Naczelna imprezowiczka powróciła na Upper East Side... odmieniona? Czy to jakaś nowa moda? A, ile Ci zajmie powrót do starych nawyków? I chłopców?
@tay_blanchard
Alert: konfrontacja roku! Co ma zrobić dziewczyna, której dawna miłość wróciła zza grobu? A druga jest na wyciągnięcie ręki? It's okay to love them both, O. I do.
@dani.song004
D. była widziana przy barze w Itaewon. Sama? Ani trochę.
@welostsunoo
Ktoś zostawił czarną kopertę pod drzwiami czyjegoś domu...
W środku? Tylko jedno zdjęcie.
xoxo
Latest Tea
Kiss on a lips party
Impreza, nasi mieszkańcy i szampan. Kto tym razem przekroczy granicę? Już wkrótce!
Czy naprawdę myśleliście, że zniknęłam bez słowa? Och, błagam. Gdy kilka znajomych twarzy nagle wyparowało z nowojorskiej sceny towarzyskiej, ktoś musiał sprawdzić, dokąd prowadzi ich ślad. A wiecie przecież, że moja ciekawość bywa większa niż kolekcja torebek pewnej dziedziczki z Upper East Side... Pamiętacie ją? Nawet jeśli, dzisiaj ledwo przypomina siebie.
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shooting stars?
CLAIRE ALEXANDRA BELLFORT
claire alexandra bellfort
po prostu Belle —— urodzona 15 maja 2006 roku w Nowym Jorku —— kelnerka w kameralnej knajpce na Manhattanie —— była studentka pielęgniarstwa w LaGuardia Community College —— wydalona z uczelni po tym, jak oskarżono ją, a potem prawomocnie skazano za kradzież, której nie popełniła —— córka uzależnionego od hazardu bezrobotnego oraz sprzątaczki —— dzieli z rodzicami niewielkie mieszkanie socjalne w robotniczej dzielnicy East Harlem —— regularnie czyta lub szkicuje w Central Parku —— dokarmia bezdomne zwierzęta w okolicy, a wieczorami wypatruje samolotów —— niespełnione marzenie o zostaniu stewardessą —— zakochana w wysokościach, tańcu i muzyce na żywo —— zmieniła swój balkon z widokiem na Central Park w niewielki ogród —— częsta bywalczyni budżetowych punktów widokowych —— przesiaduje na dachach wysokich budynków, jeden z nich traktuje jako swoją samotnię —— dziewczyna do wynajęcia —— instagram —— wild horses, i wanna be like you —— dance me to the end of love... —— playlista
I could really use a wish right now
Gdyby ktoś zapytał Claire, jaki jest uniwersalny przepis na szczęście, odpowiedziałaby że go nie zna, a nawet poddała w wątpliwość jego istnienie. Spełnienie w życiu łatwo utożsamić z pieniędzmi, sukcesem tudzież sławą, które czekają na człowieka gdzieś na końcu wyboistej drogi okupionej poświęceniem. Przez jakiś czas sama ulegała przekonaniu, że to pojęcia synonimiczne, ale potem zajrzała do tego świata przez uchylone drzwi i szybko zdała sobie sprawę, że klamki w nim nie są w nim wcale ze złota, a co najwyżej pozłacane. Widziała tam przede wszystkim samotność oraz smutek zagrzebane pod grubą warstwą starannie zafałszowanych pozorów. Nabrała wtedy świadomości, że to poświęcenie przybiera rozmaite formy i nierzadko kosztuje więcej, niż daje w zamian... Zwłaszcza kiedy na szali kładzie się moralność, godność, istotę człowieczeństwa.
Uznała, że nie chce otoczyć się rzeczywistością, w której prym wiedzie zakłamanie, zawiść i niekończący się wyścig za doskonałością z góry skazany na porażkę. Zna jednak codzienność, w której brakuje pieniędzy, więc jest zdania, że łatwo gardzi się tylko czymś, co trzyma się już w garści. Wie czym jest głód, frustracja, a także niepokój o jutro; jak bolą zamknięte furtki oraz wszystko to, co jest poza Twoim zasięgiem wyłącznie dlatego, że na koncie brakuje Ci kilku zer. Poczuła, jak to jest zostać zaszufladkowanym z powodu zasobności portfela lub też raczej jej braku — przekonała się również, jak szybko taka zasobność w ręku kogoś innego może przekreślić Twoją przyszłość. Przede wszystkim zrozumiała, z jaką łatwością manipuluje się faktami i dyktuje sprawiedliwość, mając na wyciągnięcie ręki odpowiednie zasoby.
Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają, ale Claire nauczyła się, że mogą mu pomóc. Pomaga też sama, wychodząc z założenia, że szczęście to nie żadna lista osiągnięć ani status materialny. Szczęście to wybór, dlatego każdego dnia wybiera ciekawość, upór i uśmiech, potrafiąc doszukać się pozytywu w każdej sytuacji. Czerpie radość z najmniejszych rzeczy, snuje marzenia i po prostu żyje w zgodzie ze sobą, bo tego nie odbierze jej nikt.
So wake me up when it's all over When I'm wiser and I'm older
[Cieszę się, że udało Ci się opublikować, można w takim razie już tak oficjalnie powitać Claire w naszym (średnio)zacnym gronie :D Razem z moją gromadką, będę trzymać za nią kciuki, by to założenie o wymykaniu się zakłamaniu i zawiści rzeczywiście było możliwe do zrealizowania. <3 ]
Jackson Howard stał przed wysokim lustrem w sypialni apartamentu zajmującego całe piętro jednego z budynków na Upper East Side. Za panoramicznymi oknami Nowy Jork powoli pogrążał się w wieczorze. Ostatnie promienie słońca odbijały się od szklanych fasad wieżowców, rozlewając po mieście złote refleksy, które z tej wysokości przypominały migoczące żyły rozciągające się aż po horyzont. Przez lata ten widok działał na niego jak forma obietnicy. Przypominał, że nie istnieje nic, czego nie dałoby się zdobyć. Dziś nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Jego wzrok pozostawał utkwiony we własnym odbiciu. Przyglądał się mężczyźnie, którego media od trzech tygodni z uporem przedstawiały jako nowego właściciela Pearl Yachts, syna marnotrawnego, który wrócił po swoją spuściznę. Zastanawiał się, na czym dłużej będą żerować. Na śmierci jego ojca, czy na tym, że on sam nie podzielił jego losu rok temu. Powoli wygładził mankiet czarnej koszuli. Matowy jedwab miękko układał się na skórze, pozbawiony ostentacyjnego połyski, który jeszcze kilkanaście miesięcy temu uznałby za obowiązkowy. Dziś zależało mu wyłącznie na tym, by wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno. Bez przesady. Bez zbędnego przepychu. Bez powodów, by zapamiętano go jako cokolwiek poza nazwiskiem. Kolejne guziki ustępowały pod pewnymi ruchami jego palców. Spokojnym i precyzyjnym. Takim, którego nie potrafił zachwiać nawet telefon otrzymany trzy tygodnie wcześniej o czwartej nad ranem. Pamiętał każdy szczegół tamtej chwili. Ciszę panującą w pokoju. Zimny parkiet pod bosymi stopami. Przygaszony ekran telefonu. I głos po drugiej stronie. Krótki. Rzeczowy. Pozbawiony współczucia, czy żalu. — Pan Robert Howard zmarł dziś w nocy. Nie pytał później o szczegóły. Nie czuł takiej potrzeby. Jego ojciec przez całe życie funkcjonował jak doskonale zaprojektowana maszyna. Wszystko robił szybko, konkretnie i bez miejsca na sentymenty. Nawet śmierć przyszła do niego w sposób, który wydawał się boleśnie zgodny z jego charakterem. Zawał. Jedna noc. I koniec. Jackson odsunął od siebie tę myśl i sięgnął po marynarkę. Ciężka czarna wełna gładko osunęła się na jego ramiona. Krawiec poprawiał ją jeszcze dwa dni wcześniej, dbając o każdy milimetr materiału. Tego wieczoru wszystkie spojrzenia będą skierowane właśnie na niego. Musiał wyglądać nienagannie. Nie zakładał krawata. Nie chciał wyglądać na człowieka kompletnie pogrążonego przez żałobę. Ale nie zamierzał też sprawiać wrażenia kogoś, kto zjawił się tylko w celu świętowania awansu. Oficjalnego pogrzebu nie było. Była tylko krótka ceremonia dla rodziny i dzisiejsza uroczystość. Ojciec nigdy nie przepadał za ceremoniami, które nie prowadziły do żadnego konkretnego celu. Memoriał organizowany przez Pearl Yachts był znacznie bliższy temu, co sam prawdopodobnie by wybrał. Wieczór ku pamięci założyciela. Tak głosiły oficjalne zaproszenia. Nieoficjalnie wszyscy doskonale wiedzieli, że nie do końca po to naprawdę tam przyjdą. Nie po to, by wspominać Roberta Howarda, połowa z nich nigdy go nie poznała. Przyjdą zobaczyć następcę. Ocenić go. Wkupić w łaski. Sprawdzić, czy chłopak znany dotąd z pierwszych stron plotkarskich rzeczywiście jest gotów przejąć stery jednego z największych przedsiębiorstw w branży. I dziś pierwszy raz mieli na niego spojrzeć nie jak na “syna Howarda”, a Howarda. Podszedł do konsoli stojącej przy oknie i sięgnął po zegarek. Czarna koperta. Bransoleta z tytanu. Model bez sekundnika.
Ojciec kiedyś powiedział mu, że człowiek naprawdę bogaty nie potrzebuje patrzeć, jak uciekają kolejne sekundy. Wystarczy, że potrafi zdecydować, co z nimi zrobić. Jackson uśmiechnął się pod nosem. Ledwie zauważalnie. Ojciec miał tendencję do zmiany zwykłego przedmiotu w lekcję. Nie byli sobie bliscy. To zdanie powtarzał sobie niemal z mechaniczną obojętnością. Dopiero teraz odkrywał, że obojętność i przyzwyczajenie wcale nie są tym samym. Robert zabierał go do stoczni, odkąd był dzieckiem. Pokazywał kadłuby. Rysunki techniczne. Modele przyszłych jednostek. Potrafił godzinami opowiadać o proporcjach, wyporności, liniach kadłuba i precyzji wykonania, a jego głos nabierał wtedy życia, którego Jackson nigdy nie słyszał podczas rodzinnych kolacji. — Pamiętaj — powiedział kiedyś, kładąc dłoń na aluminiowej burcie jednego z prototypów. — Pieniądze są tylko liczbami. Prawdziwa władza zaczyna się wtedy, kiedy ludzie przestają pytać czy, a zaczynają pytać kiedy. Mały Jackson chłonął każde słowo. Wydawało mu się wtedy, żę jeśli będzie wystarczająco dobry, pewnego dnia ojciec spojrzy na niego z takim samym uznaniem, z jakim patrzył na kolejne wodowane jednostki. Nigdy do tego nie doszło. A teraz już nigdy nie miało. Przez krótką chwilę stał jeszcze nieruchomo, pozwalając, by cisza wypełniła apartament. Była niemal namacalna. Nie zakłócała jej muzyka dobiegająca z ukrytych głośników, szum telewizora ani dźwięk kolejnego powiadomienia na telefonie. Tylko cicha praca klimatyzacji i odległy, stłumiony puls miasta, który z tej wysokości bardziej przypominał echo niż prawdziwy hałas. Jeszcze rok temu nie wyobrażał sobie wieczoru bez muzyki. Czegoś, co zagłuszyłoby myśli. Teraz coraz częściej łapał się na tym, że woli ciszę. Była uczciwsza. Na niskim stoliku w salonie leżała otwarta teczka. Akty własności, pełnomocnictwa, dokumenty sukcesyjne, raporty finansowe… Nazwiska ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli złożyć kondolencji, a już chcieli umówić z nim spotkanie. Śmierć jego ojca trwała dla większości dokładnie tyle, ile wypadało. Interesy, znacznie dłużej. Jackson zamknął teczkę jednym, zdecydowanym ruchem. Na dziś miał już dość formalności. Drzwi windy rozsunęły się niemal bezszelestnie. Prywatny szyb zjeżdżał kilkadziesiąt pięter w dół z płynnością, której niemal nie dało się wyczuć. Jack oparł się lekko o chłodną ścianę kabiny i przez chwilę obserwował zmieniające się cyfry na dyskretnie podświetlanym panelu. Zabawne, jeszcze nie tak dawno o tej porze dopiero zaczynałby wieczór… a może kończył poprzedni? Niekiedy dni i noce zlewały się w ciąg twarzy, hałasu, brzęku szkła i szumu alkoholu. Telefon nie przestawał by dzwonić. Znajomi czekaliby w jednym z topowych klubów. Tamto życie w tej chwili zdawało mu się należeć do kogoś zupełnie obcego. Nie czuł za nim tęsknoty, co również było dziwne. W podziemnym garażu czekał już kierowca. Skinął głową, kiedy Jackson zbliżył się do samochodu, i otworzył tylne drzwi czarnego Maybacha. Wnętrze pachniało świeżą skórą i delikatną nutą bergamotki. Jackson usiadł, poprawił mankiety marynarki i pozwolił, by drzwi odcięły go od świata krótkim, głuchym trzaskiem. — Na miejsce? — odezwał się kierowca, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby uzyskania odpowiedzi. — Tak. — odparł tylko tyle.
Samochód ruszył z miejsca, niemal niezauważalnie wtapiając się w wieczorny ruch Manhattanu. Za przyciemnianą szybą miasto żyło swoim rytmem. Ludzie spieszyli na kolację. Turyści zatrzymywali się, by zrobić zdjęcie. Na chodnikach ustawiali się uliczni muzycy… Nowy Jork nie zatrzymywał się dla niczyjej żałoby. Miasto nie współczuło. Nie pocieszało. NIe udawało, że rozumie. Po prostu szło dalej. Dokładnie tak, jak od zawsze uczono jego. Auto skręciło w stronę Meatpacking District. Szklany pawilon wynajęty na memoriał wyrastał ponad dachami okolicznych budynków niczym kolejna wizytówka sukcesu. Elegancki. Nowoczesny. Bezbłędny. Jackson dostrzegł pierwsze błyski fleszy jeszcze zanim samochód całkowicie się zatrzymał. Wziął głębszy oddech. Zdawał sobie sprawę, że połowa będzie go porównywała z ojcem i czego by nie zrobił, dla wielu nigdy nie dorośnie mu do pięt. Maybach zatrzymał się płynnie przed wejściem do przeszklonego pawilonu. Pozwolił sobie na jeszcze jeden spokojny oddech. Potem drzwi otworzyły się z cichym szelestem. Wieczorne powietrze było ciężkie od wilgoci unoszącej się znad Hudsonu. Przed wejściem panował uporządkowany ruch. Czarne limuzyny zatrzymywały się jedna po drugiej, dyskretnie wysadzając kolejnych gości. Ochrona sprawnie sprawdzałą nazwiska, kelnerzy odbierali okrycia, a kilku fotografów czekało za wyznaczoną linią, wyraźnie poinstruowanych, by nie przekraczać granic. Pearl Yachts zawsze dbało o swój nieskazitelny wizerunek, chaos rezerwując konkurencji. Jackson ruszył przed siebie pewnym, zdecydowanym krokiem. Nie rozglądał się w poszukiwaniu znajomych twarzy. Wiedział, że najistotniejsze osoby na pewno tutaj są, reszta go nie interesowała. Niektóre rozmowy cichły. NIektórzy witali się z nim krótko. Pojedyncze spojrzenia zaczęły odrywać się od kieliszków i prowadzonych rozmów, by po chwili skupić się wyłącznie na nim. Jedni robili to dyskretniej od innych. Próbowali dostrzec prezesa, a on sam jeszcze nie wiedział, czy nim jest. Do wnętrza prowadził korytarz wyłożony ciemnym kamieniem, którego powierzchnia odbijała światło subtelniej niż wypolerowany marmur. Z głównej sali docierał do niego szmer rozmów i dźwięk kwartetu smyczkowego grającego gdzieś w tle. Gdy przekroczył próg dali, poczuł jak przestrzeń na ułamek sekundy zamarła. To trwało może dwie sekundy. Przesunął wzrokiem po wnętrzu. Nie zatrzymał się, jego uwagę przyciągnęło coś zupełnie innego. Model pierwszego superjachtu zaprojektowanego przez jego ojca. Ustawiono go na środku sali niczym eksponat muzealny. Tuż obok stała czarno-biała fotografia mężczyzny. Na zdjęciu Robert uśmiechał się szeroko, jedną dłoń opierając o reling świeżo zwodowanej łodzi. Jackson zmarszczył nieco brwi. NIe pamiętał, żeby kiedykolwiek widział go uśmiechającego się w ten sposób w domu. — Jackson. — Głos wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił się. W jego stronę zmierzał Victor Callahan, najstarszy członek zarządu. Siwe włosy miał starannie zaczesane do tyłu, a garnitur wyglądał nienagannie. Victor pracował z Robertem niemal od samego początku. Prawdopodobnie znał go lepiej niż własny syn. — Dobrze cię widzieć. — Jackson uścisnął wyciągniętą dłoń. Pewnie i bez przesadnej siły. — Dziękuję, że przyszedłeś. Starszy mężczyzna skinął głową. — Nie wyobrażam sobie, żeby mogło mnie zabraknąć. Między nimi zapadła krótka cisza. NIe niezręczna, taka w której obaj byli świadomi, że żadne słowa nie będę wystarczające. — Twój ojciec był… — Victor zawahał się po raz pierwszy odkąd Jakcson go znał. — Był trudnym człowiekiem Jackson niemal się uśmiechnął. — To chyba najbardziej dyplomatyczne określenie, jakie dzisiaj usłyszę. W kąciku ust mężczyzny pojawił się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu. — Pomyślałem, że prz tej okazji warto spróbować. — Doceniam. Victor położył mu dłoń na ramieniu. Krótko. Po ojcowsku nim odszedł dalej, do kolejnych gości.
So let's dance until the end...
OdpowiedzUsuńJ.
[KURWA NARESZCIE]
OdpowiedzUsuńSeojun, Minsoo, Eunwoo i Yejin
🩷🩷🩷🩷
OdpowiedzUsuń[Cieszę się, że udało Ci się opublikować, można w takim razie już tak oficjalnie powitać Claire w naszym (średnio)zacnym gronie :D Razem z moją gromadką, będę trzymać za nią kciuki, by to założenie o wymykaniu się zakłamaniu i zawiści rzeczywiście było możliwe do zrealizowania. <3 ]
OdpowiedzUsuńYoonjae, Yosoo, Sunoo
Jackson Howard stał przed wysokim lustrem w sypialni apartamentu zajmującego całe piętro jednego z budynków na Upper East Side. Za panoramicznymi oknami Nowy Jork powoli pogrążał się w wieczorze. Ostatnie promienie słońca odbijały się od szklanych fasad wieżowców, rozlewając po mieście złote refleksy, które z tej wysokości przypominały migoczące żyły rozciągające się aż po horyzont.
OdpowiedzUsuńPrzez lata ten widok działał na niego jak forma obietnicy. Przypominał, że nie istnieje nic, czego nie dałoby się zdobyć. Dziś nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Jego wzrok pozostawał utkwiony we własnym odbiciu.
Przyglądał się mężczyźnie, którego media od trzech tygodni z uporem przedstawiały jako nowego właściciela Pearl Yachts, syna marnotrawnego, który wrócił po swoją spuściznę. Zastanawiał się, na czym dłużej będą żerować. Na śmierci jego ojca, czy na tym, że on sam nie podzielił jego losu rok temu.
Powoli wygładził mankiet czarnej koszuli. Matowy jedwab miękko układał się na skórze, pozbawiony ostentacyjnego połyski, który jeszcze kilkanaście miesięcy temu uznałby za obowiązkowy. Dziś zależało mu wyłącznie na tym, by wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno. Bez przesady. Bez zbędnego przepychu. Bez powodów, by zapamiętano go jako cokolwiek poza nazwiskiem.
Kolejne guziki ustępowały pod pewnymi ruchami jego palców. Spokojnym i precyzyjnym. Takim, którego nie potrafił zachwiać nawet telefon otrzymany trzy tygodnie wcześniej o czwartej nad ranem. Pamiętał każdy szczegół tamtej chwili. Ciszę panującą w pokoju. Zimny parkiet pod bosymi stopami. Przygaszony ekran telefonu. I głos po drugiej stronie. Krótki. Rzeczowy. Pozbawiony współczucia, czy żalu.
— Pan Robert Howard zmarł dziś w nocy.
Nie pytał później o szczegóły. Nie czuł takiej potrzeby.
Jego ojciec przez całe życie funkcjonował jak doskonale zaprojektowana maszyna. Wszystko robił szybko, konkretnie i bez miejsca na sentymenty. Nawet śmierć przyszła do niego w sposób, który wydawał się boleśnie zgodny z jego charakterem.
Zawał. Jedna noc. I koniec.
Jackson odsunął od siebie tę myśl i sięgnął po marynarkę. Ciężka czarna wełna gładko osunęła się na jego ramiona. Krawiec poprawiał ją jeszcze dwa dni wcześniej, dbając o każdy milimetr materiału. Tego wieczoru wszystkie spojrzenia będą skierowane właśnie na niego. Musiał wyglądać nienagannie.
Nie zakładał krawata. Nie chciał wyglądać na człowieka kompletnie pogrążonego przez żałobę. Ale nie zamierzał też sprawiać wrażenia kogoś, kto zjawił się tylko w celu świętowania awansu.
Oficjalnego pogrzebu nie było. Była tylko krótka ceremonia dla rodziny i dzisiejsza uroczystość. Ojciec nigdy nie przepadał za ceremoniami, które nie prowadziły do żadnego konkretnego celu. Memoriał organizowany przez Pearl Yachts był znacznie bliższy temu, co sam prawdopodobnie by wybrał.
Wieczór ku pamięci założyciela. Tak głosiły oficjalne zaproszenia. Nieoficjalnie wszyscy doskonale wiedzieli, że nie do końca po to naprawdę tam przyjdą. Nie po to, by wspominać Roberta Howarda, połowa z nich nigdy go nie poznała. Przyjdą zobaczyć następcę. Ocenić go. Wkupić w łaski. Sprawdzić, czy chłopak znany dotąd z pierwszych stron plotkarskich rzeczywiście jest gotów przejąć stery jednego z największych przedsiębiorstw w branży. I dziś pierwszy raz mieli na niego spojrzeć nie jak na “syna Howarda”, a Howarda.
Podszedł do konsoli stojącej przy oknie i sięgnął po zegarek. Czarna koperta. Bransoleta z tytanu. Model bez sekundnika.
Ojciec kiedyś powiedział mu, że człowiek naprawdę bogaty nie potrzebuje patrzeć, jak uciekają kolejne sekundy. Wystarczy, że potrafi zdecydować, co z nimi zrobić.
UsuńJackson uśmiechnął się pod nosem. Ledwie zauważalnie.
Ojciec miał tendencję do zmiany zwykłego przedmiotu w lekcję.
Nie byli sobie bliscy.
To zdanie powtarzał sobie niemal z mechaniczną obojętnością. Dopiero teraz odkrywał, że obojętność i przyzwyczajenie wcale nie są tym samym.
Robert zabierał go do stoczni, odkąd był dzieckiem. Pokazywał kadłuby. Rysunki techniczne. Modele przyszłych jednostek. Potrafił godzinami opowiadać o proporcjach, wyporności, liniach kadłuba i precyzji wykonania, a jego głos nabierał wtedy życia, którego Jackson nigdy nie słyszał podczas rodzinnych kolacji.
— Pamiętaj — powiedział kiedyś, kładąc dłoń na aluminiowej burcie jednego z prototypów. — Pieniądze są tylko liczbami. Prawdziwa władza zaczyna się wtedy, kiedy ludzie przestają pytać czy, a zaczynają pytać kiedy.
Mały Jackson chłonął każde słowo. Wydawało mu się wtedy, żę jeśli będzie wystarczająco dobry, pewnego dnia ojciec spojrzy na niego z takim samym uznaniem, z jakim patrzył na kolejne wodowane jednostki.
Nigdy do tego nie doszło.
A teraz już nigdy nie miało.
Przez krótką chwilę stał jeszcze nieruchomo, pozwalając, by cisza wypełniła apartament. Była niemal namacalna. Nie zakłócała jej muzyka dobiegająca z ukrytych głośników, szum telewizora ani dźwięk kolejnego powiadomienia na telefonie. Tylko cicha praca klimatyzacji i odległy, stłumiony puls miasta, który z tej wysokości bardziej przypominał echo niż prawdziwy hałas.
Jeszcze rok temu nie wyobrażał sobie wieczoru bez muzyki. Czegoś, co zagłuszyłoby myśli. Teraz coraz częściej łapał się na tym, że woli ciszę. Była uczciwsza.
Na niskim stoliku w salonie leżała otwarta teczka. Akty własności, pełnomocnictwa, dokumenty sukcesyjne, raporty finansowe… Nazwiska ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli złożyć kondolencji, a już chcieli umówić z nim spotkanie.
Śmierć jego ojca trwała dla większości dokładnie tyle, ile wypadało. Interesy, znacznie dłużej.
Jackson zamknął teczkę jednym, zdecydowanym ruchem. Na dziś miał już dość formalności.
Drzwi windy rozsunęły się niemal bezszelestnie. Prywatny szyb zjeżdżał kilkadziesiąt pięter w dół z płynnością, której niemal nie dało się wyczuć. Jack oparł się lekko o chłodną ścianę kabiny i przez chwilę obserwował zmieniające się cyfry na dyskretnie podświetlanym panelu.
Zabawne, jeszcze nie tak dawno o tej porze dopiero zaczynałby wieczór… a może kończył poprzedni? Niekiedy dni i noce zlewały się w ciąg twarzy, hałasu, brzęku szkła i szumu alkoholu. Telefon nie przestawał by dzwonić. Znajomi czekaliby w jednym z topowych klubów. Tamto życie w tej chwili zdawało mu się należeć do kogoś zupełnie obcego.
Nie czuł za nim tęsknoty, co również było dziwne.
W podziemnym garażu czekał już kierowca. Skinął głową, kiedy Jackson zbliżył się do samochodu, i otworzył tylne drzwi czarnego Maybacha. Wnętrze pachniało świeżą skórą i delikatną nutą bergamotki.
Jackson usiadł, poprawił mankiety marynarki i pozwolił, by drzwi odcięły go od świata krótkim, głuchym trzaskiem.
— Na miejsce? — odezwał się kierowca, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby uzyskania odpowiedzi.
— Tak. — odparł tylko tyle.
Samochód ruszył z miejsca, niemal niezauważalnie wtapiając się w wieczorny ruch Manhattanu. Za przyciemnianą szybą miasto żyło swoim rytmem. Ludzie spieszyli na kolację. Turyści zatrzymywali się, by zrobić zdjęcie. Na chodnikach ustawiali się uliczni muzycy… Nowy Jork nie zatrzymywał się dla niczyjej żałoby. Miasto nie współczuło. Nie pocieszało. NIe udawało, że rozumie. Po prostu szło dalej. Dokładnie tak, jak od zawsze uczono jego.
UsuńAuto skręciło w stronę Meatpacking District. Szklany pawilon wynajęty na memoriał wyrastał ponad dachami okolicznych budynków niczym kolejna wizytówka sukcesu. Elegancki. Nowoczesny. Bezbłędny.
Jackson dostrzegł pierwsze błyski fleszy jeszcze zanim samochód całkowicie się zatrzymał. Wziął głębszy oddech. Zdawał sobie sprawę, że połowa będzie go porównywała z ojcem i czego by nie zrobił, dla wielu nigdy nie dorośnie mu do pięt.
Maybach zatrzymał się płynnie przed wejściem do przeszklonego pawilonu. Pozwolił sobie na jeszcze jeden spokojny oddech. Potem drzwi otworzyły się z cichym szelestem.
Wieczorne powietrze było ciężkie od wilgoci unoszącej się znad Hudsonu.
Przed wejściem panował uporządkowany ruch.
Czarne limuzyny zatrzymywały się jedna po drugiej, dyskretnie wysadzając kolejnych gości. Ochrona sprawnie sprawdzałą nazwiska, kelnerzy odbierali okrycia, a kilku fotografów czekało za wyznaczoną linią, wyraźnie poinstruowanych, by nie przekraczać granic.
Pearl Yachts zawsze dbało o swój nieskazitelny wizerunek, chaos rezerwując konkurencji.
Jackson ruszył przed siebie pewnym, zdecydowanym krokiem. Nie rozglądał się w poszukiwaniu znajomych twarzy. Wiedział, że najistotniejsze osoby na pewno tutaj są, reszta go nie interesowała.
Niektóre rozmowy cichły. NIektórzy witali się z nim krótko. Pojedyncze spojrzenia zaczęły odrywać się od kieliszków i prowadzonych rozmów, by po chwili skupić się wyłącznie na nim. Jedni robili to dyskretniej od innych. Próbowali dostrzec prezesa, a on sam jeszcze nie wiedział, czy nim jest.
Do wnętrza prowadził korytarz wyłożony ciemnym kamieniem, którego powierzchnia odbijała światło subtelniej niż wypolerowany marmur. Z głównej sali docierał do niego szmer rozmów i dźwięk kwartetu smyczkowego grającego gdzieś w tle. Gdy przekroczył próg dali, poczuł jak przestrzeń na ułamek sekundy zamarła. To trwało może dwie sekundy.
Przesunął wzrokiem po wnętrzu. Nie zatrzymał się, jego uwagę przyciągnęło coś zupełnie innego. Model pierwszego superjachtu zaprojektowanego przez jego ojca.
Ustawiono go na środku sali niczym eksponat muzealny. Tuż obok stała czarno-biała fotografia mężczyzny. Na zdjęciu Robert uśmiechał się szeroko, jedną dłoń opierając o reling świeżo zwodowanej łodzi. Jackson zmarszczył nieco brwi. NIe pamiętał, żeby kiedykolwiek widział go uśmiechającego się w ten sposób w domu.
— Jackson. — Głos wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił się. W jego stronę zmierzał Victor Callahan, najstarszy członek zarządu. Siwe włosy miał starannie zaczesane do tyłu, a garnitur wyglądał nienagannie. Victor pracował z Robertem niemal od samego początku. Prawdopodobnie znał go lepiej niż własny syn.
— Dobrze cię widzieć. — Jackson uścisnął wyciągniętą dłoń. Pewnie i bez przesadnej siły.
— Dziękuję, że przyszedłeś.
Starszy mężczyzna skinął głową.
— Nie wyobrażam sobie, żeby mogło mnie zabraknąć.
Między nimi zapadła krótka cisza. NIe niezręczna, taka w której obaj byli świadomi, że żadne słowa nie będę wystarczające.
— Twój ojciec był… — Victor zawahał się po raz pierwszy odkąd Jakcson go znał. — Był trudnym człowiekiem
Jackson niemal się uśmiechnął.
— To chyba najbardziej dyplomatyczne określenie, jakie dzisiaj usłyszę.
W kąciku ust mężczyzny pojawił się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu.
— Pomyślałem, że prz tej okazji warto spróbować.
— Doceniam.
Victor położył mu dłoń na ramieniu. Krótko. Po ojcowsku nim odszedł dalej, do kolejnych gości.
J.H.