieznacznie, że później spokojnie mogłaby wmówić samej sobie, że tylko poprawiała pozycję.
      Dlatego skupiła się na tym co mówił. Na pracy, muzyce, kolejnych pomysłach, które najwyraźniej mnożyły mu się szybciej, niż był w stanie cokolwiek z nimi zrobić. To akurat potrafiła zrozumieć. Może nawet lepiej, niż chciałaby przyznać. On zamykał się w studiu, ona przez lata robiła dokładnie to samo na sali treningowej, tyle że zamiast słuchawek i zapisanych linijek miała długie lustra i kolejne powtórzenia aż do chwili, w której ciało bolało wystarczająco mocno, żeby w głowie wreszcie zrobiło się cicho.
      Może właśnie dlatego jego słowa trafiały w nią mocniej, niż się spodziewała.
      Jestem z ciebie dumny.
      Coś ścisnęło ją pod żebrami. Przygryzła krótko wargę, wzrokiem uciekając na bok.
      Od dziecka miała wewnętrzną potrzebę sprawiania aby inni byli z niej dumni. Chciała przynosić kolejne medale z zawodów, coraz lepsze wyniki na świadectwach. Chciała zawsze potrafić rozwiać pochmurne chmury wiszące nad jego głową. Chciała być najlepsza. I zwykle to nie wystarczało, więc te słowa znaczyły dla niej bardzo wiele.
      Uśmiechnęła się dopiero po chwili, odganiając wzruszenie, które nagle ją dopadło.
      — No proszę. — Uniosła lekko brwi. — Aż dumny?
      Nie kpiła. W głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale pod nim zostało coś znacznie cieplejszego, czego nawet nie próbowała szczególnie ukrywać.
      — Przyjmuję. Nie wiem, kiedy znowu będziesz taki wylewny. — Kącik jej ust podskoczył wyżej. To było takie łatwe. Odrobina zaczepki, dawny rytm, w który kiedyś wchodzili bez zbędnego zastanowienia.
      — Czyli nic się nie zmieniło Nadal jesteś dla siebie zbyt samokrytyczny. — Spojrzała na niego z udawaną dezaprobatą. — Ktoś powinien tobą czasem porządnie potrząsnąć.
      Słowa wyszły z jej ust swobodnie. Dopiero po sekundzie dotarło do niej, jak mogły zabrzmieć.
      Ktoś. Nie ja.
      A jednak przez chwilę zawieszenia, mogła bez wysiłku usłyszeć właśnie to drugie. Chciała by to drugie było głośną, oczywistą prawdą.

      Usuń
    7. Poruszyła stopami, posyłając po powierzchni kilka drobnych fal. Uśmiech nadal czaił się w kąciku jej ust. Czuła chłód wody wokół kostek, ciepło jego ramienia niedaleko własnego i ten absurdalnie mały punkt styku ich palców, którego nagle była bardziej świadoma niż czegokolwiek innego.
      Nie patrz tak na mnie, Dani…
      Coś w sposobie, w jaki wypowiedział jej imię, sprawiło, że jej uśmiech powoli zniknął. Nie dlatego, że poczuła się niezręcznie. Wręcz przeciwnie. Przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się dalej, z czymś pomiędzy rozbawieniem a ciekawością. Mogła odpuścić. Powinna. Wystarczyłoby rzucić jakiś głupi komentarz, roześmiać się i dać im obojgu wygodne wyjście z sytuacji. Tylko że nie miała najmniejszej ochoty dawać mu tego wyjścia.
      — Dlaczego? — zapytała zniżając głos prawie do poziomu szeptu.
      Jedno krótkie, z pozoru niewinne słowo.
      Patrzyła na niego nieprzerwanie, miękko, spod rzęs, czekając, aż sam spróbuje wyjaśnić, czego właściwie kazał jej nie robić.
      Jej palec nadal spoczywał przy jego. Znów przesunęła nim, powoli, po boku jego palca. Tym razem nie było mowy o przypadku.
      — Przecież tylko na ciebie patrzę. — Wypowiedziała to ciszej, z ledwie widocznym uśmiechem, po czym nieświadomie, na moment opuściła wzrok na jego pełne usta. To może trwało sekundę, może dwie. Wystarczająco długo. A kiedy ponownie spojrzała mu w oczy, poczuła własne serce gdzieś wysoko pod gardłem i po raz pierwszy od początku imprezy nie próbowała sobie wmówić, że chodzi wyłącznie o sentyment.
      Nigdy nie chodziło tylko o wspomnienia.

      Danielle

      Usuń
    8. — Korzystaj, korzystaj. Nigdy nie wiesz, kiedy zmienię zdanie — przytaknął z lekkim wywinięciem ust w uśmiechu, dopiero wtedy łapiąc się na tym, jak łatwo się otwierał. Z jakim brakiem oporu przychodziło mu mówienie tego, co leżało na sercu; nie tylko wobec samej Danielle, która zawsze na to zasługiwała, ale i w swoim temacie.
      Bo nie chciał i nie lubił się otwierać. Wolał chować wszystko w sobie, zamiast stawać twarzą w twarz z myślami i problemami, które nagle stawały się bardziej rzeczywiste tuż po ich wypowiedzeniu. Nie widział w sensu w zadręczaniu tym drugiej osoby, czy, co gorsza, w spotkaniu się z oceną, której nie potrzebował. Wystarczyło już to, że sam siebie wystarczająco osądzał, karcąc w głowie i umniejszając przy okazji chwilowej słabości.
      O wiele prościej było obrócić coś w kąśliwy żart i odstawić na bok, chociaż i tak nieustannie o sobie przypominało niczym denerwujący kamień w bucie. Wtedy przynajmniej nie dawał szansy na rozwinięcie tematu, skutecznie odstraszając od dalszych pytań, a jedynie nadrabiając szybką zmianą tematu i odwróceniem uwagi.
      Przy Danielle nie było to takie proste. Szczególnie nie teraz, kiedy każde, wymienione zdanie zdawało się rozbrajać go coraz to skuteczniej, a słowa samoistnie napływały na język, opuszczając usta w tej samej sekundzie, co zaistnienie myśli. Bo chciał powiedzieć jej wszystko, udawać, że cały ten czas, który spędzili oddzielnie, wcale nie grał istotnej roli; o ile w ogóle miał miejsce. Chciał wierzyć, że wszystko wciąż wyglądało tak samo.
      I powoli w to wierzył, kiedy niewinnie zaczepne uwagi samoistnie opuszczały ich usta, a delikatny dotyk dłoni nie wydawał się już tak przerażający, zostawiając z kolei przyjemne dreszcze w miejscu zetknięcia się
      — Od razu zbyt samokrytyczny. Ambitny. Albo zawzięty, o — wywrócił żartobliwie oczami, podgryzając jednak nieznacznie polik od środka na jej kolejne słowa — Nie ma kto — przyznał też z niechęcią i nutą ironii, wzruszając przy tym jednym ramieniem, kiedy samo wyznanie, że ponownie skończył bez bliższych relacji wydawał mu się zbyt żenujący — Zresztą dobre teksty same się nie napiszą. Zanudzilibyście się wszyscy w radiu, gdyby nie moja zawziętość — przeszedł więc płynnie na drugą stronę argumentu, z miną jakby przedstawił jej najtrafniejszy, możliwy argument.
      Ale język szybko odmówił mu posłuszeństwa, kiedy wcześniejsza, zakłamana prośba, spotkała się z kompletnie odwrotną reakcją. Czuł na sobie jej spojrzenie z jeszcze większą siłą, niczym wdzierające się pod jego skórę, a zarazem z dozą ciepła, która rozgrzewała przepływającą w jego ciele krew.
      Połączenie delikatnego pytania, wzroku i drobnego gestu, rozesłało po jego ciele falę dreszczy i przymus przełknięcia śliny, a skrywany wcześniej w kącikach ust uśmiech stracił jakkolwiek na sile. Na jego miejsca wskoczyła suchość w ustach i nagły brak kąśliwych odzywek, które teraz pomogłyby mu na wycofanie się z rogu, w który sam siebie wprowadził.

      Usuń
    9. Bo mógłby palnąć coś głupiego i rozproszyć gęstość atmosfery między nimi. Mógłby sam odwrócić wzrok i przeciąć napiętą strunę, coraz mocniej zbliżającą ich do siebie nawzajem.
      Ale czy chciał robić te kilka kroków w tył? Czy w ogóle był w stanie, kiedy odwzajemnił drobny ruch i splótł małe palce ze sobą? A myśli stały się całkowicie zagłuszone, kiedy słyszał wyłącznie bicie własnego serca. Głośniej, niż delikatny szum pompowanej do basenu wody, bo ścieżka śledzona przez wzrok Danielle sprawiała wrażenie fizycznie wypalonej na jego twarzy
      — Tylko czy aż? — zapytał czysto retorycznie, a głos wyrównał się poziomem do jej wcześniejszego szeptu przy niespiesznym przysuwaniu się. Zachowanie, którego sam nie wyłapał, dopóki nie był w stanie okryć jej dłoni swoją własną, jak Minho wcześniej przy stole. Dopóki jego wzrok nie był w stanie zatrzymać się na delikatnie umalowanych ustach, a zapach perfum przyjemnie oblepiał zmysły — Bo nie wierzyłem, że jeszcze kiedykolwiek na mnie spojrzysz, Danielle — coś, o czym myślał codziennie, od ich ostatniej wizyty. Coś, co nieprzerwanie i żałośnie przypominało o tym, że Song zawsze będzie dla niego czymś więcej, niż wspomnieniem.
      Coś, co wydawało się teraz tak błahe, kiedy bezwolnie zaciskał nieznacznie palce dłoni, a ostatnie uniesienie wzroku na ciemne oczy było niemym pytaniem, zanim wargi nieśmiało, z lekkim drżeniem, musnęły te, dalej smakujące jak słodki likier.

      Namgi

      Usuń
    10. Pierwszy kontakt był tak lekki, że właściwie mógłby się nie wydarzyć. Ciepłe muśnięcie, ledwie kilka sekund, podczas których żadne z nich nie zrobiło jeszcze niczego, czego nie dałoby się za chwilę obrócić w pomyłkę. Wystarczyłoby, żeby któreś odsunęło głowę. Zaśmiało się nerwowo. Powiedziało cokolwiek.
      Przez ostatnie miesiące zdążyła odzwyczaić się od wielu rzeczy. Od jego obecności gdzieś na obrzeżach własnego dnia. Od odruchowego sięgania po telefon, kiedy wydarzyło się coś, o czym kiedyś powiedziałaby mu w pierwszej kolejności. Od świadomości, że wystarczyłoby kilka słów, żeby usłyszeć jego głos. Nawet tęsknota z czasem przestała być czymś ostrym; wrosła w codzienność na tyle głęboko, że Danielle nauczyła się z nią funkcjonować. Wstawała rano, chodziła na terapię, wróciła na uczelnię, stawała przy drążku, prowadziła zajęcia, śmiała się, rozmawiała z ludźmi.
      Żyła.
      Powietrze uciekło jej z płuc cichym, urwanym wydechem.
      Ciepło jego ust. Zapach, którego nie potrafiłaby opisać, ale rozpoznałaby wszędzie. Lekko wyczuwalny na języku słodki posmak alkoholu. Nawet sposób, w jaki się zawahał, pozostawiając pomiędzy nimi tę ostatnią odrobinę przestrzeni, jakby dawał jej możliwość zdecydowania, co wydarzy się dalej.
      To właśnie złamało w niej resztkę oporu.
      Danielle uniosła dłoń do jego twarzy. Opuszki najpierw tylko musnęły policzek, jakby potrzebowała jeszcze jednego potwierdzenia, że naprawdę tu jest. Pod palcami poczuła ciepło i fakturę skóry. Tak zwyczajne szczegóły, a jednak ścisnęło ją od nich gdzieś głęboko pod żebrami.
      Kciuk przesunął się po jego policzku, a potem dłoń powędrowała dalej, na kark. Tym razem nie było już zawahania. Palce wsunęły się pomiędzy jego włosy i zacisnęły w nich delikatnie, kiedy sama przysunęła się bliżej.
      Dopiero wtedy pogłębiła pocałunek.
      Nie gwałtownie. Nie było w tym nagłego rzucenia się na siebie ani desperacji, którą należało udowodnić siłą gestu. Jej usta poruszyły się przy jego z łatwością, która nie miała prawa przetrwać tylu miesięcy. Nie musiała zastanawiać się, pod jakim kątem przechylić głowę ani jak blisko może się znaleźć. Ciało pamiętało te drobiazgi lepiej, niż Danielle chciałaby przyznać. Pamiętało jego rytm, ciepło, sposób, w jaki przy nim znikała ta jedna ostatnia warstwa napięcia, którą przy innych nosiła niemal bez przerwy. Palce mocniej zacisnęły się na jego karku, kiedy pocałunek przeciągnął się o kolejną sekundę. Potem jeszcze jedną. Danielle przestała liczyć. Gdzieś obok nadal poruszała się woda, z wnętrza budynku dochodziła przytłumiona muzyka, ktoś zapewne przechodził po drugiej stronie przeszklonych drzwi. Nie miało to teraz większego znaczenia.
      Czuła ze zdwojoną siłą, to, jak bardzo brakowało jej możliwości bycia przy nim bez zastanawiania się nad każdym kolejnym ruchem. Tego szczególnego rodzaju bliskości, którego nie potrafiła później znaleźć nigdzie indziej. Jego obecności tak naturalnej, że kiedy ją straciła, przez długi czas łapała się na drobnych, idiotycznych odruchach - na myśli, że coś by go rozbawiło, na potrzebie opowiedzenia mu czegoś, na pytaniu pojawiającym się w głowie, co powiedziałby, gdyby był obok.

      Usuń
    11. Danielle wypuściła cichy oddech prosto w jego usta. Otworzyła oczy, ale przez pierwszą sekundę nie potrafiła złapać ostrości; widziała tylko jego twarz znajdującą się zdecydowanie zbyt blisko, żeby mogła zebrać myśli, i własny kciuk przesuwający się bezwiednie po skórze tuż za jego uchem.
      Serce nadal tłukło się pod żebrami.
      — Zawsze będę patrzeć tylko na Ciebie, Gi. — przyznała z lekkim rumieńcem zdobiącym policzki.
      Puściła jego kark i sięgnęła po kolejnego szota z tacki, która wciąż stała obok nich. Potrzebowała czegoś co ją uziemi i choć odrobinę zatrzyma to rozszalałe w piersi serce.
      — Za to, że nadal umiesz mnie zaskoczyć. — rzuciła cicho, a kącik ust uniósł się w małym, trochę drżącym uśmiechu.
      Wypiła shot jednym łykiem, marszcząc się mniej niż przy poprzednim.
      Odstawiła pusty kieliszek. Potem, bez słowa, poruszyła stopami w wodzie i celowo, prawie niewinnie, chlupnęła trochę w jego stronę, z towarzyszącym temu zaczepnym chichotem.

      Dani

      Usuń
    12. Łagodny dotyk przeszywał jego ciało przyjemnym dreszczem, a zarazem budził nutę desperacji. Tęsknoty, co rusz tak nieudolnie wyciszanej, ale wiecznie w nim obecnej. Bo już tego dnia, kiedy ze łzami w oczach przyjmował jej decyzję bez jakiegokolwiek oporu, a tak naprawdę bił się w środku sam ze sobą, zasiał tam jej pierwsze ziarno.
      Teraz dawało się we znaki, kiedy słodki oddech Danielle rozbijał się o jego usta. Kiedy delikatne dłonie potrafiły wsunąć się we włosy tak samo jak kilka miesięcy temu, dalej rozbrajając go w ten sam sposób co wtedy.
      I wszystko wydawało się na nowo banalnie proste. Znalezienie wspólnego rytmu, mimo szybciej bijącego serca, przychodziło z łatwością, a oparta o kafelki dłoń z większą pewnością siebie przeniosła się kawałek dalej, po drugiej stronie Danielle, idealnie w momencie pogłębienia pocałunku; kolejnego, przeraźliwie prostego dla nich gestu, kiedy lekko rozchylone usta potrafiły iść bliźniaczym, leniwym tempem, a drobne uśmiechy bezwolnie wykrzywiały wargi przy najdrobniejszych, niewyczuwalnych wręcz, potknięciach.
      Czas stracił na formie wraz z ich kolejnymi ruchami i gdyby nie odsunięcie się Song, za którym był gotowy bezmyślnie podążyć, kompletnie zapomniałby o tym, gdzie są. O tym, że dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej trwała impreza i w każdym momencie ktoś mógł im przerwać. Ciche westchnięcie w połączeniu z ciężarem skierowanego na niego spojrzenia ledwo wybudziło go z błogiego amoku, a słowa dziewczyny brzmiały jak idące przez wodę.
      Wstępnie dał radę odpowiedzieć jedynie krótkim pomrukiem, przyglądając się jej przymglonym wzrokiem, który dostrzegł chwyconego szota dopiero przy kolejnym toaście i w pośpiechu złapał własnego. Z delikatnym wywróceniem oczu wychylił całość napoju, przechodzącego o wiele prościej niż wcześniejszy, odstawiając szkło z powrotem na tackę równo z Danielle
      — Co się działo w tej Korei, że taka bajerantka z Ciebie teraz Dani — zapytał żartobliwie, acz rumieniec zalewający jego uszy, gdyby nie nieco przydługie włosy, z łatwością zdradzałby lekkie speszenie słowami — Ale może jeszcze czymś uda mi się Cię zasko– Ej! — nagłe zaśmianie się bez kontroli wyrwało się z jego gardła, kiedy chłodna woda zderzyła się z jego ciałem, a ręka, mimo kompletnego braku zagrożenia, powędrowała w obronnym zakryciu siebie.
      — I kto kogo tutaj zaskakuje, co? — lekki śmiech nie opuszczał jego głosu, kiedy prostował się na swoim miejscu po niezapowiedzianym ataku, pozwalając chwili nieco opaść, nim zmoczył własną dłoń, aby móc z marnego, bo marnego, zaskoczenia odwdzięczyć się niewinną zaczepką i strzelić kilkoma kroplami w kierunku Danielle, przy okazji przytrzymując jedną z jej zanużonych nóg swoją, aby nie była w stanie od razu kontratakować. Samemu z kolei przekonując się, jak przyjemny był kontrast między jego rozgrzanym ciałem, a temperaturą wody — Uważaj, bo jeszcze wylądujemy w tej wodzie.

      Gi

      Usuń
    13. Danielle nie zdążyła nawet porządnie nacieszyć się swoim małym zwycięstwem, kiedy Namgi odpowiedział dokładnie tak, jak powinna była się spodziewać, bez ostrzeżenia i, oczywiście, bez najmniejszego zamiaru pozostania jej dłużnym. Chłodna woda rozprysnęła się na jej udzie, zahaczając również o srebrzysty materiał sukni, a ona drgnęła gwałtownie i parsknęła śmiechem, odruchowo próbując cofnąć nogę. Tyle że tym razem nie miała już nad nią pełnej kontroli. Namgi zdążył zablokować ją tuż nad kostką; bez szarpnięcia, niemal nonszalancko, a jednak na tyle pewnie, by natychmiast zrozumiała, że żadnego efektownego odwetu nie będzie. Przynajmniej nie tą nogą.
      — Ej! — wyrwało jej się pomiędzy śmiechem, gdy spróbowała oswobodzić stopę. Bardziej dla zasady niż z rzeczywistej potrzeby ucieczki. — To jest oszustwo.
      Wilgotne kosmyki przykleiły jej się do policzka, więc odgarnęła je niedbałym ruchem za ucho, spoglądając na niego z udawanym oburzeniem. Chłód wody wciąż szczypał skórę, przeciwstawnie do policzków, które paliły. Ten kontrast był absurdalnie skuteczny; drobny dreszcz przemknął wzdłuż łydki i wspiął się wyżej, choć tym razem trudno byłoby uczciwie zrzucić całą winę na temperaturę. Zwłaszcza że jej ciało nadal nie zdążyło zapomnieć pocałunku sprzed kilku chwil. Serce wciąż pracowało trochę zbyt szybko, usta zdawały się pamiętać jego bliskość znacznie dokładniej, niż Danielle byłaby skłonna przyznać, a alkohol przyjemnie rozluźniał granice między tym, co rozsądne, a tym, na co zwyczajnie miała ochotę.
      — Klasyczny Jung — stwierdziła z miną kogoś, kto właśnie otrzymał ostateczny dowód na swoją teorię. — Najpierw unieruchomić przeciwnika, potem zaatakować. Bardzo honorowo.
      Nie potrafiła jednak utrzymać powagi dłużej niż kilka sekund. Kącik ust pierwszy zdradził jej rozbawienie, zaraz potem drugi, aż w końcu całe to teatralne oburzenie rozpadło się pod kolejnym uśmiechem. Było w tym wszystkim coś niemal nieprzyzwoicie prostego. Woda, alkohol, mokra sukienka i śmiech, którego nie musiała pilnować. Żadnego zastanawiania się nad tym, co będzie rano. Żadnego analizowania ostatnich miesięcy ani układania w głowie kolejnych zdań, które wypadałoby powiedzieć. Przez większość ostatniego czasu jej życie przypominało mozolne uczenie się siebie od początku. A teraz siedziała tutaj z nim i po raz pierwszy od dawna nie miała potrzeby niczego porządkować.
      Mogła po prostu być. Może właśnie dlatego sięgnęła po kolejnego shota. Zrobiła to bez pośpiechu, wciąż obserwując Namgiego. Alkohol zniknął jednym haustem i niemal natychmiast wykrzywił jej twarz. Danielle zmarszczyła nos, zacisnęła na moment powieki, a kiedy ponownie na niego spojrzała, roześmiała się pod nosem.
      — Nadal okropne — mruknęła, odstawiając pusty kieliszek na tackę.
      Dopiero wtedy spojrzała mu prosto w oczy, a uśmiech na jej ustach stał się spokojniejszy, choć nie stracił tej zaczepnej nuty. I właściwie dopiero w tej chwili dotarło do niej, że przyjemne ciepło, które od jakiegoś czasu rozlewało się po jej ciele, nie miało już wiele wspólnego z temperaturą wieczoru.

      Usuń
    14. Alkohol zaczynał robić swoje. Danielle od dawna nie piła właściwie niczego, więc jej dawna tolerancja najwyraźniej postanowiła umrzeć śmiercią naturalną podczas tych wszystkich miesięcy abstynencji. Kilka drinków, szampan, teraz shoty, osobno pewnie nie zrobiłyby na niej większego wrażenia, ale razem zdążyły już przyjemnie zaszumieć jej w głowie. Świat nie wirował, kafle pozostawały dokładnie tam, gdzie powinny, a ona nadal doskonale wiedziała, co robi. Po prostu wszystko wydawało się odrobinę łatwiejsze. Myśli przestały przechodzić przez kilka kolejnych filtrów, zanim zamieniły się w działanie, śmiech przychodził szybciej, a rzeczy, które jeszcze godzinę temu zdążyłaby przeanalizować na siedem różnych sposobów, teraz sprowadzały się do prostego: mam na to ochotę.
      Jej wzrok uciekł ku wodzie. A potem z powrotem do Namgiego. I właśnie wtedy w jej głowie pojawił się pomysł, który trzeźwiejsza Danielle prawdopodobnie najpierw poddałaby bardzo szczegółowej analizie. Ta obecna po prostu się podniosła.
      — Wiesz co? — rzuciła, bardziej do siebie niż do niego.
      Stanęła bosymi stopami na chłodnych kaflach i przez moment poprawiała sukienkę na biodrach, jak gdyby właśnie to było celem całego przedsięwzięcia. Zaraz jednak uniosła dłonie do ramion.
      Pierwsze ramiączko zsunęła bez większego namysłu. Przy drugim zawahała się może na pół sekundy. Nie dlatego, że nagle zmieniła zdanie. Raczej dlatego, że gdzieś spomiędzy alkoholowego szumu przebiła się świadomość tego, co właściwie robi i przede wszystkim przy kim. Spojrzała na Namgiego Ten jeden moment wystarczył, żeby poczuła pod skórą znajome ukłucie skrępowania, ale zamiast się wycofać, uśmiechnęła się tylko odrobinę szerzej i pociągnęła drugie ramiączko.
      — Nie patrz tak na mnie, Gi — uprzedziła go ze śmiechem, celowo używając jego wcześniejszych słów.
      Satyna osunęła się miękko wzdłuż jej sylwetki i zatrzymała na moment na biodrach, zanim opadła na kafle u jej stóp. Danielle została w samej bieliźnie i przez krótką chwilę stała nieruchomo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby dopiero teraz jej własny mózg próbował dogonić decyzję, którą ciało zdążyło już podjąć. Powinna się speszyć. Prawdopodobnie nawet trochę się speszyła. Tyle że alkohol skutecznie stępił potrzebę robienia z tego wielkiego wydarzenia, a noc była zbyt przyjemna, woda zbyt kusząca i co chyba miało największe znaczenie, przy Namgim nie czuła potrzeby natychmiastowego zasłaniania się ramionami ani udawania, że przed sekundą nie zrobiła czegoś kompletnie spontanicznego. Zamiast tego schyliła się, podniosła sukienkę z mokrych kafli i odrzuciła ją na bezpieczniejszą odległość.
      Podeszła do barierki, obejmując chłodny metal palcami, i ostrożnie postawiła stopę na pierwszym stopniu. Woda musnęła jej skórę, wywołując natychmiastowy dreszcz.

      Dani

      Usuń
    15. Uniósł niewinnie ramiona przy zarzucie oszustwa, wykorzystując okazję do ponownego chlapnięcia jej wodą, zanim przybrał minę kopniętego szczeniaka, bezwstydnie udającego Bogu winnego w tej sytuacji. Ciche ruchy wody, w połączeniu z temperaturą, pozwalały zamaskować działanie bezpośredniego styku skóry ze skórą, podobnie do nawracających, przyjemnych ścisków w żołądku, kiedy cała uwaga Danielle była zwrócona ku niemu. Kiedy nawet w tym żartobliwie oburzonym spojrzeniu dostrzegał znajome iskierki; te same, które kiedyś musiał oglądać, jak z każdym dniem traciły na sile, aż w jej wzroku nie dał rady dostrzec chociażby krzty zapału.
      A teraz nie potrafił odwrócić od niej wzroku
      — Kochana, to się nazywa strategią, a nie żadnym oszustwem czy niehonorowym zagraniem — pokręcił z dezaprobatą głową, podnosząc dłoń jedynie w humorystycznej groźbie ponownego ochlapania — Wypraszam sobie takie oszczerstwa, szczególnie bez obrony po mojej stronie.
      Jego udawana powaga pękła równie szybko co Song, kiedy dostrzegł najmniejsze drgnięcie jej ust, co niemalże od razu zmusiło go do zduszenia kolejnego parsknięcia śmiechem, a myśl o wypowiedzianych przed chwilą słowach przyprawiała go o nieznaczne dreszcze zażenowania. Nawet o krótką myśl, że mógłby zacząć myśleć nad tym, co mówi, i ograniczyć poziom pajacowania, ale nie byłby wtedy sobą.
      Nie czułby ciepła na całym ciele, wywołanego zapewne głównie popijanym co rusz alkoholem, ale i łatwością, z jaką przychodziło im rozmawiać. Tak jak kiedyś, gdy nieistotne było miejsce i czas, a zawsze jedno było w stanie doprowadzić do uśmiechu na twarzy drugiego czy też cichego śmiechu, niestosownego do sytuacji. A to jedynie jeszcze bardziej zachęcało go do nieprzemyślanych tekstów. Głupich wtrąceń czy przerysowanych reakcji, pozwalających na ubarwienie nawet najnudniejszej sytuacji, w jakiej mogliby się znaleźć. I na rozluźnienie Danielle, u której zawsze próbował zmazać zmęczenie i zmartwiony grymas z twarzy, bo widział, że przejmowała się pozostałą częścią dnia, a rygorystyczne zachowanie tkwiło w niej nawet po skończonych zajęciach z baletu.
      Coś, czego niemalże nie mógł dostrzeć teraz, pijąc wspólnie kolejnego shota i również wspólnie wykręcając w niesmaczeniu twarz, bo smak alkoholu wcale się nie poprawiał, a po prostu łatwiej przechodził przez usta
      — Trzeba serio było wziąć, nie wiem, jakieś drinki — wymamrotał z nieznacznie schrypniętym głosem, kiedy resztki shota zaległy mu w gardle, dając radę pozbyć się ich krótkim kaszlnięciem. Przez moment chciał powiedzieć coś jeszcze; skomentować, że to już nie ten wiek, że tyle czasu minęło od ich ostatniej wspólnej imprezy, ale został zatrzymany kolejnym, rozbrajającym spojrzeniem. Delikatnym, a zarazem z łatwością ponownie wwiercającym się w niego, a Jung jakby bez oporu po prostu się temu oddawał.
      Może nie powinien, a bardziej na miejscu byłoby ukrycie siebie w samym sobie. Odwrócenie wzroku i ponowne odchrząknięcie, pozwalające powrócić do żartobliwych i niewinnych zaczepek, ale… było już na to za późno. Zwyczajnie nie chciał i nie potrafiłby odebrać sobie tego, co na nowo rozciągało się między nimi, nawet jeśli oboje decydowali się pozostawić to czymś niewypowiedzianym
      — Co? — odparł cichym głosem, nie spuszczając spojrzenia z jej twarzy, z egoistycznym zadowoleniem dostrzegając najmniejsze zmiany w mimice. A wzrok bezwiednie, na krótki moment przeskoczył na wykonywane ruchy. Sam ten krótki moment był w stanie wysuszyć mu nagle gardło, a próba wrażenia bycia półobojętnym równie dobrze mogła być w ogóle nie podjęta, kiedy powrócił z powrotem na jej twarz, a skrycie naładowane spojrzenia się skrzyżowały.

      Usuń
    16. — Tak, czyli jak? — nie podnosił głosu, a odbita w jego stronę piłeczka, tak bezczelnie używająca wcześniejszych słów z jego ust, nie doczekała się wytknięcia, czy dalszej reakcji, kiedy wzrok zatracał się w ciemnych oczach Danielle, a język bezwiednie wysuwał się dla zwilżenia warg przy cichym szeleście materiału opuszczanej sukienki.
      Dłonie równie bez namysłu sięgnęły do guzików koszuli, zsuwając ją ostrożnie z ramion, podczas gdy Namgi poszedł w ślady Song, stając na chłodnych kafelkach. Nie dbał jednak tak bardzo o bezpieczeństwo ubrań; koszula niechlujnie rzucona cudem wylądowała niedaleko jej sukienki, a spodnie w pobliżu barierki, kiedy z zaskakującą łatwością wygrał walkę z guzikiem i mógł bez problemu wystąpić z nogawek.
      Już pierwsze muśnięcie wody rozesłało przez jego ciało gęsią skórkę. Chłód barierki pozwalał na krótkie uziemienie, a druga z dłoni zanurzała się w basenie, przyjemnie kontrastując z rozgrzaną skórą
      — Wiesz, co mówią — zaczął, kiedy oboje stali już blisko ostatnich stopni wejścia — im szybciej się wejdzie, tym szybciej się człowiek przyzwyczaja, czy jak to tam — i te kilka pozornie informatywnych słów było jedynym ostrzeżeniem, jakie zostawił przed nieprzemyślanym, a zarazem idiotycznie naturalnym, objęciem Danielle w pasie, aby móc razem z nią, i ze złośliwym uśmiechem na ustach, zanurzyć się po samą szyję w zimnej wodzie.

      Gi

      Usuń
    17. Ostrzeżenie dotarło do niej zdecydowanie za późno.
      Danielle zdążyła jedynie nabrać gwałtownie powietrza, kiedy ramię Namgiego objęło ją w pasie, odbierając resztki stabilności, a chwilę później chłodna woda zamknęła się nad nimi obojgiem. Wyrwał jej się zduszony pisk, który niemal natychmiast utonął pod powierzchnią, razem z połową protestu i całą godnością, jaką jeszcze próbowała zachować.
      Kiedy wynurzyła się z powrotem, pierwszym odruchem było zaczerpnięcie powietrza, drugim odgarnięcie włosów z twarzy, a trzecim wymierzenie Namgiemu lekkiego pacnięcia otwartą dłonią gdzieś w okolice ramienia.
      — Jung!
      Oburzenie zabrzmiało wyjątkowo mało przekonująco, skoro już po sekundzie sama zaczęła się śmiać, po czym odnalazła jego twarz tuż obok swojej. I dopiero wtedy zorientowała się, że jego ręka nadal spoczywa na jej talii.
      To powinno być drobiazgiem. Przecież przed chwilą się całowali. Jeszcze wcześniej siedzieli tak blisko, że granica między przypadkowym a świadomym dotykiem zdążyła się właściwie zatrzeć, a teraz Namgi zwyczajnie przytrzymał ją, kiedy razem wchodzili do basenu.
      A jednak pomyślała o tym.
      Może dlatego, że pod wodą każdy dotyk wydawał się wyraźniejszy. Może dlatego, że chłód zdążył pokryć jej skórę gęsią skórką, przez co ciepło jego dłoni odznaczało się na niej niemal absurdalnie mocno. A może alkohol rzeczywiście sprawiał, że jej uwaga zatrzymywała się dziś na rzeczach, które w innych okolicznościach szybko zepchnęłaby gdzieś na dalszy plan.
      Nie odsunęła się. Przeciwnie, przez moment została dokładnie tam, gdzie ją przyciągnął, z jedną dłonią opartą o jego ramię i rozbawieniem wciąż błąkającym się po ustach. Z wodą opływającą falującą w oddechu klatkę piersiową.
      Przesunęła wzrokiem po jego twarzy, znajomej linii obojczyków, które mogła podziwiać w pełnej krasie. Dopiero po kilku sekundach jej spojrzenie zsunęło się niżej i dostrzegła coś, co wcześniej skryte było pod ubraniami. Bezmyślnie wyciągnęła dłoń i opuszkami przesunęła po skórze, kreśląc wytatuowany wzór korony na żebrach.
      — Tego tu wcześniej nie było. — Miała okazję widzieć jego ciało bez warstw ubrań i pamiętała jego każdy skrawek.
      — Pasuje ci. — stwierdziła nie odsuwając ręki. — Coś jeszcze dołączyłeś do kolekcji? — zapytała unosząc spojrzenie.
      Problem polegał na tym, że kiedy ich spojrzenia ponownie się spotkały, Danielle przypomniała sobie jego wcześniejsze, krótkie zawahanie. To, jak patrzył na nią, kiedy satyna zsunęła się na kafle. I nagle jej własna odwaga przestała wydawać się czymś zupełnie niewinnym. Pocałunek też nie był niewinny i pomimo orzeźwiającej wody, jej policzki oblał rumieniec.

      Dani

      Usuń
    18. Zaśmiał się niemalże w tym samym momencie, co wynurzył się z wody, a przydługie kosmyki wytrząsnął z oczu, saemu przeżywając szok przez basen, który okazał się faktycznie nieco zimniejszy, niż mógłby stwierdzić po wsadzonych do niego stopach. Zapomniał wziąć poprawkę na to, że były tam przez kilka dobrych minut i zdążyły się przyzwyczaić.
      Ta pochopna decyzja była jednak warta nagle rozsypanej po ciele gęsiej skórki, kiedy oburzenie Danielle zaraz zostało zastąpione odwzajemnionym śmiechem, a ciężar ułożonej na ramieniu dłoni był najpierw tylko tym – lekkim ciężarem.
      Potrzebowali tylko ponownie skrzyżować spojrzenia, aby Namgi nagle stał się świadomy każdego punktu styku między nimi. Jego ręki dalej naturalnie owiniętej wokół talii Song. Bliskości ich twarzy, co nieomal pozwalało mu na dojrzenie, na której z rzęs pozostały krople wody.
      Wykrzywiał usta w automatycznym uśmiechu, kiedy mógł dojrzeć lekkie rozbawienie Danielle, chociaż na dany moment towarzyszyły im jedynie przywracane do normy oddechy i szum naruszonej wody. A on tkwił w tej samej pozycji, nie przejmując się, że uśmiech tracił nieco na sile, a wzrok przesadnie zajmował się wpatrywaniem się w brunetkę, która mimo tak niezakłamanych dowodów, że przecież była tuż obok niego, dalej wydawała się nierealna.
      Przypominała jednak równie gwałtownie o swojej obecności, kiedy z wyczuleniem poczuł sunące nieśpiesznie po żebrach palce, i w myślach dziękował sobie za ten idiotyczny pomysł zbyt szybkiego wejścia do wody, bo nierówność oddechu mógł zrzucić na nagłą zmianę temperatury ciała
      — Pojawiło się jakoś kilka miesięcy temu — a wcale nie wywołaną delikatnym dotykiem, który odebrał mu również umiejętność sklecenia dłuższych, sensowniejszych zdań, a na kolejny komplement ograniczył się do krótkiego, zgodnego pomruku, zanim minimalnie nie obrócił się na swoim miejscu, aby móc pokazać dziewczynie łopatkę — Tylko to. Głupio kilka dni po sobie nawzajem robiłem — zaśmiał się krótko, powracając do wcześniejszej pozycji, a dalej tkwiąca na talii Song ręka, rozsunęła nieznacznie palce po gładkiej skórze.
      — Aż trochę czasu spędziłem nie wychodząc z mieszkania, wyobrażasz sobie? — przyznał nieco przyciszonym tonem, a wzrok mimowolnie przeskakiwał po rysach twarzy Danielle; po dodatkowo ożywiającym jej twarz rumieńcu, który dorównywał efektem jego łapanymi raz po raz, płytszymi oddechami.
      I nieustannie nawiedziała go myśl, że wieczór był jedynie wytworzoną dla siebie bańką, która w każdym momencie mogła pęknąć, a wraz z wybiciem odpowiedniej godziny, wręcz musiała. Że prawdopodobnie był to ostatni raz w najbliższym czasie, kiedy mógł ją zobaczyć i dotknąć.
      A ogłupiający, przepływający przez organizm alkohol dodawał mu idiotycznie odwagi, zamiast zdrowego rozsądku, zachęcając dłoń do lekkiego naciśnięcia na jej krzyż, przysuwając ich do siebie jeszcze bliżej. Rozchylał nieznacznie usta w krótkim oddechu, kiedy mógł poczuć ciepło jej skóry tuż przy swojej i ugasić tęsknotę, lgnącą desperacko do utraconych odczuć oraz zachęcającą do zgarnięcia poprzyklejanych do jej szyi mokrych włosów, z pół-szeptem wybrzmiewającym spomiędzy jego ust
      — Ale samemu wcale nie jest to takie przyjemne.

      Gi

      Usuń
  12. Sauna It's getting hot... and it's not the temperature.

    OdpowiedzUsuń
  13. Library Read the room for once.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podążał za nią cały czas spokojnym krokiem, ale nie dogonił jej. Nawet gdy w końcu wsunęła się za ogromne, dębowe drzwi na końcu korytarza, po prostu stanął przed nimi, wahając się. Bo tak naprawdę… co on w ogóle robił? Zamierzał za nią pobiec i tłumaczyć się z pocałunku z Ari, którego nawet w najmniejszym stopniu nie sprowokował? Była tam. Widziała ich. A może chciał w końcu wykrzyczeć to wszystko, co tłumił w sobie przez ostatnie półtora miesiąca?
      W końcu pchnął ciężkie drzwi. Gdy tylko do jego nozdrzy dotarł zapach drewna i starych ksiąg, skrzywił się lekko. Biblioteka. Jeśli to było w ogóle możliwe, była jeszcze większa i bardziej wystawna niż ta, w której spędzili wspólnie wieczór podczas Aurora Society. Przepiękna, utrzymana w stylu art déco. Równie dobrze jej właścicielem mógłby być sam Gatsby.
      Biblioteka… Co za ironia. Wszechświat jednak potrafił być okrutny.
      Satysfakcja zdążyła już całkowicie opuścić jego serce, gdy po raz kolejny przyszło mu oglądać jej oczy wypełnione łzami. Nienawidził się za to, że miał ochotę pokonać dzielące ich kilka kroków i zamknąć ją w uścisku, mimo że wciąż był na nią tak wściekły. Oczekiwał obojętności. Może złości. Może odrobiny zazdrości. Smutek — choć przynosił pewnego rodzaju ulgę — był czymś, czego zupełnie się nie spodziewał.
      — Co to ma znaczyć? — odezwał się cicho, powtarzając słowa, które chwilę wcześniej wykrzyczała na głównej sali. — Wiesz… to pytanie ja powinienem zadać tobie. Dzisiaj. Albo nawet wtedy, w Korei.
      Przeszedł powoli kilka kroków, zatrzymując się około metra przed nią. Nie zamierzał zbliżać się bardziej. Nie był w stanie przewidzieć, jak sam zachowa się, gdy Soyoung znajdzie się już na wyciągnięcie ręki.
      — Gdy po balu maskowym dowiedziałem się, że podobno twoja ręka jest już obiecana. Jak to było? W Korei o tym narzeczeństwie mówi się od miesięcy? Chyba tak.

      Seojun

      Usuń
    2. Nogi niosły ją naprzód, nieposłuszne, chwiejne. Nie panowała już nad nimi. Przez łzy, które uparcie zbierały się w oczach, ledwie rozpoznawała drogę.
      Chciała tylko zniknąć, przeczekać ten upokarzający moment w samotności, z dala od spojrzeń, które mogłyby dostrzec jej słabość. Traktowała ją jak prywatną porażkę, którą należało ukryć. Z dala od niego
      Skręciła w jeden z bocznych korytarzy i wpadła na ciężkie drzwi. Odepchnęła je bez trudu i zniknęła za nimi. Przez chwilę stała oparta o chłodne drewno, głęboko oddychając, starając się opanować frustrację mieszającą się z paląc złością, która wywoływała obrzydliwe mdłości. Było jej niedobrze.
      Ciało dygotało. Od złości, od poczucia porażki, od dusznego, kwaśnego bólu, który osiadł głęboko pod mostkiem. Serce dudniło jej w piersi i w uszach. Odepchnęła się od drewnianej powierzchni drzwi i podeszła do pierwszego regału. Uniosła wzrok ku górze, na rzędy półek wypełnionych książkami. Czuła zapach starego papieru i kurzu osiadającego na krawędziach. Uśmiechnęła się krzywo przypominając sobie poprzedni raz, gdy znalazła się w bibliotece.
      — Jaką historią mnie uraczysz, Soyoung? — zapytał.
      Korzystając z okazji, że byli sami, okręcił ją wokół, a potem złapał w talii i przyciągnął do siebie — bliżej, niż mógł sobie na to pozwolić na sali, gwałtowniej, niż zrobił to wtedy, gdy ją pocałował.
      Z myśli wyrwało ją trzaśnięcie drzwi, kroki odbijające się echem za plecami i wreszcie głos, który z jednej strony dolewał oliwy do ognia, z drugiej w zaskakujący sposób koił nerwy.
      Spojrzała na niego z emocjami, które kumulowały się w niej od półtora miesiąca. Przez wszystkie te tygodnie musiała grać niewzruszoną, pogodzoną z decyzją ojca i umową, na którą ostatecznie sama się zgodziła. Wszystko gotowało się pod skórą, piekło, paliło i w końcu musiało wybuchnąć, by nie straciła rozumu.
      Zmrużyła oczy słuchając jego słów, z wyraźnym niezrozumieniem. Dopiero z kolejnymi zdaniami dotarło do niej, czego on musiał dowiedzieć się od kogoś innego, za jej plecami. Rozchyliła nieco wargi, jakby chciała coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły w gardle.
      Podeszła do niego, szybko, wahając się dopiero w momencie, gdy znalazła się tak blisko, że otoczył ją jego wyraźny zapach. Cała jej stanowczość momentalnie z niej uleciała, jakby ktoś igłą przebił nadmuchany balonik. Chciałą go uderzyć. Chciała, by policzek piekł go równie mocno, co ją wnętrzności.
      W końcu jej drobne dłonie zderzyły się z jego torsem. Włożyła w ten gest całą swoją siłę, by go odepchnąć, zaraz potem ciasno zaciśnięte palce uderzyły go tam jeszcze raz.
      — Kto ci o tym powiedział? — Mogła zgadywać kto był w to zamieszany, jej ojciec, sam Jihoon? — Nie ważne. Powinieneś z tym przyjść do mnie! — wykrzyczała, a łzy, które tak długo wstrzymywała, w końcu popłynęły po jasnych policzkach. — Ty idioto! Nic nie rozumiesz.
      Znów go popchnęła.
      — Wszystko bym ci wytłumaczyła. — wyrzuciła z siebie, po raz kolejny celując w jego tors. — Jesteś skończonym kretynem, Kim Seojun. — wytknęła, potrząsając głową.

      Soyoung

      Usuń
    3. alexa pls play these songs to cry in your room (slowed down songs) pt2 on youtube

      Czuł, jak mięknie. Z każdym kolejnym słowem, które wykrzykiwała w jego kierunku, jego wola do dalszego prowadzenia tej kłótni słabła, ustępując miejsca niespotykanej wcześniej łagodności. Chłód momentalnie zniknął z jego spojrzenia, a przepełniony jadem, ironiczny ton nie chciał tak łatwo wydostać się z jego ust — inaczej niż zwykle, gdy ktoś inny zaszedł mu za skórę. Wciąż miał jej wiele do zarzucenia. Wciąż czuł ciężar niewypowiedzianych pretensji. Ale jak mógł traktować ją jak przeciwnika, skoro wszystko w jej zachowaniu przeczyło temu, że kiedykolwiek nim była?
      Nieprawdopodobne, Kim Seojun był zdolny do posiadania ludzkich odruchów.
      Nie przewidział tego. Naprawdę ani przez chwilę nie dopuścił do siebie myśli, że Soyoung mogła nie potraktować go jedynie jako krótkiego umilenia wieczoru i powiernika sekretu… Sekretu, który równie dobrze mógł być wyssany z palca, byle tylko dostała to, czego chciała. Odrobiny zapomnienia w świecie, który tak rzadko pozwalał ludziom na beztroską bliskość z kimś, kogo naprawdę pragnęli.
      Niemniej, Seojun lubił się bawić. Ale sam nie mógł być przecież zabawką, prawda?
      Widział wahanie w jej oczach, gdy się przed nim zatrzymała. Tak wyglądała osoba doprowadzona do ostateczności, która nie ma pojęcia, co zrobić — bić, płakać czy może osunąć się na kolana, wrzeszcząc wniebogłosy? Wiedział, bo znalazł się w takim położeniu nie raz, choć zwykle nie było przed nim nikogo, do kogo mógł kierować te uczucia. Sam był sprawcą większość nieszczęść, które mu się przytrafiały.
      I, jak widać, wielu cudzych.
      Drgnął lekko przy pierwszym uderzeniu, ale nie poruszył się. Prawdopodobnie zrozumiał, że na nie zasługiwał, a tak naprawdę, nawet jeśli wciąż trzymałby się kurczowo swojej narracji, i tak by jej na to pozwolił. Pozwoliłby jej w tej chwili na wszystko, byleby tylko przestała płakać. Byleby ten wyraz smutku, ten cień zdrady, zniknął z twarzy, która w tamtym momencie była piękniejsza niż wszystkie inne, jakie kiedykolwiek oglądał.
      — Moja matka — powiedział, łapiąc ją za nadgarstki. Nie wytrzymał i pokonał ten jeden krok, który ich od siebie dzielił, by znów mógł spojrzeć jej prosto w oczy. Z bliska. — Powiedziała, że od dawna mówi się o waszym narzeczeństwie. Co miałem zrobić, hm? — Pokręcił głową. Jego usta wykrzywiły się w grymasie. — Powiedz, co zrobiłabyś na moim miejscu? Jakbyś się poczuła?
      Boże, była jeszcze piękniejsza, niż w jego wspomnieniach. Bo była obok.

      Seojun

      Usuń
    4. Szarpnęła się w jego uścisku, niczym dzika zwierzyna złapana w sidła. Siła z jaką go odpychała, była bezładna, desperacka, pełna bezsilnej furii. W końcu zadarła głowę do góry, znajdując w sobie resztki odwagi, by spojrzeć mu prosto w oczy.
      Te oczy… nie myliła się wiele, gdy pierwszy raz pomyślała, że będą jej zgubą. Ciemne, głębokie, zbyt dobrze znające każdą jej słabość.
      Dotyk jego skóry parzył. Wywołał niekontrolowany dreszcz, który rozniósł się wzdłuż kręgosłupa i rozsiał gęsią skórę po całym ciele. Było to tak nagłe, tak bezbronne, że na moment zapomniała jak bardzo chciała go znienawidzić.
      Tęskniła za tym dotykiem tak mocno, że była gotowa bić go pięściami przez cały dzień, byleby tylko nie puścił. Była przy nim tak żałośnie, upokarzająco słaba.
      Zmarszczone w gniewie brwi nieco złagodniały, przybierając wyraz bliższy zaskoczeniu.
      — Twoja matka? — powtórzyła powoli, kręcąc głową. Głos miał w sobie gorzki, niedowierzający ton. Dlaczego jego matka postanowiła mieszać się w nie swoje sprawy. To dodało wszystkiemu jeszcze więcej goryczy. Bo czy sama nie uwierzyłaby ojcu, gdyby przyszedł do niej z takimi rewelacjami?
      — Powinieneś przyjść do mnie, Seojun. — powiedziała ciszej, a w tej ciszy było więcej żalu niż złości. — Powinieneś zapytać mnie.
      Bo nawet jeśli jego rodzicielka miała rację, bolało ją, że Seojunowi przyszło tak łatwo skreślić ją, zamiast po prostu z nią porozmawiać
      Przygryzła dolną wargę i spuściła wzrok. Palce wciąż drżały przy jego piersi.
      Byłaby potwornie zawiedziona. Wściekła. przede wszystkim wściekła, bo jej się nie zdradzało. Jej się nie porzucało w kąt jak zabawki, w miejsce której pojawił się lepszy model. Była też zbyt dumna, by przepuścić okazję do konfrontacji. Wiedziała dokładnie, co by zrobiła
      — Przyjechałabym do ciebie. — odpowiedziała. — Byłabym wściekła. Może wybiłabym ci okno w samochodzie… ale na pewno nie zniknęłabym jak cholerny tchórz!
      Szarpnęła się kolejny raz, ale jego dłonie stanowczo, i niemal czule przytrzymywały ją w miejscu.
      — Czekałam, aż mi odpiszesz. Zadzwonisz. Dasz znać… — głos jej się załamał w połowie zdania. — Jak głupia, zakochana nastolatka. Ośmieszyłam się przez ciebie!
      Wysyczała te słowa, ale w głębi serca wiedziała, że nie potrafi go znienawidzić. Chciała zdusić w sobie wszystkie odruchy, które czaiły się w zakończeniach nerwów. Chciała skupić się na złości. Tego też nie umiała zrobić.
      Tęskniła za nim.
      Taka była prawda, którą chowała głęboko w sobie przez półtora miesiąca. Chowała ją pod policzkiem, który wymierzył jej ojciec, gdy prawda wyszła na jaw. Chowała ją za umową, która oplotła wokół jej szyi krótką smycz. Chowała ją za każdą uwagą Jihoona, którą znosiła ze stoickim spokojem, udając że nic jej nie obchodzi.
      — Nic nie wiesz. — wyszeptała ciszej i w końcu przestała się szarpać. Oparła czoło o jego tors, czując przy twarzy miarowe bicie jego serca. — Naprawdę nic nie wiesz.

      Soyoung

      Usuń
    5. Czy on za nią tęsknił? Raczej nie. Bo czy dało się tęsknić za kimś, kto towarzyszył ci w myślach każdego dnia, o każdej porze — o poranku, w południe, wieczorem, a nawet nocą? Szczególnie nocą. Soyoung nieświadomie stała się towarzyszką wszystkich bezsennych godzin, podczas których Seojun miotał się między szukaniem rozwiązań a desperackimi próbami przekonania samego siebie, że to, co się wydarzyło, było jedynie kolejną z jego głupich decyzji.
      Każdy wiedział, że Kim Seojun lubił posiadać. Gromadził cudze przywiązanie niczym prawdziwy kolekcjoner — bliskość, miłość, zauroczenie, a nawet przeciągłe spojrzenia i puste pożądanie. Łechtało to jego ego, dawało mu satysfakcję i karmiło obsesyjną potrzebę kontroli. Gdy coś, czego pragnął, zaczynało wymykać mu się z rąk, tracił grunt pod nogami. Był zdolny do wszystkiego, by zatrzymać przy sobie to, czego akurat pożądał, i rzadko ponosił porażkę. A kiedy już ją ponosił, mścił się. I nigdy nie odpuszczał.
      Nikomu wcześniej jednak się nie oddał. Nigdy nie zamknął ostatniej furtki, przez którą mógłby niepostrzeżenie zniknąć, gdyby sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, a chęć posiadania ulotniła się, jakby nigdy nie istniała. Gdyby tym razem było podobnie, zareagowałby już wtedy, gdy dowiedział się o jej narzeczeństwie. Tak jak robił to wcześniej. Sama myśl o Soyoung — jego Soyoung — doprowadzała go do szału. A jednak nie zrobił nic.
      Nie zemścił się. Nie próbował wywalczyć jej krzykiem ani podstępem zatrzymać przy sobie. Obserwował ją uważnie, z odległości wyciągniętej ręki, nie robiąc nawet pół kroku naprzód, bo łudził się, że jakimś cudem do niego wróci. Nie przez głupie gry, durne zagrywki, kłótnie, krzyki czy cierpienie.
      Wróci tak, jak powinna. Jeśli sama będzie tego chciała.
      Albo nie wróci wcale.
      — Czekałam, aż mi odpiszesz. Zadzwonisz. Dasz znać… Jak głupia, zakochana nastolatka! Ośmieszyłam się przez ciebie!
      Mógłby przysiąc, że krew w jego żyłach zawrzała, parząc go od środka wrzątkiem.
      — I bardzo dobrze! — wrzasnął w końcu prosto w jej twarz, a jego ryk odbił się echem od ścian biblioteki. Szarpnięciem przyciągnął ją do siebie, lecz jego dłonie ani na moment nie zacisnęły się mocniej na jej nadgarstkach. — Bo właśnie na takie ośmieszenie zasłużyłaś!
      Nie potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, co właściwie tak go w Soyoung pociągało. Jej uroda? Słodki, a jednocześnie zobojętniały głos? Nienaganne maniery? Ta specyficzna aura tajemnicy? A może historia, która do złudzenia przypominała jego własną? Każda z tych cech z osobna mogła nie robić większego wrażenia, lecz wszystkie razem — dopełnione obrazem, który miał właśnie przed oczami — sprawiały, że była najbardziej fascynującą osobą, jaką kiedykolwiek spotkał.
      Nie potrafił wyprzeć się swojej natury — chciał ją posiadać. Paradoksalnie to właśnie jej oddał się bez reszty.


      Seojun 🖤

      Usuń
    6. alexa pls play hate you by Jungkook on Spotify

      Jego ciało pod jej czołem napięło się nagle, jakby ktoś pociągnął niewidzialną linkę. Przez ułamek sekundy poczuła, jak jego serce przyspiesza, mocniej, dziko, niemal groźnie. Zanim zdążyła unieść głowę, usłyszała niski, wibrujący dźwięk, który wydobył się z jego gardła.
      — I bardzo dobrze!
      Wrzask uderzył ją prosto w twarz. Echo odbiło się od ścian biblioteki wracając jak cios. Szarpnięcie, którym przyciągnął ją do siebie, było gwałtowne, ale nie brutalne, jego dłonie zacisnęły się na jej nadgarstkach wystarczająco mocno, by unieruchomić, a jednocześnie na tyle ostrożnie, by nie zostawić śladów. Ciało wpadło na jego tors z głuchym uderzeniem. Poczuła zapach jego skóry, ciepły oddech na skroni i zimny dreszcz, który przebiegł jej po plecach.
      — Bo właśnie na takie ośmieszenie zasłużyłaś!
      Słowa wbiły się w nią ostrzej niż jakikolwiek policzek Soyoung uniosła głowę gwałtownie. Oczy miała szeroko otwarte, usta lekko rozchylone. Przez chwilę nie mogła złapać tchu. Wściekłość, która jeszcze przed momentem paliła jej gardło mieszała się teraz z czymś znacznie gorszym, bólem, który rozlewał się pod żebrami jak gorący ołów.
      Spróbowała się oderwać, ale jego uchwyt był nieubłagany. Nie zaciskał mocniej. Po prostu trzymał pewnie. Absolutnie.
      — Puść mnie — wysyczała, a głos drżał jej mimo woli. Palce wbiła w materiał jego koszuli, mnąc go. — Natychmiast mnie puść.
      Serce waliło jej tak mocno, że była pewna, iż on też je słyszy. Łzy, które wcześniej spłynęły po policzkach, teraz powoli zasychały, zostawiając piekące ślady. Nie chciała płakać. Nie przed nim. Nie wtedy, gdy on krzyczał prosto w jej twarz, że zasłużyła na upokorzenie.
      A jednak… gdy czuła ciepło jego ciała, gdy widziała, jak w jego oczach walczą ze sobą furia i coś, czego nie potrafiła nazwać - coś ciemnego, chciwego, prawie zdesperowanego - jej własna złość zaczynała pękać. Jak szkło.
      — Myślisz, że to było łatwe? — odezwała się ciszej, ale każda sylaba miała w sobie ukryte ostrze. — To nie była moja decyzja.
      Nie chciała mu się tłumaczyć. Nie chciała utwierdzać go w tym, że miał rację, że go okłamała. Nie chciała ulegać, wyjść na słabą, rozdygotaną pannę, która nie wiedziała czego chciała. Ale nie mogła znieść myśli, że Seojun ją znienawidzi.
      — To była transakcja biznesowa. — ciągnęła dalej, patrząc mu prosto w oczy. Liczyła, że prawda choć trochę kłuje go w pierś, że obrazek, który namalował w swojej głowie, nie jest tak łatwy w zrozumieniu jak mu się zdawało. — A ciebie nie planowałam spotkać… — Taka była prawda. To Seojun był tym drugim, był tym z którym zdradzała. Nie wstydziła się samego czynu, była zbyt dumna, by przejmować się opinią podstarzałych mężczyzn i kwok, które żyją plotkami. — Po balu… chciałam zerwać te pieprzone zaręczyny, ale mój ojciec dowiedział się o tobie pierwszy, Jihoon również. — Zacisnęła na moment zęby odganiając od siebie surowe, oskarżycielskie spojrzenia. W tamtej chwili naprawdę była gotowa poświęcić bardzo wiele byleby zatrzymać go w swoim życiu, nie dbając na jak samolubną wyszłaby. — Ale przestałeś się odzywać, więc… więc było mi wszystko jedno. — dodała ciszej, a każde jedno słowo pozostawiało gorzki posmak na języku. Czuła wstyd. Głupi, dziecinny wstyd przyznając mu się do wszystkiego.
      — Więc śmiało — wspięła się na palce, przysuwając twarz ku jego twarzy, niemal stykając się z nim nosem — nienawidź mnie, jeśli to jest dla ciebie prostsze.

      Soyoung ❤️‍🔥

      Usuń
    7. — I vice versa, Soyoung. Zostawiłem cię wtedy bez odpowiedzi, prawda? — prychnął pod nosem i pokręcił głową z niedowierzaniem, po czym w końcu puścił jej nadgarstki. — To wszystko moja wina, nie?
      Zrobił krok w tył. Potem drugi. Trzeci. Dłonie powędrowały do włosów. Powoli przeczesał je palcami, przymykając oczy, a z jego piersi wyrwało się głębokie, zmęczone westchnienie. Kiedy w końcu ponownie spojrzał na Soyoung, w jego oczach malowało się już tylko zrezygnowanie.
      — Dlaczego to wszystko musi być zawsze takie, kurwa, skomplikowane? — Kąciki jego ust uniosły się w krzywym półuśmiechu. — Dlaczego nie mogliśmy się spotkać chwilę wcześniej?
      Przeszedł w stronę dużego dębowego biurka i oparł się o nie plecami, wciąż nie spuszczając wzroku z dziewczyny.
      — Nie wiem, w jaki sposób wytłumaczyłaś sobie to, że się nie odezwałem. Prawdopodobnie przyjęłaś podobną wersję do mojej. Dupek. Pewnie dla niego to wszystko było tylko kolejnym szczeniackim wyskokiem. Ale nie było, Soyoung. Ja… — Wzruszył ramionami. — Co miałem zrobić? Poczułem się jak kolejny idiota w tej historii. Wyrzucasz mi, że mogłem ci powiedzieć, a tobie nie przyszło do głowy, żeby wcześniej podzielić się tą pierdoloną rewelacją o swoich zaręczynach?
      Czuł, jak wściekłość, która jeszcze przed chwilą tak gorąco przepełniała jego serce, powoli się ulatnia, ustępując miejsca czemuś na pograniczu smutku i otępiającej pustki. Teraz nie tylko doskonale wiedział, ale też widział, że nie miał prawa oceniać Soyoung choćby w połowie tak surowo, o ile w ogóle miał do tego jakiekolwiek prawo. Stali w tym samym miejscu, w tym samym położeniu — nie naprzeciwko siebie, lecz obok. Byli równie winni, co niewinni.
      — Matka mi powiedziała — podjął po chwili. — Kiedy wychodziliśmy z Aurora Society, ostrzegła mnie, żebym był ostrożny, bo nasze rodziny nie do końca żyły w zgodzie. Wtedy odebrałem to jako typowe marudzenie matki, która obawia się, że jej syn dobierze się córce ich znajomych, z którymi robią interesy, do majtek. — Uniósł brwi. — Ale teraz wiem, że pewnie już wtedy wiedziała o zaręczynach. Powiedziała mi o nich dopiero wtedy, gdy było już za późno. Nie wiem, Soyoung. Byłem wściekły. Wściekły jak cholera. Nie mogłem uwierzyć, że dałem ci się tak oszukać. Może chciałem cię ukarać? Może wiedziałem, że cisza z mojej strony będzie tym, co zaboli cię najbardziej? A może po prostu uznałem, że najlepsze, co mogę dla ciebie zrobić, to się odsunąć, żeby jeszcze bardziej nie rozpieprzyć ci życia? Nie wiem.
      Był wobec niej łagodny jak wobec nikogo wcześniej. Już kilkukrotnie złapał się na tym, że nawet gdy ze złości sztywniała mu szczęka, a palce zaciskały się mimowolnie w pięści, do głowy nie przychodziło mu ani jedno naprawdę okrutne słowo. Zwykle bił. Raz za razem. Na oślep. Wyrzucał z siebie wszystko, łudząc się, że w końcu któreś ze słów trafi w czuły punkt tak boleśnie, że nie będzie odwrotu. Teraz nie miał siły atakować. Nawet słowa wypowiadane pod wpływem gniewu nie były skrupulatnie wykalkulowane. Gniew Seojuna był zwykle zimny — kąsał i pluł jadem, powoli rozlewając się tam, gdzie mógł wyrządzić największe spustoszenie. Teraz działał... emocjonalnie. Szczerze. Instynktownie. Niekontrolowanie.
      — Ale nie potrafiłem odpuścić. Nie do końca. Szukałem luki w tej cudownej historii. Widziałem...
      Kolejne słowa nie mogły przejść mu przez gardło. Były żałosne. Upokarzające.
      Widziałem cię.
      Wiedział, do której galerii sztuki chodziła najczęściej i obrazy którego artysty kupowała, jakby na jej koncie znajdowały się niewyczerpane pokłady pieniędzy. Wiedział, do którego parku wymykała się zapalić papierosa i posiedzieć na ławce z tą swoją zamyśloną, lekko zaciętą miną oraz zmarszczką na czole zdradzającą, że myśli o czymś nieprzyjemnym. Może o nim? Wiedział, który butik był jej ulubionym.
      Wiedział też, gdzie najczęściej chodzili z Jihoonem na kolację.

      Usuń
    8. — Wiedziałem, że coś znajdę. Prędzej czy później. Nova Noir. Klub w Gangnam. Było o nim głośno jakiś czas temu, bo do mediów wyciekło nagranie z monitoringu, na którym grupa facetów zaciąga do jednego z pokoi szarpiącą się i ewidentnie odurzoną nastolatkę. Dotarłem do jakichś pogłosek, że Jihoon był jednym z bywalców, ale nie znaleziono żadnych dowodów. — Wyraz obrzydzenia przemknął przez jego twarz, lecz na usta wpłynął uśmiech pełen gorzkiej satysfakcji. — Ale chyba jego reakcja mówi sama za siebie, nie?
      Wciąż nic nie było przesądzone. Wciąż mieli przed sobą nieskończenie wiele scenariuszy, w których ten kulawy plan mógł się rozsypać, a oni skończyliby dokładnie w tym samym miejscu, z którego próbowali uciec. Mieli jednak coś niebezpiecznego, coś złudnego, coś, czemu trudno było się oprzeć, kiedy naprawdę czegoś się pragnęło — nadzieję.
      Wyciągnął dłoń w jej kierunku, patrząc jej prosto w oczy.
      — Chodź.

      chodź do mnie, Soyoung,
      Seojun

      Usuń
    9. Kiedy w końcu puścił jej nadgarstki i odsunął się o kilka kroków, poczuła nagłą pustkę. Jakby ktoś zabrał jej jedyne oparcie. Patrzyła, jak przeczesuje włosy, jak opiera się o biurko, jak w jego oczach gaśnie gniew i pojawia się tylko zmęczenie i rezygnacja. I nagle, z przerażającą jasnością, zrozumiała, że on też cierpiał. Że przez te półtora miesiąca nie był zimnym, odwetowym potworem, którego sobie wyobrażała. Był człowiekiem, który tak samo jak ona, nie wiedział, jak to wszystko naprawić.
      Słuchała dalej, jak Seojun mówi o matce, o jej ostrzeżeniu, o swojej wściekłości, o ciszy, którą uznał za karę albo ochronę. Każde jego zdanie układało się w jej głowie jak puzzle, których wcześniej nie chciała złożyć. Widziała teraz wyraźnie, jak bardzo go skrzywdziła swoją milczącą dumą. Jak łatwo uznała, że ją porzucił, zamiast choć raz zapytać go o to wprost.
      Złość, która jeszcze przed chwilą paliła jej gardło, zaczęła gasnąć. Nie zniknęła całkiem, tylko zeszła na dalszy plan, ustępując miejsca czemuś cięższemu, bardziej upokarzającemu. Wstydowi. Gorzkiemu żalowi. Tęsknocie. którą tak długo tłumiła, że teraz wracała z podwójną siłą.
      Dlaczego nie walczyła bardziej? Dlaczego nie pojechała do niego sama, nie stanęła przed drzwiami, nie krzyknęła mu prosto w twarz, że to nie tak, że ona chciała, żeby tak wyszło. Dlaczego wolała spędzić każdą wolną chwilę, przeglądając jego social media, zdjęcia, każdą jedną plotkę, wzmiankę zamiast się skonfrontować?
      Może bała się, bo była zbyt dumna. Bo wolała udawać, że nic jej nie obchodzi, niż przyznać, że traci coś, czego nigdy, w pierwszej kolejności, nie miała prawa mieć.
      — Seojun, ja… — głos załamał jej się w połowie myśli.
      Co? Nie wiedziała? Nie wiedziała, tak samo jak on nie wiedział. Nie było to żadnym wyjaśnieniem. Po prostu łatwiej im przyszło spojrzeć na siebie przez swój brudny filtr.
      Opuściła na moment wzrok, na wzory wijące się po marmurowej podłodze, starając sobie ułożyć słowa w głowie, ale żadne rozsądne nie przychodziły jej na myśl. Brakowało jej słów. Była sobą rozczarowana, że łatwiej przyszło jej winić go za rzeczy, których nie zrobił, niż dać z siebie więcej.
      — Przepraszam. — powiedziała cicho, ze wstydem. To było mdłe, krótkie, ale nie naprawdę nie wiedziała, jak ubrać w słowa to co ciążyło jej na sercu.
      — Co? — Zmarszczyła brwi. Poderwała spojrzenie, gdy przyznał się do szukania luki w relacji jej i Jihoona.
      Słowa o Nova Noir uderzyły w nią jak zimny metal.
      Nova Noir. Gangnam. Nagranie z monitoringu. Szarpiąca się, odurzona nastolatka wciągana do pokoju przez grupę mężczyzn…
      Krew w żyłach zamarła jej w jednej sekundzie. Żołądek skurczył się tak gwałtownie, że poczuła mdłości. Musiała przełknąć ślinę, by nie zakrztusić się własnym oddechem. Aż nieco się zgarbiła w ramionach.
      Seojun wiedział… wiedział co ją spotkało. Wymienili się tymi historiami, więc musiał wiedzieć co to dla niej znaczyło.
      Usłyszeć, że Jihoon mógł być jednym z tych mężczyzn, sprawiło, że ściany biblioteki nagle stały się zbyt bliskie, powietrze zbyt gęste.
      Prawie oddała mu rękę… Dłonie zaczęły jej drżeć. Nie ze złości. Z obrzydzenia wobec samej siebie. Z wstydliwego, duszącego poczucia, że przez cały ten czas była ślepa. Że pozwoliła, by ojciec i głupia umowa zaprowadziły ją prosto w ramiona kogoś, kto mógłby… Nie dokończyła myśli. Nie potrafiła.

      Usuń
    10. Chodź.
      Jego dłoń wyciągnięta w jej stronę wyrwała ją z otępienia. Na moment świat znów stał się wyraźny. Widziała jego otwartą dłoń, długie palce. Widziała jak patrzy na nią, bez pretensji, bez wyższości, tylko z cichym, niemal błagalnym oczekiwaniem.
      Ruszyła się powoli.
      Jeden krok. Drugi. Nogi były ciężkie, jakby wrosły w podłogę. Myśli wciąż wirowały. Ale im była bliżej, tym bardziej te myśli traciły ostrość.
      Został tylko Seojun. Jego zapach. Jego spojrzenie. I ta dłoń, która wciąż na nią czekałą.
      Wtedy coś w niej do reszty pękło, roztrzaskało się o posadzkę.
      Przyspieszyła. Kilka szybkich, niemal biegowych kroków i wpadła mu w ramiona z siłą, która ją zaskoczyła. Objęła go mocno, wbijając twarz w zagłębienie jego szyi. Ciało drżało jej od stóp do głów. Nie płakała. Po prostu trzęsła się, jakby wszystkie emocje, które tłumiła przez cały ten czas, wreszcie znalazły ujście.
      — Przepraszam. — powtórzyła cicho, w jego skórę. — Przepraszam, że ci nie powiedziałam. Że nie przyszłam, że… że pozwoliłam, by zabrnęło to tak daleko.
      Palce wbiła w jego marynarkę. Oddychała płytko, nierówno, a serce waliło jej tak mocno, że z pewnością było to słychać.
      Przytuliła się jeszcze mocniej, jakby chciała się w niego wtopić całkowicie.
      — Sądziłam, że jeśli przyjdę… to okaże się, że naprawdę to był tylko jeden raz. — przyznała. — Nie wiesz jak bardzo żałuję.

      Never leave you again, Soyoung

      Usuń
    11. Otulił ją ciasno ramionami, nawet nie tyle przytulając, co po prostu dociskając kurczowo do swojego ciała, jakby obawiał się, że w każdej chwili mogła mu się wymknąć. Lewą dłoń wsunął w jej włosy, leniwie przesuwając palcami między kosmykami, a policzek oparł na czubku jej głowy, w ciszy słuchając potoku słów, który właśnie wypływał z jej ust. Jeden kącik jego ust mimowolnie podskoczył ku górze.
      Rozczulała go. Nawet teraz, zagubiona gdzieś pomiędzy smutkiem, wściekłością a wyrzutami sumienia potrafiła z lekkością poruszyć jego serce, sprawiając, że znajome ciepło rozlewało się w jego klatce piersiowej.
      — Już… dobrze — przerwał jej w końcu. — I ja przepraszam. Za wszystko.
      Za to, że nie skonfrontował się z nią od razu, dokładnie tego dnia, gdy dowiedział się o zaręczynach. Za to, że nie dał jej nawet najmniejszej szansy, by opowiedziała mu swoją stronę tej niesprawiedliwej historii — zresztą kolejnej z wielu, które jej dotyczyły. Za to, że potraktował ją niesprawiedliwie. Za to, że nie ostrzegł jej przed Jihoonem, mimo że miał ku temu powody. Za to, że była świadkiem tego, co wydarzyło się na sali, bo wbrew temu, co powiedział na głos, jak najbardziej miał wybór.
      — Nie powinienem mówić Jihoonowi o Nova Noir. Nie teraz. To był błąd, poniosły mnie emocje. Planowałem zrobić to zupełnie inaczej, załatwić wszystko na chłodno, kiedy nie będzie się niczego spodziewał… — Westchnął ciężko. — Teraz ma jeszcze więcej powodów, żeby zacierać za sobą ślady, więc może być jeszcze trudniej znaleźć jakiekolwiek dowody na to, że był w to zamieszany. Jedyne, co tak naprawdę daje nam pewność, to jego reakcja, i to tylko dlatego, że nie spodziewał się żadnego ataku. Ale może się wybronić i na pewno nie podda się z łatwością. Nie chodzi nawet o same zaręczyny. Będzie walczył o swoją pozycję. Sporo by go to kosztowało… o ile nie wszystko.
      Seojun nie miał pewności, jak wyglądały ustalenia dotyczące zaaranżowanego małżeństwa Soyoung z Jihoonem, ale był przekonany, że niezależnie od tego, jak wiele na tej relacji mogła zyskać rodzina Parków, nie byli ani na tyle biedni, ani zdesperowani, by podobny skandal nie skłonił ich do wycofania się z wydania córki za tego człowieka. O Nova Noir było głośno w całej Korei, zwłaszcza że jednym z ich stałych klientów okazał się znany polityk. Podejrzewał, że Soyoung z własnych powodów nie śledziła tej historii, dlatego nie drążył tego tematu. Nie chciał dokładać jej kolejnego ciężaru, szczególnie jeśli sprawa mogła okazać się dla niej zbyt bolesna.
      — Nie mam zielonego pojęcia, co wydarzy się jutro.
      Wyprostował głowę i zsunął dłoń z jej włosów na policzek. Delikatnie ujął jej twarz, unosząc ją tak, by móc spojrzeć jej w oczy. Nawet zapłakana, roztrzęsiona i nieszczęśliwa wyglądała w oczach Seojuna… Idealnie.
      Przez chwilę po prostu na nią patrzył. Jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy — zaczerwienione oczy, wilgotne rzęsy, drżące lekko usta. Kciukiem otarł pojedynczą łzę, która zatrzymała się przy jej policzku, a potem pochylił się ku niej.
      Pocałował ją najpierw powoli, z czułością obejmując jej wargi własnymi.
      Nie było w tym pocałunku pośpiechu ani żądzy. Była za to cała masa niewypowiedzianych słów, przeprosin i obietnic, których żadne z nich nie potrafiło jeszcze ubrać w zdania. Jego usta przesuwały się po jej wargach miękko i ostrożnie, jakby dawał jej czas, by w każdej chwili mogła się odsunąć. Kiedy jednak tego nie zrobiła, przyciągnął ją odrobinę bliżej, wsuwając dłoń na jej kark.
      Czuł pod palcami ciepło jej skóry i delikatne drżenie jej ciała. Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nie Jihoon. Nie zaręczyny. Nie Nova Noir. Nie to, co miało wydarzyć się następnego dnia. W tej jednej chwili liczyła się tylko ona.

      Seojun

      Usuń
    12. Jego usta ledwie zdążyły dotknąć jej warg, kiedy Soyoung poczuła, jak wiele, przez ostatnie półtora miesiąca, trzymała w sobie z niemal upartą zawziętością. Pocałunek był ostrożny. Prawie pytający. Zupełnie niepodobny do chaosu, który jeszcze chwilę temu kotłował się między nimi i który nadal dudnił jej pod skórą razem z przyspieszonym pulsem. Przez krótką, absurdalną sekundę po prostu stała nieruchomo, zaskoczona nie samym pocałunkiem, lecz tym, jak znajome okazało się jego ciepło. Jak niewiele potrzebowała, żeby ciało przypomniało sobie to, co przez tygodnie próbowała wmówić samej sobie, że potrafi zostawić za sobą.
      Dłonie, które jeszcze przed chwilą spoczywały na ramionach, przesunęły się po jego karku, a potem wyżej, zanurzając palce we włosach. Nie zastanawiała się, czy odsłania za dużo, czy za chwilę będzie tego żałować, czy Seojun poczuje drżenie jej palców i zrozumie, jak niewiele zostało z tej opanowanej Park Soyoung, która jeszcze godzinę wcześniej weszła na salę z uniesioną głową, przekonana, że przeżyje kolejny wieczór dokładnie tak, jak przeżywała wszystkie poprzednie.
      Włożyła w ten pocałunek wszystko, czemu nie potrafiła nadać kształtu.
      Każdy wieczór, kiedy z czystego przyzwyczajenia zerkała na ekran telefonu, chociaż wiedziała, że nie znajdzie tam jego imienia. Każdą chwilę, kiedy chciała napisać pierwsza i za każdym razem powstrzymywała ją własna duma. Złość na niego, na siebie, na tę cholerną ciszę, która z każdym kolejnym dniem robiła się coraz cięższa. Tęsknotę, której nie zamierzała przed nikim nazywać tęsknotą, bo samo słowo wydawało jej się zbyt miękkie, zbyt odsłaniające. I strach, którego miała dzisiaj zdecydowanie za dużo; przed ojcem, przed Jihoonem, przed konsekwencjami tego, co właśnie wydarzyło się za drzwiami biblioteki, ale przede wszystkim przed świadomością, jak niewiele brakowało, żeby pozwoliła innym zdecydować za siebie.
      Pocałowała go mocniej. Jakby mogła w ten sposób nadrobić te wszystkie tygodnie. Jakby mogła zmusić go, żeby bez jednego słowa zrozumiał wszystko to, czego ona sama nadal nie umiała ubrać w zdania.
      I dopiero kiedy zabrakło jej tchu, odsunęła się od niego o kilka centymetrów.
      Powietrze wpadło do płuc nierówno, prawie boleśnie, a Soyoung przez chwilę nie miała najmniejszej ochoty otwierać oczu. Czuła jego oddech na swojej skórze, ciepło dłoni przy karku, własne palce wciąż zaplątane w jego włosy i tę nieznośną bliskość, której przecież właśnie chciała najbardziej.
      Zsunęła dłonie z powrotem na jego ramiona. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy, chłonąc jego wizerunek, ciemne spojrzenie wystające spod kosmyków, pieprzyk pod okiem… Samo patrzenie na niego wymazywało świat wokół niej, potrafiła zatracić się w tym widoku. Był przepiękny, idealny.
      Jednak miękkość, która pojawiła się w niej przy Seojunie, powoli ustępowała miejsca czemuś znacznie bardziej znajomemu.
      Złości.
      — Może zaprzeczać. Może urządzić przedstawienie przed połową Seulu i wmówić wszystkim, że ty nagle postanowiłeś zniszczyć mu życie dla rozrywki. — Na jej ustach przemknął krótki, pozbawiony humoru uśmiech. — Nie obchodzi mnie to. Nie musi przyznać się przede mną do niczego. — Zerknęła przelotnie w kierunku ciężkich drzwi. — Wystarczy, że mój ojciec uwierzy, że istnieje choć cień szansy, że to prawda.
      I to akurat wiedziała z całą pewnością. Znała swojego ojca. Znała sposób, w jaki myślał o rodzinie, reputacji i wszystkim, co przez lata budował z obsesyjną wręcz potrzebą kontroli. Małżeństwo jego córki mogło być kontraktem. Mogło być transakcją, w której uczucia Soyoung znajdowały się gdzieś na samym końcu listy rzeczy wartych uwagi. Ale nazwisko Park nie mogło zostać przywiązane do skandalu, którego nie dało się uciszyć jednym telefonem i odpowiednio grubą kopertą.
      — Jak stąd wyjdziemy… — odezwała się cicho. Głos nadal miała zachrypnięty, lecz tym razem nie drżał już tak mocno. Palce zacisnęły się mocniej na materiale marynarki. — …rozszarpię go. — Nie było w tym nawet szczególnej przesady. Nienawiść do Jihoona pulsowała pod jej skórą ze zdwojoną siłą.

      Soyoung

      Usuń
    13. — Problem w tym, że nie mam żadnych twardych dowodów. Udało mi się jedynie dotrzeć do jednej z pracowniczek tego klubu, która zwolniła się parę miesięcy przed tym, jak informacja przeciekła do mediów i jeszcze nie zdążyli jej przesłuchać. Podpisała NDA jak wszyscy, ale pieniądze rozwiązały jej odrobinę język. To dzięki niej wiem, że Jihoon faktycznie był ich klientem i korzystał z ich… usług. — Skrzywił się. — Ale oprócz tej oficjalnej bazy, która nie potwierdza absolutnie nic, bo nie każdy gość klubu jest przecież pierdolonym śmieciem, podobno istnieje inna, wewnętrzna. Tam mają już numery klientów, nie nazwiska, a opłaty uiszcza się, oczywiście, gotówką, więc… Będzie ciężko, Soyoung. Nie wiem, ile wystarczy twojemu ojcu, żeby w to uwierzyć, ale nie sądzę, że mógłby brać moje słowa na poważnie po tym, co się stało.
      Na jej następne słowa roześmiał się, a zmarszczka zmartwienia między jego brwiami momentalnie się ulotniła. Jego dłonie zsunęły się na talię dziewczyny i przez tę krótką chwilę, wyrwaną siłą z rzeczywistości, Seojun zachłysnął się niemal dziecięcą radością, że ma ją obok siebie.
      — Myślisz, że pozwolę ci tak szybko ode mnie uciec? — zapytał żartobliwie, unosząc brwi. — Poza tym, myślę, że honor by mi nie pozwolił, byś była tą, która go rozszarpie. Pozwólmy mu się jeszcze trochę nacieszyć pełnym uzębieniem.
      Mimo rozbawienia w głowie, poczuł lekkie ukłucie wyrzutów sumienia. Tak naprawdę nawet nie przeszło mu przez myśl, jak ciężkie dla Soyoung było zdanie sobie sprawy z tego, do jakich rzeczy dopuszcza się człowiek, za którego miała wyjść, biorąc pod uwagę jej przeszłość. I właśnie o tej przeszłości Seojun nawet nie pomyślał — zorientował się dopiero wtedy, gdy dostrzegł ból w jej oczach. Ten sam, którego był świadkiem w noc balu, gdy dzielili się wzajemnie przyciszonymi głosami swoją historią w podobnej tej bibliotece. Nagle zaczął żałować, że nie zrobił jeszcze więcej w tej sprawie, że nie zajął się tym wcześniej lub od razu nie podszedł do Jihoona i nie wykrzyczał mu w twarz prawdy, gdy tylko miał ku temu okazję. Złość przesłoniła wszystko, co było ważne.
      — Soyoung, naprawdę…
      Przerwał. Znowu pojawiło się to dziwne uczucie wstydu i upokorzenia. Kolejne myśli, które jeszcze chwilę wcześniej uznałby mianem ckliwych i idiotycznych, pojawiały się w jego głowie zupełnie niekontrolowanie. Czy naprawdę zauroczenie sprawiało, że ludzie zamieniali się w takie żenujące istoty?
      Naprawdę nie wiem, dlaczego chcesz ryzykować tak wiele.
      — Naprawdę mam nadzieję, że to się uda.

      Seojun

      Usuń
    14. Nie odpowiedziała od razu. Nie odsunęła się. Jedynie spojrzenie stało się bardziej skupione. Nie podobało jej się to, co mówił. Nie dlatego, że miała mu za złe brak dowodów. Przeciwnie, sam fakt, że dotarł tak daleko, nie mając właściwie niczego poza podejrzeniem i własnym uporem, mówił wystarczająco wiele o tym, ile czasu musiał temu poświęcić. Nie podobała jej się świadomość, jak niewiele dzieliło ich od prawdy i jak ogromna przepaść wciąż pozostawała między wiedzieć a móc coś udowodnić.
      — Wcale nie musimy go przekonać. Mojego ojca.
      Mężczyzna mógł uznać Seojuna za gówniarza, który próbuje jedynie nieporadnie namieszać w relacji jego córki, by dać upust swojej zazdrości, ale nie o to chodziło, aby nagle zaczął pałać do Kima sympatią i wierzyć w każde jedno słowo.
      — Wystarczy, że zasiejemy ziarno niepewności. Nie uwierzy we wszystko od razu, Jihoon cieszy się dobrą opinią, jest szanowany w naszych kręgach, ale na pewno będzie chciał rozwiać wątpliwości. — Nie pozwoli zrobić z siebie idiotę, tylko dlatego, że zbagatelizował plotkę, którą mógł zweryfikować.
      Na jej ustach pojawił się niewielki, niemal pobłażliwy uśmiech.
      — Zacznie drążyć. — Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Jej ojciec nie należał do ludzi, którzy powierzali własne interesy cudzym osądom. Sprawdzał. Kontrolował. Upewniał się. Cechy, które przez większość życia doprowadzały Soyoung do szału, tym razem mogły okazać się dokładnie tym, czego potrzebowali. Zwłaszcza że nie chodziło wyłącznie o nią. Chodziło o jego nazwisko. Jego decyzję. Człowieka, którego sam uznał za odpowiedniego dla swojej córki. Jeżeli pojawi się choćby cień możliwości, że Jihoon przez cały ten czas coś przed nim ukrywał, ojciec nie powierzy sprawdzenia tego komuś innemu i nie zadowoli się zapewnieniem, że to nieprawda.
      Przez chwilę obserwowała twarz Seojuna, aż jej spojrzenie złagodniało.
      — Zrobiłeś więcej, niż ci się wydaje. — Nie powiedziała tego, żeby go pocieszyć. Gdyby uważała, że jego wysiłek prowadził donikąd, powiedziałaby mu to bez większych ceregieli. Ale tym razem naprawdę w to wierzyła. I chyba właśnie dlatego jego żart o tym, że nie pozwoli jej tak szybko od siebie uciec, zastał ją z opuszczoną gardą.
      Uśmiechnęła się. Powoli, miękko, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy uśmiechem zamierzała kogoś sprowokować.
      — A wyglądam, jakbym próbowała? — Dłoń, którą dotąd trzymała na jego ramieniu, przesunęła wyżej. Opuszki palców zahaczyły o kołnierzyk, potem o skórę jego karku, aż w końcu zniknęły na moment w krótkich włosach.
      Wspięła się na palce, by musnąć jego usta, jakby chciała go zapewnić, że naprawdę nigdzie się nie wybiera i nie zniknie mu zbyt szybko z pola widzenia.
      Wystarczyło to jedno: Soyoung, naprawdę… Uśmiech jednak na moment zmalał na jej twarzy.
      Przyglądała mu się bez słowa, kiedy urwał. Widziała, że coś go powstrzymuje, chociaż jeszcze chwilę wcześniej potrafił mówić o Jihoonie bez większego zawahania. Teraz natomiast wyglądał, jakby każde następne słowo wymagało od niego przekroczenia granicy znacznie trudniejszej niż ta, którą przekroczyli, całując się po raz pierwszy od ich rozstania.
      — Uda się — powiedziała. Nie brzmiała, jakby próbowała przekonać jego. Raczej siebie. — Musi. — dodała ze swoim zwyczajowym uporem i hardym spojrzeniem. — Zresztą co by się nie wydarzyło, nie wyjdę za niego. Ani za nikogo innego. — To akurat powiedziała z całą pewnością, jaką posiadała.

      Soyoung

      Usuń
    15. Przez chwilę po prostu na nią patrzył, nie mówiąc nic. Jej słowa wirowały mu w głowie — uda się, musi, zrobiłeś więcej, niż ci się wydaje, wcale nie musimy go przekonać — a rozsądek walczył zaciekle z tym, czego życzyło sobie serce. I zrobił dokładnie to, co uczyniłby każdy w jego sytuacji — pokiwał głową, próbując jednocześnie za wszelką cenę przywdziać na twarz maskę zdeterminowania i niezadrganej pewności, bo prawda w tym momencie była mniej ważna, niż to, by dać komfort osobie, która stała przed nim. Ich plan pozostawał wciąż w rękach losu i tak naprawdę w każdym jego punkcie coś mogło pójść nie tak, jak zakładali, ale Seojun już nie chciał się tym przejmować. W każdym razie nie teraz, gdy w końcu mógł trzymać ją przy sobie, czuć bliskość i ciepło jej ciała, patrzeć w jej okrągłe, piękne oczy przepełnione nadzieją, a przede wszystkim słyszeć te wszystkie słodkie słowa, które wprawiało jego serce we wstydliwe trzepotanie.
      — Obiecuję, że zrobię wszystko, by do tego nie dopuścić.
      Na tyle w tej chwili był w stanie sobie pozwolić, by jednocześnie jej nie okłamać. Bo tego był absolutnie pewien — choćby miał poruszyć niebo i ziemię, choćby miał dopuścić się rzeczy okrutnych, choćby miał roztrwonić majątek i nawet koniec końców pozwolić jej od siebie odejść, zdobędzie się na wszystko, byleby Soyoung nie wyszła za tego człowieka.
      Odepchnął się gwałtownie od biurka, o które się opierał, i wyprostował się, dalej obejmując dziewczynę w talii. Otulił ją jeszcze szczelniej ramionami, o ile to było możliwe, a potem pochylił się, by złożyć na jej ustach kolejny pocałunek. Ten nie był już tak delikatny jak poprzedni. Niewidzialny zegar w jego głowie wybijał okrutnie kolejne minuty, które dzieliły ich od powrotu. Wiedział, że tym razem będą musieli wrócić. Chciał szeptać jej bezlitosne słowa do ucha — by z nim została, by opuścili tę durną imprezę wspólnie, by po prostu odeszli stąd razem, nie oglądając się za siebie — ale wiedział, że wszystkie te rzeczy sprawią, że dla Soyoung skończy się to wszystko gorzej, niż dla niego kiedykolwiek mogło.
      Musieli wrócić na salę, osobno. Udawać obcych. Bo tylko w ten sposób ich plan miał szansę się udać.
      Dwie sylwetki pośrodku biblioteki skąpanej w półmroku, kurczowo objęte, delikatnie sunące do cichej, wolnej muzyki dobiegającej z głównej sali. Odtwarzające taniec, od którego wszystko się zaczęło.
      Znowu byli piękni.
      — Naprawdę nie wiem, dlaczego chcesz ryzykować tak wiele — szepnął cicho. Jego serce przyspieszyło mimowolnie, gdy słowa, które krzyczały w jego głowie w niewidzialnej klatce, w końcu opuściły jego usta; szybko i wstydliwie, zupełnie nie tak, jak to miały w zwyczaju.
      Bo on był pewien, dlaczego mógł zaryzykować wszystko. Być może tak jak wielu mężczyzn przed nim i wiele po nim, tłumaczył sobie po prostu puste emocje, głupie zauroczenie i zachłyśnięcie się pięknym oraz nieznanym czymś wyjątkowym i niespotykanym — a może nie. Może odnalazł kogoś, kto go rozumiał na poziomie, na którym nie rozumiał go nikt wcześniej. Kogoś, kto mu imponował. Kogoś, przy kim maska codzienności ześlizgiwała się bez żadnego wysiłku.
      Kogoś, kogo byłby kiedyś w stanie pokochać.
      Pragnął jej w chwili tak bardzo, że to… Bolało.

      Seojun

      Usuń
    16. Soyoung poczuła zmianę w jego objęciu, zanim zdążyła zobaczyć ją na jego twarzy. Jeszcze mocniej, jakby to w ogóle było możliwe. Przez krótka chwilę pozwoliła sobie na ten egoistyczny luksus nie zastanawiania się co będzie za pięć minut, kiedy będą musieli stąd wyjść. Pozwoliła sobie nie myśleć o ojcu, o Jihoonie, ani o sali pełnej ludzi, przed którymi miała odgrywać zupełnie inną rolę niż tą, którą właśnie wybrała dla siebie.
      Rzeczywistość była skurczona do ich dwójki.
      Do Seojuna.
      Jego ramiona zaciśnięte wokół talii, znajome ciepło ciała i ten sposób, w jaki przyciągnął ją do siebie, jak gdyby kilka dodatkowych centymetrów bliskości mogło coś zmienić. A może mogło?
      Soyoung wsunęła dłonie pod poły jego marynarki i objęła go w pasie. Przez materiał słyszała przyspieszony rytm serca; nierówny, zbyt szybki, żeby mogła zrzucić go wyłącznie na niedawną kłótnię, czy emocje związane z informacją jaką na nią zrzucono.
      Uśmiechnęła się pod nosem, odsuwając na bok niepokój.
      Nie potrzebowała zapewnienia, że wszystko skończy się dobrze. Była wystarczająco dorosła i zdecydowanie zbyt dobrze znała własną rodzinę, żeby wierzyć w podobne gwarancje.
      Mogło im się nie udać. Ich misterny plan mógł rozsypać się w każdej chwili.
      Bała się tego. Oczywiście, że się bała, ale obietnica Seojuna przyniosła odrobinę ulgi. Jednak nie miała zamiaru pozwolić aby strach był wystarczającym powodem, żeby pozwolić innym decydować o tym jak będzie wyglądało jej życie, jeśli to czego chciała było właśnie przed nią.
      Poczuła ruch Seojuna i uniosła głowę, akurat w chwili, kiedy odsunął się od biurka. Dała się pociągnąć za nim bez protestu, a kiedy jego ramiona ponownie zamknęły się wokół niej, odpowiedziała tym samym, oplatając ręce wokół jego karku.
      Pocałunek odebrał jej resztę myśli, od pierwszego zetknięcia ich ust. Coś ścisnęło ją nieprzyjemnie pod żebrami, bo zrozumiała, że zegar tykał, a ich wspólny czas tego wieczora powoli i nieubłaganie kurczył się.
      Za kilka minut będą musieli wrócić. Osobno. On pierwszy, ona później albo odwrotnie. Wystarczająco daleko od siebie, żeby nikt nie połączył ich nieobecności. Będą musieli wejść pomiędzy ludzi i ponownie stać się tymi wersjami siebie, których wszyscy oczekują. On zajmie swoje miejsce, ona swoje. Być może ktoś ją zatrzyma, ktoś o coś zapyta, ktoś poda jej kieliszek. A potem odnajdzie Jihoona, bo wątpiła by był na tyle bezczelny, żeby opuścić imprezę bez niej. Ta myśl była jak zimna dłoń przesunięta wzdłuż kręgosłupa.
      Zacisnęła palce mocniej na karku Seojuna. Odwzajemniła pocałunek z nagłą zachłannością, której nawet nie próbowała przed nim ukryć. Przesunęła jedną dłoń wyżej, wsuwając palce w jego ciemne włosy, i przyciągnęła go bliżej, jakby chciała ukraść dla siebie jeszcze kilka sekund, zanim rzeczywistość upomni się o nich oboje.
      Oderwała się od jego ust dopiero wtedy, kiedy zaczęło brakować jej powietrza, lecz nawet wówczas nie odsunęła się dalej. Przez chwilę miała przymknięte oczy, a gdy je uchyliła, Seojun wciąż był tak blisko, że mogła dostrzec najmniejszą zmianę w jego spojrzeniu. Miękła w środku od tego co widziała w jego oczach, a co odbijało się w jej własnych.

      Usuń
    17. Naprawdę nie wiem, dlaczego chcesz ryzykować tak wiele.
      Przez sekundę po prostu na niego patrzyła.
      Nie spodziewała się, że takie słowa opuszczą jego usta.
      A może raczej nie spodziewała się, że odpowiedź będzie aż tak prosta.
      Dłonie, które do tej pory trzymała na jego karku, przesunęła powoli ku twarzy Seojuna. Ujęła jego policzki pomiędzy palce, przesuwając kciukami po skórze tuż pod kośćmi policzkowymi.
      Nie uśmiechała się. Nie tym razem.
      Patrzyła mu prosto w oczy z tym samym uporem, z którym potrafiła brnąć dalej, kiedy naprawdę czegoś chciała. Bez zawahania. Bez pozostawiania sobie wygodnej drogi odwrotu.
      — Bo jesteś tego wart.
      Nie zamierzała sporządzać mu listy powodów, przekonywać go, że jest dobrym człowiekiem ani wymieniać wszystkiego, co w nim widziała. Oboje wiedzieli przecież, że daleko im było do ideału, ludzkiego wzoru cnót. Soyoung po prostu czuła się przy nim dostrzeżona. Widział wszystko to, co piękne i poukładane, ale także cały bałagan, którego nie potrafiła poukładać. Widział to i wciąż tu był. Wprawiał jej serce w szybszy, nierówny rytm, a w umyśle pozostawiał spokój. Była to mieszanka tak uzależniająca, że nie potrafiłaby się od tego odwrócić plecami.

      Soyoung

      Usuń
  14. Conference Room Are you going to be doing drugs here... again?

    OdpowiedzUsuń
  15. VIP Lounge Because exclusivity is a personality trait.

    OdpowiedzUsuń
  16. Cigar Lounge Smoke rises. So do rumors.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wine Cellar Aged wine. Immature behavior.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Wyjścia z parkietu nie traktował jako chęć zabrania go na stronę. Wręcz przeciwnie. Wydawało mu się, że Park, tak samo jak i on, pragnie choć na moment się uspokoić. A to miała być cisza przed burzą.
      Szedł za nim ufnie, podążając korytarzami i schodami hotelu, aż w końcu znaleźli się w długim, nieco ciemniejszym przejściu. Pchnął pierwsze lepsze drzwi, zapalił światło, które zdecydowanie wymagało wymiany z uwagi na dość słabe, przyciemnione oświetlenie. Rozejrzał się dookoła, orientując się, że znajdują się w piwniczce na wino. Zaśmiał się perliście, zaraz przenosząc swoje spojrzenie na towarzysza.
      — Idealnie — skomentował i zarzucił swoje dłonie na ramiona Junseo.
      Wpił się w jego usta, przygryzając delikatnie jego dolną wargę. Nie pozwolił jednak na pogłębienie pieszczoty lub jej przeciągnięcie. Odsunął się z cichym westchnieniem, patrząc się w oczy młodszego.
      — Chwila — powiedział, a w jego głosie poza prośbą, można było wyczuć też nutę obietnicy. — Na deser musisz jeszcze poczekać — oznajmił, patrząc mu w oczy. — A… obiecuję, będzie na co — dodał, uśmiechając się do niego prowokująco. Dłonią przesuwał po jego podbrzuszu, żałując, że nie może poczuć ciepła i miękkości jego skóry. Ale poczeka. Był cierpliwy.
      — Wyczekane smakuje najlepiej — rzucił, przesuwając językiem po szczęce Junseo aż do jego ucha. Zassał się na jego płatku, by na koniec wypuścić z siebie cichy, prowokujący jęk.
      Odsunął się szybko, by nie dać się złapać w silnym uścisku ramion. Obawiał się, że wówczas cała zabawa mogłaby się skończyć przedwcześnie.
      — Myślisz, że możemy się poczęstować? — spytał, chodząc między alejkami win, łapiąc jedną losową butelkę w końcu.

      Ryan

      Usuń
    2. Nie znał Ryana i nie wiedział, co kierowało jego czynami – mógł jedynie zgadywać bądź przypuszczać. Obraz przed nim malował kogoś pewnego siebie, świadomego swoich atutów i niebojącego się ich wykorzystać. Tak było podczas każdego ich spotkania. Kim miał wszystko, o czym on marzył i do czego dążył. Ryan kolejny już raz był w oczach Junseo kimś, kim brunet sam chciał być. Bo mimo że środowisko, z jakim wiązał swoją przyszłą karierę, skupiało ludzi utalentowanych, posiadających wachlarz umiejętności, ludzi, których twarze reklamowały co drugi produkt znajdujący się na sklepowych półkach w rodzimej Korei, on dalej miał wątpliwości co do tego, czy był wystarczająco dobry.
      Może to ilość spożytego alkoholu dodawała mu odwagi i zagłuszała te wszystkie sceptyczne myśli, a może to aprobata, którą wyczytał w oczach Ryana, napędzała go do kolejnych odważnych ruchów. Jednak pierwszy raz od dawna Junseo czuł się swobodnie we własnej skórze i nie obawiał się bezwstydnie wyciągnąć ręki po to, na co właśnie miał ochotę.
      Dlatego z chęcią odwzajemnił kolejne pocałunki składane na jego ustach, a swoim dłoniom pozwolił na błądzenie po ciele drugiego, z uwagą wyszukując najmniejszych reakcji i mentalnie tworząc listę, gdzie powinien go dotknąć, by zostać uraczonym gwałtownym nabraniem powietrza w płuca czy rozkosznym westchnieniem.
      Mimo że nie wiedział, dokąd poprowadzi ich korytarz, przemierzył go pewnym krokiem, z uśmiechem zadowolenia wymalowanym na ustach. Nie skupiał się na twarzach mijanych ludzi, na bogatym wnętrzu hotelu ani na tym, ile razy skręcił w kolejny korytarz. Jego uwaga przykuta była do ciepłej dłoni, która dalej spoczywała w jego dłoni, do uśmiechu, który rozpromienił twarz Ryana, gdy ten wepchnął ich do jednego z pomieszczeń, i do ust, które kolejny raz zostały połączone w pocałunku pozostawiającym niedosyt.
      — Idealnie? — zagadnął, unosząc brwi, kiedy tylko Ryan oddalił się na tyle, że nie był go w stanie dosięgnąć.
      Sam rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym panował półmrok. Łatwo było jednak dostrzec ustawione pod ścianami regały pełne butelek wina. Wyczuwalna wilgotność powietrza również sprzyjała rodzącej się w jego głowie teorii, że znajdują się kilka pięter poniżej głównej sali.
      — Idealnie, bo chcesz mnie upić… — Zaczął powoli podążać za blondynem w głąb pomieszczenia, jednak dalej dzielił ich spory dystans. Junseo skradał się, jakby swoimi ruchami nie chciał spłoszyć blondyna – niczym drapieżnik polujący na ofiarę. Ta zabawa w kotka i myszkę przypadła mu do gustu na tyle, że nie miał zamiaru jej przerywać. Apetyt rósł w miarę jedzenia.
      — Czy idealnie, bo nie chcesz, by ktokolwiek nas usłyszał? — Znalazł się na tyle blisko, że ostatnie słowa wyszeptał, swoim ciepłym oddechem muskając kark Ryana. Uśmiechnął się sam do siebie, lecz zamiast pochylić się jeszcze bardziej, postawił krok do tyłu, skupiając wzrok na wysokim stoliku usytuowanym w rogu pomieszczenia. Leżały na nim dwa kieliszki, korkociąg i kartka z charakterystycznym logiem ust – znakiem rozpoznawczym organizatorki imprezy. Zupełnie jakby oczekiwała, że ktoś postanowi spędzić resztę wieczoru właśnie tutaj.
      — Myślę, że jest to wręcz wskazane. — Ryan stał bokiem do znaleziska Junseo, więc brunet, zamiast wskazywać na stolik, podszedł i zgarnął wszystko w obie ręce, by po chwili stanąć obok niego. Dłoń, w której trzymał korkociąg, wyciągnął przed siebie. — Wygląda na to, że zadbali o każdy najmniejszy szczegół. Kto wie, co jeszcze tu znajdziemy. — Mrugnął do niego porozumiewawczo, wyginając usta w zadziornym uśmiechu.
      Chciał zamknąć dystans między nimi, jednak wiedział, że jeśli to zrobi, nie będzie w stanie nad sobą zapanować, a odniósł wrażenie, że obydwoje doszli do niemego porozumienia, by przeciągnąć zabawę jak najdłużej było to możliwe.

      Junseo

      Usuń
    3. Słyszał za sobą kroki, ciche jakby nie miały go spłoszyć. Czuł przyjemne dreszcze, które rozchodziły się po jego ciele. W piwniczce było wilgotno i chłodno, jednak jego skóra nadal była solidnie rozgrzana po tańcu oraz interakcji między nimi. Doskonale wiedział, że gdyby tylko Junseo go złapał, przyciągnął na dłuższy pocałunek, nie opierałby się. Dałby się ponieść chwili, nie myśląc o konsekwencjach. Poszedłby w to, rozebrał szybciej niż przeliterowałby swoje imię. Nie był pewien czy to efekt substancji z niebieskiego kieliszka, alkoholu czy Parka.
      Mężczyzna ciekawił go. Był dla niego nieodgadnioną zagadką. Ten, który go tak nienawidził, właśnie był tym, który teraz podążał za nim, całował go, dotykał i pragnął. Czuł to doskonale na parkiecie. Junseo pokazywał to dość dosłownie. Nie było czuć tej niezręczności. Bawili się tak jakby od dawna mieli się ku sobie, jakby znali się całe wieki i w końcu pozwolili okazać sobie nawzajem skrywane pragnienia. Ktoś, kto ich nie znał, a obserwował z boku, mógł wyciągnąć takie wnioski.
      Kolejne słowa i ciepły oddech na karku, sprawiły że Ryan cicho westchnął. Mięśnie napięły się, by zaraz się rozluźnić, gdy nie przyszedł za tym upragniony dotyk. Torturowali siebie nawzajem, bawili się tym. Nie mieli też zamiaru przestać. Obydwoje grali w tę grę, oczekując kto pierwszy się podda i zmniejszy dzielący ich dystans do zera.
      Kim oczywiście chciał, by był to Park. Niesamowicie kręciło go to poczucie kontroli i dominacji. Cieszył się nim, póki było po jego stronie, bo przeczuwał, że w przypadku tej nocy, będzie je musiał wkrótce oddać. Może nawet na liczył. Chciał, by Junseo był miły. Najbardziej jak tylko potrafił. Zakładał, że mógłby nim się należycie zająć. Czekał na to jak dziecko na pierwszą gwiazdkę.
      — Idealne z obu tych powodów — przyznał, puszczając młodszemu oczko. — Chyba jednak zwłaszcza ta druga opcja. Dużo obiecywałeś w kontekście krzyczenia — dodał po chwili.
      Rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając stolik z winem, do którego podszedł Park. Uniósł wysoko brew, mocno zaciekawiony tym wszystkim. Ostatecznie, wiele z wydarzeń dzisiejszego wieczoru było zaskoczeniem. Pierwsza impreza tego typu, nie do końca wiedział, czego jeszcze mogli się spodziewać. I jak bardzo ich decyzje, wpłyną na przyszłość.
      Cicho westchnął, odpychając od siebie te myśli. Nie chciał się na tym skupiać, nie chciał znów analizować przesadnie. Nie, gdy obok niego był Junseo. Chciał ponownie zasmakować jego ust, smakujących już jego pomadką nawilżającą i mieszanką alkoholi. Chciał poczuć dłonie na swoich biodrach, pośladach, tak jak wcześniej. Pragnął tego ciepła, tych spojrzeń między nimi.
      Nie ruszył się jednak. Obserwował z zadziwiającym spokojem każdy ruch młodszego, powstrzymując chęć zdarcia z jego twarzy tego uśmieszku.
      — Oby nie trupa. To mogłoby nam zdecydowanie zabić nastrój — zaśmiał się tylko, zaraz podchodząc i zabierając korkociąg.
      Sprawnie otworzył butelkę wina, nie czytając nawet etykiety. Uważał to za mało znaczący szczegół. Nalał im do kieliszków, odstawiając butelkę na stolik. Przesunął palcami po szkle, zaraz łapiąc spojrzenie ciemnych tęczówek.
      — To co, za noc godną grzechu, hm? — mruknął zadowolony.
      Zaraz upił trochę wina, oblizując swoje usta. Było dobre, lekko słodkie, z wyraźną nutką owoców. Smakowało mu. Nie przepadał za cierpkimi nutami wytrawnego wina.
      — Ale nie będziemy tu stać i pić tylko — rzucił, zajmując miejsce na hokerze stojącym obok wysokiego stolika. — Może w coś zagramy? Jakieś propozycje?

      Ryan

      Usuń

    4. Słowa opuszczające usta Ryana przyprawiały go o przyjemny dreszcz rozchodzący się wzdłuż kręgosłupa. Brzmiał sugestywnie, szczególnie w połączeniu z gestami, jakie zawsze towarzyszyły jego wypowiedziom. Pobudzał wyobraźnię Junseo, wkradał się do zmysłów i przyprawiał o zawroty głowy, nawet gdy ich ciała dzielił dość spory dystans. Brunet zaśmiał się pod nosem na myśl o tym, dlaczego miałby być głośno w jego towarzystwie, i chętnie sięgnął po kieliszek wypełniony winem.
      — Lubisz krzyczeć? — zapytał, zatrzymując się przed nim. Przeleciał spojrzeniem po całej jego sylwetce, myśląc o tym, co mogłoby wywołać w Ryanie tak niepohamowaną rozkosz, wydobywającą wrzask z jego krtani. Brązowe tęczówki skrzyżowały się z oczami blondyna, kiedy uniósł szkło do ust, a następnie wziął spory łyk. Alkohol miał przyjemny smak, jednak daleko mu było do konesera win, więc nie był w stanie ocenić, jak dobry jakościowo był wypity przez niego trunek. To w tej chwili miało tak naprawdę najmniejsze znaczenie. Odstawił kieliszek, nie przerywając ich spojrzenia, a gdy wiedział, że ma na sobie całą uwagę drugiego, powoli przesunął językiem po wargach, zlizując ostatnie burgundowe krople.
      — To, plus masz ochotę zgrzeszyć? — Podparł się na krześle, na którym siedział Ryan, ze swoją dłonią usytuowaną na niewielkiej przestrzeni pomiędzy jego nogami. Pochylił się jeszcze trochę, bo zabawa z ogniem była tak zabawna. — Nigdy nie posądziłbym cię o wywieranie złego wpływu na młodszych.
      Oddalił się, odpychając od siedzenia, nim Kim miał okazję zareagować. Odpłacał mu dokładnie tym samym – droczył się, bo tak samo na parkiecie postępował blondyn, doprowadzając go tym do szału. No a przecież nie mógł pozostawać mu dłużny.
      Na propozycję gry uniósł brwi z zaciekawieniem, bo była to idealna okazja, by pod pretekstem pijackiej zabawy dowiedzieć się czegoś o Ryanie lub jeszcze bardziej umilić ich wspólny czas – a może nawet połączyć przyjemne z pożytecznym.
      — Hmm… — Przyłożył palec do ust, jakby naprawdę rozmyślał. — Może dwadzieścia jeden pytań? Butelka w dwie osoby byłaby trochę monotonna. — Zupełnie nie przeszkadzałoby mu kilkukrotne wpijanie się w usta drugiego. Co więcej, obawiał się, że przyniosłoby mu to zbyt dużo satysfakcji w zbyt krótkim czasie, a przecież nie o to w tym wszystkim chodziło.
      — Mógłbyś mi powiedzieć, co podoba ci się we mnie najbardziej — mówił powoli, przeciągając sylaby, praktycznie mrucząc pod koniec zdania. Jeśli nie dzieliłoby ich wzajemne przyciąganie, nie znajdowaliby się tutaj. Junseo chciał jednak szczegółów – wiedzieć, czym zachęcił do siebie drugiego, zaspokoić swoją ciekawość i nakarmić nieco swoje ego.

      Junseo

      Usuń
    5. Widział, co z nim robi i jak skuteczne są jego działania. Przyjemnie łaskotało to jego ego, będąc niczym paliwo do coraz śmielszych i odważniejszych zachowań. Musiał się mocno powstrzymywać, by nie zrobić o krok za daleko. Odpowiadało mu to rosnące napięcie, igranie z ogniem i przeciąganie liny. Był ciekaw, który z nich pierwszy pęknie, złamie się i przerwie tę małą zabawę.
      Nie chciał jednak przeciągać jej w nieskończoność. Wolał, żeby odpowiedni moment nadszedł wtedy, gdy obaj będą mogli napawać się sobą bez pośpiechu i ponaglania. Czekał na tę chwilę z utęsknieniem. Chciał poznać dokładną fakturę jego skóry, zagłębienia i mięśnie. Chciał poznać jego smak, spijać dźwięki przyjemności i kolekcjonować zamglone spojrzenia.
      Nie pozostawał niewzruszony na działania Junseo. Sam czuł gorąc swojej skóry, dreszcze i napinające się mięśnie brzucha, gdy ten tylko zmniejszał między nimi dystans. Nie zamierzał jednak tego ukrywać. Wręcz przeciwnie - pokazywał, jak bardzo mu się to podoba, robiąc to w najbardziej prowokacyjny sposób, jaki przychodził mu na myśl.
      — Lubię — potwierdził. — Ale żeby to usłyszeć, będziesz musiał się nieco postarać — mruknął do niego zaczepnie.
      Jego gra została podjęta przez Parka, który postanowił również nieco się nad nim poznęcać. Kim chciał wykonać jakiś ruch, jednak nie zdążył. Zamiast tego zaśmiał się cicho, przygryzając już lekko napuchniętą dolną wargę. Zamruczał, gdy tylko język Junseo zlizał resztki wina z jego ust. Zmrużył lekko oczy i zaraz głośno westchnął, odchylając głowę w tył. Został tak przez chwilę, aż w końcu wrócił do poprzedniej pozycji.
      Powoli zsunął się z krzesła i zmniejszył dystans między nimi.
      — A ty nie masz? — Uniósł wysoko brew, po czym znów się zaśmiał, kładąc dłonie na jego torsie. Pogładził go, zaczepiając kciukami o sutki. Obrócił się szybko, tak by stanąć za nim.
      — Nie oszukuj. Twoje biodra na parkiecie mówiły zdecydowanie co innego — wyszeptał mu do ucha, które delikatnie ugryzł.
      Dłonie zsunęły się na wspomniane wcześniej miejsce, ale tylko na krótką chwilę.
      Odsunął się z niechęcią, wracając na swoje miejsce na krześle. Założył nogę na nogę, obserwując Junseo bardzo uważnie. Jak wiele dałby, by móc w końcu dostrzec więcej jego ciała, pozbawionego ubrań.
      Na propozycję gry skinął głową. Był ciekaw, jak to wszystko się potoczy i czego jeszcze się o sobie dowiedzą. I choć kusiło go wiele pytań, musiał wybierać je rozważnie. Nie chciał popsuć chwili ani sprawić, by ten przyjemny nastrój zmienił się w coś ckliwego lub nieprzyjemnego.
      Wiele go ciekawiło, ale był na tyle trzeźwy, by oszacować, że pytanie o powód jego niechęci mogłoby zniweczyć całą dobrą zabawę.
      — Och? — mruknął, nalewając im wina do kieliszków. — Tak od razu? Mmm, niech pomyślę.
      Przerwał, popijając wino. Uważnie przesuwał spojrzeniem po ciele Junseo, jakby naprawdę chciał wybrać jedną konkretną partię.
      Tak naprawdę nie miał pojęcia, dlaczego znaleźli się w takiej sytuacji. Oczywiście Park był przystojnym mężczyzną i gdyby nie awersja młodszego, może sam próbowałby kiedyś zagaić rozmowę. Choć wcale nie przypuszczał, że ten może interesować się tą samą płcią.
      To było coś innego.
      Przyciąganie, magnetyzm. Ta zmiana nastawienia, przepychanki słowne i rosnące napięcie. Wszystko wydawało się czymś niewłaściwym, a może właśnie dlatego miał ochotę tego spróbować. To albo substancje z niebieskiego kieliszka.
      — Jedną tylko? — westchnął, przewracając oczami.
      Wiedział, że Park chciał połechtać sobie ego. Prawdopodobnie byli podobni pod tym względem. Obydwaj potrzebowali zapewnień od kogoś innego. Ryan chciał mu to dać. Wierzył, że było to tego warte.

      Usuń
    6. — Na ten moment nie widziałem zbyt wiele — zaczął w końcu, po czym ponownie się zaśmiał. — Ale głos mi się twój podoba. Bardzo. Lubię takie rzeczy — przyznał, poprawiając swoje włosy. — I w dodatku bardzo ładnie się na mnie dzisiaj patrzysz — dodał zaraz.
      To była prawda. Jego wzrok był o wiele łagodniejszy niż na sali prób czy na korytarzu wytwórni. Tamto spojrzenie go przerażało.
      — Ale! Żeby nie było nudno, wprowadzam nową zasadę. Jak któryś nie odpowie, to może ściągnąć z drugiej osoby to, co tylko będzie chciał. To doda motywacji — stwierdził zadowolony.
      Był naprawdę dumny ze swojego pomysłu.
      — Więc, Junseo. Powiedz mi o swoich upodobaniach albo fetyszach. Masz jakieś?
      Uparcie patrzył mu w oczy, modląc się w duchu, by tylko nie trafił na stópkarza. Wiele mógł przeżyć. Mógł próbować wielu rzeczy. Ale były granice!


      Ryan

      Usuń
    7. Obserwował go uważnie, wyczekując każdego kolejnego ruchu z tchem zapartym w piersi. W jego brązowych oczach dostrzegł malującą się satysfakcję, dumę z własnych poczynań, a mimo to na twarzy Ryana malował się powściągliwy uśmiech – zupełnie jakby nie chciał zdradzić wszystkich swoich zamiarów czy dać zatracić się w emocjach, które nim szargały.
      Słowa były zbędne, kiedy Junseo cały zadrżał, gdy obce dłonie zaczęły sunąć po jego ciele, zatrzymując się w najbardziej czułych punktach. Klatka piersiowa uniosła się gwałtownie do góry w odpowiedzi na pieszczoty, serce zabiło szybciej, cały organizm krzyczał i niewerbalnie błagał o więcej. Junseo zawzięcie starał się zachować pozory niewzruszonego, bo za każdym razem, gdy okazał, jak cholernie pragnął bliskości, Ryan oddalał się, pozostawiając niedosyt. Jednak nawet wsunięta między zęby dolna warga nie była w stanie stłumić jęku pożądania, który odbił się głośnym echem w cichym pomieszczeniu. Instynktownie odchylił głowę w bok i zamknął oczy – wtedy wszystko zdawało się jeszcze intensywniejsze – gdy zdał sobie sprawę, że twarz blondyna znalazła się bliżej niego, aktywnie reagując na każdy sygnał czy gest.
      — Cieszę się, że mamy podobne grzeszne intencje — odpowiedział, gdy tylko uregulował swój oddech. Dalej czuł przyjemne mrowienie wszędzie, gdzie uprzednio Ryan uraczył go swoim dotykiem, w głowie mając cichą nadzieję, że w planach na dzisiejszą noc było rozpisane coś poza znęcaniem się nad nim. Dalej nie znał prawdziwych zamiarów drugiego. Mógł tylko przypuszczać, że te wszystkie obietnice nie były jedynie głupimi zagrywkami, by zrobić z niego idiotę, a później wykorzystać to w kolejnej słownej przepychance.
      Wiedział, jak wiele ryzykował, pozwalając sobie na te chwile zapomnienia, jednak zabrnął na tyle daleko, że za późno było na to, by pozwolić zdrowemu rozsądkowi zacząć dobijać się do podświadomości. Jakiekolwiek czerwone lampki, które nagle postanowiły się zaświecić, zgasił, opróżniając swój kieliszek. O wiele przyjemniejszy był alkoholowy szum w uszach niż ten przypominający mu, że być może popełniał właśnie błąd.
      Wszelkie wątpliwości, jakie zdążyły rozgościć się w jego podświadomości, rozproszyły się wraz z wyznaniem Ryana. Odpowiedź wydawała się szczera, bo nie skupiała się na jego fizycznych atrybutach, ale na tym, jak jego zachowanie wpływało na Kima. Junseo uśmiechnął się mimowolnie, bo spodziewał się czegoś powierzchownego, a został obdarowany czymś więcej, a to nie zdarzało się często, a już na pewno nie w takich okolicznościach.
      — Lubię na ciebie patrzeć — powiedział szybko i bez zastanowienia. Dopiero gdy słowa zawisły pomiędzy nimi, zdał sobie sprawę, że nie zatrzymał odpowiedzi jedynie w swoich myślach, ale podzielił się wyznaniem z Ryanem. Były to pewnie jedne z najniewinniejszych słów, jakie opuściły dziś jego usta, ale z jakiegoś powodu to one sprawiły, że poczuł, jak ciepło powoli wkrada się na jego twarz. Odchrząknął cicho, chcąc pozbyć się dziwnego uczucia zakłopotania, i szybko postanowił odpowiedzieć na kolejne pytanie, w środku mając nadzieję, że Ryan nie postanowi ciągnąć tematu – bo przecież nie było to nic więcej, a jedynie alkohol przemawiający za niego.
      Prawdą było, że Junseo nikomu nie ufał na tyle, by pozwolić sobie na głębsze relacje, a co za tym szło, nigdy nie miał okazji w pełni odkryć swoich upodobań. Każdy z jego poprzednich partnerów był jedynie szybką przygodą na jedną noc, sekretem, któremu nie mógł dać wypłynąć na światło dzienne, czymś, o czym nie myślał o poranku, bo tak było łatwiej. Wiedział jednak, co podobało mu się w zachowaniu Ryana, co przyprawiało go o dreszcze i co być może kryło za sobą coś więcej.
      — Nie wiem, czy to fetysz — zaczął, wzruszając przy tym ramionami. — Ale to przyjemne, gdy ktoś jest w stanie przejąć kontrolę nad twoimi zmysłami. — Chciał zobaczyć, czy jego słowa wywołają reakcję u Ryana, więc nie uciekał wzrokiem, odpowiadając na zadane pytanie. — Pozbywając się jednego, potęgujesz resztę doznań.

      Usuń
    8. Przypomniał sobie o tym, jak intensywny był każdy dotyk, gdy przymykał powieki, pozwalając, by na kilka sekund otoczyła go ciemność, czy jak bardzo Ryan pobudzał jego zmysły słodkimi westchnieniami i szeptami, nawet gdy znajdował się kilka centymetrów od niego.
      — Mam nadzieję, że to satysfakcjonująca odpowiedź — dodał, samemu sięgając po butelkę, by rozlać resztę zawartości do kieliszków.
      — A ty? Posiadasz jakieś fantazje, a może już udało ci się spełnić swoje najskrytsze erotyczne marzenia? — zagadnął, pochylając się do przodu.
      Nie wiedział, czy nie posuwa się za daleko, w końcu pytania były śmiałe, jednak to Ryan sprowadził ich grę na taki właśnie tor, oferując łatwe wyjście z sytuacji, jeśli nie chciał podzielić się odpowiedzią.

      Junseo

      Usuń
    9. Kolejny dumny uśmiech zagościł na jego twarzy. Widział, jak Junseo powstrzymuje się, gra i udaje niewzruszonego. Jakby całym sobą chciał mu udowodnić, że jego dotyk wcale nie działa na niego aż tak mocno. Mimo to nie był w stanie powstrzymać tych przyjemnych dźwięków, których Ryan chciał słuchać jeszcze więcej. Potrzebował ich w tym momencie niemal jak tlenu.
      Już układał w głowie plan, co zrobić, by wydobyć ich jeszcze więcej. Jak sprawić, żeby Park całkowicie zatracił się w chwili i przestał zważać na fakt, że znajdowali się w miejscu, do którego w każdej chwili mógł wejść ktoś obcy. Tłumił w sobie chęć pochwalenia go za tak piękne reakcje. Wiedział jednak, że na to przyjdzie jeszcze czas. I miało to nastąpić zdecydowanie szybciej, niż początkowo zakładał.
      Zachowanie Parka było po prostu idealne. Ryan nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio odczuwał takie napięcie i ekscytację. Chciał jednocześnie rozegrać wszystko powoli, sprawdzając, na jak wiele może sobie pozwolić, a z drugiej strony pragnął już całkowicie ponieść się chwili. Oddać się słodkiemu zapomnieniu i choć przez moment nie myśleć o konsekwencjach.
      Nie spodziewał się takiego wyznania. Nie tak otwartego.
      Przygryzł wargę, nie mogąc oderwać oczu od zakłopotania malującego się na twarzy Junseo. Zaróżowione policzki był w stanie dostrzec z tej perspektywy, co wywołało w nim kolejną falę ciepła. Tym razem było ono inne. Nie sprowadzało się wyłącznie do pożądania. Było czymś, czego nie potrafił do końca nazwać. Było po prostu miłe.
      Postanowił jednak nie ciągnąć tego tematu. Wyznanie wydawało mu się delikatne, wręcz intymne, ale nie w seksualnym znaczeniu, jak większość ich dotychczasowej rozmowy. Nie chciał go spłoszyć ani skrzywdzić. Chciał słuchać więcej takich wyznań. Uśmiechnął się więc tylko, tym razem znacznie czulej i cieplej. Bez krzty wyzwania czy prowokacji.
      Odpowiedź na zadane pytanie była bardziej niż satysfakcjonująca. Była dokładnie tym, czego oczekiwał. Zu­pełnie jakby Park czytał mu w myślach. Jakby już go rozgryzł i to właśnie Ryan padł ofiarą własnej gry. Przez moment poczuł się rozpracowany, niemal nagi w swojej otwartości. Czy naprawdę tak łatwo było go przejrzeć? A może byli bardziej podobni do siebie, niż mogliby przypuszczać?
      Z lekko rozchylonych warg wydostało się ciężkie sapnięcie. Jego głowa natychmiast zapełniła się tysiącem pomysłów i scenariuszy. To było dokładnie to, czego chciał. Do tego dążył. Park niemal podawał mu wszystko na tacy, a Ryan zdecydowanie zamierzał to wykorzystać.
      Podszedł do niego, czując pulsowanie w całym ciele. Granica, która powstrzymywała go przed całkowitym zatraceniem, była zdecydowanie zbyt cienka i mocno już nadszarpnięta. Powoli przestawał myśleć o ich grze, cudownych przekomarzankach i wzajemnym prowokowaniu. Miał już dość przystawek. Teraz chciał dania głównego.
      Spojrzał mężczyźnie w oczy i sprawnie odwiązał krawat, który luźno spływał po jego szyi.
      — To pozbądźmy się jednego — zdecydował lekko zachrypniętym głosem.
      Złapał ciepłą dłoń Junseo i pociągnął go w stronę krzesła, które niedawno zajmował. Popchnął go delikatnie, zmuszając, by zajął miejsce, a sam stanął przed nim.
      Sprawnie zakrył krawatem oczy Parka, wiążąc materiał z tyłu jego głowy. Upewniwszy się, że się nie zsunie, przysunął się bliżej i złożył pocałunek na jego szczęce. Powoli przesunął nim w stronę brody i dalej, zatrzymując się przy obojczyku.
      Zassał się na skórze, pozostawiając niewielki ślad. Nie mógł się powstrzymać. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien pozwalać sobie na więcej, a mimo to odczuwał cholerną potrzebę pozostawienia po sobie choćby najmniejszego śladu.
      W końcu się odsunął i spojrzał na swoje dzieło z wyraźnym zadowoleniem. Napawał się nim przez chwilę, uważnie śledząc wzrokiem każdy fragment sylwetki Junseo, jakby chciał dobrze go zapamiętać.
      Podobało mu się to, co miał przed sobą. Jak mogłoby być inaczej? Park sam w sobie był cholernie przystojny, a w takim wydaniu tym bardziej. Choć Ryanowi przez głowę przemknęła myśl, że mógłby wyglądać jeszcze lepiej.

      Usuń

    10. — Podoba ci się? — zagadnął, stając za nim.
      Położył dłonie na jego ramionach i zaczął je masować. Powoli przesuwał ręce wzdłuż jego ramion, aż w końcu przeniósł je na tors. Robił to z odpowiednią pieczołowitością, nie pomijając wrażliwszych miejsc.
      Chciał studiować jego ciało. Poznawać je, obserwować reakcje i sprawdzać, co wywołuje w nim największe emocje.
      Korzystając z bliskości, musnął językiem płatek jego ucha, jednocześnie przesuwając dłoń niżej, pod materiał spodni. Dotyk pozostał subtelny i nie przekroczył granicy paska, a mimo to Ryan bez trudu wyczuł napięcie mięśni podbrzusza.
      — Może zaraz się spełnią? Lubię próbować nowych rzeczy — odpowiedział, przesuwając dłonie z powrotem w górę, na barki młodszego.
      Nachylił się jeszcze bliżej.
      — Chcesz tu zostać czy się przenieść? — zapytał cicho, wprost do jego ucha.
      Choć dręczenie go w takim wydaniu było kuszące, obaj mogli przecież kontynuować tę zabawę w znacznie bardziej sprzyjających warunkach.


      Ryan

      Usuń
    11. Chciał reakcji - do tego dążył całą noc, kiedy wzajemnie droczyli się ze sobą, rzucając coraz bardziej sugestywne słowa i prowokując przedłużonym kontaktem wzrokowym spoczywającym na ustach drugiego, sugerującym, że ich myśli dawno przestały być niewinne. Gdy przypadkowe muśnięcie dłoni podczas wręczania kieliszków zamieniło się w zamierzone sunięcie po wcześniej wyeksponowanej skórze. Rozpinanie guzików na pewnym etapie przestało być próbą obniżenia temperatury ciała, a stało się celowym zabiegiem, by zachęcić do kolejnego odważnego kroku.
      Widział to wszystko w intensywnym spojrzeniu, w rozszerzonych tęczówkach, w których rosły fascynacja i zainteresowanie. Junseo nie mógł oderwać od niego wzroku, bo czuł się zahipnotyzowany. Cała jego uwaga skupiła się tylko na blondynie, na tym, jak szybko znalazł się przed nim, zajmując całą jego przestrzeń osobistą. Na szybkich i zwinnych ruchach dłoni sprawnie pozbywających się materiału zwisającego wokół jego szyi. Wyłapał różnicę w jego melodycznym głosie, który nagle brzmiał niżej, autorytatywnie, nie zostawiając miejsca na sprzeciw.
      Ale Junseo nie miał zamiaru się sprzeciwiać. Nie, on świadomie i dobrowolnie zamknął oczy, gdy cienki materiał zbliżył się do jego twarzy, i posłusznie pochylił głowę w przód, ułatwiając tym samym Kimowi zawiązanie krawata.
      Został pozbawiony zmysłu, na którym polegał w życiu najbardziej, jednak towarzyszące mu drżenie mięśni i kołatanie serca nie były objawem przytłaczającej go paniki, ale ekscytacji, która szybciej pompowała krew w żyłach.
      Wszystko było tak intensywne, że brunet wyzbył się wszelkich hamulców i w pełni skupił na tym, co czuł. Przyjemne pieczenie w okolicach obojczyka przeistoczyło się w delikatny ból, kiedy usta zassały się mocniej na jego skórze. Na przynoszącym ulgę chłodzie, gdy gorący oddech muskał wilgotną od pocałunków skórę, i na przyjemnym łaskotaniu, gdy Ryan pochylił się, a jego włosy zahaczyły o jego szyję.
      — Tak… ohh… — Mimo swoich jawnych reakcji nie chciał pozostawiać Ryana bez odpowiedzi, więc wyraził aprobatę tak dobrze, jak było to w danej chwili możliwe.
      Wzdychał ciężko, na każdą kolejną pieszczotę reagując coraz to śmielszymi jękami. Napinał mięśnie w oczekiwaniu na kolejny dotyk, pomrukując chętnie, nieco unosząc się na krześle, gdy dłonie zaczęły sunąć niżej, tam, gdzie potrzebował ich najbardziej. Zatrzymały się jednak, nim Junseo miał okazję posmakować prawdziwej rozkoszy. Kolejny jęk był cichy, pełen zawodu, bo przyjemność bruneta była zależna od Ryana i jedyne, co mógł zrobić, to wyrazić swoje jawne niezadowolenie.
      Gyesoghae — wyszeptał niemrawo, odchylając głowę w tył - tak, by ta spoczęła na ramieniu Ryana - bo każde słowo przychodziło mu z trudnością. Przebodźcowany nadmiernymi wrażeniami, nie był w stanie poprawnie sklecić jednego zdania, zdając się na prymitywne dźwięki i pojedyncze wyrazy. Poziom ekscytacji musiał wejść na nowe wyżyny, bo nawet nie zdał sobie sprawy, kiedy przestawił się na swój rodzimy język, zupełnie zapominając, że dotychczas każda ich wymiana prowadzona była po angielsku.
      Nieistotne jednak było, w jakim języku się porozumiewali, ale to, jak bardzo Junseo nie chciał przestawać. Był jak wygłodniałe zwierzę, którego jedynym priorytetem było zaspokojenie
      niepohamowanego pragnienia. Nie interesowało go, gdzie się znajdują, tak długo, jak czuł za sobą przyjemne ciepło emanujące od drugiego ciała.
      — Proszę, nie przestawaj. — wyszeptał drżącym, niemal błagalnym tonem, chcąc wzbudzić w sobie sympatie Kima. Ponownie sugestywnie poruszył biodrami w nadziei, że spoczywająca w okolicach podbrzusza dłoń zejdzie niżej, pod kolejne dzielące ich warstwy materiału.

      he's such a good boy

      Usuń
    12. Nie sądził, że pójdzie mu tak łatwo. Oczekiwał sprzeciwu, kolejnych przepychanek, próby odwrócenia sytuacji. Tymczasem Junseo poddał się jej zaskakująco szybko, a świadomość tego sprawiła, że ekscytacja Ryana jeszcze bardziej przybrała na sile. Czuł, jak robi mu się gorąco, jak całe ciało napina się pod wpływem emocji. Podobało mu się to, jak Park przestał walczyć, jak pozwalał mu przejąć kontrolę i bez większego sprzeciwu podążał za jego ruchami.
      Łaknął go równie mocno, a może nawet bardziej. Każde westchnienie, każdy urwany dźwięk wydobywający się z ust Junseo działał na niego jak iskra rzucona na rozgrzany materiał. Ryan chciał więcej. Chciał sprawić, żeby Park zapomniał o wszystkim poza tym jednym momentem. O miejscu, czasie, konsekwencjach i całym świecie, który mógł znajdować się zaledwie kilka metrów dalej. Chciał doprowadzić go do granicy, przy której przestałby kontrolować własne reakcje.
      To pragnienie pulsowało w nim niemal fizycznie, przechodząc przez ciało falami ciepła. Każda kolejna reakcja Junseo była dla niego potwierdzeniem, że idzie w dobrym kierunku. Nie spieszył się jednak. Chciał delektować się jego reakcjami, zapamiętywać je po kolei, jakby każda była osobną nagrodą. W tej chwili nie zależało mu nawet na tym, by samemu dostać coś w zamian. Wystarczało mu poczucie, że to on wywołuje w Parku te wszystkie emocje.
      Uniósł wysoko brew, gdy z ust młodszego wydobył się koreański. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Od dawna nie miał okazji słyszeć go w takiej sytuacji, a coś w brzmieniu znajomego języka sprawiło, że poczuł kolejną falę przyjemnego ciepła. Chciał usłyszeć go ponownie. Chciał, żeby Junseo sam poprosił go o więcej i przestał udawać, że wciąż ma nad sobą pełną kontrolę.
      — Grzeczny chłopiec — mruknął zadowolony.
      Stanął zaraz przodem do Junseo. Oparł się o stolik i upił trochę wina. Przez moment nie robił nic więcej. Po prostu patrzył.
      Widok Parka siedzącego przed nim, z oczami zasłoniętymi materiałem krawata, miał w sobie coś niemal hipnotyzującego. Ryan pozwalał sobie na długie spojrzenia, przesuwając wzrokiem po jego sylwetce i obserwując najmniejszą zmianę w postawie. Każde napięcie mięśni, każdy ruch dłoni czy głowy przyciągał jego uwagę. Junseo nie mógł teraz odczytać jego zamiarów z wyrazu twarzy, nie wiedział, kiedy Ryan się zbliży ani co zrobi za chwilę. Ta niepewność była częścią zabawy.
      Kim celowo przedłużał tę chwilę. Pozostawiał go w oczekiwaniu, pozwalając, by napięcie rosło między nimi niemal namacalnie. Sam również czuł jego ciężar. Chciał dotknąć go ponownie, ale jeszcze przez moment się powstrzymywał. Wiedział, że oczekiwanie potrafi być znacznie bardziej kuszące niż natychmiastowe spełnienie.
      W końcu przysunął się powoli, stając między jego udami. Wyciągnął dłoń i czule pogładził Junseo po policzku. Jego skóra była cudownie ciepła, a rumieniec tylko dodawał mu uroku. Wzrok Ryana przesunął się na rozchylone usta. Złapał go delikatnie za brodę, kciukiem przesuwając po lekko spuchniętych wargach. Po jego ciele przebiegł przyjemny dreszcz. Robił to powoli i z rozmysłem, napawając się każdą sekundą tej sytuacji.
      Nachylił się nad nim, łącząc ich usta w namiętnym pocałunku. Przez chwilę pozwolił sobie całkowicie zatracić się w bliskości, zapominając o całej wcześniejszej grze. Potem odsunął się nieznacznie, wciąż pozostając blisko jego twarzy. Nie chciał jeszcze przerywać. Chciał jedynie przypomnieć Junseo, kto w tej chwili rozdawał karty.
      Sięgnął po pasek Junseo, który sprawnie rozpiął i ponownie znalazł się za krzesłem. Wszystko robił spokojnie, bez gwałtownych ruchów, upewniając się, że Park rozumie jego zamiary. Związał jego dłonie paskiem w nadgarstkach. Skoro już zdecydował się oddać mu kontrolę, Ryan zamierzał wykorzystać tę chwilę do granic możliwości.. Był skupiony na jednym celu - na usłyszeniu swojego imienia, wykrzykiwanego w spazmach przyjemności.

      Usuń
    13. Zasługujesz na nagrodę, tak? — przeszedł płynnie na koreański. Jego głos nieco się obniżył, stał się bardziej stonowany. — Jestem starszy, powinieneś się do mnie zwracać odpowiednio — zaznaczył, rozpinając kolejno guziki koszuli Junseo. Nie była ona mu w tym momencie potrzebna.
      Gdy w końcu odkrył upragniony fragment skóry, aż sam wydał z siebie zadowolone westchnienie. Dotknął go od razu, nie mogąc się powstrzymać. Nachylił się nad nim, przesuwając koniuszkiem języka od mostka, aż do linii jego spodni. Zassał się nad nią, robiąc drugi ślad na ciele Parka.
      Czuł bardzo dobrze ekscytację mężczyzny, którą łaskawie postanowił się zająć. Powoli rozpiął jego spodnie, zsunął niepotrzebny materiał. Wydał z siebie zadowolone westchnienie, sprawnie zsuwając się między uda. Klęknął bezszelestnie, podziwiając zastany widok z nowej perspektywy. Ostrożnie przesunął językiem po jego męskości od trzonu aż po samą główkę, którą na krótko objął swoimi wargami.
      Jak będziesz grzeczny, pozwolę ci patrzeć — wymruczał.
      Robił to też dla siebie. Chciał móc obserwować z dołu pojawiające się grymasy przyjemności, oglądać ściągnięte brwi, zaciśnięte oczy. Jednak jeszcze nie teraz. Mógł jeszcze chwilę wytrzymać.

      going to make you go crazy.

      Usuń
    14. Zmianę w jego zachowaniu o wiele łatwiej było wytłumaczyć zawartością alkoholu i narkotyków, które w przeciągu ostatnich kilku godzin rozprzestrzeniły się po jego organizmie, niż przyznać, że z jakiegoś powodu – właśnie dzisiaj i właśnie tutaj – obdarzył Ryana odrobiną zaufania. Odrobina wystarczyła, by w pełni zaprzestał walki o przewagę nad drugim, o kontrolę, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa – bo przecież obawa przed nieznanym zazwyczaj przeszywała go lękiem – teraz jednak było zupełnie odwrotnie. W piwniczce na wino, usytuowanej w dobrze znanym hotelu, gdzie dosłownie kilka metrów od nich ktoś z obsługi mógł usłyszeć każdy z jego grzesznych jęków zadowolenia, on z zaciśniętą szczęką i potem spływającym po skroni oczekiwał rozwoju sytuacji. Może ta świadomość, że zabawa niosła za sobą ryzyko zostania przyłapanym, nakręcała go jeszcze bardziej, rozpalając go od środka w oczekiwaniu na więcej.
      Chętnie oddał się pokusie i powierzył całego siebie w ręce Ryana, które każdym swoim dotykiem doprowadzały go do szaleństwa. Jego ciało reagowało na każdy bodziec, lgnęło do przodu w pogoni za kolejną pieszczotą, gdy sunąca po nim dłoń oddalała się, zostawiając po sobie niedosyt. Chciał wyciągnąć rękę, złapać, gdzie tylko mógł i przyciągnąć drugiego do siebie. Chciał poczuć mięśnie, które skrywały się pod materiałem jego koszuli, opuszkami palców zmapować każdy skrawek ciała, zapamiętać każdy fragment, odczytać historię zapisaną w każdym zagłębieniu czy linii kręgosłupa. Chciał poczuć to co niewidoczne, rozchodzący się pod wpływem dotyku dreszcz czy rytm oddechu. Posmakować rozkoszy na języku, pocałunkami torować nowe ścieżki.
      Mimo to posłusznie siedział na krześle, zdając się na jego łaskę, gorliwie przyjmując to, czym blondyn chciał go uraczyć, nawet jeśli z trudem przychodziło mu czekanie na rozwój sytuacji.
      Pochwała z ust Ryana była niczym słodka nagroda, łechtająca jego ego. Jęknął przeciągle, bezwstydnie, pławiąc się w rozkoszy, która doszczętnie zaćmiła jego umysł, odebrała chęć jakiejkolwiek walki, pozwalając totalnie zatracić się w tym błogim stanie. Jedyne czego pragnął, to zadowolić go, udowodnić mu, że zasługiwał na pochlebne słowa, że naprawdę był grzeczny.
      Chętnie rozchylił wargi, gdy poczuł na nich ciężar kciuka, delikatnie wysuwając język do przodu, cicho licząc, że drugiemu spodoba się ten sugestywny gest. Kiedy ich usta połączyły się w pocałunku, jego dotychczas spięte ramiona opadły w dół, pozwalając mięśniom na chwilę relaksu. Westchnął głośno na intensywny dotyk, w pełni angażując się w pieszczotę. Pewnie odzwierciedlał ruch warg, jednak nie tak intensywnie jak Ryan, który nadawał tempo ich wymianie czułości.
      Nie krył swojego niezadowolenia, kiedy ponownie został pozbawiony dotyku. Ściągnął mocno brwi, marszcząc przy tym nos, ponownie stękając cicho. Nie trwało to długo, bo gdy poczuł ruch dłoni w okolicach bioder, nabrał powietrza w płuca, odchylając głowę do tyłu – bo nawet najmniejsze draśnięcie ręki przyprawiało go o dreszcze rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa.
      Nie wiedział, czego się spodziewać, gdy pasek został wyciągnięty ze szlufek, a on usłyszał odgłosy stóp na posadzce sugerujące, że Ryan ponownie zmienił swoją pozycję. Precyzja w ruchach i spokój, z jakim Kim się z nim obchodził, sprawiły, że Junseo nawet się nie wzdrygnął, gdy został pozbawiony kolejnego ze swoich zmysłów i resztek kontroli. Nie sądził, że miał pożałować łatwości, z jaką przychodziło mu zaufanie Kimowi, bo wizja tego, co mogło się wydarzyć sprawiała, że pożądanie rosło z każdą sekundą.
      Uśmiechnął się delikatnie, gdy usłyszał głęboki głos szeptający wprost do jego ucha, kiwając głową na wzmiankę o nagrodzie.

      Usuń
    15. — Tak — odpowiedział szybko, nim Ryan skończył swoją wypowiedź. Jego ciało drżało, podczas gdy tamten rozpinał kolejne guziki, a chłodniejsze powietrze weszło w kontakt z rozgrzaną skórą. — Tak, hyung — poprawił się, kiedy Kim napomknął o dzielącej ich niewielkiej różnicy wieku.
      Nigdy nie wywierało to na nim żadnego wrażenia, nie traktował Ryana jako kogoś równego sobie, a co dopiero kogoś, komu należał się szacunek. Teraz jednak ton jego głosu nie pozostawiał miejsca na dyskusję, role odwróciły się zupełnie – Junseo był gotowy zatańczyć, jak mu zagrają, byle tylko zostać uraczonym odrobiną uwagi, kolejnym gestem aprobaty.
      Tak, hy... hyung — westchnął przeciągle, gdy poczuł kolejne pieszczoty i bliskość, na której drodze już nie stało nic więcej, bo jego koszula zwisała teraz na ramionach, ukazując smukłą, umięśnioną sylwetkę. Chciał podobać się Ryanowi, dlatego napiął mięśnie i zsunął się delikatnie na krześle, wysuwając jedną nogę nieco do przodu, by zaprezentować się z jak najlepszej strony. Nie był w stanie jawnie przyglądać się jego reakcji, ale głośne westchnienie przyprawiło go o kolejną falę ciepła w okolicach podbrzusza. Nie mógł poruszyć dłońmi, które mrowiły niemiłosiernie, bo tak bardzo pragnął dotknąć czy wplątać palce w długie kosmyki, gdy zorientował się, w jakiej pozycji znajdował się Ryan. Jedyne, co mu pozostało, to zagryźć zęby na wardze w oczekiwaniu na kolejny ruch. Oddychał ciężko, klatka piersiowa unosiła się ku górze szybko, a na skórze mógł poczuć warstwę potu. Kiedy poczuł na sobie usta drugiego, przeklął głośno. Oddech muskał jego wrażliwe partie z każdym słowem, które opuszczało wargi Kima. Usta, które jeszcze przed chwilą drażniły się z nim, a on ponownie pragnął poczuć ciepło ich wnętrza. Poruszył delikatnie biodrami w akcie desperacji, bo przyjemność była na pograniczu cierpienia.
      — Będę grzeczny, proszę… — wysyczał zza zaciśniętych warg. Jego duma musiała ustąpić miejsca podnieceniu, które nim właśnie targało. — Hyung, będę dla ciebie dobry — zapiszczał żałośnie, kiedy poczuł, gdy jego męskość mimowolnie unosi się do góry, jak gdyby każdy fragment jego ciała błagał o dotyk. — Proszę — wyszeptał. — Potrzebuję cię.
      A jego usta błagały najgłośniej.

      are you gonna make him beg?

      Usuń
    16. Nieczęsto zdarzało mu się przejmować kontrolę, nie w takim stopniu. Poniekąd dla Ryana również były to niezbyt obeznane tereny, ale to tylko sprawiało, że bawił się wyśmienicie. Poznawanie drugiej osoby, sprawdzanie jej reakcji było czymś niezapomnianym, niezwykle magnetyzującym. Ekscytacja przechodziła przez jego ciało falami. Starał się nie wykonywać nieprzemyślanych, zbyt gwałtownych czy szybkich ruchów. Zabawa towarzysząca tej powolnej grze była nie do opisania, w dodatku Junseo tak cudownie reagował na każdy jego dotyk, chociażby ten najmniejszy.
      Serce biło mu szybko, a oczy miał skupione na ciele Parka. W przyciemnionym świetle lamp jego sylwetka wydawała się niemal nierealna. Cienie miękko układały się na napiętych mięśniach, podkreślając ich kształt za każdym razem, gdy Junseo poruszał się niespokojnie na krześle. Ryan nie potrafił oderwać od niego wzroku. Fascynowało go to, jak inaczej wyglądał teraz niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Pozbawiony wcześniejszej pewności siebie, skupiony na tym, co działo się między nimi. Każde napięcie jego ciała, każdy drobny ruch zdradzał więcej, niż Park prawdopodobnie chciałby pokazać.
      Najbardziej podobało mu się jednak to, jak Junseo sam lgnął do jego dotyku. Jakby ciało reagowało szybciej niż rozsądek. Jak poruszał się odrobinę w jego stronę, kiedy Ryan się zbliżał, a potem zatrzymywał, jakby czekając na kolejny gest. Było w tym coś niesamowicie satysfakcjonującego. Ryan miał wrażenie, że obserwuje rozmowę prowadzoną bez słów. Każdy ruch był odpowiedzią, której nie musiał nawet słyszeć. A to pociągało go to coraz bardziej.
      Nie tylko sam wygląd Junseo, choć trudno było zaprzeczyć, że w tym świetle prezentował się cholernie dobrze. Pociągało go przede wszystkim to, co działo się z nim pod wpływem bliskości. Ta zmiana, stopniowe tracenie kontroli, coraz wyraźniejsze pragnienie dotyku. Ryan chłonął ten widok, czując, jak gdzieś pod skórą narasta w nim kolejne przyjemne napięcie.
      Dłońmi sunął po wewnętrznej stronie jego ud, od czasu do czasu mocniej dociskając palce do rozgrzanej skóry. Westchnienia, jęki, nawet urwane przekleństwa były niczym piękna symfonia, której mógł słuchać godzinami. Głos odbijał się w jego głowie, skutecznie odbierając mu chęci na dłuższe tortury i przeciąganie aktu. Jak mógłby go tak karać, gdy Junseo zachowywał się tak wybitnie?
      — O tak bardzo ładnie — pochwalił go, widząc jak to na niego działa.
      Dostrzegł jak słowa aprobaty powodują lekkie spięcie, gęsią skórkę i zmianę na twarzy. Był zbyt mocno w niego wpatrzony, by przeoczyć takie drobne zmiany czy reakcje. To właśnie na nich zależało mu najbardziej.
      — Cudowny — dodał, nie kryjąc swojego zadowolenia.
      Jego głos lekko drżał od narastającego podniecenia, które coraz wyraźniej dawało o sobie znać przez uciskający materiał spodni. Starał się jednak zepchnąć to na dalszy plan. Nie teraz. W tej chwili o wiele większą satysfakcję dawało mu odkrywanie ciała Junseo. Obserwowanie, jak reaguje na każdy jego gest, jak pręży się i wygina w jego stronę, jakby całym sobą domagał się więcej. Ryan chłonął każdą z tych reakcji, czując, że im dłużej na nie patrzy, tym trudniej przychodzi mu zachowanie spokoju.
      Było w tym coś niemal hipnotyzującego. Jeszcze niedawno Junseo próbował sprawiać wrażenie osoby, władczej, nieco agresywnej i kontrolującej. Takiej, która za nic nie oddałaby władzy nad sobą. Teraz wystarczyła odpowiednia bliskość, kilka dotyków i spojrzeń, by to wszystko zaczęło powoli pękać. Ryanowi niezwykle podobała się ta różnica. Czuł, jak przyjemnie łechta jego ego świadomość, że to właśnie on jest powodem tych wszystkich reakcji.
      Przyglądał mu się oczarowany przez dłuższą chwilę. Był zupełnie jak zaklęty. Przygaszone światło miękko układało się na sylwetce Parka, wydobywając z półmroku każdy zarys jego ciała. Ryanowi trudno było oderwać wzrok. Chciał zapamiętać ten widok. Sposób, w jaki Junseo się poruszał, jego oddech, napięcie widoczne w całej sylwetce i tę chwilową utratę wcześniejszej pewności siebie.
      To wszystko było dla niego zbyt wiele.

      Usuń
    17. Nie spodziewał się, że ta gra zajdzie aż tak daleko ani że tak szybko zatraci się w samym obserwowaniu drugiej osoby. Potrzebował chwili, żeby przetworzyć całość, uporządkować myśli i zrozumieć, co właściwie się z nim działo. Zamiast tego po prostu klęczał i patrzył, pozwalając, by kolejne emocje przepływały przez niego falami.
      Kiedy otrząsnął się z tych rozmyślań, nachylił się nad członkiem, którego bez zbędnych komentarzy, wsunął w swoje ciepłe wargi. Poruszał głową powoli, za każdym razem przesuwając się coraz niżej. Dłonie powoli, z należytą uwagą krążyły po udach, pachwinach, podbrzuszu i jądrach, by żadna część nie czuła się ominięta. Chciał należycie zadbać o Junseo, który nagradzał jego starania w tak cudowny sposób.
      Gdy zabawa powoli robiła się niebezpieczna, odsunął się z głośnych westchnieniem. Nabrał łapczywie powietrza, starając się uspokoić swój oddech. Podniósł się powoli, obserwując z góry całą sylwetkę kochanka. I o matko, jak mu się podobało to, co widział. Jęknął aż, nie mogąc się powstrzymać.
      — Cholera — wyrwało mu się.
      Sprawnym ruchem odsłonił w końcu oczy młodszego. Chwilę później ponownie znalazł się w poprzednim miejscu. Łapiąc z nim spojrzenie, wysunął swój długi język, znów, tak jak na samym początku, przesuwając nim od trzonu po sam czubek. Chciał mu dać odpowiednie przedstawienie, sprawić, że zapamięta ten moment na długo, że będzie o nim myślał kilka kolejnych wieczorów.
      — Masz być dla mnie najlepszy — zażądał.
      Objął go ponownie swoimi wargami, tym razem decydując się nieco przyśpieszyć tempo. Czuł powoli rosnący ból szczęki, nieprzyjemne uczucie w gardle. Ignorował to, przyzwyczajał się, robił się coraz śmielszy. Jego ruchy były głębsze, sprawniejsze, bardziej zdecydowane. Chciał doprowadzić go do prawdziwego szaleństwa.

      can you handle this?

      Usuń
    18. Gdyby ktoś postawił trzeźwego Junseo w roli spektatora, chłopak nie wiedziałby, co tak naprawdę było bardziej nieprawdopodobne – fakt, że rzucił się w pogoń za rozkoszą i obiecaną chwilą spełnienia, w zupełnie nowym dla niego miejscu i niecodziennych okolicznościach, czy to, że robił to z nikim innym, a osobą, której nie darzył sympatią.
      Na szczęście rozsądny Junseo nie był obecny w piwnicy – ta racjonalna wersja dalej siedziała przy stole, niepewnie sącząc szampana, zupełnie nieświadoma tego, że za kilka godzin posmakuje rozkoszy odurzającej o wiele bardziej niż procenty ukryte w złotym, musującym płynie.
      Pozory miały to do siebie, że lubiły mylić. Prawdą było, że pod ostrożnie nakładaną maską pewności siebie skrywał się zagubiony chłopak, łaknący aprobaty. Od kiedy tylko pamiętał, cel zawsze był jeden – zostać docenionym za swoje działania – więc gdy w końcu ktoś tak otwarcie komplementował go, ubierając to w piękne słowa, Junseo zatracił się bezpowrotnie, łaknąc więcej.
      Cięty język i kąśliwe uwagi, które Ryan mógł zapamiętać z poprzednich konfrontacji, teraz ugrzęzły Junseo w gardle. Zamiast złośliwych komentarzy z jego ust wydobywały się rozkoszne jęki, o które sam nigdy by siebie nie posądził. Ale o tym nikt nie miał prawa się dowiedzieć, bo obnażenie się ze swoich słabości wymagałoby od niego autentycznej odwagi, której nie posiadał. Każdy dzisiejszy eksces mógł wytłumaczyć działaniem środków odurzających, a nie autentyczną potrzebą, która właśnie została zaspokojona.
      Czuł to przyjemne ciepło, rozpowszechniające się po całym ciele, buzującą w żyłach ekscytację, narastającą z każdym kolejnym komplementem. Skupiał się na czułych szeptach wypowiadanych wprost w jego skórę, jakby miały pokryć każdy jej skrawek niczym namiętnie składane pocałunki. Każde westchnienie nie było jedynie świadectwem narastającego w nim napięcia, ale również wdzięcznością, którą starał się przekazać, powtarzając imię blondyna jak mantrę, aż każda sylaba zaczęła zlewać się w jeden głośny jęk.
      Ryan Hyung, Ryan, Hyun… Hyu.. — wydarło się z krtani, wybrzmiewając wdzięcznie, do rytmu z każdym kolejnym pomrukiem Kima. Odnaleźli harmonię – współgrali, wzajemnie się uzupełniając.
      Kiedy tylko poczuł, jak otaczają go miękkie wargi i towarzyszące im przyjemne ciepło wnętrza ust, nagły impuls wstrząsnął całym jego ciałem, unosząc je mimowolnie do góry. Opadł gwałtownie na krzesło, oddychając ciężko. Oczami wyobraźni obserwował Ryana, malował rozgrywającą się scenę. Widział panujący w piwnicy półmrok, który malował blondyna w tajemniczych barwach, pełne, wilgotne od pieszczot, jakimi go obdarowywał, usta, strużkę śliny
      łączącą ich ciała, gdy wypuszczał go spomiędzy warg, ponętne spojrzenia posyłane spod przymkniętych powiek, w którego blasku Junseo był gotowy się zagubić. Każda kolejna myśl pobudzała go coraz bardziej, a skurcze w okolicach podbrzusza stawały się coraz silniejsze. Ostrożnie, jakby stąpając po cienkim lodzie, zaczął kołysać biodrami. W głowie dalej rozbrzmiewał ten lekko zachrypnięty głos, nazywający go grzecznym chłopcem, więc brał tyle, na ile mu pozwalano, zwalniając posłusznie, gdy usytuowane na jego udach dłonie zaczynały wywierać więcej presji na wrażliwej skórze.
      Ryan musiał zdawać sobie sprawę z tego, że Junseo był na granicy wytrzymałości. Musiał poczuć to w jego napiętych mięśniach, coraz śmielszych ruchach, a może w jego żałosnych pojękiwaniach i prośbach. Czuł na sobie jego palące spojrzenie, mimo że dalej otaczała go ciemność.
      — Prosz… — Nim zdążył dokończyć, poczuł, jak warstwa materiału zsuwa się z jego twarzy, a on sam ostrożnie otworzył oczy. Zamrugał kilkakrotnie, przyzwyczajając się do światła, od którego dostępu był odcięte, a kiedy przed oczami ukazał mu się obraz klęczącego Ryana, westchnął głośno.

      Usuń
    19. To, co sobie wyobraził, nijak miało się do rzeczywistości, bo wygląd Ryana zapierał dech w piersiach. Intensywność, jaka kryła się za brązowymi tęczówkami, wprawiała w onieśmielenie, budowała napięcie, mimo że pomiędzy nimi wisiała gęsta ekscytacja. Junseo nie śmiał oderwać od niego wzroku, bo Kim zasługiwał na to, by go podziwiać. Skupiał się na jego czerwonych wargach, które kolejny raz znalazły się blisko krocza. Nigdy nie było mu dane doświadczyć go w takim wydaniu, więc miał zamiar śledzić każdy ruch, rozkoszując się widokiem.
      Żądanie Ryana wybrzmiało w jego uszach niczym syreni śpiew obiecujący nagrodę. Było pokusą, której smak wyczuwał na czubku języka. Był gotowy zrobić wszystko i poddać się rozkoszy tak, jak zażądano.
      — Będę, zrobię, co zechcesz — obiecał, nie zważając na konsekwencje, jakie niosły za sobą te słowa.
      Resztę widział jak przez mgłę, jego wizja była zaćmiona przez rozkosz, która dominowała do tego stopnia, że zatracił kontakt z rzeczywistością. Każde kolejne sunięcie języka, intensywność ruchów sprawiły, że nie mógł dłużej pozostawać bierny na pieszczoty. W odpowiedzi na śmielsze ruchy gwałtownie wysunął biodra, odpowiadając nadanemu rytmowi, a kiedy on znalazł się na tyle głęboko, że poczuł, jak nos Ryana muska jego rozgrzaną skórę, sam zaklął głośno. Był tak blisko, że jedyne, czego potrzebował, to przyzwolenia, że zasłużył.
      — Nie wytrzymam dłużej — wyszeptał, bo nawet głos odmawiał posłuszeństwa. Wzrokiem zaczął błądzić po twarzy Ryana, chcąc skrzyżować ich spojrzenia. — Proszę.

      have mercy on me

      Usuń
    20. Dostał dokładnie to, czego chciał. Uśmiech sam cisnął mu się na usta, gdy kolejne jęki przecinały ciszę, a jego własne imię wracało do niego raz za razem, wypowiadane niemal jak mantra. Było w tym coś niesamowicie satysfakcjonującego. Świadomość, że to właśnie on doprowadzał Junseo do takiego stanu, że jego głos brzmiał inaczej, miękko i bezbronnie. Ryan mógłby słuchać tego bez końca. Każde kolejne wypowiedzenie jego imienia działało na niego jak nagroda, sprawiając, że chciał jeszcze więcej.
      Czuł te niecierpliwe ruchy jego bioder, delikatne szarpnięcia, które tylko potęgowały narastające w nim emocje. W pewnym momencie poczuł, jak oczy zaczynają mu wilgotnieć. Kilka łez zebrało się pod powiekami, choć sam nie do końca wiedział, czy były wynikiem napięcia, intensywności chwili, czy po prostu mocniejszym ruchem ze strony mężczyzny. Odsunął się, przymknął oczy, próbując na moment dojść do siebie, a potem spojrzał na Parka spod na wpół przymkniętych powiek. Oblizał sugestywnie usta, z których po chwili uciekło ciche kaszlnięcie. Ryan zaklął w duchu, że coś takiego burzyło im ten moment.
      Odchrząknął cicho i otarł kącik oka, jakby ten drobny gest mógł ukryć wszystko, co z nim się działo. Nie zamierzał jednak pozwolić, by choćby na moment wytrąciło go to z równowagi. Wręcz przeciwnie. Chciał wrócić do wcześniejszego rytmu, dać Junseo dokładnie tyle uwagi, ile ten od niego oczekiwał. Całkowicie zatracił się w chwili i przestało mieć dla niego znaczenie, czy ktoś mógłby ich usłyszeć albo zobaczyć. Liczył się tylko on, jego głos, przyśpieszony oddech i ta niezwykła bliskość między nimi.
      — Nie krępuj się — odpowiedział na jego błagania.
      Początkowo chciał rozegrać to zdecydowanie inaczej. Widząc go jednak w takim stanie, słysząc te prośby, błagania i kolejne urywane jęki, chciał go nagrodzić. Chciał zobaczyć tę przyjemność i spełnienie malujące się na twarzy Junseo. Teraz tylko to go interesowało.
      Czując słony posmak, nie przestawał. Obserwował twarz mężczyzny jak najpiękniejsze dzieło sztuki, analizując każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Każdą zmianę wyrazu, każde drgnięcie mięśni, sposób, w jaki przymykał oczy i próbował złapać oddech. Sam wydał z siebie cichy jęk na ten widok, bo było to znacznie lepsze, niż oczekiwał, niż pozwalał sobie wcześniej wyobrażać. Był z siebie cholernie dumny, a jego ego tego wieczoru przekroczyło wszelkie limity. To on doprowadził Parka Junseo do takiego stanu. To pod jego wpływem mężczyzna tracił wcześniejszą pewność siebie, przestawał udawać obojętność i pozwalał sobie na reakcje, których wcześniej tak uparcie się wypierał.
      Oblizał swoje usta, przełykając resztki nasienia, nie odrywając spojrzenia od oczu Parka. Przesunął dłonie po jego ciele, powoli podnosząc się i zajmując miejsce tuż obok niego. Chciał jeszcze przez chwilę napawać się tym widokiem, zapamiętać go dokładnie. Rozgrzaną skórę, potargane włosy, ciężki oddech i tę niezwykłą miękkość, która pojawiła się w jego spojrzeniu.
      W końcu pochylił się, odnajdując jego usta. Pocałunek był spokojniejszy, delikatniejszy i bardziej czuły. Gładził go po policzku, drugą dłonią przeczesując jego wilgotne włosy. Dał im moment na uspokojenie oddechów, na krótki odpoczynek. Nie chciał się spieszyć. Chociaż napięcie wciąż między nimi wisiało, teraz przez chwilę pozwolił sobie po prostu być blisko.
      Odwiązał w końcu spętane dłonie, ostrożnie rozmasowując jego nadgarstki. Odsunął się delikatnie, by po raz kolejny przesunąć spojrzeniem po jego twarzy. Cudowny.
      — Grzeczny — skomentował z zadowoleniem. — Ale nie myśl, że to koniec — szepnął mu do ucha, cmokając je czule. — Musisz mi się odwdzięczyć. Obiecałeś być dla mnie bardzo miły — przypomniał mu, patrząc uważnie w oczy. — I lepiej, żebyś się postarał — dodał, zaraz znów łącząc ich usta w pocałunku. Tym razem pocałunek nie miał już w sobie wcześniejszej ostrożności. Był głębszy, bardziej namiętny, pełen nagromadzonego pragnienia i tęsknoty, jakby cała wcześniejsza gra tylko czekała na ten moment, by znaleźć wreszcie ujście.

      second round?

      Usuń
    21. Nigdy wcześniej nie doznał w swoim życiu czegoś równie intensywnego jak te chwile spędzone w towarzystwie Ryana. Żaden inny dotyk nie rozpalał go do czerwoności jak smukłe palce sunące wzdłuż linii ciała, delikatne muśnięcia, o których wiedział, że ciężko mu będzie zapomnieć. Przemawiała przez niego chciwość, niezrozumiała potrzeba zachowania wszystkiego dla siebie, zapisania chwil w swojej pamięci. W komodzie, w której żyły jego najskrytsze sekrety i osobiste lęki, otworzył niewielką szufladkę z pięknie wygrawerowanym imieniem blondyna, w której starannie zaczął porządkować wspomnienia, nie zważając na to, że zapewne nigdy do nich nie wróci, pozwalając im zniknąć pod grubą warstwą kurzu.
      Zalane potem ciało zadrżało gwałtownie, gdy tylko poczuł uderzające go fale rozkoszy, każda kolejna coraz bardziej intensywna, aż w końcu opadł na krzesło wyczerpany, oddychając głośno. Jego oczy dalej bacznie obserwowały Ryana – jak do twarzy mu było z satysfakcją wymalowaną na jego obliczu, jak pięknie komponowała się ze szklistym spojrzeniem i pewnie uniesioną głową, gdy przełknął głośno i ostentacyjnie oblizał wargi, jakby właśnie skosztował ambrozji. Wyglądał zjawiskowo, a jego czułość ponownie przyprawiła Junseo o zawroty głowy. Westchnął głośno, gdy poczuł siebie na języku blondyna, ponownie uświadamiając sobie, na jak wiele drugi pozwolił mu dzisiejszej nocy, gdy zadbał o jego potrzeby. Junseo chętnie odwzajemnił pocałunek, kolejny raz zatracając się w bliskości, a gdy po dłuższej chwili spojrzeli sobie w oczy i kolejne pochlebne słowa wypłynęły z ust Ryana, jego wargi mimowolnie wygięły się w nieśmiałym uśmiechu.
      Dłonie, nad którymi odzyskał kontrolę, chętnie odnalazły swoje miejsce na ciele Kima. Bez zastanowienia wsunął je pod koszulę, czując pod opuszkami palców wypukłość mięśni i miękkość jego skóry. W odpowiedzi, zamiast użyć słów, skupił się na czynach – wpił się w aksamitne usta równie intensywnie, chcąc zaspokoić swoje nieugaszone pragnienie. Pożądał go równie mocno, jak pożądał własnego spełnienia.
      — Nigdy nie łamię obietnic — wyszeptał prosto w jego usta, tylko po to, by przenieść swoje pocałunki na linię szczęki. Powolnie sunął wzdłuż jego szyi, na przemian wysuwając język i przygryzając ostrożnie, by nie zostawić śladu, by ponownie musnąć delikatną skórę ustami. Gdy jego wargi skupiały się na torowaniu drogi w dół jego ciała, dłonie zajęły się ostatnimi guzikami koszuli. Pieszczoty zaczęły być bardziej śmiałe, gdy posunął językiem wzdłuż klatki piersiowej, zatrzymując się na sutku i zasysając na nim swoje wargi. Każde wrażliwe miejsce zasługiwało na należytą uwagę, dłonie zaciskały się na miękkiej skórze w rytm składanych pocałunków, a gdy w końcu opadł na kolana i zsunął z Ryana zbędne warstwy materiału, spojrzał do góry, zaciekawiony reakcją. Chciał sprostać jego oczekiwaniom i sprawić, że poczuje się dobrze. Dalej utrzymując kontakt wzrokowy, złapał dłonie Ryana i pociągnął je w kierunku swojej głowy, ponownie oddając kontrolę w jego ręce. Gdy poczuł palce we włosach, wsunął jego męskość pomiędzy swoje wargi, pieszcząc go okrężnymi ruchami języka, budując napięcie ruchami w nieregularnym rytmie. Jego dłonie ponownie znalazły się na ciele Ryana, sunęły od jego ud aż po biodra, głaskając, stopniowo zwiększając nacisk, aż zatrzymały się na pośladkach. Zassał się delikatnie, gdy poczuł napinające się pod palcami mięśnie, i wypuścił go z ust z głośnym pyknięciem.
      — Powiedz mi, że tego chcesz — potrzebował to usłyszeć, potrzebował zapewnienia, że robił to, co powinien. Mimo że ciało Ryana reagowało na dotyk, Junseo pragnął werbalnego potwierdzenia. — Proszę — dodał nieśmiało, wysuwając język, by poczuć na nim przyjemny ciężar, gdy ponownie pochylił się do przodu.

      tell me i'm good

      Usuń
  18. Kitchen Looking for a midnight snack?

    OdpowiedzUsuń
  19. Hotel Suite Book a room. Regret it later.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wszystko było nierealne — to, że w ogóle znalazła się w takim miejscu jak Hotel Plaza, u boku kogoś takiego jak Jackson Howard. Dopóki nie dotarli do recepcji, zapomniała z kim tak naprawdę ma do czynienia, bo przez tych parę chwil na tarasie był dla niej po prostu Jackiem. Nie chciała jednak myśleć o tym, ile kosztowała go przyjemność zatrzymania się w tym wypchanym prestiżem po brzegi hotelu, bo łatwo byłoby jej to przeliczyć na to, ile sama była warta, biorąc pod uwagę, co mieli zamiar ze sobą robić; dla niego to wciąż było jak wrzucenie centa do fontanny na szczęście. W jego codzienności była jak taki zagubiony cent.
      Wolała skupić się na tym, że on był po prostu Jackiem, a ona po prostu Claire i że nic więcej nie ma na ten moment znaczenia. Chciała, żeby nic więcej nie miało znaczenia, tylko ona i on, zwyczajnie, po ludzku ze sobą blisko, bo przecież każdy w życiu potrzebował bliskości. Była to jedna z najbardziej naturalnych potrzeb związanych z byciem człowiekiem.
      Nie zamierzali więc robić niczego złego, prawda?
      Prawda?
      Dlaczego więc była taka zdenerwowana i czuła, że Charlotte by ją za to oceniła, gdyby się o tym dowiedziała? Zresztą, nie tylko Charlotte, ale wszyscy przy tym cholernym stole?
      Poza Inhanem. Wierzyła, że Inhan nigdy by jej nie osądził, nawet gdyby nie rozumiał, czym się kierowała, udając się z Howardem na piętro.
      Ona sama tego do końca nie rozumiała.
      Kiedy Jack otworzył drzwi apartamentu, żołądek pod wpływem nerwów zawiązał jej się w supeł. Puszczona przodem, weszła powoli do środka, a pierwsze co przykuło jej uwagę, to to, że było tu raczej ciemno i intymnie. Wystrój zapierał jej dech w piersi, przywodząc na myśl lata dwudzieste oraz kino noir, które tak chętnie oglądała. Jej uwagę w pierwszej kolejności przykuło zatrzęsienie białych, świeżych kwiatów, których słodka woń wypełniała powietrze, w drugiej natomiast dostrzegła żyrandole i lampy z włoskiego kryształu, największy z nich zawieszony nad gigantycznych rozmiarów łóżkiem. Łożem, w zasadzie.
      — Muszę… — biorąc głębszy wdech, mimowolnie skierowała wzrok w stronę Jacka, szukając w półmroku jego spojrzenia. Strzeliste okna wpuszczały do wnętrza łunę nocnego miasta opalizującą za szybą, naświetlając jej oczy oraz materiał aksamitnej sukienki. — Powinnam Ci chyba do czegoś przyznać…
      Powinna, ale gardło ścisnęło jej się na samą myśl.

      CLAIRE

      Usuń
    2. Jackson zamknął drzwi za nimi prawie bezgłośnie. Klik zamka zabrzmiał w półmroku jak coś ostatecznego. Apartament witał ich ciężkim, słodkawym zapachem kwiatów, ktoś najwyraźniej nie żałował pieniędzy na świeże kompozycje, i ciepłem żółtawego światła, które kładło się na meblach miękkimi, złotawymi plamami. Reszta pomieszczenia tonęła w przyjemnym, intymnym cieniu. Żyrandole z kryształu błyszczały wysoko nad głową, a pod największym z nich stało łóżko tak ogromne, że bardziej przypominało scenę niż miejsce do spania. Wystrój był starannie wyreżyserowany - lata dwudzieste okraszone czarnym aksamitem i złotem.
      Jack ledwo to zauważył
      Dla niego to był po prostu kolejny drogi pokój w kolejnym drogim hotelu. Doceniał detale, dobry gust projektanta, jakość tkanin, sposób, w jaki światło układało się na powierzchniach, ale nie było w tym nic, co mogłoby go zaskoczyć. Jego własne miejsce wyglądało podobnie, tylko mniej teatralnie. Pieniądze dawno przestały robić na nim wrażenie. Liczyło się tylko to, kto w danym momencie stał w tym świetle obok niego.
      A obok stała Claire.
      Weszła pierwsza, powoli, jakby każde stąpnięcie kosztowało ją więcej, niż chciała pokazać. Jackson odłożył kartę na konsolę przy drzwiach i dopiero wtedy pozwolił sobie przyjrzeć się jej dokładniej. Sukienka lśniła w półmroku ciemnym, głębokim połyskiem, perfekcyjnie otulając jej ciało. Włosy były lekko zmierzwione od wiatru z tarasu, a na policzkach wciąż utrzymywał się ten delikatny, różowy rumieniec, który pojawił się, kiedy całowała jego palce. Wyglądała na zdenerwowaną. Na kogoś, kto właśnie stał na krawędzi decyzji większej, niż zamierzała przyznać nawet przed samą sobą.
      Kiedy odezwała się cicho, z tym zawieszonym, niepewnym muszę, Jack odwrócił się do niej w pełni.
      Ściągnął marynarkę jednym, płynnym ruchem. Materiał zaszeleścił cicho, kiedy przewiesił go przez oparcie fotela. Nie spuszczał z niej wzroku. Potem podszedł bliżej. Wolno. Bez pośpiechu. Zatrzymał się na odległość wystarczającą, by nie przytłoczyć, a jednocześnie na tyle małą, by czuła ciepło jego ciała. Uniósł dłoń i delikatnie musnął kciukiem jej policzek, dokładnie w miejscu, gdzie skóra była najcieplejsza i gdzie wciąż utrzymywał się ślad rumieńca.
      — Claire. — Jego głos wypadł niżej, niż zamierzał. Spokojniejszy. Uważniejszy. Jakby podświadomie wiedział, że stoi przed czymś kruchym i nie zamierzał tego zepsuć przypadkowym słowem ani zbyt szybkim gestem.
      — Możesz mi powiedzieć. Nigdzie się nie wybieram. — zapewnił unosząc lekko kącik ust.
      Na moment obrócił wzrok w stronę barku przy ścianie. W wiadrze z lodem wystawała butelka szampana, a obok stały dwa kieliszki. Jackson wrócił spojrzeniem do niej.
      — Jeśli masz ochotę, mogę nalać ci lampkę. Albo wina. Cokolwiek, co pomoże ci złapać oddech. — zaproponował.
      Kciuk wciąż rysował powolne, uspokajające kręgi po jej policzku.
      Cokolwiek leżało jej na sercu, wolał… chciał wiedzieć.
      Zależało mu aby czuła, że w tym wszystkim jest miejsce na jakikolwiek rozterki, pytania. Nie chciał jej poganiać, skoro sama oferowała mu coś, z czym nie miał styczności - przestrzeń na złapanie oddechu, na obnażenie się.

      Jackson

      Usuń
    3. Gdy zdjął marynarkę, nie potrafiła nie przyjrzeć się bliżej pracy mięśni jego ramion, ani temu jak szkarłatny jedwab opiął jego pierś, gdy cofał barki. To, że Jackson był atrakcyjny, klarowało się od razu i zauważyła to już podczas pierwszego spotkania, ale nigdy nie dała temu drugiej myśli. Po pierwsze, kiedy miała okazję przyjrzeć mu się dłużej niż przelotnie podczas wydawania zamówienia, była u boku kogoś innego i to temu mężczyźnie z oczywistych względów poświęcała niepodzielną uwagę. Może nawet zbyt wiele uwagi, biorąc w rozrachunek w jakich okolicznościach Howard musiał wyprosić go ze spotkania. Zarówno te okoliczności, jak i charakter spotkania nie sprzyjały temu, żeby dumać nad czyjąkolwiek urodą i los chciał, że Jack stał się dla niej w pewien sposób przez to transparentny. Przez to i przez fakt, że był zwyczajnie poza jej zasięgiem.
      Coś zmieniło się między nimi dopiero dziś, na tym tarasie. Pojawiła się iskra, którą niespodziewanie przekuli w ogień i… tyle by było z transparentności.
      Była teraz bardzo świadoma tego jak pachniał, jak się poruszał, jak modulował głos i gdzie znajdował się w jej przestrzeni, dlatego obserwowała go, kiedy do niej podchodził. Czując bijące od niego ciepło, intuicyjnie zbliżyła się o krok niemal ocierając się o niego ciałem, bo zdążyła go już skojarzyć sobie z bezpieczeństwem, więc w chwili zdenerwowania najbardziej komfortowo czuła się w jego pobliżu, nawet jeśli on był pośrednio źródłem jej stresu.
      Jego dłoń uniosła się do jej twarzy, a ona przechyliła głowę w ten dotyk, bo niezmiennie była takiego dotyku cholernie spragniona.
      Westchnęła, spoglądając na niego, po czym pokręciła z lekka głową, opierając dłonie o jego pierś w poszukiwaniu kontaktu.
      — Nie, dziękuję. Musiałabym wypić całą butelkę, a to… To byłoby nieeleganckie.
      Lampka w żaden by jej nie pomogła, zmieniłaby jedynie smak jego pocałunków, czego rzecz jasna nie chciała, bo Jack smakował wybornie i nie potrafiła się nim nasycić.
      Odwzajemniła jego uśmiech, trochę niepewnie, bo nie wiedziała jak przyjmie tę informację. Była dla niego jakby nie patrzeć w pewien sposób zobowiązująca, a dla niej z kolei bardzo intymna. Trochę też wstydliwa wbrew zdrowemu rozsądkowi.
      Zerknęła znów w stronę przepastnego łoża, jakby próbowała je oswoić spojrzeniem w swojej głowie, a potem spojrzała znów na Jacka, przełykając krótko, jakby to miało udrożnić jej gardło dla następnych słów.
      — Bo ja jeszcze nie… — odwróciła wzrok, czerwieniąc się bardziej. Jednak nie potrafiła utrzymać teraz jego wzroku. — Z nikim… — dodała ciszej, mając nadzieję, że nie będzie musiała tego precyzować, bo chyba by tego nie przetrwała.

      CLAIRE

      Usuń
    4. Jack poczuł, jak powietrze gęstnieje mu w płucach. Nie z powodu samego wyznania, raczej sposobu, w jaki Claire je z siebie wydobyła - urywając zdanie w połowie, jakby wypowiedzenie ostatnich słów na głos było posunięciem się o krok za daleko. Jej spojrzenie uciekło w stronę łóżka zaledwie na sekundę, ale na wystarczająco długo, żeby zrozumiał wszystko, czego nie potrafiła dopowiedzieć. Kiedy znów na niego spojrzała, policzki miała wyraźniej zaróżowione, usta lekko rozchylone, a w oczach tą szczególną mieszaninę zawstydzenia i niepewności, przez którą nagle dotarło do niego, ile kosztowało ją samo przyznanie się do tego.
      I chyba właśnie to na moment go zatrzymało w kompletnym bezruchu. Przez moment zwyczajnie nie wiedział co powiedzieć. Nie dlatego, że dziewiczość Claire była dla niego czymś niewyobrażalnym. Do tej pory spotykał głównie takie dziewczyny, dla których pierwszy raz nie był niczym szczególnym, takie, które przychodziły do niego same, chcąc by to był on aby mogły się tym pochwalić przed resztą koleżanek. Pamiętał imprezy, hotelowe pokoje, zbyt głośną muzykę za ścianą i wyznania rzucane między jednym kieliszkiem a drugim, czasem z nerwowym śmiechem, czasem niemal zaczepnie. Bywał wtedy wystarczająco młody i wystarczająco zapatrzony w siebie, żeby nie zastanawiać się szczególnie długo nad tym, co zostawało w drugiej osobie następnego ranka. W jego świecie to nie było nic niezwykłego. Szesnaście lat, domówka u znajomej. Osiemnaście lat, klubowa toaleta. Siedemnaście lat, basen u córki znajomego ojca…
      Tyle że Claire nie przypominała żadnego z tych wspomnień. Nie było w niej potrzeby udowadniania czegokolwiek. NIe próbowała obrócić własnego skrępowania w żar ani zasłonić go odwagą, której w tej chwili zwyczajnie nie czuła. Stała przed nim ze swoją dłonią wciąż opartą o jego pierś i zdarzała się każdym drobiazgiem, z czym to się dla niej wiąże.
      I mimo wszystko mu powiedziała. Jemu. Po wszystkim co dzisiaj miała okazję usłyszeć. Po wszystkim co on sam zdążył jej powiedzieć.
      Ta świadomość uderzyła go zaskakująco mocno.
      Jeszcze rok temu prawdopodobnie przyjąłby podobne wyznanie zupełnie inaczej. Może z samozadowoleniem. Może potraktowałby je jako kolejny dowód własnej atrakcyjności, coś, co łechtało jego ego, przekonanym, że każda zamknięta furtka otwarta właśnie dla niego jest przede wszystkim komplementem.
      Teraz pierwszą rzeczą, jaką poczuł, wcale nie była duma. Była odpowiedzialność. Nie ciężka ani nieprzyjemna. Po prostu nagle bardzo wyraźna.
      Dłoń na jej policzku pozostała tam, gdzie była. Przez kilka sekund Jackson nawet się nie poruszył, jakby najmniejszy gest mógł spłoszyć coś kruchego, co właśnie się pojawiło pomiędzy nimi. Dopiero po chwili przesunął ponownie kciukiem po rozgrzanej skórze, wolno bez pośpiechu i presji.
      — Claire… — pochylił głowę odrobinę, próbując odnaleźć jej wzrok, ale nie zmuszał jej, żeby na niego spojrzała. Przez chwilę sam szukał słów i chyba pierwszy raz od bardzo dawna nie przeszkadzało mu, że nie przychodzą od razu.
      — Hej. Spójrz na mnie. — Nie było w tym polecenia, raczej łagodna prośba.
      Jego własne spojrzenie nieco zmiękło. Zniknął ten lekko bezczelny błysk, nuta zaczepności mgiełka pożądania. Została skupiona uwaga.
      — Nie musisz się przede mną tego wstydzić. — Poszerzył uśmiech, którym chciał dodać jej otuchy i odebrać od niej część napięcia.
      Widział ją teraz inaczej. Tyle że nie w sposób, którego mogła się obawiać. Jeszcze mocniej docierało do niego, jak ogromne zaufanie mu właśnie okazała, a świadomość, że to jego dopuściła tak blisko, zamiast podsycać głód, paradoksalnie go uspokoiła. Nie zgasiła tym pragnienia, ono tam nadal było, boleśnie żywe, szczególnie kiedy stała tak blisko, z dłonią na jego klatce piersiowej i zaróżowionymi policzkami. Zmieniało tylko proporcje.

      Usuń
    5. — Cieszę się, że mi powiedziałaś. — odezwał się po chwili. — Naprawdę, to dobrze.
      Mógł powiedzieć, że cieszy się również dlatego, że chodzi właśnie o niego. I prawda była taka, że jakaś ludzka, bardzo egoistyczna część niego dokładnie tak czuła. Sama myśl, że Claire chciała zrobić to z nim, poruszała w nim coś znacznie głębszego niż zwykłą męską próżność. Tyle, że nie chciał kłaść jej tego na barkach.
      — To niczego nie zmienia. — powiedział spokojnie, patrząc w jej błękitne oczy. — Pragnę cię w ten sam sposób, a ty zawsze możesz powiedzieć stop. Możemy przerwać, zrobić to kiedy indziej lub wcale. Działamy na twoich warunkach, Claire, pamiętaj o tym. — zapewnił. — I nie chcę żebyś czymkolwiek zaprzątała sobie myśli w takiej chwili. — dodał nachylając się ku niej, by musnąć jej wargi swoimi, a gdy już ich sięgnął, objął ją w talii i delikatnie przyciągnął do siebie.

      Jack

      Usuń
    6. Cisza między nimi gęstniała, a przynajmniej gęstniała dla niej, bo nie miała pojęcia, czego się po niej spodziewać. Naprawdę obawiała się, że dla Jacka to może być deal breaker, a przecież nie chciała, żeby się od niej odsunął. Może właśnie dlatego, podświadomie, mocniej zebrała palcami materiał jego koszuli na piersi, po raz kolejny tego dnia.
      I już miała to wszystko odwołać, odsunąć się zanim on zrobi to pierwszy, usiłując obrócić sytuację w jakiś niezręczny żart i nie zapaść się pod ziemię, kiedy wypowiedział jej imię i tym jednym słowem zatamował jej myślotok, bo wybrzmiało tak łagodnie, jakby nie miał do czynienia z człowiekiem, a ze spłoszonym zwierzęciem.
      I może trochę miał, bo kiedy na niego spojrzała, jej oczy były duże jak oczy sarny na środku drogi, a serce biło nieznośnie mocno.
      Nie musisz się przede mną tego wstydzić.
      Z tym, że to nie te słowa uderzyły w nią najbardziej, a właśnie ten uśmiech, którego w ogóle się teraz nie spodziewała. Zupełnie ją tym rozbroił, a jej ciało zareagowało na niego instynktownie, luzując spięte ramiona. Czuła się niemal skołowana tym, z jaką łatwością przy nim panikowała i jak sprawnie potrafił temu zaradzić, jakby to nie on był tego powodem.
      Uśmiechnęła się do niego lekko, kiedy powiedział, że to niczego nie zmienia i szerzej, gdy dodał, że ciągle jej pragnie Powoli wychyliła się znów z tego miejsca w swojej głowie, w którym często się zamykała. Zdroworozsądkowo wiedziała, że jest przez niego chciana, w końcu miała okazję poczuć to pożądanie całkiem namacalnie, a jednak zwątpiła na moment.
      Po raz kolejny nie potrafiła wyobrazić sobie Jacka obok tego mężczyzny, którego obraz nakreślono jej przy stole i który w zasadzie nakreślił jej sam, decydując jej się zwierzyć. Wpatrywała się w niego jak w obrazek, bo otoczył ją takim ciepłem i troską, że przez moment miała wrażenie, że się od tego rozpuści.
      Ostatecznie zdała sobie sprawę, że wybrała dobrze, a ta świadomość przyniosła jej ogromne wytchnienie. Tak duże, że z westchnieniem oplotła ramiona wokół jego szyi, gdy tylko ją objął i przysunął do siebie, wprawiając jej głupie serce w drżenie.
      Uśmiechając się w ten drobny pocałunek, poczuła nagle taką radość, że naparła na jego wargi bez zastanowienia, pozwalając mu poczuć te wszystkie pozytywne emocje, które targnęły nią w jednej chwili. Ulgę, wdzięczność, ekscytację, adorację…
      Bo adorowała go teraz, trzymając blisko siebie, kiedy ustami raz za razem pieczętowała jego usta z intensywnością i entuzjazmem, których sama się po sobie nie spodziewała.
      Nie, nie zrobią tego kiedy indziej, a już na pewno nie wcale.
      — Nie. Chcę tego — wymamrotała między pocałunkami, sięgając między nich, żeby uporać się z pierwszym, a potem z drugim i trzecim guzikiem jego koszuli. Była zaskoczona, jak sprawnie jej to szło, biorąc pod uwagę jak drżały jej dłonie. — Tutaj, teraz. Z Tobą.
      Odsunęła się od niego na moment, tylko po to żeby przeszukać jego oczy za tym co czuł, a potem nachyliła się do jego piersi, której część odsłonił już miękki materiał i przyłożyła wargi do jego mostka, zostając tam na chwilę, nim wróciła do rozpinania.

      CLAIRE

      Usuń
    7. Ledwie zdążył nabrać powietrza, kiedy ramiona Claire znalazły się wokół jego szyi.
      Przyciągnęła go do siebie tak nagle, z tak nieoczekiwaną stanowczością, że przez krótką chwilę zupełnie go tym rozbroiła. Nie zachwiał się nawet o krok, a jednak coś wewnątrz niego wyraźnie straciło grunt, ta misternie budowana przez ostatnie minuty ostrożność, wszystkie rozsądne myśli, którymi próbował utrzymać siebie w ryzach, rozsypały się w chwili, gdy jej usta odnalazły jego.
      Ten pocałunek był inny.
      Nie miał w sobie tej nieśmiałości, z jaką Claire wcześniej sprawdzała każdy kolejny centymetr bliskości, jakby wciąż nie była pewna, na ile może sobie pozwolić. Teraz pocałowała go całą sobą, gorliwie, z radością tak szczerą, że Jack poczuł ją, zanim zdążył właściwie zrozumieć, co się właśnie zmieniło. Była w tym ulga. Ekscytacja. I co najważniejsze, pełne zaufanie.
      Claire całowała go tak, jakby wcześniejsze słowa zdjęły z niej ciężar, o którego istnieniu nie miał pojęcia. I, cholera, uśmiechnął się szeroko pod jej pocałunkiem. Wyszło to mimowolnie, w którymś momencie poczuł, że jej usta poruszają się z tak rozbrajającym entuzjazmem, że kąciki jego ust same unosiły się w odpowiedzi.
      Krótki oddech uciekł mu przez nos, niemal przypominając śmiech, choć nie było w nim nawet odrobiny kpiny.
      Była niemożliwa.
      Jeszcze chwilę wcześniej ledwie potrafiła na niego spojrzeć, wypowiadając urwane wyznanie, jakby spodziewała się, że jedno zdanie może przekreślić wszystko, co wydarzyło się między nimi tego wieczoru. Teraz jej palce znajdowały guzik za guzikiem jego koszuli.
      Znieruchomiał. Spojrzenie odruchowo powędrowało w dół, do jej dłoni, i przez moment obserwował, jak drobne palce mocują się z guzikami. Drżały. Tego nie dało się przeoczyć. Tyle że drżenie nie zatrzymało jej ani przy pierwszym ani przy drugim, a kiedy rozsunęła materiał koszuli, podniósł wzrok z powrotem na jej twarz.
      Rozbierano go tyle razy wcześniej że sam gest dawno powinien przestać mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. A jednak, tym razem coś się zmieniło. Nigdy nie zwracał uwagi na to, że komuś drżą dłonie, że oddech może przyspieszyć nie tylko z pożądania, ale również z nerwów. Że pomiędzy jednym guzikiem a drugim można podnieść wzrok i przez ułamek sekundy szukać w czyjejś twarzy potwierdzenia, żę nadal jest się bezpiecznym.
      Może wcześniej po prostu nie chciał tego widzieć. Teraz widział wszystko.
      Dlatego nie pospieszał jej ani nie przejął inicjatywy, chociaż jego własne palce niemal odruchowo zacisnęły się przy jej biodrach. Pozostał tam, gdzie był, pozwalając Claire samej decydować o kolejnych kilku sekundach, nawet jeśli obserwowanie jej z tak niewielkiej odległości wystawiało jego samokontrolę na próbę znacznie trudniejszą, niż był gotów przyznać.
      A potem jej usta opuściły jego. Jack zdążył jedynie wypuścić urwany oddech, zanim poczuł je na odsłoniętej skórze mostka. Odchylił głowę nieznacznie w tył, rozkoszując się delikatną pieszczotą.
      — Cholera… — Słowo właściwie nie zostało wypowiedziane, wymknęło się razem z powietrzem.
      Ciepło jej oddechu przesunęło się po jego skórze, zaraz za nim miękki dotyk ust, a ciało Jacka odpowiedziało natychmiast, zdradzając go głębokim dreszczem biegnącym wzdłuż kręgosłupa. Na sekundę przymknął oczy. Na wystarczająco długo, żeby naprawdę poczuć co robiła z nim Claire, która jeszcze kilka minut temu rumieniła się od samego patrzenia w stronę łóżka.
      Kiedy otworzył oczy, Claire nadal zajmowała się jego koszulą i klatką piersiową. Ostatni guzik okazał się jednak granicą jego cierpliwości.

      Usuń
    8. Nie odsunął jej dłoni. Nakrył ją własną, ma krótką chwilę splatając ich palce, po czym sam rozpiął materiał i wysunął ramiona z rękawów. Koszula zsunęła się po jego plecach i opadła na podłogę.
      Jack przesunął dłońmi po jej bokach, zatrzymując je na talii. Palce zacisnęły się mocniej niż zamierzał, więc niemal natychmiast rozluźnił chwyt. Musiał pamiętać, że to wciąż CLaire. Że pod tą całą nagłą odwagą wciąż kryje się dziewczyna stawiająca pierwsze kroki w czymś, co dla niego przez lata było niemal drugim językiem. Tyle że najwyraźniej Claire bardzo szybko uczyła się, jak skutecznie odebrać mu zdolność posługiwania się pierwszym.
      — Nie masz pojęcia, co ze mną robisz, Claire. — wymruczał pochylając się ku niej, muskając jej usta swoimi.
      Jego palce odnalazły suwak sukienki, który powoli, niemal leniwie, wydłużając własne katusze, rozpiął. Pochylił się raz jeszcze aby obcałować jej obojczyki drobnymi pocałunkami, gdy jednocześnie zsuwał cienkie ramiączka z jej ramion. Materiał dołączył do jego koszuli na podłodze, a Jackson omiótł ją ciemniejącym spojrzeniem.
      Była piękna, każdy jej centymetr był doskonały.
      — Jesteś przepiękna. — skomplementował z przekonaniem.

      Jack

      Usuń
    9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    10. Czując jak Jack uśmiecha się w jej usta, wydychając śmiech przez nos, sama zaśmiała się cicho, a potem pocałowała go mocniej, biorąc jego twarz w dłonie. To prawda, zaledwie paroma zdaniami udało mu się z niej zdjąć ogromny ciężar. Kiedy ona neutralizowała nieświadomie jego maski, on łamał w niej blokady jedna po drugiej, wyciągając na światło dziennie rzeczy, których nawet wcześniej o sobie nie wiedziała. Nie pamiętała, kiedy ostatnio przeżyła taki rollercoaster emocji jak dziś i choć ten wieczór zaczął się fatalnie, to najwyraźniej miał zakończyć się czymś wyjątkowym, czego nie przewidziałaby dla nich w najśmielszych snach.
      W reakcji na to jego drobne przekleństwo niesione wydechem mimowolnie drgnęła, bo coś dziwnego i gorącego znów szarpnęło ją w podbrzuszu. Dziwnego tylko dla niej, bo nie przyzwyczaiła się jeszcze do tego, jak jej ciało oddaje ekscytację.
      Kiedy zatrzymał na moment jej dłoń, a potem zsunął z siebie koszulę, objęła go roziskrzonym spojrzeniem. Jej oddech spłyciał na ten widok, a gardło zaczęło wysychać. Nie miała jednak czasu nacieszyć się jego negliżem, bo Jack przesuwał już po niej dłońmi, sprawiając że zaczęła na nowo drżeć pod jego dotykiem.
      Spojrzała mu w oczy, utrzymując z nim kontakt wzrokowy przez cały czas gdy rozpinał jej sukienkę. Pchana sztuczną, ekstatyczną odwagą, wymruczała lekko chrypliwie do jego ucha, korzystając z tego, że właśnie całował jej obojczyki:
      — Wiem za to, co Ty mógłbyś robić ze mną…
      Zsunął ramiączka, a sukienka rozlała się po podłodze, zostawiając Claire jedynie w skromnych, koronkowych majtkach, wysokich szpilkach i miękkiej łunie światła padającego z okna. Musiała powstrzymać się przed tym, żeby się nie zasłonić, bo w przeciwieństwie do niego nie była rozbierana przez kogoś do naga nigdy i chęć ukrycia się była instynktowna.
      Kiedy ją pochwalił, nie odpowiedziała, bo nie wiedziała co powinna w takiej chwili odpowiedzieć. Dziękuję? Nie pasowało. Wiem? Jeszcze gorzej.
      Sięgnęła więc ostrożnie po jego dłoń, powoli prowadząc palce Jacka wzdłuż swojego obojczyka, a potem niżej. Ten kontakt sprawił, że jej ramiona pokryły się gęsią skórką. Zagryzła krótko dolną wargę, przez chwilę walcząc ze sobą. Musiała mu to powiedzieć teraz, póki euforia związana z jego bliskością popychała ją do szczerości i wylewności. Przeczuwała, że jeśli nie powie mu tego teraz, to nie powie wcale, a potrzebowała żeby to wybrzmiało, bo znów zaczynało jej się kręcić w głowie.
      — Dotykaj mnie, Jack — tchnęła cicho. — Całuj, bierz. Co tylko chcesz. Ufam Ci.
      Puszczając jego rękę, wspięła się na palce, żeby złożyć ciepły, przeciągły pocałunek na jego ustach, nie potrafiąc wytrzymać bez nich długo.
      — Mogę? — wyszeptała w jego wargi, układając dłonie na sprzączce od paska. Kciukami zaczęła gładzić delikatnie aksamitną skórę jego podbrzusza powyżej linii wyznaczonej przez krawędź spodni. — Powiedz, że mogę.
      Zgoda działała w końcu w obie strony.

      CLAIRE

      Usuń
    11. Claire stała przed nim w koronkowej bieliźnie i wysokich szpilkach, skąpana w miękkim świetle wpadającym przez wysokie okna apartamentu. Sukienka leżała gdzieś na podłodze, porzucona bez większej uwagi, podobnie jak jego koszula, ale Jack nawet na moment nie spuścił wzroku, żeby sprawdzić gdzie.
      Patrzył na nią. Na odsłonięte ramiona, na włosy rozsypane bardziej niedbale niż jeszcze kilkanaście minut temu, na rumieniec, który wciąż utrzymywał się wysoko na policzkach i kompletnie nie pasował do tego, z jaką determinacją jej dłonie właśnie odnalazły sprzączkę jego paska.
      To połączenie niemal go ogłuszyło.
      Nieśmiałość wciąż tam była. Widział ją w sposobie, w jaki Claire nabrała powietrza, zanim dotknęła metalu, w krótkim zawahaniu palców, w spojrzeniu uciekającym na sekundę ku jego twarzy. Tyle że pod nią pojawiło się coś nowego. Ciekawość. Pragnienie. Ta rodząca się dopiero świadomość, że nie musi wyłącznie czekać na jego ruch, że sama również może po coś sięgnąć. I najwyraźniej właśnie zamierzała. Kiedy jej kciuki przesunęły się po skórze tuż nad linią spodni, mięśnie brzucha Jacka napięły się odruchowo.
      Nieznacznie, ale Claire musiała to zauważyć.
      — Mogę?
      Uniósł na nią wzrok.
      — Powiedz, że mogę.
      Chryste. Przez sekundę nie odpowiedział. Pytanie uderzyło w niego mocniej, niż powinno.
      W jego dawnym świecie podobne chwile rzadko miały w sobie tyle uwagi. Wszystko działo się szybciej, głośniej, często po alkoholu, wśród ludzi, którzy świetnie opanowali sztukę udawania, że nic nie ma szczególnego znaczenia. Granice częściej odczytywano z ruchu ciała niż wypowiadano na głos, a on sam przez lata był znacznie lepszy w działaniu niż w zatrzymywaniu się, żeby zapytać.
      Ale Claire właśnie się zatrzymała. Dla niego. I czekała.
      Jackson przełknął ślinę. Jego spojrzenie zsunęło się na jej dłonie, potem wróciło do twarzy. Przez moment miał absurdalne wrażenie, że powinien powiedzieć coś więcej, znaleźć zdanie odpowiednie do tej chwili, ale wszystkie słowa wydawały się albo zbyt poważne, albo zdecydowanie zbyt małe.
      Skinął więc tylko głową.
      — Możesz. — Głos zabrzmiał niżej, niż zamierzał. Claire poruszyła palcami. Cichy szczęk sprzączki przeciął ciszę między nimi i Jack wypuścił powietrze, którego nawet nie zdawał sobie sprawy, że wstrzymywał. Pasek ustąpił pod jej dłońmi. Potem guzik. Rozporek. Jeszcze wtedy był przekonany, że nad sobą panuje. Dopiero jej kolejny dotyk sprawił, że pewność zaczęła się kruszyć.
      Oddech urwał mu się pierwszy. Potem napięła się szczęka.
      Opuścił głowę i przez chwilę obserwował jej dłonie, jakby samo patrzenie mogło pomóc mu odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Nie pomogło. Wręcz przeciwnie. Świadomość, że to Claire go dotyka, Claire, która jeszcze niedawno drżała pod jego pocałunkiem, a teraz robiła coś z własnej inicjatywy, bo zwyczajnie tego chciała, okazała się znacznie silniejszym bodźcem niż sam kontakt.
      Jego palce zacisnęły się na jej talii.
      — Powoli — wydostało mu się z gardła. Nie zabrzmiało to jak polecenie. Bardziej jak prośba skierowana równie mocno do niej, co do własnego organizmu.
      Bo coś było nie tak. A właściwie przeciwnie. Wszystko było zdecydowanie zbyt dobrze. Przymknął oczy i spróbował wyrównać oddech. Wdech nosem. Powolny wydech. Dokładnie tak, jak uczono go przez ostatni rok, kiedy ciało domagało się natychmiastowej odpowiedzi na każdy bodziec, a on miał nauczyć się nie być jego bezwolnym zakładnikiem.
      Tyle że żadne ćwiczenie oddechowe nie przygotowało go na to, na Claire.

      Usuń
    12. Rok. Minął cholerny rok, odkąd ostatni raz pozwolił komukolwiek znaleźć się tak blisko. Rok, podczas którego dotyk przestał być czymś oczywistym. Nie było przypadkowych dziewczyn, poranków w cudzych łóżkach, alkoholu rozmywającego granice ani kolejnych bodźców zagłuszających poprzednie. Była abstynencja, terapia i miesiące mozolnego uczenia się własnego ciała od początku, również tego, że nie każdą potrzebę trzeba natychmiast zaspokajać.
      Teraz wszystko wracało naraz.
      Ciepło. Zapach jej skóry. Bliskość. Miękkość dłoni. Jej oddech. I świadomość, że to właśnie jej dotyk czuje po tak długim czasie.
      Jack otworzył oczy.
      — Claire, ja… — Nie dokończył. Próbował jeszcze odsunąć biodra o te kilka centymetrów, które mogłyby kupić mu sekundę, może dwie. Jego dłoń przesunęła się z jej talii na ramię, nie po to, żeby ją zatrzymać, lecz jakby potrzebował czegoś, czego mógłby się uchwycić.
      Za późno.
      Napięcie, które przez ostatnie minuty zbierało się w nim warstwa po warstwie, nagle przekroczyło granicę.
      Zesztywniał. Głowa odchyliła mu się nieznacznie, powieki zacisnęły, a z gardła wyrwał się urwany, zduszony dźwięk, zanim zdążył go powstrzymać. Przez kilka sekund nie był w stanie zrobić absolutnie nic poza staniem tam i próbą przypomnienia sobie, jak właściwie się oddycha.
      — O kurwa… — Tym razem przekleństwo wyszło ledwie słyszalnie. A potem przyszła świadomość. Pełna. Brutalnie trzeźwa. Otworzył oczy i przez sekundę wpatrywał się gdzieś ponad ramieniem Claire, jakby mózg potrzebował jeszcze chwili, żeby zaakceptować to, co ciało właśnie zrobiło bez konsultacji z jego dumą.
      Niemożliwe.
      Naprawdę właśnie…
      Przesunął dłonią po twarzy.
      — Ja pierdolę — mruknął pod nosem, tym razem już z niedowierzaniem skierowanym wyłącznie do siebie. I wtedy, ku własnemu przerażeniu, poczuł gorąco wpełzające mu na szyję.
      Jack Howard się zarumienił.
      To było niemal bardziej upokarzające niż wszystko inne.
      Nie pamiętał, kiedy ostatni raz było mu autentycznie wstyd w sytuacji z kobietą. Przez większość dorosłego życia pewność siebie przychodziła mu w takich momentach niemal automatycznie. Nawet kiedy czegoś nie wiedział, zachowywał się tak, jakby wiedział. Nawet kiedy sytuacja wymykała się spod kontroli, potrafił obrócić ją w żart, rzucić czymś bezczelnym, odzyskać przewagę.
      Teraz nie miał nic. Żadnego błyskotliwego tekstu. Żadnego uśmieszku. Tylko Claire stojącą przed nim i własne serce tłukące się zdecydowanie za szybko.
      W końcu zmusił się, żeby na nią spojrzeć.
      Najpierw w jej oczy. Potem, niemal odruchowo, znowu uciekł wzrokiem, zaciskając szczękę i wypuszczając krótkie, pozbawione humoru parsknięcie. Jedna dłoń nadal spoczywała na jej biodrze, druga przesunęła się na kark. Jack potarł go nerwowo. Ten gest był tak mało podobny do niego, że sam go zauważył.
      — Okej — zaczął. Urwał. Spróbował ponownie. — To jest… — Znów cisza. Chryste, naprawdę miał dwadzieścia siedem lat i nagle nie potrafił złożyć jednego normalnego zdania?
      Wypuścił powietrze i wreszcie spojrzał jej prosto w oczy. Tym razem nie uciekł.
      — Właśnie doszedłem. — Powiedział to w końcu wprost, bo każda próba ubrania tego w ładniejsze słowa tylko pogarszała sytuację.
      Przez sekundę wyglądał, jakby sam nadal nie do końca wierzył w swoje wyznanie.
      — I zanim zaczniesz się zastanawiać… — pokręcił głową, a na jego ustach pojawił się wreszcie cień krzywego, wyraźnie zakłopotanego uśmiechu. — Nie. To zdecydowanie nie jest coś, co zwykle mi się zdarza. — Kciuk przesunął się bezwiednie po jej biodrze. — Najwyraźniej rok przerwy i ty to wyjątkowo niebezpieczne połączenie. — Tym razem w uśmiechu pojawiło się odrobinę więcej dawnego Jacka, ale rumieniec wciąż zdradzał wszystko, co próbował nim przykryć.
      I może właśnie dlatego po chwili przestał.
      Pochylił się, oparł czoło o jej skroń i wypuścił cichy, niemal bezradny śmiech.
      — Daj mi sekundę, dobrze? — mruknął. — Moja godność właśnie potrzebuje chwili, żeby dojść do siebie.

      Jack

      Usuń
    13. Kiedy Jack udzielił jej zgody, ciepły dreszcz przebiegł jej po plecach, ucałowała więc raz jeszcze jego usta w niemym podziękowaniu. Patrzyła na niego, rozpinając jego pasek i spodnie, ponieważ potrzebowała się uziemić, zresztą obserwowanie jak na nią reagował na tym etapie ją po prostu fascynowało. Wsłuchiwała się w jego oddech, dostrzegła ruch grdyki, lekkie rozchylenie ust, rozszerzone źrenice, po raz pierwszy czując zmianę dynamiki między nimi i zdając sobie sprawę, że teraz to ona będzie mieć go w garści, w przenośni i dosłownie. Ta świadomość robiła z nią rzeczy, których nawet nie potrafiła sprecyzować, bo postrzegała go jako kogoś powyżej siebie w każdym tego słowa znaczeniu.
      Nie śpieszyła się z nim, tak jak on nie śpieszył się z nią. Powoli opuściła jego spodnie razem z bokserkami, lekko, dostatecznie, wystarczająco, odnajdując znów jego usta, a potem wrażliwy punkt na szyi, gdzie tętniła krew. Przesuwała wargami po jego skórze niemal z namaszczeniem, bo tak, chciała dla odmiany zrobić coś dla niego, nawet jeśli nie do końca wiedziała, co robi. Zająć się nim na tyle, na ile umiała, bo do tej pory on zajmował się nią, budując dla niej bezpieczną przestrzeń w której mogła się otworzyć i dać prowadzić charakterystycznej dla niej ciekawości.
      Opierając dłonie o jego barki, wybadała nimi szerokość ramion, wkrótce schodząc niżej, w kierunku jego piersi. Delikatnie pociągnęła po niej paznokciami, a potem poprowadziła opuszki w dół jego brzucha, wyczuwając nimi pracę poszczególnych mięśni napinających się pod jej dotykiem.
      Jack miał naprawdę piękne ciało. Przywodziło jej na myśl jedną z greckich rzeźb, które czasem widywała w muzeach.
      Najbardziej lubiła w nim właśnie te mocne ramiona, w których mógłby ją trzymać, kiedy tylko mu się żywnie spodoba, bo wiedziała już w tej chwili, że nie odmówi mu tego nigdy.
      Była dla niego tak śmiesznie słaba już teraz.
      I może dlatego nie pomyślała o tym, że prawdopodobnie byłoby im wygodniej, gdyby przenieśli się na łóżko. Mało miała już w głowie rzeczy, które nie dotyczyły Howarda bardzo bezpośrednio, niewiele też już przetwarzała poza nim.
      Gdy wyrwało mu się to powoli, lekko przytknęła usta do jego napiętej szczęki i skinęła głową, bo przecież od początku nie zamierzała niczego między nimi poganiać.
      — Dobrze — odparła łagodnie i miękko, bo chciała żeby czuł się tak bezpiecznie jak ona czuła się przy nim.
      Na początku więc zaledwie muskała go ostrożnym dotykiem, zaskoczona delikatnością i żarem gładkiej skóry. Zwracała uwagę na przerwy w jego oddechu, raz po raz spoglądając na jego twarz, zwłaszcza wtedy gdy wreszcie objęła go palcami, mimowolnie bardziej czerwieniąc się na twarzy, bo w relacji ze swoim byłym chłopakiem nie zdołała zajść tak daleko. Oddychała szybciej, tak jak Jack, co mógł poczuć na sobie, gdy leniwie obcałowywała jego pierś, bark i bok szyi, starając się zapewne w jakiś sposób wynagrodzić mu swoją niezręczność. Nie potrafiła też powstrzymać się przed tym, żeby zostawić po sobie na jego pulsie mały ślad. Chciała, żeby przypominał sobie o tym przez najbliższych parę dni ilekroć odchyli kołnierzyk.
      Pieszcząc go z uwagą, czuła jaki był gorący i napięty, a także jak pulsował w przesuwającej się po nim dłoni. Nic sobie jednak o tym nie pomyślała, bo była tak skupiona na tym co robi, że spojrzała na niego dopiero gdy się odezwał, nie spodziewając się wcale tego, co stało się chwilę później.
      Obserwowała, jak coś na pograniczu bólu maluje się na jego twarzy, jak Howard zamiera i odchyla głowę, jak przeszywa go dreszcz spełnienia i sama znieruchomiała, zdając sobie sprawę, co właśnie miało miejsce.
      Była tak zaskoczona, że w pierwszej chwili nie wiedziała co powiedzieć, ani jak zareagować. Nie odsunęła nawet dłoni, czując jak drga i lekko ją brudzi, ale w ogóle nie zwróciła na to uwagi, momentalnie zafiksowana na jego ekspresji.
      To było… Wow.

      Usuń
    14. Jak dla niej mógłby to zrobić jeszcze raz. Nawet nie raz, a kilka. Czerwień na jej twarzy nabrała głębszego koloru, gdy siłą rzeczy zobaczyła oczami wyobraźni adekwatne obrazy.
      Nie przerwała mu jednak, pozwalając by przetrawił swoje emocje, tak jak ona musiała przetrawić swoje i nie, wcale nie zastanawiała się nad tym, czy takie rzeczy mu się zdarzają, choć była zadowolona, że zwykle się nie zdarzały, bo to znaczyło, że się do tego przyczyniła, co zresztą sam potwierdził.
      Sięgnęła wolną dłonią do jego twarzy, przykładając ją do rozżarzonego policzka, a gdy oparł czoło o jej skroń, obróciła głowę, zostawiając między jego brwiami uspokajający pocałunek.
      — Twoja godność? — wymamrotała stłumionym głosem, niezmiennie zdumiona ale przede wszystkim wciąż pod wrażeniem, kciukiem gładząc jego kość policzkową. — Nie wiem czy widziałam w życiu coś bardziej seksownego, Jack.
      W końcu spojrzała mu w oczy, posyłając uśmiech, próbując dodać mu otuchy, tak jak on jej wcześniej.
      — W porządku? — upewniła się, bo czuła że wciąż drżał. Nachyliła się, by musnąć czule jego usta. — I co mogę zrobić, żebyś doszedł jeszcze raz? Najlepiej we mnie?
      Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego co mówi, bo była jeszcze trochę otępiona chwilą. W przeciwnym razie podobne słowa pewnie nigdy by z niej nie wyszły.
      — Ciągle drżysz — zauważyła szeptem, trochę zmartwiona, przenosząc dłoń z jego policzka na plecy, starając się przygładzić dreszcze. — Chodźmy się położyć.

      CLAIRE

      Usuń
    15. Jack poczuł jej dłoń na policzku, zanim zdążył do końca otrząsnąć się z własnego zażenowania.
      Ciepłą. Delikatną.
      Claire nie odsunęła się nawet o krok. Nie zobaczył na jej twarzy ani konsternacji, ani tego charakterystycznego napięcia, którego przez krótką, paskudną sekundę zdążył się spodziewać. Zamiast tego została dokładnie tam, gdzie była, blisko, niemal przyklejona do niego, z dłonią obejmującą jego rozgrzany policzek i spojrzeniem, w którym nie potrafił znaleźć niczego poza czymś niepokojąco przypominającym zachwyt.
      A potem wspięła się odrobinę wyżej i pocałowała go w skroń.
      Jack zamknął oczy. Ten jeden niewielki gest po prostu rozbroił ostatnią resztkę napięcia, która została mu gdzieś między mięśniami. Poczuł jej usta przy skórze, miękkie muśnięcie oddechu, a zaraz potem usłyszał cichy szept.
      Seksowne.
      Claire uznała to za seksowne. Przez chwilę naprawdę nie wiedział, co zrobić z tą informacją. Otworzył oczy powoli i spojrzał na nią z bliska, jakby podejrzewał, że gdzieś w jej twarzy znajdzie ślad żartu. Nie znalazł. Była śmiertelnie poważna. Zaróżowiona, trochę rozczochrana, wciąż z tą dłonią na jego twarzy, i najwyraźniej całkowicie szczera.
      Krótki oddech wyrwał mu się przez nos.
      — Serio? — mruknął. Wciąż pobrzmiewało w tym niedowierzanie. Bo dla niego ostatnia minuta była przede wszystkim spektakularną utratą kontroli. Dla niej najwyraźniej czymś zupełnie innym. I dopiero wtedy Jack przypomniał sobie coś, co w całym swoim zawstydzeniu kompletnie przeoczył. Claire nie miała żadnego punktu odniesienia. Wszystko było dla niej nowe. Nie tylko jego ciało czy dotyk, ale również reakcje, których on sam przez lata zdążył przestać zauważać. Nie wiedziała, co powinno wydarzyć się po ilu minutach, co było zwyczajne, a co mogło uchodzić za kompromitujące. Patrzyła na niego bez bagażu jego własnych doświadczeń i najwyraźniej nie zobaczyła mężczyzny, który właśnie zrobił z siebie idiotę. Zobaczyła faceta, którego doprowadziła do utraty kontroli. Różnica była zasadnicza.
      Kącik jego ust drgnął.
      Potem drugi.
      Jack pokręcił głową, ale uśmiechu nie potrafił już powstrzymać. Zawstydzenie powoli ustępowało miejsca czemuś znacznie cieplejszemu. Do chwili, w której zadała kolejne pytanie.
      Wtedy uśmiech zamarł mu na ustach. Zamrugał. Raz. Powoli. Spojrzał na nią tak, jakby właśnie usłyszał coś kompletnie nieprzystającego do dziewczyny, która jeszcze niedawno nie była w stanie dokończyć zdania o własnym braku doświadczenia.
      — Claire Bellfort. — Jej imię i nazwisko zabrzmiały niemal jak ostrzeżenie, choć uniesiony kącik ust skutecznie odbierał mu powagę. Uniósł dłoń i odsunął włosy z jej twarzy. Tym razem zrobił to bez pośpiechu, przesuwając palcami za jej ucho, a potem pozwalając kciukowi zatrzymać się na policzku. Przyjrzał jej się przez moment.
      Napięcie rzeczywiście z niego zeszło. Nie pragnienie, to byłoby kłamstwo. Ale ten najgorszy, niemal fizyczny przymus trzymania siebie na krótkiej smyczy zelżał na tyle, że znowu potrafił oddzielić to, czego chciało ciało, od tego, co naprawdę chciał zrobić.
      A chciał przede wszystkim się jej zrewanżować.
      — Chodź tutaj. — Przyciągnął ją delikatnie za kark i pocałował. Bez wcześniejszego głodu. Bez próby pogłębiania pocałunku. Zwyczajnie przycisnął usta do jej ust na kilka spokojnych sekund, jakby chciał przeciąć nimi wszystkie pytania, które zaczynały mnożyć się między nimi. Kiedy się odsunął, nie puścił jej od razu.
      Podobało mu się, że czuła się na tyle pewnie aby swobodnie mówić o swoich potrzebach. Chciał, by czuła się przy nim dobrze, by nie obawiała się pytać, prosić, brać.
      — Teraz zajmiemy się tobą, Claire. — wymruczał z lekkim uśmiechem, odzyskując w pełni cały swój wigor.
      Na moment odsunął się, by wygrzebać z ozdobnego pojemnika chusteczki, by względnie doprowadzić siebie i jej dłoń do porządku, a gdy już to zrobił, splótł ich palce razem i pociągnął ją w stronę królewskiego łoża.

      Usuń
    16. Stanął przed nią i przez kilka sekund po prostu patrzył.
      Wcześniej nie pozwolił sobie na to naprawdę. Teraz Claire była przed nim niemal naga, w miękkim świetle rozlewającym się po sypialni, i Jack po raz pierwszy miał chwilę, żeby naprawdę przyswoić ten widok. Smukłe ramiona. Delikatnie zarysowane obojczyki. Wąska talia przechodząca łagodnie w linię bioder. Skóra jasna, miejscami zaróżowiona od wcześniejszych pocałunków… Była piękna, idealna i nie mógł uwierzyć, że ktoś go nie ubiegł.
      Podszedł bliżej. Dłoń przesunęła się po jej ramieniu, dalej wzdłuż boku, aż zatrzymała się na talii. Poczuł pod palcami ciepło skóry i drobne napięcie mięśni.
      — Chcę byś mówiła mi, czy to co robię jest w porządku. — powiedział patrząc jej w oczy. Jego jedna dłoń przesunęła się wyżej, na pełną pierś, gładząc kciukiem i lekko ściskając, będąc czujnym na jej reakcje. Usta zaś wylądowały na obojczyku, składając na nim drobne, wilgotne pocałunki.
      Potem zszedł niżej, na miękką, ciepłą skórę piersi. Wargi zamknęły się wokół sutka delikatnie, a język powoli, z uważnością rysował wokół niego małe, wilgotne kółka.
      — Połóż się. — Głos miał cichy, pozbawiony wcześniejszej chropowatości.

      Jack

      Usuń
    17. Upuściła krótki śmiech, kiedy nazwał ją pełnym imieniem i nazwiskiem, dochodząc do wniosku że podoba jej się, kiedy tak się do niej zwraca. Jeszcze bardziej podobało jej się jednak, kiedy ją całował, więc uśmiechnęła się w jego wargi, zaraz po tym jak przyciągnął ją do siebie, napierając na jej usta. Wciąż słysząc szum krwi w uszach, odwzajemniła pocałunek Jacka, pozwalając sobie na moment go objąć.
      Teraz zajmiemy się tobą, Claire.
      Wzięła głębszy wdech, bo z jakiegoś powodu fakt, że uwaga znów skierowała się na nią obudził w niej samoświadomość. Pozwoliła, by doprowadził ją do porządku, trochę się przy tym rumieniąc pod wpływem realizacji co nosiła do tej pory na skórze, a potem ruszyła za nim w stronę łóżka.
      Nie wiedziała co począć ze sobą, gdy jej się tak przyglądał, więc jedynie podciągnęła lekko kąciki ust, odruchowo zakładając jasne włosy za ucho. Żałowała teraz, że nie są wystarczająco długie, żeby dało się je zaciągnąć w przód i trochę nimi osłonić mniej ostentacyjnie niż dłońmi.
      Nie to, żeby chciała zakrywać się przed nim konkretnie, po prostu nie miała zwyczaju paradować przed ludźmi niemal nago i jej skóra była w tej chwili tak wrażliwa, że wzrok Howarda odczuwała na sobie niemal namacalnie, tak samo jak każdy ruch powietrza w pomieszczeniu. A skoro czuła na ciele nawet ruchy powietrza, dotyk działał na nią dużo bardziej intensywnie. Zwłaszcza jego dotyk, na który była szczególnie wyczulona, odkąd pierwszy raz wsunął palce pod jej bieliznę.
      Zadrżała na samo wspomnienie, spoglądając na niego spod rzęs gdy się zbliżał. W miejscach, których dotknął dłonią, pojawiła się znowu gęsia skórka.
      — Dobrze — zgodziła się, choć na tym etapie nie sądziła, by mógł zrobić coś, co jej się nie spodoba. Pragnęła go, pragnęła jego bliskości i poznawała to po potrzebie pulsującej nieznośnie w jej wnętrzu, która pogłębiła się tylko, gdy objął dłonią jej pierś, sprawiając że na moment przestała oddychać. Drżąc ponownie, przygryzła lekko dolną wargę, tłumiąc beznadziejny dźwięk, a potem wplotła dłoń w jego włosy, chcąc się czegoś przytrzymać.
      Starając się uziemić i opanować, przeczesywała jego kosmyki. Pochyliwszy podbródek, pocałowała go w czubek głowy, czując jak dreszcze wzmagają się na całym jej ciele, a wilgotne ślady po pocałunkach palą jej skórę.
      Zamknęła oczy i sapnęła cicho, gdy jego wargi zamknęły się wokół jej sutka. Wzdrygnęła się bezwiednie, a palce zacisnęły na jego kosmykach.
      — Jack — mruknęła, mimowolnie trąc o siebie niespokojnie udami w momencie, gdy do pieszczot dołączył jego język. Miała ochotę wygiąć plecy i naprzeć na jego usta, dopasować się do niego bardziej, ale wtedy kazał jej się położyć.
      Nie zamierzając mu się sprzeciwiać, ostrożnie zahaczyła palcami o jego naszyjnik i cofnęła się na łóżko pilnując, żeby podążył za nią, bo potrzebowała żeby został blisko.
      Podarowała mu więc kolejny pocałunek, układając się pod nim na arcywygodnym materacu, znajdując oparcie na poduszkach i czując, jak mocno bije jej serce.

      CLAIRE

      Usuń
    18. Jack zatrzymał się nad nią, wsparty na wyprostowanych ramionach, i przez krótką chwilę tylko jej się przyglądał, jakby chciał dokładnie zapamiętać widok, który się przed nim rysował.
      Światło lamp kładło się na jej skórze miękkimi, złotawymi plamami, podkreślając każ∂a delikatną linię - od obojczyków, przez piersi, aż po wąską talię, która ginęła w ciemnej koronce bielizny. Włosy rozsypały się wokół jej głowy po ciemnej pościeli, kilka pasm przykleiło do zaróżowionego policzka.
      Przez moment pomyślał, że powinien coś powiedzieć. Zapytać po raz kolejny, czy wszystko w porządku, przypomnieć, że mają czas, dać jej jeszcze jedno wyjście z sytuacji, z której przecież już kilka razy zapewniał ją, że może wyjść w dowolnym momencie, ale powstrzymał się. Nie chciał, żeby własną ostrożnością wmówił jej strach, którego być może wcale już nie czuła.
      Nachylił się ku niej. Najpierw usta musnęły obojczyk, lekko, jakby sprawdzał, czy skóra naprawdę jest tak miękka, jak zdało mu się za pierwszym razem. Potem zsunęły się niżej, zostawiając wilgotny ślad na zaokrągleniu piersi. Nasłuchiwał zmian w jej oddechu, podnosił wzrok rejestrując każdą zmianę w wyrazie jej twarzy, to jak jej brwi lekko się ściągały, a usta rozchylały. Czuł jak drży pod jego dotykiem, jak mięśnie falują pod rozgrzaną skórą, w odpowiedzi na jego bliskość.
      Obcałował jej piersi, jednocześnie gładząc wolną dłonią podbrzusze, rysując kciukiem niewidzialne kręgi tuż nad linią majtek. Skóra była tam cienka i wrażliwa. Niespiesznie schodził niżej, całując ją otwartymi ustami, wdychając zapach - czysty, lekko słodkawy, wymieszany z jego własnymi perfumami, które wcześniej osiadły na niej na tarasie. Zapamiętywał drobne krzywizny, pieprzyki na skórze. Za każdym razem, kiedy język przesuwał się po tej delikatnej powierzchni, jej ciało reagowało drżeniem, a on zbierał te reakcje jak coś cennego.
      — Jesteś piękna. — szepnął w jej skórę, niemal bezgłośnie, bardziej do siebie niż do niej.
      Zsunął się jeszcze niżej.
      Pocałunki stały się wolniejsze, bardziej skupione. Język zostawiał wilgotne ścieżki wzdłuż linii biodra, po wewnętrznej stronie uda, coraz bliżej koronki. Zatrzymał się na moment, żeby złożyć kilka drobnych pocałunków dokładnie na materiale majtek, tam, gdzie tkanina była już lekko wilgotna. Czuł ciepło bijące przez znikomy materiał. Czuł, jak delikatnie napina się pod jego ustami.
      Zsunął majtki powoli, zatrzymując się przy kolanach, żeby pocałować każde z nich, zanim materiał opadł na podłogę. I wrócił, a teraz już nic ich nie dzieliło.
      Najpierw tylko palcami - delikatnymi, poznającymi kształt, wilgoć, to, jak jej ciało odpowiada na najlżejszy nacisk. Jackson nie spieszył się. Dawał sobie czas, żeby się jej nauczyć, żeby ona mogła delektować się każdą sekundą bliskości.
      Delikatnie rozchylił ją palcami i pochylił głowę. Pierwszy kontakt języka był powolny. Liźnięcie ostrożne. Smak uderzył go od razu - słodki, lekko metaliczny, czysty. Ciepły. Nie był to smak, który dało się opisać jednym słowem. Był po prostu jej. I Jackson chciał więcej. Przycisnął usta mocniej. Język przesunął się płasko, od dołu do góry, wolno, z naciskiem. Potem znów. I znów. Obserwował jednocześnie, jak jej brzuch drga, jak dłonie mocniej się zaciskają… Każda reakcja napawała go dumą i chęcią dania jej jeszcze więcej.
      Kiedy poczuł, że jest wystarczająco mokra, wsunął w nią jeden palec, wolno, płytko, zostawiając jej czas, by mogła się przyzwyczaić. Wszystko w rytmie, który dyktowała ona. Kiedy przyspieszała oddech, on również nieco przyspieszał. Kiedy jej biodra drżały, on zwalniał, dając jej chwilę, a potem znów ponawiał ruch.

      Usuń
    19. Jackson zamknął na chwilę oczy, odrywając je od jej zaróżowionych policzków o pozwolił sobie na pełne skupienie na niej. Na rozkoszowaniu się coraz wyraźniejszą słodyczą. Na tym, jak mięśnie wokół jego palca naczęły się napinać. Na tym, jak jej udo drżało pod drugą dłonią.
      Kontynuował. Palec poruszał się wolno w środku, zgięty tak, by znaleźć i muskać to jedno miejsce, które miało przynieść jej najwięcej przyjemności. Język nie przestawał. Czasem liźnięcia były dłuższe, czasem krótsze, bardziej punktowe. Czasem lekko ssał, a czasem tylu muskał czubkiem języka.
      Odsunął od niej twarz, by na moment do niej wrócić.
      — Powiedz mi — wymruczał muskając ustami szyję, podbródek, kącik ust — Jak się czujesz, Claire? — Chciał żeby kompletnie odpłynęła, ale chciał też usłyszeć ten jej lekko urywany głos.

      Jack 🥵

      Usuń
    20. Gdy Howard zawisł nad nią, ona również mu się przyjrzała, mając teraz doskonały widok na wszystko to, co lubiła w nim najbardziej, ostatecznie jednak skupiając spojrzenie na jego twarzy, widząc że jej się błądzi po niej wzrokiem i po raz pierwszy nie miała potrzeby, by się przed nim zasłonić.
      I nie, nie czuła strachu. Była ciągle trochę zestresowana, bo jakby nie patrzeć rzucała się na głęboką w wodę, w coś nieznanego i nie wiedziała do końca czego powinna się spodziewać, ale Jack sprawił, że czuła się w tym wszystkim zaopiekowana i bezpieczna. Pamiętała, że może w każdej chwili powiedzieć po stop i była to bardzo komfortowa myśl, więc poza całkiem naturalną tremą nic więcej nie zaprzątało jej głowy. Wiedziała, że jest w miejscu, w którym chce być, z mężczyzną z którym chciała tu być i że chce z nim wszystkich tych rzeczy, o których do tej pory tylko słuchała, czytała albo je sobie wyobrażała.
      Kiedy więc jego usta zetknęły się z jej obojczykiem, zamknęła oczy i spróbowała po prostu się zrelaksować, skupiając na kontakcie jego warg ze swoją skórą. Usiłowała kontrolować oddech, ale to działało tylko przez pierwszą chwilę, po im więcej uwagi jej poświęcał, tym trudniej było jej brać wdechy równo i świadomie, bo powietrze znów stawało się coraz gęstsze.
      Uchwyciwszy pościel dłońmi drżała pod jego pocałunkami i językiem, raz po raz wydając z siebie ciche westchnienia. Mimo, że jej oddech regularnie się urywał, nie była wcale głośna, ale nie dlatego, że nie było jej dobrze, a dlatego, że to wszystko było dla niej nowe i chyba jakaś blokada w jej głowie nie pozwalała jej oddać się temu uczuciu całkowicie albo po prostu nie wiedziała jak się na to w pełni odblokować. Dużo było w niej jeszcze miejsca na myśli, a zawsze myślała za dużo.
      Ciało mówiło jednak za nią. To jak szukała kontaktu z nim, wypinając pierś do przodu aby całował więcej, żarliwiej, i to jak jej palce zagubiły się w jego włosach nieświadomie przytrzymując go blisko siebie, cały czas bliżej, nigdy nie dość blisko.
      Jesteś piękna, padło znów i tym razem naprawdę się taka poczuła, odbierając komplement bardziej podskórnie aniżeli tylko słuchem. Zadrżała więc znów, mocniej, otwierając wreszcie oczy, bo nabrała w końcu odwagi by na niego spojrzeć.
      I to niemal było dla niej za dużo, Jack ponownie z głową między jej udami, ale teraz miała wrażenie, że była na to przygotowana, bo nie zaskoczyło jej, że chciał wrócić do tego, co przerwała mu na tarasie swoją chwilową paniką. Złączyła więc uda, pozwalając mu zdjąć z siebie bieliznę, a potem znów je dla niego rozchyliła, zaczynając oddychać bardziej płytko.
      Gdy jej dotknął, głowa mimowolnie opadła jej z powrotem na poduszkę, a z gardła zaczęły wyrywać jej się drobne dźwięki przyjemności, bo był wreszcie blisko miejsca, gdzie potrzebowała go teraz najbardziej.
      Nie spodziewała się jednak jego języka, nie tam, więc za pierwszym liźnięciem tylko wciągnęła powietrze ze świstem, wyraźnie zaskoczona, ale jednocześnie tak zupełnie rozbrojona, że już po chwili z jej gardła wyrwało się tylko ciche skomleniem, które mogło być tak samo prośbą o przerwę, jak i o więcej.
      — Jack — szepnęła drżąco. Zbierając mocniej pościel, jedną dłonią sięgnęła znów do niego, wsuwając drżące palce w jego włosy i tam je zacisnęła, przez kilka oddechów nie mając pojęcia, co ze sobą robić. Wtedy przywarł do niej bardziej, a ona niemal się zatrzęsła, wtapiając głębiej w materac. — Jack — tym razem głośniej, ale ostatecznie głos jej się załamał.
      Nie miała niczego w głowie. Tylko jego i to co z nią robił. Mogła tylko czuć.
      Po raz kolejny jej ciało przemówiło za nią, lgnąc do Howarda i doznań jakie jej oferował. Jej biodra drgały, bo nie była w stanie pozostać bez ruchu, instynktownie dając jej wskazówki i gdyby jej nie trzymał pewnie wprawiłaby je w pełniejszy ruch.

      Usuń
    21. Na tym etapie ucisk w podbrzuszu i pulsowanie w jej wnętrzu były niemal bolesne, więc kiedy wsunął w nią palec, mogła tylko skwitować to beznadziejnym jękiem, bo znalazł się wreszcie w centrum jej pożądania i to uświadomiło jej, czego tak naprawdę potrzebowała.
      Nie była jednak w stanie nic powiedzieć, na dobrą sprawę nie była nawet w stanie się poruszyć, nie licząc odruchowych skurczy mięśni.
      Oddychała ciężko, jęcząc głucho ilekroć muskał palcem ten słodki punkt wewnątrz niej, w połączeniu z pracą jego ust sprawiający, że jej uda zaczęły drżeć. Szybko znalazła się na skraju czegoś, czego nie potrafiła dokładnie sprecyzować, a do czego jej ciało dążyło całkowicie intuicyjnie, stając się gorętsze i stopniowo się napinając.
      Kiedy więc do niej wrócił, w pierwszej chwili nie była w stanie nic powiedzieć, czując tylko jak oddala się od niej coś, czego nie była w stanie solidnie chwycić.
      Przełykając głośno ślinę, wypuściła gorący oddech i okręciła głowę, by pocałować go całkiem bezmyślnie i bezładnie, trochę jakby była pijana, bo w sumie tak właśnie się teraz czuła. Jej głowa wirowała, serce dudniło jakby miało zaraz wyrwać się z jej piersi, a oddech chwiał jakby przebiegła maraton, mimo że nie robiła absolutnie nic poza oddawaniem się mu.
      Potem pocałowała go drugi raz, kupując sobie trochę czasu na zebranie myśli i dopiero w tej chwili rejestrując, że Howard nie smakuje już jak on, tylko ona.
      Przesunęła więc językiem po jego dolnej wardze, a potem pozwoliła głowie znów opaść na poduszkę, odnajdując jego wzrok błędnym spojrzeniem. Dłoń z jego włosów przesunęła na jego policzek, trąc skórę roztrzęsionym kciukiem. Cała wciąż drżała.
      Ciągle nie miała słów na to jak się czuła, więc wydobyła z siebie jedyną rzecz, której była absolutnie pewna.
      — Weź mnie, Jack — jej głos był słaby, ale pocałunek który wcisnęła mu po tym w usta już taki nie był. Wszystko w nim desperackie, surowe i pozbawione zahamowań.

      CLAIRE 😮‍💨

      Usuń
  20. Presidential Suite Money can't buy discretion.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy wparowała do kuchni, spojrzenia wszystkich pracowników zwróciły się ku niej. Zaskoczone, pełne niewiadomego, i zadające nieme pytanie Co ty tu robisz?. Octavia zaś długo się nie zastanawiała. Poprosiła przerobienie deski z jakimś jedzeniem. Byleby szybko, bez zbędnego zastanawiania się. Kucharze o dziwo wykonali jej prośbę, przygotowując imponującą deskę z serami, wędlinami i innymi rzeczami, które wraz z Nel mogły zjeść w spokoju. Nie musiała też szukać butelki z winem, bo takie też znalazło się w kuchni. Zgarnęła te wszystkie rzeczy, po czym lawirując między pracownikami, wyszła z kuchni, kierując się do hotelowej recepcji. Poprosiła o kartę do apartamentu, a młoda recepcjonistka bez słowa ją wydała, odprowadzając Blanchard wzrokiem.

      Winda ruszyła na najwyższe piętro, zatrzymując się po chwili. Na korytarzu była sama. Stukot jej obcasów odbił się echem od ścian, kiedy szła w stronę apartamentu prezydenckiego.
      Odstawiła na chwilę butelkę z winem na ziemię, tuż przy drzwiach, po czym przyłożyła kartę do czytnika. Zamek się odblokował, a Octavia z całych sił pchnęła drzwi przed siebie i po chwili była już w środku. Nie zwróciła uwagi na zapalone światło. Na kartę, która była w czytniku na ścianie, a przecież to już powinno zwrócić jej uwagę.
      Apartament był urządzony w nowoczesnym stylu. Utrzymany w jasnych barwach, z wygodnymi kanapami w salonie, który połączony był z niewielkim aneksem kuchennym. Stół ustawiony przy oknie wręcz lśnił. Widok na Nowy Jork skąpany w nocnym świetle latarni zawsze przyciągał spojrzenia.
      — Świetnie — skwitowała z uśmiechem, ruszając niespiesznym krokiem w stronę stołu, gdzie ułożyła deskę z jedzeniem i butelkę wina. Rozejrzała się na boki, ogarniając spojrzeniem pomieszczenie. Kilka sekund później z westchnieniem opadła na miękką kanapę, zanurzając się w poduszkach, które przyjemnie pachniały cytrusami.
      Westchnęła, odpinając pasek od szpilek. Zdecydowanie to był odpowiedni czas, by pozbyć się ich ze stóp.
      Pozwoliła sobie na kilka minut odpoczynku. Wyłączając myśli, nie zastanawiając się nad tym, co kto z kim robi.
      — Wino — powiedziała do siebie, wstając na nogi i ruszając w stronę szafek kuchennych z przekonaniem, że znajdzie tam kieliszki i otwieracz, który był jej potrzebny.
      Cornelia jak zawsze się spóźniała. Niemniej jednak, nie miała jej tego za złe, choć miała nadzieję, że blondynka w końcu się zjawi. Nucąc pod nosem melodię, otworzyła pierwszą z szuflad, wzrokiem szukając korkociągu. Wtedy chyba też pierwszy raz usłyszała z oddali jakiś dźwięk, ale zignorowała go, myśląc, że to jej naćpany umysł płata figle.
      Octavia

      Usuń
    2. Lot z Londynu do Nowego Jorku wybitnie mu się dłużył. Apartament, w którym miał zamieszkać po przeniesieniu się do Wielkiego Jabłka nie był w pełni kończony. Ostatecznie nie był to żaden problem, a raczej drobna przeszkoda na drodze. Dominic bez większego zastanowienia poprosił swojego asystenta, aby ten zarezerwował mu pokój w Plazie. Był świadom tego, że organizowane jest tu jakiegoś rodzaju prywatne przyjęcie. Aczkolwiek nie zamierzał z hotelowego pokoju wychodzić, dopóki nie odeśpi jet laga i nie stanie na nogi. Miał jeszcze dokładnie siedem dni, aby zjawić się w biurze. Specjalnie przyleciał wcześniej, aby wbić się w amerykański tryb życia, odespać i pojawić się na oddziale ze świeżą głową i determinacją, której wcześniej w sobie nie miał.
      Przekroczył próg pokoju hotelowego parę minut po ósmej wieczorem. Bagaże zostały starannie schowane w przestronnej garderobie. Wyjął jedynie najpotrzebniejsze rzeczy z bagażu podręczonego, a reszta mogła zaczekać na rozpakowanie do następnego dnia. Zwykle zajmował się tym od razu. Postanowił dziś jednak zaszaleć i odłożyć ten przykry obowiązek na następny dzień.
      Dominic zaszył się w przestronnej łazience, wcześniej prosząc, aby mu już nie przeszkadzano. Zapewne zamówi kolację do pokoju, jednak jego pierwszym priorytetem było wzięcie potrzebnej kąpieli. Nad całą resztą mógł się zastanowić, kiedy nadejdzie na to czas. Chłodna woda spływała mu po plecach rozluźniając napięte mięśnie. Czuł, że ma dużo na głowie. Cofnij. On miał dużo na głowie. Niekoniecznie chciał jednak o tym myśleć, aczkolwiek to, że wyjechał z Londynu wcale nie sprawiło, że zapomniał. Doskonale wiedział, dlaczego tutaj jest i że najbliższe lata spędzi w Nowym Jorku udowadniając dziadkowi i ojcu, że jest gotów do roli, która czekała na niego w przyszłości. Przede wszystkim jednak chciał udowodnić, że jest lepszy od swojego brata i kuzynów, którzy równie chętnie wyciągali ręce po dokładnie tę samą pozycję. Walczyli ze sobą, choć każdy odesłany został na inny kontynent. Jedynie Benedict został w Londynie, co według Dominica było nie fair. I nie tylko według Dominica. Benedict był najbliżej dziadka i siedziby, miał wpływ na to co dzieje się wokół, a przede wszystkim możliwości, aby przekonać ich na swoją stronę zanim pozostali będą mieli okazję się wykazać. Wystawił twarz w stronę chłodnego strumienia. Przynajmniej na resztę nocy chciał się odciąć od tych myśli, które chwilowo były mu zbędne.
      Wyłączył wodę i chwilę jeszcze stał pod prysznicem czekając, aż woda spłynie mu z włosów i ciała. Dopiero po chwili usłyszał odległy dźwięk. Zostawił włączoną telewizję? A może telefon? Zmęczony. Jesteś po prostu zmęczony, Dominic. To było najsensowniejsze wytłumaczenie.
      Osuszył ciało miękkim ręcznikiem, a następnie chwycił po biały szlafrok. Zawahał się podczas wkładania. Znów usłyszał ten sam dźwięk. Ktoś się włamał? Zmarszczył czoło. Przekonując samego siebie, że to niemożliwe. Odruchowo rozejrzał się po łazience. Nie było tu zbyt wiele użytecznych rzeczy, które mogły posłużyć mu za ewentualną broń.
      Wyszedł cicho z łazienki. Przekonując się, że to może ktoś z obsługi.
      Zamiast pracownika zobaczył młodą dziewczynę w pomarańczowej sukience. Kręcącą biodrami w rytm melodii, która wybrzmiewała najwyraźniej tylko w jej głowie.
      Dominic odchrząknął cicho.
      — Przepraszam. — Zwrócił na siebie jej uwagę. — Ale co pani robi w moim pokoju?

      Do we know each other, or do you just make yourself comfortable everywhere?

      Usuń
    3. Naprawdę nie wiedziała, czemu nie przyszło jej do głowy, że ktoś tu jest oprócz niej. Na pierwszy rzut oka apartament wyglądał na pusty. Nigdzie nie walały się ciuchy, nie było słychać żadnych głosów. No, może oprócz tego jednego, stłumionego, na który naprawdę Octavia zupełnie nie zwróciła uwagi.
      Czas mijał, widziała jak minuty uciekają, jak ubywa jej wina w kieliszku, a Cornelia nie pojawia się. Blanchard powoli zaczynała się godzić ze świadomością, że została wystawiona przez blondynkę. Że wybrała swojego narzeczonego, zamiast upijania się z nią i nadrobienia całego minionego roku.
      Czy przeszkadzało jej to w jakiś sposób? Może trochę. Może trochę żałowała, że nie mogła spędzić czasu razem z Cornelią. Że nie mogły porozmawiać tak jak dawniej.
      Zanuciła hiszpańską piosenkę pod nosem. Melodia ta towarzyszyła jej od dzieciństwa. Śpiewała ją jej babcia, mama, czasami opiekunka. Była tą nieodłączną melodią, która cofała ją w czasie, do tych lepszych dni, kiedy nie miała zbyt wiele problemów na głowie.
      Sama nie wiedziała kiedy, ale zaczęła też się delikatnie kołysać na boki, zupełnie pochłonięta tym, że jest tu sama i nie musi się nikim przejmować.
      Upiła łyk wina. Było chłodne i lekko słodkie, dokładnie takie, jakie lubiła. Kawałek delikatnego w smaku sera wylądował w jej buzi.
      Dziesięć minut — pomyślała, kiedy spojrzała na zegarek, który wisiał na ścianie.
      Do jej uszu znowu dotarł jakiś dźwięk. Z oddali, jakby drugiego pomieszczenia. Zmarszczyła brwi, nasłuchując uważnie, ale nagle już nic nie słyszała.

      — Kurwa mać! — wrzasnęła, dosłownie. Odwróciła się gwałtownie, zaciskając palce jednej ręki na blacie. Druga dłoń ścisnęła mocno kieliszek z winem. Prawie je wylała na siebie, brudząc sukienkę.
      Zmierzyła mężczyznę spojrzeniem. Nie znała go, tego była pewna. Nie było go na imprezie, nawet nie minęli się nigdzie w hotelu.
      — Jak w Twoim pokoju? Znaczy pana pokoju? — zapytała, totalnie zszokowana jego pytaniem. Z tego co wiedziała, to ten apartament był zarezerwowany dla uczestników imprezy. Kto pierwszy, ten lepszy. Wygrała ona.
      — Kim pan jest? — zapytała, odkładając kieliszek na blat. Odetchnęła głęboko, kręcąc głową.
      — Apartament jest zarezerwowany dla uczestników imprezy. Jakim więc cudem pan go dostał?
      Hallo, Stranger

      Usuń
    4. Zmierzył uważnym spojrzeniem nieznajomą mu brunetkę, która poczuła się zbyt pewnie, jak na fakt, że znajdowała się w jego apartamencie. Dominica nie obchodziła żadna impreza. Nie interesowało go co działo się kilkanaście pięter niżej ani kim byli ludzie, którzy się na ów przyjęciu bawili. Miał za sobą długą podróż, a jedyne czego chciał to odpocząć po męczącym dniu i spróbować odetchnąć bez kotłujących mu się w głowie myśli.
      Uznałby to za żart, gdyby w Nowym Jorku znajdował się z nim Sebastian. Nie miałby skrupułów, aby wysłać mu do pokoju panią do towarzystwa. Co się wydarzyło w dniu jego osiemnastych urodzin, ale to nie był moment na te historię. Uderzyło go, że być może Sebastian zrobił to na odległość. Przeżywał jego wyjazd, jakby wyjeżdżał na wojnę, a nie zaledwie do Nowego Jorku. Skubany, uronił nawet łzę, kiedy poprzedniego wieczoru jedli kolację i dramatyzował przeżywając rozstanie.
      Dominic zaśmiał się pod nosem. To musiała być sprawka Sebastiana. Nie było na to innego wytłumaczenia.
      — To doprawdy zabawne — zaczął robiąc swobodnie krok w stronę brunetki — ale możesz powiedzieć Sebastianowi, że nie jestem zainteresowany. Zapłacił czy już, czy zostawił to znowu w moich rękach? — Zapytał wprost. Może należało uwzględnić uczucia dziewczyny, ale Aldridge był naprawdę zmęczony, a na uprzejmości zwyczajnie nie miał czasu.
      Zmarszczył lekko czoło, gdy czuł w jej głosie pretensję. To on powinien ją mieć, czyż nie? W końcu właśnie wparowała mu do pokoju, a poza tym nieszczęsnym szlafrokiem nie miał pod sobą kompletnie nic. W innej sytuacji uznałby to za dobry znak. Obecnie? Nie był pewien, czy to dobry znak.
      — Nie uważasz, że to ja powinienem się pytać kim pani jest? — Odbił piłeczkę. Robił powolne kroki w jej stronę. Przestrzeń w apartamencie była ogromna. Cały apartament był przesadnie urządzony, jak na gust Dominica. — Weszła pani, bez pozwolenia czy choćby pukania, do zajętego apartamentu. I ma pani czelność się pytać kim jestem ja?
      Zatrzymał się na wyciągniecie ręki przed dziewczyną. Wzrokiem przesunął po jej sylwetce, przenosząc wzrok w końcu wyżej i zatrzymując swoje jasne spojrzenie na jej ciemnych oczach.
      — Najwyraźniej w ostatniej chwili przestał być dla nich dostępny. — Powiedział. Faktycznie, kiedy jeszcze w Londynie starał się o ten pokój pojawiła się informacja, że jest niedostępny. Dopiero po wylądowaniu dostał informację, że jednak pokój się zwolnił, a Dominic został tam automatycznie przeniesiony. Nie pytał. Zaakceptował zmianę z ulgą. — Zamierza pani sprowadzić tu towarzystwo?

      Wait... are you telling me you're not the surprise?

      Usuń

    5. Octavia nadal była w szoku. Analizowała w głowie, co się właśnie stało. Jakim cudem dostała się do pokoju, jeśli w środku już był karta. Doszła do wniosku, że widocznie dostała jakąś zapasową, a pracownicy hotelu zdecydowanie nie potrafią ze sobą współpracować, jeśli jeden drugiemu przekazywał informacje ze zmiany. Na razie przestała myśleć o imprezie. O tym, gdzie jest Nel, Jackson, Gabriel i reszta ludzi, których (na szczęście), nie udało jej się poznać. Na razie w głowie biegało jej tysiące myśli, głównie o tym, w czym właśnie brała udział. Co to była za pojebana sytuacja?
      Jej brew powędrowała w górę, kiedy usłyszała cichy śmiech blondyna. Spojrzenie Octavii znów spoczęło na jego sylwetce. Zlustrowała go szybkim spojrzeniem, zdecydowanie nie powinna zjeżdżać nim w dół, ale cóż - stało się. Szybko znów spojrzała w górę, kiedy zaczął powoli zmierzać w jej stronę.
      — Sebastianowi? — zapytała zdziwiona. Owszem, znała kilku Sebastianów w swoim życiu, ale zdecydowanie żaden nie mieszkał w Nowym Jorku.
      — Czy ty masz mnie za kurwę? — rzuciła pytanie z oburzeniem. Owszem, jej sukienka odsłaniała dość trochę ciała, ale żeby tak od razu brać ją za dziwkę?
      Prychnęła oburzona, kręcąc głową na boki.
      — Kurwą mnie dzisiaj jeszcze nikt nie nazwał — rzuciła, ale jakby bardziej do siebie. I kiedy on powoli zmierzał w jej stronę, Octavia szybko podeszła do sofy, gdzie leżała jej torebka. Wyciągnęła z niej kartę do pokoju, machając nią przed oczami mężczyzny.
      — Mam kartę. Dali mi ją w recepcji. Umówiłam się tu z moją przyjaciółką, ale chyba wolała wybrać swojego narzeczonego. I nie, nie zamierzam tu nikogo sprowadzać. Chciałam po prostu spędzić i nadrobić ostatni rok, na rozmowie z przyjaciółką. I nie, jeśli chce pan dziewczyny do towarzystwa, to niestety nie ten adres. Myślę jednak, że recepcja może być przydatna w tym temacie. Potrafią wiele załatwić — rzuciła.
      — Zaszła widocznie jakaś pomyłka. Ten apartament powinien był wyłączony z użytkowania dla gości na czas trwania imprezy. Cóż, nasze spotkania ze znajomymi potrafią być różnorodne. Niech się pan cieszy, że trafiłam tu sama, a nie jakaś napalona para, która chce sobie ulżyć.
      Well... that depends on how you look at it

      Usuń
    6. Dominic zadawał sobie podobne pytania. Jak dostała się do pokoju, skoro on już w nim był? To przecież było niemożliwe, aby weszła tu tak, jak do siebie. Może błąd systemu. Zdarzały się przecież czasami, prawda? Do tej pory nic podobnego mu się nie zdarzyło. Niespodzianki pukały, a on otwierał im drzwi, a co działo się za zamkniętymi drzwiami było już tylko i wyłącznie sprawą Dominica. Tymczasem wyglądało na to, że dziewczyna, która weszła tu bez pozwolenia wcale nie była niespodzianką wysłaną przez kumpla. Szkoda. Mimo wszystko, ale jednak szkoda.
      Blondyn nie potrafił powstrzymać się przed uśmiechem, kiedy spostrzegł, że i ona mu się przygląda. Szlafrok miał luźno zawiązany, trochę rozpięty na wysokości klatki. Materiał trzymał się natomiast porządnie w okolicach bioder.
      — Słucham? — Słowa utknęły mu na moment w gardle. — Nie. Nie mam cię za kurwę. To byłoby niegrzeczne. — Teoretycznie na jedno wychodziło, ale przecież nie wpuściłby pierwszej lepszej kurwy. Jakby nie patrzeć jej również nie wpuścił. Sama się wpuściła. Gdy już się zdarzało, przede wszystkim za sprawą Sebastiana, przychodziły z badaniami i pewnością, że nie zostawią po sobie żadnych nieprzyjemności. — Zapytałem. To zasadnicza różnica.
      Sukienka, którą na sobie miała absolutnie nie miała nic wspólnego z jego pierwotną myślą. Dominic miał podstawy, aby sądzić, że została do niego wysłana w konkretnym celu. Mógł się spodziewać wszystkiego po Sebastianie. Najwyraźniej się pomylił.
      Niemal przewrócił oczami, kiedy machała mu kartą przed oczami.
      — To jeszcze nie jest dowód. — Odparł spokojnie. Cała sytuacja bardziej go bawiła niż drażniła. Owszem, wciąż był zmęczony i podirytowany, ale nie był sztywny. Nie na tyle, aby drzeć koty i wyganiać ją od razu z pokoju. Pomijał, że mogła okazać się psychopatką, ale tak czarnych scenariuszy nie miał w zwyczaju pisać.
      Uniósł lekko brew słuchając tego, co miała mu do powiedzenia o całej tej sytuacji.
      — Czyli mogłem się spodziewać, że zamiast modelki schodzącej z wybiegu byłbym świadkiem kręcenia filmów dla dorosłych? — Niemal się zaśmiał na taką myśl. Sam w końcu przed chwilą jeszcze sądził, że po to brunetka właśnie przyszła.
      Wypuścił powietrze z płuc z ciężkim westchnięciem. Wciąż nie był pewien, czy jest bardziej zmęczony czy zirytowany, choć wraz z tym, jak ta rozmowa przebiegała czuł, jak zmęczenie odchodzi powoli na bok.
      — Żeby była między nami jasność — odezwał się po chwili ciszy — Sebastian cię nie przysłał? Po prostu dostałaś kartę z recepcji? — Brzmiało to śmiesznie. Ktokolwiek tam dziś pracował powinien stracić pracę za ten błąd. Rozdawanie kart do prywatnych pokoi, a szczególnie takich, które miały zapewniać maksymalną prywatność było kompletnym niedopatrzeniem i wprowadzało gości w niebezpieczeństwo. Dominic co prawda nie czuł zagrożenia, ale skoro jej udało się zdobyć kartę to inni najpewniej też mogli ją łatwo dostać.

      Don't look at me like that. It was a reasonable assumption</B<

      Usuń
    7. Teraz już tak naprawdę najmniej obchodziło ją to, że jakimś cudem weszła do pokoju. Może nie zamknął dokładnie drzwi, a Octavia sądziła, że weszła za pomocą kart. Była w końcu lekko naćpana i nie zwracała uwagi na zbyt wiele szczegółów, bo one jej zupełnie nie interesowały. Miała lepszy humor, nikt jej nie starał ustawić do pionu, mówiąc jaka okropna jest, bo zdjęcie jej dziecka pojawiło się wśród uczestników imprezy. Miała pogadać z Nel, jak za starych, dobrych czasów, a potem każda miała pójść w swoją stronę. Ona miała nawet posłuchać jej rady i odpuścić sobie to wszystko, zacząć od nowa.
      Tymczasem stała w towarzystwie nieznanego faceta, który paradował przed nią w szlafroku. I była niemal pewna, że bokserek raczej nie ma założonych. I musiała przyznać, że był przystojny. I chyba na tym powinna zakończyć swoje chore analizy.
      — Łaskawy — prychnęła.
      To byłoby niegrzeczne.
      Pierwsza jego myślą było to, że przysłana została, żeby mu w jakiś sposób…pomóc? Nawet nie wiedziała, jakich słów mogłaby użyć.
      Cała ta sytuacja była wyrwana jak z jakiejś taniej, durnej komedii, gdzie aktorzy próbują za wszelką cenę zagrać jak najlepiej. Nawet to jej machanie kartą było nieco zabawne.
      — Jak nie jest to dowód? — zapytała. Czyli co, zakładał, że sama w jakiś sposób wzięła sobie tą kartę?
      — Nie mam pojęcia, jakim cudem do tego doszło. Zresztą, mniejsza z tym. Mógłbyś tu spodziewać się wszystkiego, uwierz mi. Niejedno już widziałam i wiem, do czego to towarzystwo jest zdolne — a byli zdolni do wszystkiego, nie mieli hamulców.
      Schowała ponownie kartę do torebki, po czym podeszła w stronę mężczyzny, zatrzymując się jakiś metr od niego. Biodrem oparła się o meble, chwytając ponownie swój kieliszek w dłoń.
      — Nie mam pojęcia o jakim Sebastianie mówisz. Znaczy, znam kilku, ale żaden nie jest stąd — wyjaśniła, upijając łyk wina. Będąc na jego miejscu, już dawno by się wyrzuciła z tego pokoju. W końcu była nieproszonym gościem, prawda?
      — Poszłam do recepcji, jak zawsze, i poprosiłam o kartę do pokoju. Dostałam ją bez zbędnego gadania i zostałam odprowadzona aż do samej windy. W tym hotelu chyba mają nas dość, pewnie jesteśmy na ich czarnej liście, ale pokaźna kwota jest ważniejsza od komfortu psychicznego pracowników — wyjaśniła. Gdyby była tu pracownikiem i widziała listę zaproszonych gości, zrobiłaby wszystko, by w tym dniu nie przebywać w tym miejscu.
      — Chcesz wina? Tak, na rozluźnienie tej dziwnej sytuacji.
      I’m not judging, I’m just admiring your creativity

      Usuń
    8. Po swoim najlepszym przyjacielu mógł spodziewać się wszystkiego. Nawet kurwy wysłanej do Plaza Hotel w Nowym Jorku. Może powinien powiedzieć, że zwłaszcza należało się spodziewać takiej niespodzianki po Sebastianie. Miał ciekawe poczucie humoru, a Dominic wcale od przyjaciela nie odbiegał. Nawzajem robili rzeczy, które niejednego porządnego obywatela przyprawiłyby o gorączkę lub co gorsza – śpiączkę.
      Miała rację. Pod spodem wcale nie miał bokserek. Zdążył się jedynie wytrzeć do sucha ręcznikiem i włożyć szlafrok. Zabrał co prawda ubrania na zmianę do łazienki. Nie miał jednak czasu, aby się przebierać, kiedy było jasne, że ktoś myszkuje po jego apartamencie. Cenne rzeczy schowane miał w sejfie, aczkolwiek wciąż był tu telefon, iPad czy chociażby portfel.
      — Nie jest. Mogła go pani ukraść z recepcji. — Zauważył. Istniało zapewne wiele powodów dlaczego obca kobieta kręciła mu się po apartamencie. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zadzwonienie do recepcji. W innej sytuacji zrobiłby to już dawno. Poczuł się jednak zaintrygowany, a to mogło być ciekawe doświadczenie. Dominic lubił zbierać doświadczenia. Zwłaszcza takie, których nie można było łatwo odtworzyć.
      — Do czego zdolna jesteś w takim razie ty? — Zapytał. Wywodziła się, najwyraźniej, z tego samego towarzystwa, a to samo w sobie wskazywało już na to, że tajemnicza brunetka mogła mieć swoje za uszami. — Chyba powinienem być w takim razie wdzięczny, że nie pojawiła się tu… Jak to zostało ujęte? Ach, tak. Napalona para, która chce sobie ulżyć.
      Dominic próbował sobie to wyobrazić. Chociaż, czy musiał? Dostatecznie wiele scen widział w swoim życiu, aby to go zszokowało akurat najmniej.
      — Dla mnie ta sytuacja wcale dziwna nie jest. — Odparł. Zaskakująca, owszem. Jednak nie dziwna, — Skąd będę miał pewność, że nie zatrułaś wina? — Było już otwarte i nalała sobie do kieliszka. Szanse były na to marne i wątpił, że z takim planem przyszła do pokoju.
      — Wybacz rozczarowanie zajętym pokojem. Najwyraźniej ktoś popełnił błąd. — To nie była wina żadnego z nich. Zbliżył się do butelki oraz kieliszków i przelał je dla siebie. Nie był fanem wina, ale dobrego nie odmówił. Chyba miał też dość gości na ten wieczór.
      — Skoro weszłaś już bez zaproszenia do mojego pokoju, to może mi się przedstawisz?
      Zasługiwał na to, aby usłyszeć jak nieznajoma się nazywa. I musiał też przyznać, że zaczynało go powoli denerwować to paniowanie, gdy widać było, że oboje są w tym samym wieku bądź zbliżonym.
      — Jestem Dominic Aldridge. A pani to…?

      If anyone's to blame, it's whoever handed you my key

      Usuń
    9. Kurwą zdecydowanie nie była, choć pewnie wielu mogło ją takim określeniem mianować, patrząc po tym, jakie miała podejście do bliskości. Ale tak naprawdę, to w sumie powinna mieć to w nosie. I mocno starała się o to, żeby zbyt wiele rzeczy jej nie obchodziło, szczególnie teraz.
      — O boże, czy naprawdę piłabym sobie spokojnie wino, gdybym chciała coś ukraść? Raczej nie. I stać mnie, naprawdę — powiedziała. Kradzież? To nie było w jej stylu, poza tym nie brudziłaby sobie sama rąk. Zdecydowanie.
      — A jeśli już kraść, to coś konkretnego. iPad, telefon czy tam portfel? Zdecydowanie nie są warte tego, by brudzić ręce — wzruszyła przy tym ramionami. Dla innych może były to cenne rzeczy, dla Octavii totalnie przyziemne, które mogła kupić od ręki, nawet nie zwracając uwagi na cenę.
      Zaskoczył ją tym pytaniem. Posłała mu spojrzenie pełne zaintrygowania. Była zdolna do wielu rzeczy. Ostatnio, zdecydowanie nie zwracała uwagi na uczucia czy też ludzi.
      — Raczej nie uwierzysz, kiedy powiem, że jestem spokojną osobą, hm? — zapytała. Sama by nie uwierzyła. Octavia miała piękną twarz, ale brudną duszę. Sama już dawno do tego doszła. Była brudna w środku.
      — Tak, jest tu kilka takich osób, które z wielką ochotą rozgościłyby się tutaj. A co do filmów, to pewnie takie krążą. Nie mnie oceniać — powiedziała, wzruszając ramionami po raz kolejny. Mogła się założyć, że ktoś na pewno nagrał jakąś seks taśmę. Ot, taka pamiątka, którą można na wiele sposobów wykorzystać. Chyba całkiem normalne zagrywki w ich świecie.
      — Myślisz, że bym je piła, gdybym zatruła? Myślę, że chyba dawno leżałabym tu sztywna na ziemi, a Ty wylądowałbyś na przesłuchaniu, co się ze mną stało — powiedziała, spoglądając na blondyna. Jej spojrzenie znów zjechało nieco niżej, ale Octavia szybko się opamiętała.
      — Czy ja wiem, czy rozczarowanie? Lepiej, że trafiłam na Ciebie, a nie na jakiegoś znajomego. Albo co gorsza, byłego, który obraca nową panienkę — zanim zdążyła ugryźć się w język, słowa wyszli z jej ust. Octavia skrzywiła się, jakby właśnie zjadła najbardziej gorzki cukierek świata.
      — Nieważne — te słowa bardziej skierowała do siebie, niż do mężczyzny.
      — Octavia Blanchard. Możemy chyba już przestać używać tych piekielnie niewygodnych zwrotów — uśmiechnęła się tym razem z lekkim rozbawieniem. W sumie, rzadko kiedy ktoś mówił na nią per pani. Nie, nie podobało jej się to.

      Usuń
    10. Dominic wcale nie oceniał tego kim Octavia była. Jeśli okazałaby się wspomnianą przez niego niespodzianką zwyczajnie odesłałby ją do miejsca, z którego przyszła. To nie był najlepszy wieczór na tego rodzaju towarzystwo. Wszystko jednak wskazywało na to, że Aldridge zwyczajnie się pomylił. Zaskoczył się, że wino nie wylądowało mu na twarzy i doceniał to jednoczenie. Prysznic miał już w końcu za sobą i chyba lepiej było nie dokładać ekipie sprzątającej bałaganu, a zmycie wina z dywanów musiało być uporczywym zajęciem.
      — Przecież o nic cię nie oskarżyłem. — Odparł. Jedynie wysnuł pytanie, które było w obecnej sytuacji niemal oczywiste. Nie żył w strachu przed byciem otrutym. Słyszał niejedną historię i jak szło to powiedzenie? Przezorny zawsze ubezpieczony? — Być może i wylądowałbym na przesłuchaniu, ale nic więcej by się nie wydarzyło. Mój błąd, że dotknąłem butelki. — Zauważył. Gdyby nie nalał sobie wina butelka nie nosiłaby jego odcisków.
      Nie podchodził do tej sytuacji w sposób, który mógłby wskazywać na to, że obawia się Octavii. Widział, że piła wino i to więcej niż jeden raz. Gdyby to jednak jemu coś się stało to ona miałaby większe problemy, a Dominic, cóż, Dominic czasem lubił poczuć adrenalinę. Być może zrobiłoby mu to dobrze i pozwoliło na dłużej zapomnieć o stresie, który rozrywał jego system nerwowy na strzępy.
      — Spokojne osoby nie włamują się do cudzych pokojów, więc nie. Nie uwierzę. — Powiedział. Z informacji, którymi się z nim podzieliła, również wynikało, że nie prowadzi spokojnego życia. Raczej było ono pełne wydarzeń. Nie do niego należała ocena, czy były dramatyczne, czy raczej przyziemne. Każdy w końcu dźwigał własny krzyż, prawda?
      Uniósł lekko brew, kiedy wspomniała, że lepiej, iż trafiła na niego niż na byłego. Czyli to była jednak grubsza sprawa. Mógł to zrozumieć. Sam również nie miałby ochoty oglądać byłej partnerki z nowym mężczyzną.
      — Mogę zapewnić, że żadnego obracania panienkami tu nie będzie. — Zapewnił. Nadal rozbawiony sytuacją, w której się oboje znaleźli. — Opowiedz w takim razie, co to za przyjęcie, z którego uciekłaś? — Zapytał. Dominic zwrócił się w stronę kanapy, na której się rozsiadł. Być może maniery wymagały tego, aby się przebrał. Nie spieszyło mu się do tego.

      D.

      Usuń
    11. Chyba dzisiaj już miała dość wywoływania jakichkolwiek awantur. Teraz nawet wydawało jej się zabawne to, że wziął ją za panią do towarzystwa. Naprawdę, chyba jeszcze nigdy nie miała takiej sytuacji. W sumie, nie miała, bo tu ją każdy znał, wiedział kim jest. Dominic zaś widocznie był kimś nowym, albo po prostu był tu przejazdem. Może wpadł na jakiś krótki wypad, by oderwać się od codzienności.
      Uśmiechnęła się. Lekko, z rozbawieniem, kiedy mówił, że wylądowałby tylko na przesłuchaniu. Faktycznie, mogłoby tak być. Ale też mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby coś jej się stało.
      — Co Cię tu sprowadza? — zapytała, rzucając mu spojrzenie. Choć rozmawiali dosłownie chwilę, wydawał się ciekawy. Owszem, należeli do jednego świata, gdzie głównie pieniądze były na pierwszym miejscu, ale wydawał się tak odległy od tego, co działo się w tym mieście. Przyjechał tu z czystą kartą, mógł sobie wyrobić na nowo całą opinię, może też stworzyć siebie, zagrać zupełnie inną osobę, niż był na co dzień.
      Ma pytanie, które żądał odnośnie imprezy, machnęła ręką, dopijając wino. Spojrzała, jak Dominic siada na kanapie. Po chwili złapała butelkę, swój kieliszek i usiadła tuż obok niego, oczywiście w pewnej odległości. Nalała sobie znowu alkoholu do kieliszka, a chwilę później poprawiła materiał sukienki, która miała na sobie.
      — Mamy tu taką jedną, nazywa się Plotkara. Bardzo lubi grono znanych i bogatych. Prowadzi bloga, gdzie wrzuca o nas „ploteczki”, czasami organizuje imprezy takie jak ta. A my wszyscy, przychodzimy tu, jak do paszczy lwa. I cóż, dzieją się tu różne rzeczy. Aktualnie nie wiem, co dzieje się na sali. W sumie nawet mnie to za bardzo nie interesuje— wzruszyła ramionami.
      — Więc, ta impreza jest tylko po to, by wyciągnąć na nas kolejne brudy. Za kilka dni wstawi posta, opisując dokładnie co kto i z kim robił. Cały Nowy Jork czeka na relacje z tego, co tu się działo — wyjaśniła.
      O.

      Usuń
    12. Dominic bywał w Nowym Jorku naprawdę wiele razy. Jeszcze nigdy nie miał okazji brać udziału w imprezie tego rodzaju. Przynajmniej nie w takich, które potem z każdej strony są opisywane. Do tej pory najczęściej informacje o nim można było znaleźć w magazynach biznesowych, a te nie interesowały ludzi żądnych plotek. Zdarzyło się, że brytyjskie media podłapały coś z czego rodzina Aldridge nie była dumna i o tym pisali, ale nie byli na tyle interesujący, aby poświęcić im więcej czasu. Znaczną uwagę przyciągała rodzina królewska, a to pomagało w ukryciu wielu nieciekawych brudów, z których dumni nie byli.
      — Praca. — Odparł zupełnie szczerze. Dominica ściągała do Nowego Jorku praca. Nie zamierzał zanudzać jej szczegółami, które raczej podczas takiej nocy wcale nie były dla młodej kobiety intrygujące. — Rozwijam firmę na północnoamerykańskim rynku. Można powiedzieć, że na najbliższe kilka lat Nowy Jork stał się moim domem.
      Zwrócił uwagę na jej sukienkę oraz biżuterię, a nic na niej nie wyglądało tanio. Wręcz przeciwnie. Dominic miał sprawne oko, jeśli chodziło o biżuterię. Lubił nią obdarowywać, a noszona przez Octavię wydawała się być jedną z lepszych. Po tej krótkiej obserwacji uznał, że nie mogła być tu nawet przypadkiem. Żadna zagubiona dziewczyna, która przypadkiem znalazła się na jego piętrze.
      — Dlaczego więc na nią przyszłaś? — Zapytał. Jego pytania podchodziły z czystej ciekawości, a także chęci wściubiania nosa w nieswoje sprawy. Zwykle starał się robić to jednak delikatnie. — Nie wyglądasz na kogoś kto chciałby na tej imprezie się znaleźć. Uciekłaś z niej. Zgaduję, że nie bawiłaś się najlepiej. — Przyciągnął dłoń do swojego policzka w miejscu, w którym dostrzegł lekkie zaczerwienienie na policzku brunetki. Nie oceniał, nie zgrywał bohatera, bo to nie była jego sprawa co się tam działo. Śladu się jednak nie dało nie zauważyć.
      Upił odrobinę wina. Śmieszne, jeszcze kilkadziesiąt godzin temu był w Londynie i marudził, bo Dominic bardzo lubił marudzić, Sebastianowi na całą sytuację, a teraz siedział w hotelowym pokoju z nowo poznaną dziewczyną, która uciekła z imprezy.
      — Skoro pokój był zarezerwowany dla uczestników imprezy — zaczął, bo naszła go bardzo ciekawa myśl — myślisz, że dostałem go z jakiegoś powodu? — Może jego umysł się trochę zagalopował. Uwielbiał jednak teorie spiskowe i wszelkiego rodzaju spiski, kto wie? Może jego obecność tu wcale nie była taka przypadkowa, jak im się wydawało.

      D.

      Usuń
    13. Octavia spojrzała w stronę okna, na Nowy Jork, który był pogrążony w ciemności. Jakby nie patrząc, było już późno w nocy, a ona siedziała dopiero co z poznanym facetem na kanapie i jak gdyby nigdy nic, piła wino.
      — Praca — powtórzyła, kiwając przy tym głową. Nie był jedyną osobą, która przyjeżdżała tutaj, żeby rozwijać jakiś biznes. I na pewno miał być to biznes, który miał przynosić wielkie sumy.
      — Czym się zajmujesz? — zapytała szczerze zaciekawiona. Usiadła nieco bokiem, opierając łokieć na oparciu sofy, na której siedzieli.
      Rozmowy o pracy nie były dla niej jakoś nudne. Była do nich przyzwyczajona towarzyszyły jej od kiedy sięgała pamięcią. Wszystkie bankiety, na których towarzyszyła rodzicom, kręciły się wokół ich prac.
      Zaśmiała się cicho, kiedy usłyszała pytanie.
      — Bo chyba jestem masochistką. W sumie nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, czemu tu wszyscy przychodzimy. To jest jakby… część naszego życia — znów wzruszyła ramionami, ale zaczęła się faktycznie zastanawiać nad tym, czy przychodzili tu z własnej woli, bo wizja imprezy była dla nich wszystkich ważniejsza, czy były też inne powody.
      — Cóż, przez ostatni rok dużo rzeczy się zmieniło. I wiesz, to już nie są te same imprezy co kiedyś, my wszyscy nie jesteśmy tacy jak kiedyś. I nie, jakoś nie bawię się tu wybitnie dobrze. Dlatego doceniam, że jeszcze nie wyrzuciłeś mnie za drzwi i pozwalasz tu być — powiedziała. Uwagę znów skupiła na winie, które sączyła powoli, nigdzie się nie spiesząc. Na kolejne pytanie zadane przez Dominica, zmarszczyła lekko brwi.
      — Szczerze? Zupełnie by mnie to nie zdziwiło, gdyby ona to wszystko ukartowała. Należysz do naszego świata, ale jesteś tu świeżą krwią, więc… dla niej to całkiem niezły kąsek — powiedziała, po czym spojrzała na niego. Dłuższą chwilę milczała.
      — Jeśli chcesz, mogę Cię tam wprowadzić. Uwierz mi, to by zwróciło uwagę chyba wszystkich — powiedziała z uśmiechem.
      O.

      Usuń
    14. Była to nieco niespodziewana sytuacja. Ciągle sobie to powtarzał, a był niemal pewien, że Nowy Jork nie zaskoczy go niczym nowym. Żadną ciekawą sytuacją, o której będzie mógł opowiedzieć swoim bliskim. Wystarczyło być tu zaledwie przez parę godzin, a świat zdawał się przekręcić o sto osiemdziesiąt stopni.
      — Skąd pewność, że jesteśmy z tego samego świata? — Zapytał. Wzrok blondyna prześlizgnął się po brunetce, gdy zajęła miejsce na kanapie obok niego. Siedziała w pewnej odległości, a zważając na to, że ich relacja była świeża i ledwo poznali swoje imiona to była to odpowiednia odległość. — Może świetnie udaję, a wszystko co mnie otacza nie jest prawdziwe. Może podrabiam czeki, wyłudzam pieniądze. Udaję, że jestem kimś innym niż w rzeczywistości.
      Nie wymigiwał się od odpowiedzi. Bo prawda była taka, że gdyby Octavia go wygooglowała to znalazłaby wiele informacji. Co prawda najwięcej o grupie Aldridge, ale sama strona o firmie na Wikipedii mówiła dość wiele każdemu kto potrzebował skrawka informacji.
      — Tak na poważnie to siedzę w finansach. Odpowiadam za działalność naszej firmy w Ameryce Północnej. — Udzielił odpowiedzi. Nie wydawało się to ekscytujące, aczkolwiek Dominic nie mógł się już doczekać. Zależało mu, aby pokazać dziadkowi i ojcu, a także zarządowi, że jest w stanie poprowadzić firmę i że jest do tej roli stworzony. Kompetencja była jednak spora i nie lekceważył brata oraz kuzynów.
      Nie musiał zadręczać jej szczegółami. Sytuacja nie wydawała się też odpowiednia, aby wyrzucać z siebie szczegóły o rodzinnej firmie, tradycjach i grze, w którą uwikłany był od najmłodszych lat.
      — Dorośliście. — Podsumował. Przechylił lekko głowę na bok. To było sensowne wytłumaczenie. — A przyzwyczajenia nie potrafią odpuścić. Te imprezy naprawdę są tak interesujące, że warto dla nich zarywać noc?
      Dominic autentycznie był zaintrygowany. W Londynie nie żałował sobie imprez. Był młody, a choć jego życie od narodzin było poważne to wciąż bywał tylko młodym facetem, który czasem chce się zabawić. Robił głupoty, gadał to co ślina przyniesie mu na język i zdarzało się, że musiał interweniować specjalista od PR’u, aby uratować wizerunek.
      — W tym stroju z pewnością zwróciłbym na siebie uwagę. — Zaśmiał się. Nie był jednak pewien, czy chce schodzić. Przynajmniej jeszcze nie miał na to ochoty. Octavia rozpalała jego ciekawość, a Dominic gotów był się sparzyć, aby zobaczyć o co te całe zamieszanie. — Nie wiem, czy szlafrok może przebić kieckę Dolce & Gabbana. — Dodał. W stroju Adama pojawiało się raczej niewiele osób, a jeżeli już to musiały być one… Odważne.

      D.

      Usuń
    15. — Raczej sam zdajesz sobie sprawę, że niewielu ludzi stać, by wynająć taki apartament w Płazie — powiedziała, uśmiechając się lekko. Wielu im zazdrościło, że mogli pozwolić sobie na taki hotel, że cena za noc nie była dla nich przytłaczająca i cena też nie grała roli. Niektórzy miesięcznie zarabiali taką kwotę, jaką oni wydawali na jedną noc w luksusowym hotelu.
      Poczuła się nieco swobodniej, niż na początku, a cała ta rozmowa zaczynała ją szczerze bawić.
      — Gdybyś był z zupełnie innego świata, od razu dałoby się to poznać. Gdybyś na przykład wygrał kupę kasy i nagle stał się milionerem, to wszystko tutaj byłoby zasypane najdroższymi rzeczami, na które nie mogłeś sobie kiedyś pozwolić. Zamówiłbyś i wydał majątek na jedzenie, które tylko byś spróbował i nie zjadł, bo zupełnie nie przypadłoby ci do gustu. Może nawet, o tu, na tym stoliku, leżałyby kreski towaru, za który też zapłaciłbyś dosyć sporo, a byłby słabej jakości — powiedziała, spoglądając na Dominica.
      — Jeśli wyłudzał byś pieniądze i podrabiał czeki, bardzo szybko bym o tym wiedziała — dodała następnie. Gdyby akurat tym się zajmował, jej rodzina bardzo szybko zebrałaby na jego temat potrzebne informacje.
      — Natomiast Ty, Dominiku, jesteś spokojny. Męczy Cię zmiana czasu, i pewnie jedyne, o czym jeszcze chwilę temu marzyłeś, to łóżko i sen, a nie rozmowa z jakąś natrętną brunetką, która włamała ci się do apartamentu i jeszcze poczęstowała winem — zaśmiała się. Wyłapała kilka szczegółów, które przykuły jej uwagę.
      — I gdybym miała telefon, pewnie poszukałabym o Tobie informacji. O tym kim jesteś i czym sie zajmujesz. Ale cóż, niestety nie zrobię tego, na razie — dodała, posyłając mu uśmiech.
      — Nie, te imprezy nie są aż tak interesujące. Już nie. I chyba masz rację, że wszyscy dorośliśmy i się zmieniliśmy. Mimo wszystko, każdy się tu pojawił, jakby z nadzieją, że może będzie jak dawniej — wyjaśniła. Takie miała wrażenie, że chyba każdy pojawił się tu, by zobaczyć, czy wszystko będzie jak dawniej, ale nie było. Już nigdy miało nie być tak, jak kiedyś.
      — Wywołałbyś całkiem spore zamieszanie. I na pewno od razu zwróciłbyś na siebie uwagę Plotkary. Bardzo chętnie by Cię przyjęła i wyszukała o Tobie jakieś pikantne szczegóły. Lubi, jak ktoś ma wiele za uszami i ukrywa coś, co może pozostawić skazę na jego wizerunku. Karmi się tym wręcz.
      O.

      Usuń
    16. — To prawda, ale co, jeśli wygrałem w lotto i chciałem sobie dogodzić? — Odbił piłeczkę. Dominic nigdy nie musiał się zastanawiać, jak to jest mieć pieniądze. On urodził się w pieniądzach. Nie doświadczył tego co przeciętny mieszkaniec Anglii, która dla niego wyglądała zupełnie inaczej niż dla człowieka, który robił na dwie zmiany w Tesco Extra. I był za to wdzięczny. Rozumiał też, że nie każdy byłby w stanie pozwolić sobie na to, aby choćby stanąć w holu Hotelu Plaza.
      Pokiwał lekko głową, słuchając dokładnie. Miała sporo racji w tym o czym mówiła. Słyszał historie o ludziach, którzy wygrywali pieniądze, ale ich majątek szybko się kończył. Obwieszali się złotem, aby za chwilę skończyć w długach. Nie potrafił tego sobie wyobrazić. Chyba możliwe nawet nie chciał.
      — W skrócie obwiesiłbym się logo od stóp do głów. — Zaśmiał się. I byłaby to prawda, której Dominic nie odrzucał. Na szczęście nigdy nie czuł potrzeby, aby wkładać krzykliwych ubrań, które od razu zdradzały pochodzenie ubrań. Wręcz przeciwnie, wolał to o czym głośno się nie mówiło, a kto miał wiedzieć był doskonale świadom skąd pochodzi kaszmirowy sweter. — Drogie rzeczy? Mogę się z tym zgodzić. Ale na kresce muszę postawić stop. Tego bym nie zrobił.
      Dominic, broń Boże, nie był święty. Miał jednak swoje zasady, a sięganie po narkotyki nie leżało w jego zainteresowaniach. Wolał przeznaczyć te pieniądze na coś znacznie ciekawszego. Ostatnio kupił vintage zestaw do golfa, którego oczywiście nie użyje, ale będzie wyglądał świetnie jako ozdoba w pokoju dziennym. Wydał absurdalną kwotę i uważał, że było warto.
      — I skąd wiedziałabyś, że wyłudzam pieniądze? Co by mnie zdradziło? — Zapytał. Sięgnął po raz kolejny po wino, które smakowało dobrze. Dominic nie był jego wiernym fanem, ale potrafił docenić smak. — Mówię dużo o sobie. Ciekaw jestem, kim jest siedząca obok kobieta. Jaka jest twoja historia?
      Nie pytał o osobiste rzeczy, a przynajmniej nie na tym etapie znajomości. Pytał o pracę, wykształcenie. O te same informacje, którymi on podzielił się z nią. Taka wymiana wydawała się być jak najbardziej fair.
      — Póki co musi ci wystarczyć moje słowo. — Powiedział. Nie miał powodu, aby ją okłamywać i tego nie robił. Znalazłaby dokładnie to o czym jej właśnie opowiedział. Trafiłaby na nudnego Instagrama, którego prowadził, bo z jakiegoś powodu ludzie lubili oglądać zdjęcia old money, a on nie miał nic do stracenia, kiedy je wrzucał. I wciąż był tylko dwudziestosiedmiolatkiem, który mimo wszystko wychował się w erze internetu. Nawet, jeśli jego internet wyglądał inaczej niż przeciętnej osoby w jego wieku.
      Uniósł lekko brodę. Lubi jak ktoś ma wiele za uszami. Musiał sobie to zapamiętać i trzymać własne brudy z dala od wspomnianej Plotkary. Kącik ust mu drgnął. Wcale nie brzmiało to na dobrą zabawę, kiedy każdy sekret mógł wyjść na jaw, a jednocześnie… Jak ekscytująco.
      — Sprawiam wrażenie kogoś kto ma dużo za uszami? — Spytał. O to nikt go jeszcze nie oskarżył, choć… Czy można było mieć takie pieniądze i nie mieć nic za uszami? Był świadom, że jego rodzina miała wiele. Ciężko, aby wśród tylu pokoleń nie było sytuacji, które wzburzają. — Może uznałaby, że jestem nudny i nie ma we mnie nic intrygującego.

      D.

      Usuń
    17. Pokręciła głową na jego słowa. Gdyby wygrał w Lotto, zachowywałby się zupełnie inaczej. Zachłysnąłby się tą wygraną kwotą, wyrzuciłby pieniądze w błoto. Kupowałby to, na co tylko by spojrzał. I ten apartament nie wyglądałby tak sterylnie, jak teraz gdy w nim siedzieli.
      — Tak by to nie wyglądało — znała kilkoro ludzi w swoim życiu, którzy nagle z nikogo stali się kimś. Mieli to szczęście, że nagle ich życie się odmieniło i pieniądze ich zmieniły. To od razu dało się poznać.
      Oni te pieniądze mieli od zawsze. Były dla nich czymś normalnym. Jednak nie wyrzucali ich na krzykliwe marki, które miały wielkie logo na plecach. Inwestowali. Obracali gotówką tak, jakby urodzili się z tą wiedzą, jak to robić. Dorabiali się jeszcze większych kwot. I nie wariowali, kiedy widzieli kwotę, która miała sporą ilość zer.
      — Zapewne tak. Twoje ubranie by krzyczało, że masz kasę. Mało osób kupuje ubrania znanych projektantów, które nie rzucają się za bardzo w oczy. My tak robimy, Ci co dopiero wchodzą w ten świat, zachowują się zupełnie inaczej. Sam pewnie o tym wiesz — powiedziała. Wszyscy z ich świata stawiali na to, aby ubrania nie rzucały się w oczy, choć niejednokrotnie wydawało na nie fortunę. Ona ceniła je za jakość, materiał i wykonanie. Od podszewki znała cały proces tworzenia takiego ubrania.
      Nie każdy musiał brać. Rozumiała to. To był wybór Dominica i nie wydawała się w sumie zaskoczona. Wyglądał na takiego, co owszem, mógł się dobrze bawić, ale bez zbędnych, dodatkowych substancji.
      Westchnęła. Zdała sobie sprawę, że powiedziała nieco za dużo, niż powinna. Jej spojrzenie znów przesunęła się po jego sylwetce, aż w końcu wróciła do twarzy Dominica.
      — Po prostu… moja rodzina na pewne dojścia? Tak to nazwijmy — powiedziała. Przecież na dzień dobry nie powiedziałaby mu, że gdyby zajmował się czymś nielegalnym i chciałby rozkręcić biznes w Nowym Jorku, dość szybko miałby wizytę i rozmowę o tym, jak oboje mogą sobie pomóc.
      — Imię i nazwisko już znasz. Historię też szybko byś wyszukał — zaśmiała się.
      — Studiuje prawo. Mój ojciec ma tu swoje kancelarie. Otwiera też kolejną na wybrzeżu. Głównie reprezentuje tych, co mają dużo pieniędzy. Mama jest projektantką. Wiesz, wybiegi, modelki, pokazy — wywróciła oczami. Świat jej matki nigdy jakoś do niej nie przemawiał. Nie przepadała za nim. Gdyby chciał, Dominic bardzo szybko by znalazł by informacje na jej temat. Jej Instagram, plotki o niej. Kilka innych, zbędnych informacji. Jakieś artykuły o tym, że pojawiła się tu czy tam. Większość rzeczy starannie przejrzane przez cały zespół PRu, czy aby na pewno te informacje w żaden sposób nie będą uderzać w wizerunek rodziny.
      — Na pewno coś masz za uszami, Dominic. Każdy z nas coś ma — posłała mu rozbawiony uśmiech.
      — jakiś skandal, który został wyciszony przez odpowiednią kwotę, która została dana pod stołem. Albo mezalians, który ciągle krąży wśród Twojej rodziny. Każdy z nas coś ma. I nie, raczej nie uznałaby Cię za nudnego. Zaraz zaczęłaby szukać coś na Twój temat.
      O.

      Usuń
    18. Zaczął żałować, że nie wszedł w rolę podekscytowanego pieniędzmi szaraka, który przypadkiem znalazł się w centrum luksusowego hotelu. To mogłoby być ciekawe doświadczenie, ale na zmianę było już za późno. Powiedział zbyt wiele, a Octavia, jak zauważył, była bystra. Zdawało mu się, że dostrzega trochę więcej niż Dominic mówił. Przesunął językiem po ustach ścierając resztki wina, które się na nim ostały.
      — Tak, masz w tym rację. — Przytaknął. Nie musiała mu tego obrazować. Dominic rzadko miał okazję obcować z ludźmi poza swoich kręgów. Trochę podczas studiów, bo jednak zarówno Oksford jak i Harvard były pełne zwyczajnych ludzi, którzy nie wychowywali się w takich warunkach w jakich dorastał Aldridge. Były to krótkie interakcje, a on również nie obnosił się z rodzinnym majątkiem. Zawsze uważał przechwalanie się pieniędzmi za brak klasy.
      Uniósł lekko brew, gdy zbyła jego pytanie. Nie od razu podejrzewał najgorsze, czy może gorsze. Zaciekawiła go, aczkolwiek wyczuł, że nie ma ochoty na to, aby prowadzić ten temat dalej i postanowił, że nie będzie się o niego dopytywał dalej. Gdyby uznała, że to jest coś, czym warto się podzielić to zrobiłaby to przecież już dawno temu. Tymczasem wybrała moment, aby ukrócić rozmowę i nie planował jej przyciskać o odpowiedzi.
      — Nie lubię szukać historii w internecie. — Odparł. Oparł jedną rękę o oparcie kanapy, siadając bardziej bokiem do młodej kobiety, aby mieć na nią lepszy widok. Musieli wyglądać wybornie; on w szlafroku, a ona w luksusowej sukience. Chętnie zobaczyłby z tego momentu zdjęcie. — Internet lubi kłamać i wyolbrzymiać, a ja wolę prawdę. Nawet, jeśli jest brzydka. Może szczególnie, jeśli jest brzydka.
      Skinął głową, gdy opowiadała o rodzinie. Prawo i modeling. Ciekawe połączenie, choć w tych czasach chyba coraz bardziej popularne. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale chciał wiedzieć więcej. Dominic miał swoje grono bliskich, którego nie planował poszerzać i wychodziło mu to na dobre. Nikt jednak nie powiedział, że nie można mieć znajomych, prawda? W Nowym Jorku miał ich paru, aczkolwiek nie były to osoby, z którymi chciałby spędzać każdą wolną chwilę. Octavia była kimś nowym, a jeśli oboje rozegrają karty dobrze to mogła z tego wyjść ciekawsza znajomość niż noc, która będzie anegdotką opowiadaną przyjaciołom.
      — A co, jeśli naprawdę nie mam nic za uszami? — Było to obrzydliwe kłamstwo, aczkolwiek przecież nie będzie zdradzał jej teraz wszystkiego co nabroił. — Tak ciężko uwierzyć w złotego chłopca, który nigdy nie zrobił nic niepoprawnego w swoim życiu?

      D.

      Usuń
    19. Niestety, już było dla Dominica za późno, by pokazać się z innej strony, zagrać kogoś, kim nigdy nie był. Obserwowała go z uwagą. To, jak trzymał kieliszek z winem, jak upijał alkohol czy chociażby jak swobodnie z nią rozmawiał. I była pod wrażeniem, bo spodziewała się tego, że prędzej czy później ją wyrzuci, niż wda się w rozmowę.
      I jak wspomniała - za nic nie wyglądał na zwyczajnego mężczyznę, który właśnie stał się właścicielem sporej sumy pieniędzy. Tak naprawdę żadne z nich nie wchodziło w dłuższe relacje z takimi ludźmi, bo stali po przeciwnych stronach. Każdy trzymał się swojego grona znajomych, na swoim poziomie.
      — Lubisz brzydkie historie? — rzuciła z rozbawieniem. Gdyby go dłużej znała, zapewne powiedziałaby mu nieco więcej, gdzieś między wierszami wspomniała by, czym zajmuje się jej rodzina i że prawo to tylko swego rodzaju ładna przykrywka, która wiele razy uratowała nie jedną osobę.
      — Kiedyś może powiem Ci coś więcej — zlustrowała go spojrzeniem, obracając kieliszek w dłoni. Na jego dnie znajdowała się resztka alkoholu, która to też Octavia szybko dopiła.
      Dominic był ciekawy, to mogła stwierdzić po tym krótkim czasie, kiedy ze sobą rozmawiali. Widać było po nim angielskie wychowanie. Manierę i wyuczone zachowania. Nie różniły się praktycznie niczym od tych, które wpajała jej babcia z Francji.
      — Za wszelką cenę chcesz, żebym wzięła Cię za takiego złotego chłopca? — zaśmiała się.
      — Jesteś naprawdę uroczy, Dominicu, ale nie uwierzę, że jesteś taki nieskazitelny. Na pewno coś ukrywasz. Myślę, że prędzej czy później dowiemy się o Tobie brzydkich historii — powiedziała, odkładając Kieliszek na stolik przed sobą.
      O.

      Usuń
    20. Uśmiechnął się leniwie w odpowiedzi na jej pytanie.
      Octavia nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo Dominic lubił brudne rzeczy. Z tym, że każdy miał inną definicję tego słowa. Było jednak stanowczo zbyt wcześnie, aby dzielić się z nią tak delikatnymi przemyśleniami. Oboje mówili ogólnikami, jakby mieli coś do ukrycia. I być może mieli bardzo wiele do ukrycia. Wychowanie nie pozwalało im na to, aby opowiadali o wszystkim po jednej lampce wina. Dominica czasami nosiło, aby wyrzucić z siebie pewne informacje. Upić się w barze i zrobić z barmana taniego terapeutę, Nigdy jednak nie potrafił tego zrobić i najpewniej lepiej, aby tak właśnie pozostało.
      — Są znacznie ciekawsze niż te porządne. — Przyznał. Skrywały lepsze tajemnice, a przede wszystkim pozwalały na to, aby poznać tę prawdziwą wersję człowieka. Nie tę, którą pokazywało się światu i w pracy, ale tę, która wychodziła, kiedy człowiek zostawał sam, a jedyne światło pochodziło z zapalonej świeczki, która nie miała wiele wspólnego z intymnym nastrojem.
      — Planujemy kolejne spotkanie? — Uniósł lekko brew. Skłamałby, gdyby nie przyznał, że nie przeszło mu to przez myśl. Może w miejscu, w którym nie będzie ubrany w szlafrok. Powinien się czuć zakłopotany, ale zakłopotanie rzadko łapało się Dominica. Najczęściej zbywał je własnym rozbawieniem i rzadko pokazywał dyskomfort.
      Aldridge poruszył lekko ramionami. Zastanawiał się, dokąd jeszcze spłynie ta rozmowa. Jak wiele z siebie wyduszą, zanim zorientują się, że powiedzieli zbyt dużo obcej osobie.
      — Jestem złotym chłopcem. — Powiedział. Tak był określany we własnym gronie. Nie przeszkadzało mu, kiedy ktoś inny brał go za złotego chłopca. Mimo, że najczęściej to określenie wcale nie było takie prawdziwe. — Uroczy? — Powtórzył ze śmiechem. — Tego jeszcze nie słyszałem.
      Może, kiedy był chłopcem. Ale w dorosłym życiu określenie uroczy zwyczajnie już do niego nie pasowało. Wyglądało na to, że jest trochę zbyt stary, aby mogło ono do niego pasować.
      Podniósł się, aby wrócić po wino, które zostało osamotnione na komodzie. Biorąc butelkę do ręki przyjrzał się etykiecie, a po chwili wrócił do Octavii. Sygnalizując jej, aby podała kieliszek, który po chwili wypełnił alkoholem.
      — Jestem bardzo dobry w chowaniu brzydkich historii. — Zapewnił. Nie znalazłaby nic co mogłoby wpłynąć na jego ocenę publiczną. Osiągnięcia naukowe i biznesowe, spotkania z angielską śmietanką towarzyską. Skromny milioner, który ładnie uśmiecha się do kamer. Ot, najgorsze w obecnej chwili co mogła znaleźć to była informacja o odwołanych zaręczynach, ale nawet media nie znały powodu. Nie był to jednak łakomy kąsek, a tak mu się przynajmniej wydawało.

      D.

      Usuń
    21. Każdy z nich wolą brudne historie. Te porządne były nudne, nie wnosiły zbyt wiele do życia. Te brudne dawały rozrywkę, możliwość rozmowy, pokazania, że oni by tak nie postąpili. Te słowa nieraz każdego wybielały, pozwalały by czuli się lepsi.
      Octavia też lubiła te brudne historie. Sama nieraz jakieś tworzyła. Miała sporo za uszami, ale o tym Dominic na razie nie musiał wiedzieć. I oczywiście, zw mieli coś do ukrycia. Miała wrażenie, że na razie każde z nich chciało zrobić dobre, pierwsze wrażenie, a jeszcze przyjdzie czas na ściągnięcie maski i ukazanie prawdziwej twarzy.
      — Muszę się z Tobą zgodzić — stwierdziła, kiwając przy tym głową. Tak, były znacznie ciekawsze.
      Rzuciła mu szybkie spojrzenie, uśmiechając się. Czy ktoś miałby jej za złe, gdyby spotkała się z nim drugi raz? Nie, a już na pewno nie ona sama.
      — Jeśli byś chciał, to ja na pewno nie miałabym nic przeciwko — odpowiedziała zgodnie z prawdą. Dominic był ciekawy. Był też powiewem świeżości, jeśli chodzi o nowe znajomości. I naprawdę, chciała poznać go jeszcze bliżej.
      — Gdybyś chciał, z chęcią pokaże Ci kawałek miasta. Nie namawiam, to tylko taka luźna propozycja — dodała następnie. Nie wiedziała, czy już tu bywał, a jeśli tak, to pewnie widział większość możliwych turystycznych spotów. Octavia mogła pokazać mu miasto od innej strony. Zabrać do różnych miejsc, w których być może nie był.
      — Nie przeczę. Wyglądasz na złotego chłopca. Na tego, w którym pokładane są nadzieje rodziny. Zgadłam? — zapytała zaciekawiona. Przechyliła głowę lekko w bok, czekając na jego odpowiedź.
      — Co w tym zabawnego? Dla mnie jesteś uroczy. Pewnie dawno nie słyszałeś tego określenia — również się zaśmiała. Chwilę później pozwoliła, żeby napełnił jej kieliszek winem.
      — Podejrzewam, że skrywasz dużo brzydkich historii. Może kiedyś mi jakieś opowiesz — rzuciła z lekkim wyzwaniem w głosie. Spojrzała znów na Dominica, uśmiechając się lekko.
      O.

      Usuń
  21. Guest Room Just don't wrinkle the sheets.

    OdpowiedzUsuń
  22. Powder Room Where girls support girls... until they leave.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A ty nie zrobiłaś dokładnie tego samego? — Odbiła. Cornelia w żadnym wypadku nie broniła tamtej dziewczyny. Dawniej zapewne miałaby wszystko w nosie i nakręcałaby dramę dalej. Ot tak, dla czystej zabawy, aby zobaczyć jak wiele granic może przekroczyć zanim dojdzie do tego słodkiego punktu, który sprawi, że wszyscy stracą resztki zdrowego rozsądku.
      W ostatnich miesiącach Cornelia nie żyła dramatami tak jak robiła to dawniej. Nie pozbyła się złej kości ze swojego ciała na dobre, ale coraz częściej zaczynała widzieć, kiedy należy przestać. Zaliczyła rozwój charakteru i nie można było temu zaprzeczyć, choć należało z nią spędzić więcej czasu, aby to zauważyć.
      — Znam gniew twojej matki i nie chciałabym z nim walczyć. — Mruknęła pod nosem blondynka. Unikała jej matki jak ognia, kiedy wyszły zdjęcia z tej przeklętej limuzyny. Dopiero chyba po czasie Eva przebaczyła blondynce tamten wyskok z Jacksonem. Nieszczególnie zależało jej na tym, aby to matka Octavii jej wybaczała, a raczej sama brunetka, a ten temat miały już dawno za sobą i więcej do tego Watson wracać nie zamierzała. — Niby mu się nie dziwię, gdyby Cass coś takiego odwalił to wkurwienie byłoby najłagodniejszym słowem określającym uczucia. — Powiedziała. Cornelia nie potrafiła sobie tego wyobrazić i nie chciała sobie tego wyobrażać. — Pewnie będzie ci lepiej bez niego. Nie wiem, chyba ciężko było wam co zbudować, skoro Jack zawsze byłby w tle.
      Octavia jej właśnie też potwierdziła, że był w tle. Cały czas i Cornelia nie wyobrażała sobie, jak miałaby budować relację z Gabrielem, kiedy ciągle z tyłu głowy miała Howarda. I fakt, nie potrafiła tego zrozumieć, bo nie była w takiej sytuacji.
      — Okej, ty nie mogłaś tego zrobić. Ale on mógł i co, całe życie będziesz za nim biegać i błagać, aby dał uwagę Ayli, której nie chce jej dawać? — Zapytała. Zwróciła się w stronę dziewczyny. Biodrem oparła się o umywalkę, a rękę opuściła wzdłuż ciała. — Ty się wkurwiasz, że on nie chce się bawić w szczęśliwy dom, a on, bo go tego od niego oczekujesz. Takie błędne koło.
      Cornelia nie miała prawa mówić dziewczynie, co ma zrobić ze swoim życiem, ale miała prawo jej powiedzieć, że czasem przesadza.
      — Obojgu będzie wam się lepiej żyło, jak każde pójdzie w swoją stronę. — Dodała. I naprawdę wierzyła, że taka jest prawda. — Cała wasza trójka. To jak trójkącik bez końca i nikt nie wie czyja jest kolej na trochę atencji.
      Watson westchnęła i przewróciła oczami.
      — Zawsze się taki znajdzie. — Powiedziała. Oczy jej wesoło błysnęły. — Trzeba zmienić nastawienie, Tay. Wyjdziesz tam wyglądając jak milion baksów z uniesioną głową i trafisz przypadkiem w barze na gościa w bordowym garniturze. — Mówiła tak, jakby to wszystko było już pewne. — I całą dramę zostawisz w łazience. Bo dajesz tylko wszystkim powody do gadania i to kiepskiego, a jeśli już mają mówić… To niech chociaż mówią, że opuściłaś imprezę w towarzystwie tajemniczego faceta.
      Wzruszyła lekko ramionami, a pomysł wydawał się jej całkiem w porządku. Wszystko zależało czy Tay zechce coś z tym zrobić czy będzie jednak wolała się zmyć przed czasem.
      — Zasłużyłam na to. — Odparła. Nie było w jej głosie nawet grama zawahania. Wydarzyły się rzeczy, o których Octavia nie wiedziała i tak miało zostać, więc owszem, Cornelia zasłużyła na pieprzone szczęśliwe zakończenie. —Przyzwyczajaj się. Ktoś będzie musiał mi pomóc wybrać sukienkę i upewnić się, że nie zwieję z własnego ślubu. Nie zamierzam uciekać, ale gdyby naszły mnie myśli, że Cass zasługuje na kogoś lepszego… Będziesz mnie musiała od tego odwieść.

      Nel

      Usuń
    2. — Nel, proszę Cię. Nie bawmy się teraz w obrońców. Sama też jesteś na nią cięta — powiedziała otwarcie, wzruszając przy tym ramionami. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby Octavia zauważyła, jak Cornelia również nie pała sympatią do nowej koleżanki Jacksona. Mogli się zmieniać, mogli wywracać swoje życia do góry nogami, ale tak naprawdę nigdy w stu procentach nie byli w stanie pozbyć się tych cech charakteru, które zakorzeniły się wgłębi. Owszem, Octavia mogła odpuścić, a nie wywoływać kolejną burzę, i może to wszystko było faktycznie niepotrzebne, ale cóż - stało się, czasu już nie była w stanie cofnąć, zachować się inaczej.
      — Już jej przeszło — rzuciła, kątem oka spoglądając na Cornelie. Eva chyba była bardziej wkurzona na to, czego dopuścili się Cornelia i Jackson, niż sama Octavia. Owszem, na początku miała ochotę wykreślić oboje ze swojego życia. Wyrzucić i zapomnieć. Zamknąć dla nich drzwi. Ale nie potrafiła. Byli jej najbliżsi, taka była prawda.
      Octavia przez dłuższą chwilę milczała, słuchając z uwagą jej słów. Spojrzała na swoje odbicie. Widziała powiększone źrenice, czuła te przyjemne, rozluźniające uczucie, które rozlewało się po jej ciele. Pociągnęła nieco nosem. Przemilczała kwestię Gabriela. Przemilczała kwestie Ay i Jacksona. Bo nie chciała teraz o tym rozmawiać, bo nie było też, według niej, sensu ciągnąć tego tematu. Wszystkie decyzje były podjęte w przeszłości.
      Teraz było teraz.
      I Nel chyba miała sporo racji w tym, żeby zacząć od nowa, z czystą kartą.
      Octavia w końcu odwróciła głowę w stronę blondynki. Przesunęła spojrzeniem po jej twarzy, po czym zaśmiała się.
      — Kupię ci karty tarota, jeśli to co mówisz, okaże się prawdą. Tylko nie szukaj usilnie bordowego garnituru— wręcz poprosiła.
      — Niech Ci będzie. Niech gadają — wzruszyła ramionami, ponownie otwierając torebkę. Teraz jednak wyciągnęła błyszczyk i kredkę do ust. Przysunęła się nieco w stronę lustra, biorąc konturówkę do rąk.
      — Pomogę Ci wybrać tą suknię. A jeśli będziesz chciała uciec, to siłą zaciągnę Cię do tego ołtarza i przywiąże do krzesła. A potem zmuszę, żebyś powiedziała te cholerne tak. Bo Ci się należy — rzuciła jej spojrzenie, uśmiechając się przy tym.
      — Ale to już tak wszystko zaplanowane? Data, miejsce, goście? — zapytała z zaciekawieniem. Jakby nie patrząc, miały cały rok do nadrobienia.
      Octavia

      Usuń
    3. — Nic w sumie do niej nie mam. Nawet nie wiem kto to jest. Oberwała dla zasady. — Wzruszyła ramionami. Cornelia była tak naprawdę zła na Jacka, bo z tego co rozumiała była jedyną osobą, z którą nie rozmawiał osobiście. I wciąż uważała, że jej nieobecność w Nowym Jorku wcale go nie usprawiedliwiała. Nie chciała jednak o tym dłużej myśleć, bo znowu zaczęłoby się jej robić najzwyczajniej w świecie przykro.
      — No ja myślę, że jej przeszło. Ponad trzy lata to dość, aby o tym zapomnieć. — Powiedziała. Teraz w zasadzie i tak liczyło się to, że nie biły się w damskiej toalecie i nie szarpały się za włosy czy nie roztrzaskiwały sobie twarzy na lustrach. To z pewnością odbiłoby się ogromnym hałasem i dodałoby pikanterii do wieczoru. Wydawało się jej jednak, że dość ludzi się tu już biło, a one nie musiały do tej gromadki dołączać. Cóż, Cornelia nie musiała.
      Dawno temu doszła już do wniosku, że ich towarzystwo jest toksyczne, zakłamane i każdy podstawia sobie wzajemnie nogi, a jednak i tak nie potrafią bez siebie żyć. Choćby bardzo próbowali to prędzej czy później i tak znajdą się w tym samym towarzystwie.
      — Plotkara mogła chociaż załatwić Instaxy do fotek. — Wetchnęła blondynka. Żałowała, że nie miała telefonu. Selfie w lustrze z łazienki zawsze dobrze wypadało. Chyba na każdej imprezie wrzucały z Octavią selfie. Nie mogły być gorsze, prawda? — Cokolwiek, aby porobić sobie zdjęcia na imprezie. Przecież to nie lata osiemdziesiąte. — Burknęła pod nosem.
      Zwróciła się w stronę lustra i lekko uśmiechnęła do własnego odbicia.
      — Co jest złego w bordowym garniturze? — Spytała. — Przynajmniej ciekawiej niż jak wszyscy zawsze idą w czarnym. Jak na pogrzeb. — Mruknęła, a zaraz po tym się zaśmiała. Dobra, niektórzy mieli tu ciekawsze stylówki, ale co poniektórzy i tak stawiali na klasyczny garniak.
      Pokręciła przecząco głową w odpowiedzi na pytanie Octavii.
      — Wróciliśmy dopiero kilka dni temu z wakacji. Jestem narzeczoną dopiero od niespełna dwóch tygodni. — Przyznała. Odruchowo wyciągnęła dłoń przed siebie. Pierścionek był imponujący, ale nie krzykliwy. Jego ciężar był przyjemny. — Wciąż mogę to zjebać, więc… — Wzruszyła ramionami. Jakaś jej część była pewna, że wydarzy się coś złego i cała przyszłość stanie pod znakiem zapytania.

      Nel

      Usuń
    4. — Szczerze cieszę się, że to ona oberwała dla zasady — zaśmiała się. W myślach już widziała, jak to Cornelia jeszcze policzkuje ją. Tak dla zasady, za rok bez znaku życia. I była szczerze zdziwiona, że tego nie zrobiła. Może faktycznie przez ten rok każdy z nich się zmienił. Na pewno.
      — Wiesz, jak jest moja matka — znały się praktycznie od zawsze. Nel zawsze była mile widziana w domu Blanchardów, nieraz traktowana jak pełnoprawny członek rodziny. Evie w końcu musiało przejść, prędzej czy później. Miała wybuchowy charakter, ale też dosyć szybko zapominała o wielu sprawach. Ot, taki egzemplarz.
      I cóż, octavia musiała przyznać, że cieszyła się z tego, że rozmawiają a nie wyrywają sobie nawzajem włosy. Lubiła swoje włosy i pewnie nie byłaby zachwycona myślą, że trochę ich ubyło.
      Nie była to jednak przyjaźń jak dawniej. W sumie nie wiedziała, czy kiedykolwiek można tą relację określić mianem przyjaźni. Były blisko, bo tak naprawdę w ich gronie nie było zbyt wielkiego wyboru. Więc od dawna trzymały się blisko siebie, z mniejszymi czy też większymi przerwami.
      Octavia całkowicie zapomniała o tym, że nie ma przy sobie telefonu. Przez chwile poczuła strach. Bo nie wiedzieli, czy przypadkiem plotkara nie ma jakiegoś towarzystwa, które w dziwny sposób nie sprawdzało ich telefonów. Ta myśl przez chwilę wręcz dudniła jej w głowie, aż w końcu Octavia ją uspokoiła.
      — instaxów nie zostawiła, ale podejrzewam, że i tak dużo zdjęć będzie z tego spotkania — stwierdziła, wzruszając ramionami. Poprawiła usta, wrzuciła rzeczy do torebki, po czym odwróciła się w stronę Cornelii.
      — Nie wiem. Nic nie mam do tego koloru, ale nie często jest wybierany. Trochę to smutne — powiedziała, odgarniając włosy na plecy. Raz jeszcze spojrzała na swoje odbicie w lustrze, nieco krytycznie oceniając się w głowie.
      — Jezu, Nel — jęknęła, wywracając oczami. Podeszła do niej, łapiąc blondynkę za ramiona.
      — Nie zjebiesz tego. Za jakiś rok będziemy się bawić na twoim weselu. A wcześniej na wieczorze panieńskim. Tylko powiedz, jakich chcesz striptizerów. Proponuję panów policjantów — powiedziała z rozbawieniem, puszczając w stronę Watson porozumiewawcze oczko.
      — A potem będziesz żyła długo i szczęśliwie, u boku Twojego księcia z bajki.
      Tay

      Usuń
    5. — Możemy to zawsze nadrobić, jeśli masz ochotę. — Puściła jej oczko. Bójka tej dwójki raczej nikogo by nie zdziwiła, a dziewczyny po wszystkim wypiłyby razem drinka i o wszystkim zapomniały. Wybaczały sobie w końcu o wiele gorsze rzeczy, prawda? — Bo należy ci się za to zniknięcie. Mogłaś wysłać chociaż jednego sms’a, Tay. — Wyrzuciła jej. Cokolwiek, aby wiedziała, że żyje. Może Cornelia nie biegała za nią tak, jak niektórzy, ale na wiadomość od niej zasługiwała bardziej niż cała ta zgraja. Ale było minęło, prawda?
      Powoli czuła, jak przyjemnie zaczyna szumieć jej w głowie. Ciało z każdą kolejną chwilą się rozluźniało. Dobrze znała ten stan, a gdy patrzyła w lustro widziała, jak jej źrenice przesłaniają jasne tęczówki. Najchętniej wyrzuciłaby z siebie tę energię na parkiecie, ale to, póki co, opcją nie było.
      — Zdjęcia, filmiki… czego dusza zapragnie. — Westchnęła z dziwnym rozmarzeniem w głosie. — Złożę skargę. Taką oficjalną do… Gdzieś. Za zabranie telefonów i brak aparatów! — Niespodziewanie krzyknęła, a potem odwróciła się szukając w kątach ukrytych kamer. Nie zdziwiłaby się, gdyby je miała. Albo mikrofony. Przecież nie mogłaby odpuścić sobie wyłapania szeptanych rozmów w łazience, prawda? — Jestem, że suka nas podsłuchuje.
      Wnętrze łazienki wyglądało zwyczajnie. Nowoczesna, elegancka. Dokładnie taka, jakiej się można było po tym miejscu spodziewać. Ta sama łazienka wiele razy była świadkiem rozmów Cornelii, nierzadko jej połykanych łez i wyzwisk, gdy kompletnie traciła nad sobą kontrolę.
      Watson nie spodziewała się, że Octavia złapie ją za ramiona. Ale może tego właśnie potrzebowała. Nie płakała, ale i tak pociągnęła nosem.
      — Albo będziemy się upijać, bo to zjebałam. — To przecież też była opcja. Wszystko było możliwe. — Wolę strażaków. Najlepiej Cassa w stroju strażaka. Nie chcę innych.
      Wyobraźnia Nel działała właśnie na wysokich obrotach, a pokręcona narkotykiem tylko podsuwała jej kolejne obrazy do głowy. Nie mogła się od nich odpędzić i nie chciała. Chyba musiały jednak poczekać, a Cornelia po chwili zamiast twarzy narzeczonego przed sobą zobaczyła Octavię.
      — Wiesz co powinnyśmy zrobić? — Spytała. Dość tego siedzenia w łazience. — Powinnyśmy ukraść nasze telefony. Na złość tej jędzy. Nie może kontrolować wszystkiego, racja?

      Nel

      Usuń
    6. — Zdecydowanie starczy mi bójek na dzisiejszy wieczór — stwierdziła. Wolała się pobawić, a nie szarpać i bić po twarzy, chociaż tak, należało jej się. Dzisiaj Nel miała ogromnie dużo racji w swoich słowach, aż Octavia nie mogła w to wszystko uwierzyć. Znów na nią uważnie spojrzała, po czym zaśmiała się, kiedy Cornelia zaczęła mówić z tym dziwnym rozmarzeniem w głosie.
      — Nie wiem, chyba prezydent Ci zostaje, jeśli chodzi o skargę. Wątpię, że rozpatrzy — rzuciła, podążając wzrokiem za dziewczyną, kiedy ta zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Na pewno gdzieś był schowany jakiś mikrofon. Plotkara nie odpuściłaby sobie takiej możliwości, by ich podsłuchać.
      — Na pewno nas podsłuchuje — zgodziła się, wzruszając przy tym ramionami.
      — Może nawet nawet kamera jest w lustrze — powiedziała, uśmiechając się przy tym. Pomachała do własnego odbicia, zastanawiając się, czy Plotkara może faktycznie poszłaby w tą stronę, by w lustrach montować kamerę.
      Słysząc kolejne słowa Cornelii, Octavia zmarszczyła brwi, spoglądając na nią. Chyba przestawała za tym wszystkim nadążać. Albo jej naćpany mózg nie nadarzał.
      — Co zjebałaś? — zapytała, szczerze zdziwiona. Odsunęła się, przyglądając się blondynce.
      — Dobra, założę mu jakąś maskę, z nadrukowaną twarzą Cassa. I będzie strażak— strażacy byli ładni, w większości. octavia nieraz widziała takich przystojniaków, więc nie dziwiła się, że Cornelia akurat wolałaby takiego pana striptizera, który odgrywałby rolę strażaka.
      — W sumie, masz rację. Pieprzyć ją, nie może aż tak dyktować warunków — zgodziła się z uśmiechem, choć z tyłu głowy słyszała głos, że to wszystko może się źle skończyć.
      Tay

      Usuń
    7. Cornelia nie wątpiła, że właśnie tego chciała Plotkara. Soczystych plotek, kłótni między uczestnikami i kolejnych klikających się nagłówków, które będą napędzały jej stronę. Wiele razy obiecywała sobie, że nie będzie jej dawała kolejnych powodów do pisania o niej, a potem nadchodziły takie imprezy i Cornelia nie potrafiła się powstrzymać.
      — Patrząc na to co robi z tym krajem to wydaje mi się, że prędzej rozpatrzyłby moje żale o plotkarze niż spojrzał na sprawy, które naprawdę są ważne. — Westchnęła. Okej, Cornelia nie interesowała się polityką jakoś szczególnie, bo to był zwyczajnie przykry temat, ale orientowała się w nim na tyle, aby nie wyjść na kompletną ignorantkę. Zresztą, kogo tutaj interesowały jej poglądy polityczne?
      Zaśmiała się, kiedy zamachała do lustra. To byłoby w jej stylu, aby poukrywać je w takich miejscach. I absolutnie nie byłaby tym zaskoczona. Chyba po części nawet na to liczyła, aby jej teoria się potwierdziła.
      — Jeszcze nic. — Odparła. Poruszyła lekko ramionami. — Tylko mówię, że mogę. I z moim charakterem pewnie to zrobię. Każdy w końcu ma swoje limity, czyż nie?
      Z jednej strony ciężko było Cornelii uwierzyć, że Cassian mógłby ją zostawić. Każdego dnia czuła, jak zakochany w niej jest i przez ostatnie miesiące naprawdę robiła wiele, aby go odstraszyć, a on był uparty i nie odchodził. Chyba w ten sposób próbowała przekonać samą siebie, że wszyscy zawsze odchodzą, a on wychodził jej naprzeciw i udowadniał, że nie jest jednym z wielu.
      — Ale może pieprzę od rzeczy. — Mruknęła. Zaśmiała się ponownie, już nieco lżej, jakby spuszczała z ramion napięcie. — Bez striptizerów, Tay. Chyba, że sam Cass mi go zrobi. — Zaznaczyła. Kiedyś by nie powiedziała „nie”, ale teraz nie umiała sobie wyobrazić, że siedzi i patrzy na innego mężczyznę. Półnagiego w dodatku. Był tylko jeden na którego chciała tak patrzeć.
      — Chodźmy. Wrócę tylko do stolika na moment. — Zgarnęła torebkę z blatu. Spojrzała jeszcze raz w lustro, chcąc się upewnić, że wygląda dobrze. — Myślisz, że bardzo nadepniemy jej na odcisk?

      Nel

      Usuń
    8. Na słowa Naomi, Cass zaśmiał się mimowolnie, bo ostatnie co zamierzał robić to wchodzić w paradę kumplowi, kiedy jego dziewczyna zdecydowała się wcisnąć mu majtki do kieszeni. Kręcąc z lekka głową, mrugnął do blondynki, wyraźnie rozbawiony jej słowami, tak samo jak był rozbawiony komentarzem Gabriela o rumieńcach. Zawsze wiedział, że kobiety miały swoje sposoby, małe cwane bestie.
      — Och, nie — przytaknął. — Ja rozebrałbym się bezceremonialnie i liczył, że mój zwierzęcy urok zrobi resztę.
      Rafferty potrafił być dżentelmenem, potrafił też kierować się instynktami, a czasem łączył bezbłędnie jedno z drugim, zależy co komu było potrzebne. W sumie zastanowił się przy tym, co mogłoby potencjalnie działać na Cavallaro: subtelny podryw czy coś zdecydowanie bezpośredniego? Wcześniej nie miał powodu się nad tym zastanawiać, a teraz przyszło to do niego niespodziewanie.
      Prychnął na to udawane oburzenie Gabsa.
      — Ciekawe, co masz do moich bokserek? — skonfrontował. — Ale tak, zdecydowanie to ja chętniej nosiłbym przy sobie bieliznę Nel, niż ona moją. Szczerze mówiąc wystarcza mi, że ją ze mnie ściąga.
      Wyłapując komentarz Naomi, siłą rzeczy rozejrzał się po sali bankietowej. Kiedyś zatrzymał się z matką w Hotel Plaza po tym jak odeszła od jednego ze swoich partnerów, miało to jednak miejsce dawno temu, w zasadzie był wtedy jeszcze dzieckiem.
      — Wygodne to mało powiedziane — odparł po chwili zamyślenia, w jakie wpadał zawsze, kiedy myślał o swoim dzieciństwie. — I myślę, że powinniście sobie jeden zabookować — dodał, odsłaniając zęby w rozbrajającym uśmiechu.
      — Jestem pewien, że będziecie zachwyceni materacem — podsumował.
      Zanim jednak zdążył dodać cokolwiek więcej, Plotkara znów weszła do gry, a on mimowolnie uniósł brwi, widząc jak kelnerzy uwijają się z kolejną porcją kolorowanego szampana przy stole numer cztery, do którego próbowali ich spędzić.
      — Lepiej pójdę po Cornelię — oznajmił Gabsowi i jego towarzyszce. — Sprawdzę czy nie wyrywa sobie z Octavią włosów.
      Odłączając się od nich, jak powiedział tak zrobił, kierując się w stronę łazienek, a potem przystanął w pobliżu drzwi do damskiej, spoglądając odruchowo na szwajcarski zegarek na nadgarstku. Gdy dziewczyny wyszły z łazienki, w milczeniu odprowadził Tay spojrzeniem, obiegając spojrzeniem twarz Nel.
      — W porządku? — zapytał, nachyliwszy się by złożyć pocałunek w kąciku jej ust. — Pora na nas. Plotkara coś kombinuje. Chyba, że nie masz ochoty na jej gierki, wtedy możemy się po prostu ulotnić.

      CASS

      Usuń
    9. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze jeszcze raz. Chcąc się upewnić, że wszystko leży poprawnie, a sukienka wciąż marszczy się w odpowiednich miejscach. Wyglądała jakby wyrwała się prosto z weselnego przyjęcia. Chwilami żałując, że zdecydowała się na długą kreację zamiast wyeksponować opalone nogi, aczkolwiek w tym pomagało jej rozcięcie na udzie, które ciągnęło się niemal do samej linii biodra. Ułożyła jeszcze bransoletkę na nadgarstku, chowając zapięcie.
      Cornelia była z siebie dumna. Nie chciała o tym mówić na głos, bo w końcu w tym towarzystwie nikt nie mówił głośno o brzydkich rzeczach, ale doskonale wiedziała, że rok temu chętnie przystałaby na propozycję Octavii. Pozwalając sobie na małe odcięcie się od świata. Byle tylko poczuć błogość w głowie i spokój w duszy.
      Wychodząc nie spodziewała się, że to Cassian będzie na nią czekał przed wejściem do toalet. Twarz blondynki rozświetliła się niemal od razu, a wszelkie, a co, jeśli uciekły jej z głowy. Podeszła do bruneta, układając mu dłoń na policzku. Ciepło skóry bruneta było tak boleśnie znajome.
      — Oczywiście. — Odparła. Jeszcze nie wydarzyło się nic, co mogłoby sprawić, aby chciała się stąd szybko ulatniać. Mimo posiadania paru pomysłów, które chętnie wprowadziłaby w życie. — Myślisz, że dałaby nam tak po prostu stąd wyjść? Jestem pewna, że nawet, gdyby paliło się nam mieszkanie i mielibyśmy w nim tuzin szczeniąt i kociaków nie uznałaby tego za sytuację awaryjną. — Prychnęła przewracając oczami. Na szczęście nie mieli. Cornelia nie wyrobiłaby z kolejnym obowiązkiem, a już na pewno żadna siła nie zmusiłaby jej do codziennych spacerów z psem. Nie, cofnij. Spacery wcale nie były złe. To sprzątanie po tym psie absolutnie nie wchodziło w rolę.
      — Dlaczego? Masz sekrety, o których nie wiem ja, a plotkara wie? Może to ty chcesz stąd uciec? — Zsunęła dłoń z policzka na szyję. Palcami odnajdując puls na ciepłej skórze.

      Nel

      Usuń
    10. — Dobrze — skwitował, krótko ocierając się gładkim policzkiem o jej dłoń. Uwielbiał, gdy go dotykała, niezależnie od tego, czy stała za tym ukryta intencja, czy też nie. Należał do niej i nigdy tego nie ukrywał, a przynajmniej nie dłużej, niż było to konieczne na początku ich znajomości, żeby jej tym nie spłoszyć.
      Kiedy zaczęła mówić, podciągnął kraniec ust w uśmiechu, który nie zdradzał za wiele. Wyglądał trochę, jakby planował coś nikczemnego, tylko co nikczemnego mógłby zrobić w tej sytuacji? Niemniej, trybiki w jego głowie się już obracały i w dodatku obracały się prędko.
      Opierając dłonie na wcięciu talii Nel, dosunął ją do ściany, samemu dostawiając krok w jej stronę, żeby nie zostawić jej wiele miejsca na oddech, a dotyk spłynął na krągłość jej bioder, gładząc drogocenny materiał.
      Nachyliwszy się do jej ucha, odgarnął palcem jasny kosmyk włosów, składając otwarty pocałunek na wrażliwej skórze poniżej.
      — Kto powiedział, że musimy mieć tam tuzin kociąt? — podjął, sięgając nieco dalej w głąb gardła. — Moglibyśmy tam mieć na przykład… — zawiesił na moment głos, przesuwając nosem wzdłuż jej szyi. — Przyszłą drużynę futbolową.
      Odsuwając się od niej na odległość oddechu, uśmiechnął się głupio, bo przez ecstasy stracił filtr i nie przyszło mu do głowy, że żarty o dzieciach w towarzystwie Cornelii to może nie być najlepszy pomysł. Nie przegadali tego wcześniej, ale wcale nie musieli, żeby zdawał sobie doskonale sprawę z faktu, że bycie matką nie stało na górze listy jej priorytetów.
      On natomiast… Odnalazłby się w byciu ojcem. Gdyby chcieli tego oboje, rzecz jasna. I to był raczej jedyny sekret, jaki jeszcze przed nią miał.

      głupiutki CASS

      Usuń
    11. Cassian nie musiałby jej długo namawiać, aby stąd wyszli. Przychodzenie tu może nie tyle co było błędem, ale nigdy nie przynosiło nic dobrego. Blondynka jednak przez wiele lat obracała się w tym towarzystwie, a kiedy miała niemal stuprocentową pewność, że zobaczy starych znajomych w jednym miejscu to nie chciała odpuścić. Mimo, iż dobrze wiedziała, jak to się może skończyć i że najpewniej wyjdą stąd wszyscy na siebie obrażeni. Nic nowego, przeszło jej przez myśl. Mieszanie w relacjach wychodziło Plotkarze najlepiej. Zresztą, po krótkim zastanowieniu się to ona wcale nie robiła zbyt wiele. Dawała jedynie przestrzeń, a to w ich rękach leżało co z tym fantem zrobią. Niestety, ale najczęściej nie robili z tym nic dobrego.
      Uśmiech, który powoli rozciągał się na ustach Cassa był Cornelii dobrze znajomy. Był jednym z tych, których nie potrafiła w pełni odszyfrować. Przymrużyła nieco oczy, starając się odgadnąć co chodziło mu po tej ślicznej główce. Zanim jednak zdążyła wydać z siebie choćby urywek dźwięki poczuła za sobą ścianę. Chłodny marmur musnął odsłonięte ramiona oraz skrawek pleców. Nie była gotowa na chłód, w odpowiedzi więc krótko westchnęła. To z kolei przerodziło się w kolejny, aczkolwiek tym razem bardziej kontrolowany dźwięk. Znajome dłonie sunęły z tą samą wprawą po jej biodrach. Odetchnęła, a przynajmniej próbowała to zrobić.
      — Cass. — Cicho zamruczała. Nie prosiła, aby przestał czy się opanował, bo byli w miejscu, do którego zajrzeć mógł każdy. Cornelia robiła bezwstydne rzeczy na oczach wielu ludzi, a to, że ktoś przyłapałby ich na niewinnej wymianie dotyków nie zrobiłoby na blondynce żadnego wrażenia. Lubiła wypowiadać jego imię i wiedziała, że lubi, kiedy to robi. — Jeśli będziesz tak dalej robił… to nie wrócimy do stolika. — Ostrzegła. Chyba słyszała coś o zaproszeniu do stolika numer cztery, aczkolwiek myśli Watson były pochłonięte teraz przez kogoś znacznie ważniejszego niż plotkara.
      Nie potrafiła go nie dotknąć. Zwłaszcza, gdy był tak blisko. Przeciągnęła dłońmi po jego bokach zatrzymując je w okolicy żeber. Naciskała tam delikatnie palcami, jakby je liczyła lub chciała go mocniej poczuć.
      W odpowiedzi na złożony pocałunek cicho westchnęła i przymknęła oczy, kolana delikatnie same się pod nią ugięły. Dłonie wciąż pracowały, żałując, że nie może poczuć ciepła skóry, która zablokowana była przez materiał koszuli.
      I wtedy to usłyszała. Propozycję, która nigdy przedtem nie padła. Propozycję, której nigdy nie spodziewała się usłyszeć. Cornelia nie zamarła nagle w miejscu, nie zmieniło się nic. Ciągle go dotykała, ciągle czuła się wspaniale. Rozchyliła tylko powieki.
      — Drużynę futbolową — powtórzyła po nim. Nie potrafiła sobie tego nawet wyobrazić. Nie miała takich marzeń. Nie czuła nigdy potrzeby. — Tego byś chciał?
      Mogła się unieść i wybuchnąć, krzyczeć i szarpać. Takich reakcji była nauczona i były jej pierwszym odruchem. Przy Cassianie wszystko się zmieniało. Początkowo te zmiany jej przeszkadzały. Zaczynała je lubić dopiero z czasem.
      — Oczywiście, że byś chciał. — Odpowiedziała sama sobie z cięższym westchnięciem. Przełknęła ślinę i gdyby nie miała nic za plecami szukałaby ucieczki. — Pasowałyby ci. Trójka albo czwórka…
      To już była w stanie sobie wyobrazić. Nie widziała siebie w tym obrazku. Bardzo próbowała sobie to wyobrazić. Siebie obok Cassa i drużynę futbolową, o której wspomniał, ale zamiast tego pojawiał się czarny ekran. Jakby ktoś wyłączył nagle film w trakcie najlepszej części.
      Spojrzała mu w oczy. Wesoło błyszczące, rozszerzone źrenice i ten głupkowaty uśmiech, który ją zawsze potrafił rozwalić na kawałki.
      — Jak bardzo tego chcesz, Cass?

      Niezdecydowana Nela

      Usuń
    12. Kiedy Nel odwróciła odwróciła od niego spojrzenie, zrozumiał jak wielkim był kretynem, dotykając tego tematu w ten sposób, w takim miejscu. Problem w tym, że nie spodziewał się, że ona ten temat podtrzyma, oczekując raczej, że zaśmieje się razem z nim, skarci go albo może nawet trzepnie go w ten głupi łeb, sprowadzając go skutecznie na ziemię, od której odrywał się za każdym razem, gdy był tak blisko niej. Wypity wcześniej drink tylko mu to ułatwił.
      Dłońmi wrócił do jej talii, bo przestał czuć, że to dobry moment na pożądliwy dotyk. Mógł być już trochę na haju, ale nie stracił głowy na tyle, żeby nie zauważyć, jak się wycofała, a przecież nie chciał w żaden sposób jej obciążyć ani zmartwić.
      Klnąc na siebie w swojej własnej głowie, uniósł rękę do jej twarzy, kreśląc palcami krzywiznę policzka, a kciukiem obrysował kość policzkową, bo przecież była mu najdroższa i nie zamierzał pozwolić, żeby myślała, że jest coś, czego chce bardziej od niej. Mógłby mieć dzieci, oczywiście. Nawet te trójkę czy czwórkę, ale całym sensem tego pragnienia było to, aby mieć te dzieci kiedyś z nią. Nie miało więc znaczenia, jak bardzo tego chciał, jeśli ona tego nie chciała, bo za cel w życiu postawił sobie przecież uszczęśliwianie jej, nie stawianie pod przysłowiową ścianą — bo pod taką prawdziwą mógł stawiać ją non stop. To zawsze kończyło się czymś nieziemskim.
      Jego rysy złagoniały, nabierając powagi.
      — Najbardziej chcę Ciebie — odpowiedział, prosto i szczerze, bo to było proste i szczerze. Cassian był zdecydowanym facetem, który wiedział czego pragnie, a także jak po to sięgnąć i kiedy już to miał, nigdy tego nie wypuszczał. Cornelii też nie zamierzał, dopóki go o to nie poprosi, więc to co padło z jego ust uważał za oczywistą oczywistość. — I tego, żebyś była ze mną szczęśliwa.
      Zbliżył się do niej, nosem ocierając się pokrzepiająco o jej nos.
      — Pewnie, chciałbym też mieć kiedyś dzieci — przytaknął wysnutym przez nią wnioskom, bo nie zamierzał przecież jej teraz okłamywać. — Albo dziecko, bo wcale nie zamierzam zakładać drużyny futbolowej. Po prostu jestem idiotą i myślałem, że to będzie zabawne.
      Przewrócił lekko oczami, wracając do niej różnokolorowym spojrzeniem.
      — Chcę tego — powtórzył. — Ale tylko w scenariuszu, w którym Ty też tego chcesz — dodał łagodnie, zaciągając kosmyk jej włosów za ucho.
      — Kocham Cię, Nel — przypomniał jej. — Więc nie będzie mi niczego brakować, jeśli nie będziesz chciała nigdy. Nie ma w moim życiu i nie będzie nigdy niczego ważniejszego od Ciebie, nawet jeśli mielibyśmy pewnego dnia dorobić się dziecka, w porządku?

      CASS

      Usuń
    13. Kompletnie nie była przygotowana na ten temat. Nigdy go nie poruszali. Wydawało się jej, że to oczywiste, że zakładanie rodziny było poza jej obecnymi zainteresowaniami. Cornelia nie była gotowa na to, aby mieć zwierzaka, a co dopiero dziecko. Przerobiła kilka psów i wszystkie spotkał ten sam los. Niektóre były zachcianką, która nudziła się jej po tygodniu, inne prezentami, bo ten na pewno to ten jedyny. Ostatecznie wszystkie trafiały w lepsze domy, w których ktoś je faktycznie kochał. Dziecko… Dziecko było zbyt poważnym obowiązkiem, na który nie była gotowa. Być może nigdy nie byłaby na nie gotowa.
      Jeszcze nie była w pełni gotowa na to, że w tej relacji nie jest sama. Cassian ją rozpieszczał. Ojciec blondynki nieraz mu mówił, że za bardzo ją rozpieszcza, a Cornelia po prostu przystała na to, że robi dla niej wszystko, bo wszyscy przecież robili dla niej wszystko i przychodziło jej to kompletnie naturalnie. Dlaczego ktoś miałby czegoś dla niej nie zrobić?
      Jakiś czas temu odwróciłaby od niego wzrok. Zbyt przeciążona tym co w nich widziała. Uciekając od odpowiedzialności i ciężaru rozmowy, który spadł na nich tak niespodziewanie. Wiedziała, że żartował i – nikt o zdrowych zmysłach – nie chciał mieć drużyny piłkarskiej w domu. To był przecież prawie tuzin! Nie potrafiła wstrzymać jednak tej pierwotnej reakcji, która w niej zaszła. Uśmiechnęła się delikatnie w odpowiedzi na sprezentowany dotyk, który pozwolił jej również rozluźnić napięte mięśnie.
      — Jestem z tobą szczęśliwa. — Przyznała to z lekkością, która weszła do jej życia w momencie, kiedy dopuściła go do siebie bliżej. Wiedziała, jak udawać szczęście, ale przy nim nigdy nie musiała. — Od samego początku jestem z tobą szczęśliwa, Cass.
      Próbowała z początku to szczęście z siebie wyplenić, bo nie potrafiła wręcz uwierzyć, że na jej drodze pojawił się ktoś taki jak on. To zwyczajnie było niemożliwe. I Cornelia nie była jedyną, która nie umiała w to uwierzyć.
      — Nie spodziewałam się tego. — Powiedziała szczerze. Wsunęła dłoń na jego plecy delikatnie je gładząc. — To było zabawne. Tylko… Masz narzeczoną, która… — Urwała na moment, bo wręcz musiała się uśmiechnąć, kiedy sama nazwała siebie narzeczoną. Jego narzeczoną. — … która wciąż się uczy.
      Ponad rok temu nie podejrzewałaby siebie o taką rozmowę. Rok temu uznałaby to za kompletne głupoty.
      — Nie mogę ci obiecać, że to się zmieni. — Chciałaby powiedzieć, że za kilka lat mogą już mieć dwójkę, a może i trójkę, ale nie była w stanie. — I wiem, że mnie kochasz. I ja kocham ciebie. Nie zamieniłabym cię na nikogo ani na nic innego.
      Schowana między nim, a ścianą nie miała pola do popisu z ruchami. Dlatego zamiast stawiać stanowcze kroki zsunęła dłonie na pas bruneta. Nie spuszczając z niego wzroku odnalazła palcami szlufki od spodni i delikatnie za nie pociągnęła starając się przyciągnąć go bliżej.
      — Jedynie… Nie chciałabym, żeby tego żałował. Za dekadę lub dwie, jeśli wciąż będziemy tylko we dwoje.
      Wcześniej nie miała takich przemyśleń, bo nie sądziła, że musi je mieć. Cass rzucił żartem, który zbyt szybko przerodził się w poważną rozmowę, a na tę chyba żadne z nich nie było gotowe. I to na korytarzu prowadzącym do toalet. Za późno jednak, aby się wycofać.
      — Wiem, że dużo od ciebie biorę. — Garściami. Czasem nawet nie patrząc na to, jakie skutki to przynosi jemu. — I chciałabym ci dać w zamian wszystko… Tylko nie jestem pewna czy kiedykolwiek będę mogła ci podarować to.
      Mogłaby, jednak oboje wiedzieli, że wtedy żadne z nich nie byłoby szczęśliwe, a choć Cornelia podejmowała wiele nieprzemyślanych i spontanicznych decyzji tak tę chciała podjąć w pełni świadomie i zgodnie z tym co czuła.

      Nel🥺

      Usuń
  23. Basement Every hotel hides something.

    OdpowiedzUsuń
  24. Parking Garage Kisses. Fights. Getaways.

    OdpowiedzUsuń