Hello followers

Hello, followers!

Gossip Girl here.

Your one and only source for the truth behind the scandalous lives of New York's elite. Been a minute. Did you miss me? I know I've missed you.

And who am I? That's one secret I'll never tell.

xoxo, Gossip Girl
New York Seoul

Most followed, spotted, latest tea

Now Spotted

@ari.min

Naczelna imprezowiczka powróciła na Upper East Side... odmieniona? Czy to jakaś nowa moda? A, ile Ci zajmie powrót do starych nawyków? I chłopców?

@tay_blanchard

Alert: konfrontacja roku! Co ma zrobić dziewczyna, której dawna miłość wróciła zza grobu? A druga jest na wyciągnięcie ręki? It's okay to love them both, O. I do.

@dani.song004

D. była widziana przy barze w Itaewon. Sama? Ani trochę.

@welostsunoo

Ktoś zostawił czarną kopertę pod drzwiami czyjegoś domu... W środku? Tylko jedno zdjęcie.

xoxo

Latest Tea

Latest tea

Kiss on a lips party

Impreza, nasi mieszkańcy i szampan. Kto tym razem przekroczy granicę? Już wkrótce!

Zobacz wydarzenie →

New posts, lastest GG post

Latest GG Post

Gossip Girl latest post

Nowe powiadomienie

Czy naprawdę myśleliście, że zniknęłam bez słowa? Och, błagam. Gdy kilka znajomych twarzy nagle wyparowało z nowojorskiej sceny towarzyskiej, ktoś musiał sprawdzić, dokąd prowadzi ich ślad. A wiecie przecież, że moja ciekawość bywa większa niż kolekcja torebek pewnej dziedziczki z Upper East Side... Pamiętacie ją? Nawet jeśli, dzisiaj ledwo przypomina siebie.

Czytaj najnowszy wpis →

Champagne problems in a porcelain world.

Zdjęcie 1 Zdjęcie 1 Hover
Zdjęcie 2 Zdjęcie 2 Hover
Park Soyoung
23 LATA | STUDENTKA KIERUNKU BIZNESOWEGO NA UNIWERSYTECIE EHWA | CÓRKA PREZESA P:SKN - JEDNEJ Z WIODĄCYCH MAREK PIELĘGNACYJNYCH W KOREI ORAZ SIECI LUKSUSOWYCH GABINETÓW KOSMETYCZNYCH | SEUL - GANGNAM | WYCHOWANA BY ODZIEDZICZYĆ RODZINNE IMPERIUM | LAWIRUJE MIĘDZY KORPORACYJNYMI OCZEKIWANIAMI, A CASTINGAMI | INSTAGRAM

Nikt nigdy nie widział jej dwa razy w tej samej sukience. Perfumy - zawsze te same, słodkie i nieprzyzwoicie drogie. Skóra gładka. Plecy proste, nienaganna postawa. Uśmiech - delikatny, wręcz rozbrajająco naiwny, ale wystarczy spojrzeć w jej oczy, żeby zrozumieć, że nic w niej nie jest przypadkowe.

Otula się Bottegą jak inni otulają się kocem - miękko, z lekceważeniem, które zdradza jedno - luksus jej nie przytłacza, on ją definiuje. Mówi w jej imieniu, zanim jeszcze zdąży się odezwać.

Urodziła się z nazwiskiem, które otwiera drzwi szybciej niż klucze do apartamentu w Lotte World Tower. Córka prezesa imperium, które sprzedaje sen o pięknie w szklanych słoiczkach. Ludzie mówią, że urodę ma we krwi - ale ona wie, że to coś więcej niż dobre geny. To pewność siebie wyćwiczona pod okiem ojca, kokieteria rodem z pokazów mody wyuczona przed obiektywem i perfekcja w każdym calu, którą zmywa dopiero późnym wieczorem, stając przed lustrem. Soyoung uwielbia być rozpieszczana. Lubi pieniądze, luksus i fakt, że nie musi przepraszać za to, kim jest.

"— You’re staring — she said, without lifting her gaze from her phone.
He raised a brow.
— Maybe.
Then she looked at him — really looked at him — for the first time.
— If you’re gonna fall in love — she said, voice smooth like velvet — do it quietly. I’m allergic to mess.
She smiled, just a little.
Somewhere between amused and bored.
And maybe, just maybe, a little dangerous."

29 komentarzy:

  1. [Cześć!
    Ależ ona jest bezpardonowa w tej pewności siebie i świadomości swojej pozycji! Można powiedzieć, że w sposób elegancki, wyrachowany, ale i z klasą. Lubię takie postaci w klimacie Plotkary, a biorąc pod uwagę fakt, że na mojej ikonce jest sama Queen Bee, to raczej nie jest to dużym zaskoczeniem. :D
    Baw się dobrze, a w międzyczasie zapraszamy do nas, jeśli będą ku temu chęci. :)]

    Leo Maxwell (jeszcze z roboczych :D)

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Ooooo, ale z niej konkretna kobieta jest! Podoba mi się! To jest to, robić swoje i się tego trzymać! Troszkę zazdroszczę pani luksusu, też bym się takim chciała otaczać XD
    Dziękuję za przywitanie, my na wątek bardzo chętnie, może uda nam się coś poplanować na mailu? ]

    Caleb Kang

    OdpowiedzUsuń
  3. Let’s get this party started, shall we?

    — To jest ta baba. Ta baba tu jest, rozumiesz? Nie mogę na nią patrzeć.
    — Mamo… Możesz? — jęknął Seojun. — Mówisz bardzo głośno.
    — I co z tego, że mówię głośno? — żachnęła się pani Kim.
    Jego matka rzadko traciła kontrolę. Po prawdzie, według Seojuna była istną oazą spokoju. Co nie znaczy, że nigdy nie ogarniał jej gniew — to po niej właśnie chłopak odziedziczył okazywanie furii w sposób zimny i wyjątkowo bolesny, i dlatego nie zdarzało się często, aby pani Kim kipiała ze złości. Być może istniały przypadki, w których te zwyczaje nie miały znaczenia i jeżeli tak właśnie było, stanięcie oko w oko z wieloletnią kochanką swojego męża musiało być jednym z nich.
    — Chcę, aby stąd zniknęła. Seojun, skarbie, spraw, aby ona stąd zniknęła.
    Brunet porwał dwa kieliszki szampana z tacy kelnera przechodzącego obok i jeden z nich podał matce.
    — W dziesięć minut jej tu nie będzie.
    — W pięć.
    Uśmiechnął się tylko i skinął głową.

    Nawet mu nie było przykro, gdy oglądał, jak bardzo zasmucona, a chyba jeszcze bardziej zdziwiona kobieta była odprowadzana przez ochroniarzy do taksówki. Ale nie był też wcale rozbawiony. Zawsze uważał swojego ojca — mimo wszystko — za gustownego człowieka, a trzydziestoparolatka właśnie wsiadająca auta miała wszystko… Poza gustem. I, jak się okazało, przyjemnością spędzenia wieczoru na Aurora Society Annual Gala.
    Aurora Society była ekskluzywnym stowarzyszeniem mecenasów sztuki i kolekcjonerów, które wspierało młodych artystów z Korei i zagranicy — a przynajmniej tyle Seojun się dowiedział, gdy po zjedzeniu kolacji degustacyjnej sięgnął po tłoczoną ulotkę znajdującą się przy ich stoliku. Nie miało to dla niego zbyt wielkiego znaczenia. Odkąd przyleciał do Korei na początku lata, matka ciągnęła go na tyle wydarzeń z socjety, że wszystkie zlewały się w jedną całość. I wszystkie w zasadzie wyglądały dokładnie tak samo — żarcie z każdego kraju, tylko nie z Korei, jakieś występy bardzo popularnych wśród bogatych ludzi wyjców do kotleta, gadanie z nieznajomymi o zupełnych pierdach i czajenie się z kieliszkiem po kątach. Nuda. Znosił to jednak wszystko dzielnie dla matki, za którą… tak w zasadzie się trochę stęsknił. Dużo bywała w Korei, odkąd zaczął studia, więc w ciągu ostatniego roku widywali się rzadko. Za równy tydzień miała lecieć z ojcem z powrotem do Nowego Jorku — ”o ile go nie zajebie w samolocie” — więc Seojun miał w planach odpocząć od nudnych bankietów fundacji, organizacji i innych sracji.
    — M-m… ale nuda — mruknął pod nosem, wchodząc do sali bankietowej.
    Widział, jak pani Kim dyskutuje żywo z jedną ze swoich bliskich przyjaciółek i nie zamierzał się wtrącać. Wiedział, że bardzo szybko konwersacja starszych pań skupi się na nim i wolał tego uniknąć. Wodził wzrokiem po gościach, aż w końcu ten zatrzymał się na twarzy dziewczyny mniej więcej w jego wieku. Przyglądała mu się, a kiedy na nią spojrzał, uśmiechnęła się. Bez wahania wyciągnął w górę kieliszek w znak toastu, a na jego usta również wpłynął uśmiech.
    Może ten wieczór nie będzie aż tak zły?

    Seojun

    OdpowiedzUsuń
  4. — Po czym wnosisz? — zapytał z rozbawieniem.
    Lubił pewność siebie. Tę lekką granicę pomiędzy nią a zuchwalstwem. Stanowiła wyzwanie, a Kim Seojun w wyzwaniach bardzo się lubował, bo te nie przydarzały mu się często — i nie chodziło wcale o głupie zabawy w zaciąganie pięknych dziewczyn do łóżka. Wśród tych pięknie ubranych, bajecznie bogatych ludzi, choć nierzadko dobrych w swoim fachu, znaczną większość stanowiły osoby nie tyle ograniczone, co takie o… dość powolnej inteligencji. Krótko mówiąc, mało kto byłby w stanie go porwać siłą swego charakteru. Lub jakimkolwiek charakterem. Najbardziej w spędach tego rodzaju brakowało mu właśnie błyskotliwości, ciętego języka i celnego humoru.
    Innymi słowy, towarzystwo było równie mdłe, co koreczki, z którymi kelnerzy biegali po sali.
    Nietrudno było znaleźć sobie towarzystwo, gdy wyglądałeś jak model z okładki, a chyba jeszcze trudniej, kiedy właśnie takim modelem byłeś. I dla Seojuna to nawet nie stanowiło problemu tego wieczoru, tylko codzienności — osobistości, które go otaczały, w większości wcale go nie interesowały. Spędził całe lato w Korei, obracając się w kręgu ludzi… których miał w dupie.
    Żył w nim lekki strach. Tlił się gdzieś na granicy świadomości.
    A co, jeśli już nigdy nikt nie wzbudzi w nim podobnego uczucia zaciekawienia? Co jeżeli to wszystko już poza nim? Kiedy w zasadzie przygodne noce przestały sprawiać mu radość? Czy naprawdę istniało prawdopodobieństwo, że zostawił swoje serce w Nowym Jorku? Czy to w ogóle było możliwe? A nawet jeśli tak, jeżeli je tam zostawił, to… przy kim? Przy Sunghoonie, którego nie widział od tylu miesięcy, że trudno mu było sobie przypomnieć jego głos? Przy Ari, na której dźwięk imienia wciąż reagował gniewem? Yuri, która stała się jego domem? Czy kogokolwiek z nich tak naprawdę kochał? Czy on w ogóle potrafi kochać?
    Kiedyś potrafił być zakochany każdej nocy, każdej nocy w kimś innym. Kochał się w miłości, nie w ludziach. Upajał się nią, dokładnie w ten sam sposób, gdy sięgał do portfela po sprasowane tabletki w dziwnych kształtach lub gdy wychylał kolejny kieliszek szampana. Nie wiedział, kiedy wypuścił te stare nawyki z rąk i kto tak naprawdę — bo jakże inaczej — wyrwał mu je z rąk. Mało rzeczy działo się bez winy innego człowieka, ale absolutnie żadna z jego.
    — Chodź, przejdziemy się po sali, wyglądając na bardzo ukontentowanych tym wydarzeniem. — Wyciągnął ku niej łokieć, aby chwyciła go pod ramię, i ruszył powoli naprzód. — To jak z tą nudą? Zdradź mi szczegóły swojej psychoanalizy.

    Seojun, raczej w swojej formie:D

    OdpowiedzUsuń
  5. — Jak możesz mnie o coś takiego oskarżać? Czyżbyś naprawdę przypuszczała, że zupełnie mnie nie interesuje ostatnia fuzja Daehan z K&M Group? I że na rynku chemicznym huczy od tego, że z Hyosung jest tak źle, że rozważają sprzedaż wszystkich udziałów do jakiegoś amerykańskiego konglomeratu? I że nazwałbym te wnoszące wszystko do mojego życia rozmowy farsą? Och — cmoknął i pokręcił głową — wydaje mi się, że musiałaś mnie źle ocenić.
    Uśmiechnął się tylko delikatnie, słysząc o definicji luksusowej nudy. Im dłużej jej słuchał, tym większa budziła się w nim ochota, aby się z nią droczyć. A zgadywał, że dziewczyna w przekomarzaniu lubowała się równie mocno, co on.
    Wzrok naturalnie powiódł w stronę tego, co przykuło uwagę brunetki. Nie czekając, Seojun wyciągnął rękę, by zatrzymać kelnera. Podał dziewczynie kieliszek z tacy i sam zaraz powziął drugiego do ręki, upominając się w myślach, że na tym kieliszku powinien zakończyć, a przynajmniej zrobić sobie przerwę. Lubił imprezować, niemniej nawet w czasach, gdy robił to codziennie, nie mógł się poszczycić mocną głową — takie geny. Teraz, po tylu miesiącach imprez głównie rekreacyjnych jego tolerancja stała się praktycznie znikoma.
    — Kim Seojun — odpowiedział, zerkając na nią z lekkim uśmiechem. Zastanawiał się, czy go rozpozna. Czy skojarzy nazwisko i powiąże je z firmą rodzinną, czy może była na tyle obyta z modą, że mogła go rozpoznać z wybiegu czy okładki. A może nie rozpozna go wcale. Był ciekawy, czy dopatrzy się tego w jej twarzy. — A ja chyba całkiem wygodnie czuję się ze swoją rolą. Czasem zapomnę tekstu, ale czego nie dogram, nadrabiam słodką minką. Nie wiem, czy dobrze bym się odnajdował w roli alternatywki. I cierpię na problemy z pamięcią.
    Skłonił się nisko starszej kobiecie przechodzącej obok. Jej mąż był jednym z inwestorów jednej z odnóg ich firmy i bardzo im pomógł jakieś… pięćset lat temu, tak na oko. Czasem, gdy o tym myślał, docierało do niego, ile pierdół jego matka przez lata wtłoczyła mu do głowy i jak trudno byłoby to wszystko przekazać — albo nawet opowiedzieć i wytłumaczyć — osobie, która nie miała z tym światem nigdy styczności.
    — A ty? Wybacz, ale też niespecjalnie wyglądasz mi na buntownika. Ani na kogoś, kto narzeka na swój ciężki los bogatej dziedziczki fortuny. Powiem więcej, myślę, że w normalnych okolicznościach widziałbym cię tutaj, zajętą rozmową, na temat spadku kursu wona. Mam teorię, że ktoś cię musiał solidnie wynudzić, ale już tak okrutnie, że sięgnęłaś po ostatnią deskę ratunku: inną młodą duszę, która z końca sali uniosła w twoją stronę kieliszek.

    Seojunek

    OdpowiedzUsuń
  6. Seojun przystanął. Uśmiechnął się do siebie, spoglądając na plecy dziewczyny, gdy odeszła od niego z absolutną pewnością, że chłopak będzie za nią podążać. Ich zachowanie w najmniejszym stopniu nie było spowite naturalnością, więc miał też absolutną pewność, że od początku tego niewinnego spotkania grali w jakąś dziwną grę, której reguł nie znał — wiedział tylko tyle, że mu się podoba. Zdążył porwać z tacy przechodzącego obok kelnera pół butelki szampana, po czym ruszył za Soyoung korytarzem prowadzącym do ogrodów w tylnej części posiadłości.
    Ogrody faktycznie były piękne, wiał lekki, chłodny wiatr, a w powietrzu unosił się zapach kwiatów i letniej nocy. Tylko garstka osób wpadła na podobny im pomysł, niemniej teren był na tyle duży, że bez przeszkód mogli spacerować, nie narażając się przy tym na żadne niepożądane towarzystwo.
    — To prawda — powiedział, gdy w końcu zeszli marmurowymi schodami w dół i skręcili w oświetloną alejkę różaną. — Z tymi etykietami.
    Odłożył butelkę z kieliszkiem na murek, a potem sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, by wyciągnąć stamtąd paczkę Marlboro Gold. W pierwszej kolejności oczywiście poczęstował swoją nową towarzyszkę wieczoru, a potem wysunął swojego papierosa zębami i odpalił oba grawerowaną zapalniczką Zippo. Zaciągnął się powoli i mocno, a potem odchylił głowę i wypuścił dym, spoglądając na granatowe, bezchmurne niebo.
    Urokliwy wieczór, przeszło mu przez myśl. I nagle go olśniło.
    — Wiesz, pamiętam cię. A przynajmniej tak mi się wydaje, że to byłaś ty. — Zwrócił na nią spojrzenie z lekkim uśmiechem. Złapał za swój kieliszek i skinął w stronę alejki, dając znać, że mogą iść dalej. — Zabij mnie, nie mam pojęcia, kiedy dokładnie to było, ale przypominasz sobie może takie wydarzenie, na którym właściciele… chyba właśnie K&M Group… w każdym razie małżeństwo, zaczęło na siebie wrzeszczeć? On ją oskarżył o to, że ma kochanka, ona dała mu w twarz, ogólnie zrobiło się zamieszanie, a po jakichś dziesięciu minutach wszyscy zaczęli udawać, że nic się nie wydarzyło? To było chyba otwarcie jakiejś wystawy? Potem zebraliśmy się całą grupą dzieciaków na dachu tej galerii, okazało się, że mieli tam basen, i tam kontynuowaliśmy imprezę. Musieliśmy mieć wtedy z piętnaście czy szesnaście lat, byłem w Korei na wakacjach. Pamiętasz?

    S.

    OdpowiedzUsuń
  7. Seojun uśmiechnął się delikatnie do siebie.
    Należał do grona ludzi, w których sam się lubował — jego pewność siebie balansowała gdzieś na pograniczu świadomości własnych walorów i wartości a zwykłą arogancją. Nietrudno jednak było o takie zachowanie, gdy życie podało ci na złotej tacy cały pełen pakiet wspaniałości, a codzienność tylko udowadniała to, co wpajano ci do głowy od wczesnego dzieciństwa. Seojun był młody, przystojny, nienagannie ubrany, miał dźwięczny, niski głos, był wysoki, a w dodatku — przynajmniej kiedy trzeba było sprawiać takie wrażenie — dobrze wychowany, otrzymał dobrą edukację i posiadał więcej pieniędzy na rachunku, niż byłby w stanie wydać przez całe życie.
    Dlatego zupełnie szczerze potraktował zastanowienie dziewczyny jako zwykłe droczenie się. Po prostu nie przypuszczał, że istniała możliwość, by ta go nie zapamiętała.
    — To naprawdę byłaś ty — powiedział, wtórując jej śmiechem, gdy wspomniała o pergoli.
    Nagle wszystkie elementy zaczęły układać się w całość, a w twarzy Soyoung powoli zaczął dostrzegać piętnastolatkę, z którą spędził wieczór całe osiem lat temu. Wyglądała inaczej, to oczywiste, ale zarys pełnych ust się nie zmienił, choć mógłby przysiąc, że ciemne oczy w kształcie migdałów kiedyś miały dużo bardziej skory do psot wyraz. Był też absolutnie pewien, że się sobie nie przedstawili, a jeśli tak, to swoimi amerykańskimi imionami, którego Seojun dawno przestał używać nawet w Ameryce.
    Gdy wspomniała o przeprosinach, już zdążył przypomnieć sobie pozostałą część wieczoru, więc ponownie zaśmiał się cicho, wzruszając przy tym ramionami. Upił kolejny łyk szampana, a potem zwrócił się ponownie w jej stronę. Alkohol powoli go rozluźniał, a wspomnienia beztroskich czasów nastoletnich wprawiły go w dobry humor — miał ochotę w dziecięcym odruchu dźgnąć ją lekko łokciem w bok.
    — Dobra, może nie jestem dumny z tego zakładu, ale musisz pamiętać, że grupie szesnastolatków ma prawo odbić, gdy widzą płeć przeciwną, to po pierwsze — odparł, przybierając teatralnie rzeczowy ton, a potem ponownie zaciągnął się papierosem. — A po drugie, nie wydaje mi się poprawnym przepraszać za skradnięcie całusa ładnej dziewczynie.
    Głupie, szczenięce zachowanie at its finest, ale z całej gamy głupot, do których Seojun się w swoim życiu dopuścił, ta sytuacja nie budziła w nim ani złości, ani zażenowania, ani skruchy, ani w zasadzie żadnego negatywnego uczucia. Wręcz przeciwnie, był rozbawiony. Pamiętał nawet, kto to wszystko zaczął.
    Jihoon, jako najstarszy z towarzystwa, zebrał na szybko grupę wszystkich chłopaków, po czym oznajmił, że stawia dziesięć tysięcy wonów (równowartość około dziewięciu tysięcy dolarów w tamtych latach), że do godziny uda mu się zbajerować przynajmniej jedną z dziewczyn z ich towarzystwa. Seojun podbił stawkę i powiedział, że uda mu się pocałować tę najładniejszą. Soyoung.
    — I po trzecie, nie przypominam sobie, abyś miała coś przeciwko.

    yours, S

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie umknęła mu różnica w jej zachowaniu. Wcześniej, gdy jeszcze byli na sali, każdy ruch, każde słowo opuszczające powoli wargi dziewczyny, nawet sposób, w jaki włosy kaskadą opadały na jej twarz, gdy unosiła brodę, zdawały się być skrupulatnie wykalkulowane; zupełnie jakby dziewczyna postępowała według uprzednio przygotowanego scenariusza. Teraz, przynajmniej przez ten krótki moment, mógł zobaczyć prawdziwą Soyoung — tę, którą poznał tę osiem lat temu, zanim okrutny świat rodzin chaeboli zamknął ją w sztywne ramy, przynajmniej publicznie. I podobało mu się to, co widział. Złapał się na tym, że myśli nad tym, w jaki sposób kolejny raz zmusić ją do tego mimowolnego śmiechu, który rozświetlał jej piękną twarz dziewczęcą radością.
    Piękną? W której chwili ładna zmieniło się na piękna? A może potwierdzał po prostu to, co każdy mógłby dostrzec na jego miejscu? Chyba ktokolwiek, kto ją zobaczył, mógł stwierdzić, że jej uroda była nieprzeciętna.
    A że bardzo uważnie ją w tej chwili obserwował, zauważył również ten chochliczy wyraz, który błysnął w jej ciemnych oczach, o którym pewnie by wspomniał, gdyby tylko nie chwyciła go za mankiet i pociągnęła dalej w ciemną alejkę.
    Piwnica pełna wina, którą mógł bezczelnie obrabować z ładną dziewczyna u boku, była rzeczą, która nie mogła wprawić go w podekscytowanie — już nie. Nie, odkąd dwa lata temu jego życie obrało nieco inne tory. Kim Seojun, dawny król imprezy i autodestrukcji, złagodniał. A pomogła mu w tym przede wszystkim Yuri, która na tyle długo odciągała go od rzeczy, które go krzywdziły, że pewnego dnia po prostu się do tego przyzwyczaił — że nie trzeba dnia zaczynać od tabletki, a brunchu od mimozy. Że nie musi szukać wrażeń cielesnych z przypadkowymi osobami, aby po prostu coś poczuć. Że czasem trzeba zrzucić z serca wszystko to, czego bał się wypowiedzieć na głos, do ucha osoby postronnej, która specjalizuje się w tym, by pomagać takim beznadziejnym przypadkom, jak on.
    Ale tu nie było Yuri, jego dobrej przyjaciółki.
    Była Soyoung, której błyszczały wesoło oczy, która pachniało lekką niepewnością i odrobiną ryzyka pod płaszczykiem grzecznej dziewczynki.
    A Seojun nie mógł opanować tego przyjemnego uczucia ekscytacji, które rozlało mu się ciepłem w okolicach żołądka, wypełniając wkrótce całe ciało. Zresztą, to była tylko zwykła piwniczka z winem w ogrodach ogromnej posiadłości. Jeden kieliszek wina niczego nie znaczył. Czym on się tak naprawdę przejmował.
    — To chodź — powiedział z uśmiechem, i tym razem to on ją pociągnął za sobą, łapiąc wcześniej za dłoń, po czym ruszył kamiennymi schodkami na dół.
    Nie próbował jej zaimponować, bo nie musiał. Tak samo, jak ona nie potrzebowała imponować jemu lub stawać na głowie, aby sprawić, by się nią zainteresował. Od samego początku grali w tę grę wspólnie. Jak równy z równym.

    smitten, S

    OdpowiedzUsuń
  9. Seojun oparł się ramieniem o futrynę pomieszczenia, splatając ręce, po czym obserwował, jak dziewczyna powoli przechodzi przez winiarnię, czytając etykiety. Bardziej, niż jej historiami, raczył się widokiem jej szczupłej sylwetki otulonej ciasno ciemnym materiałem sukienki — lekkiej obłości ramienia, spod którego rzuciła mu spojrzenie, gdy odwróciła się z pierwszą anegdotą, mocno zarysowanej linii kręgosłupa, gdy wyciągała dłoń do następnej butelki, wąskiej talii, gdy idąc dalej, odwróciła się do niego plecami, i w końcu całego jej ciała, gdy finalnie zwróciła się w jego stronę, przystając przy ostatniej półce.
    — Rauschenberg, amerykański artysta, jakieś siedemdziesiąt lat temu kupił obraz innego malarza, po czym zabrał go do swojej pracowni, wziął gumkę i po prostu go wymazał. — Seojun uśmiechnął się. — Można więc nawet coś zepsuć, ale nadać mu jeszcze większą wartość.
    Romanée Conti.
    Seojun nie znał się na winach. Nie miał zielonego pojęcia, o czym dziewczyna do niego mówi i prawdę mówiąc, nigdy nie zastanawiał się, jakie wino pije; nie wiedział o nich nic, poza faktem, że z pewnością były obrzydliwie drogie. I na pewno wypiłby tę butelkę w całości. Nie tylko dlatego, że był w tym temacie kompletnym ignorantem — nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, gdyby ktoś przedstawił mu ten trunek dokładnie tym opisem. Bo Seojun nie zadowalał się samą świadomością, że ma coś w garści. Że jest w posiadaniu czegoś, co jest cenne.
    On konsumował.
    A poza tym z przechowywaniem rzeczy cennych było tak, jak z tą butelką. Zawsze ktoś nieproszony mógł przyjść i po prostu ją sobie zabrać.
    — Powiedz mi coś, Seojun.
    Kąciki jego ust mimowolnie delikatnie się uniosły. Zerknął w krótko w dół, zatrzymując spojrzenie na dłoni dziewczyny, a potem przeniósł je z powrotem na jej ciemne oczy.
    — Gdyby nikt niczego od ciebie nie oczekiwał… Co tak naprawdę lubi Kim Seojun?
    Nie mógł dłużej pozwolić jej tak ze sobą pogrywać, ciągnąć za struny, badając jego reakcję, bez odwdzięczenia się tym samym. Pochylił się więc nad nią, wystarczająco, by mówiąc, muskać delikatnie ustami płatek jej ucha.
    — Problem w tym, że ode mnie nikt niczego nie oczekuje. Więc jedyne granice, jakie przede mną stoją, to te, które stawiam sobie sam — powiedział cicho. Widział, jak drobne dreszcze pokryły skórę na jej szyi, gdy owiał ją ciepłym oddechem. — A dlaczego pytasz, Soyoung? Dlaczego interesuje Cię to, co lubię? Jest jakaś konkretna odpowiedź, która by cię zadowoliła?

    game on,
    S.

    OdpowiedzUsuń
  10. — Jasne, ale czym? — Roześmiał się.
    Instynktownie sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu pomóc otworzyć zakorkowaną butelkę, ale poza zapalniczką, portfelem i trzema wizytówkami, nie znajdowało się tam nic innego. Nie posiadał kluczy, bo w miejscach, w których mieszkał, winda wpuszczała go bezpośrednio do apartamentu, a autem woził go kierowca, ewentualnie taksówkarz w innych — specyficznych — okolicznościach.
    — Nie mogliby przygotować korkociągu na wypadek rabunku? — wymamrotał, ruszając przez pomieszczenie i rozglądając się. — Oraz kieliszków do kompletu, na przykład? Nie, żebym się żalił, ale to naprawdę średnio przemyślane. Nie mają dzieci, które im się tu wymykają z przyjaciółmi w sobotę nad ranem?
    Zastanawiał się nad tym, o co dziewczyna go zapytała. Czy te granice, które sobie stawiał, faktycznie istniały, czy może było to tylko jego własne pragnienie.
    — A czy to nie to samo? — zapytał nagle z drugiego końca winiarni, jakby nigdy nie przerwali poprzedniej rozmowy. — Skoro skutek jest taki sam?
    Granic nikt mu nigdy nie stawiał, jeśli nie liczyć bycia dyskretnym. Już od wczesnego dzieciństwa nauczył się, że o ile nie zszarga swoim zachowaniem rodzinnej reputacji, jest w stanie pozwolić sobie na dosłownie wszystko, na co ma ochotę. Czerpał z tego pełnymi garściami, począwszy od rujnowania cudzego spokoju dla własnej uciechy czy satysfakcji, na narkotykach, dziewczynach i niekończących się imprezach kończąc. Całował usta, których nie powinien, z uśmiechem na wargach sprzedawał własne ciało, krzywdził innych w wykalkulowany sposób — wszystko po to, by nakarmić potwora w środku, zawsze domagającego się więcej.
    Lubił adrenalinę i pociągało go wszystko to, co zakazane, brzydkie i brudne, po prostu.
    Nie wiedział, dlaczego. Może winę ponosiła właśnie ta restrykcja codziennych, rodzinnych obowiązków, może pewna starsza kobieta, która skrzywdziła go, gdy był jeszcze chłopcem. A może po prostu taki właśnie był.
    — Gdybym nie stawiał sobie granic, moglibyśmy dzisiaj w ogóle się nie spotkać. Mogłabyś nie poczuć do mnie sympatii. — Znalazł jej spojrzenie po drugiej stronie pomieszczenia i uśmiechnął się. W jego oczach błysnęły ogniki. — Mógłbym już dawno zedrzeć z ciebie sukienkę, by przy następnej okazji przekomarzać się z tobą, jak bardzo ci się to podobało.

    The Devil ™

    OdpowiedzUsuń
  11. Podniósł się z miejsca i przeszedł te kilka kroków dzielących go od Soyoung, a potem przysiadł obok niej na drewnianej komodzie, wpatrując się w jakiś bliżej nieokreślony punkt przed sobą. Przez chwilę ponownie siedzieli w milczeniu. Seojun skanował wzrokiem pomieszczenie. Przeszło mu przez myśl, że skoro dziewczynie z taką łatwością udało się znaleźć korkociąg, z pewnością udałoby im się również znaleźć kieliszki, lecz tak szybko, jak ta myśl przyszła, pozwolił jej zniknąć; po prostu wychylił butelkę, pozwalając cierpkiemu płynowi rozlać się po języku. Cierpkie, kwaśne i owocowe. Smakowało mu.
    — Myślę, że już mnie polubiłaś — odezwał się, podając jej butelkę. — A przynajmniej własną ideę mnie w swoich oczach. I tak, nie chciałbym, abyś przestała.
    Zerknął na nią.
    Mimowolnie przypomniała mu stare czasy. Minęły dwa lata, a czuł, jakby to wszystko wydarzyło się w poprzednim życiu — jakby zamienił się miejscami z kimś innym, i tamtej osoby już nie poznawał. Niekoniecznie był pewien, czy lubił tę nową wersję siebie, ale nie był głupi i wiedział, że podąża w dobrym kierunku, głównie dlatego, że ponosił za to sporą cenę. Wewnętrzna walka z własnymi pragnieniami była najgorszą z możliwych; łatwiej manipulować kimś, niż samym sobą.
    A to wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby nie Yuri. Gdyby nie spotkał jej wieczora, kiedy był już sobą zmęczony, gdyby nie zamieszkali ze sobą, gdyby nie sympatia, którą ją obdarzył i gdyby nie to, że to tak naprawdę jej chciał pomóc — bo sobie pomógł przypadkiem. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio sięgnął po narkotyki czy pozwolił, aby urwał mu się film. Nie chodził na branżowe spotkania, bo miał już taką sieć kontaktów, że tego nie potrzebował, a wszystkie kontrakty na sesje zdjęciowe czy pokazy były załatwiane przez jego agentkę, a nie łóżko. Pogodził się i pomógł Ari w ciężkim okresie. Kurwa, poszedł nawet na studia. Kim on się stał?
    Ale kusiło. Wzrok zatrzymywał się dłużej na uśmiechu pięknej dyrektorki kreatywnej francuskiego domu mody, na studenckiej imprezie krótkie “nie, dzięki” padało o pół sekundy za późno, by można uznać to za przypadek, oczy mrużyły się mimowolnie, gdy patrzył na parę, której mógł zniszczyć wieczór... bądź relację. Przyspieszone bicie serca, wystrzał dopaminy, oszałamiające zadowolenie na myśl, co mógłby zrobić, gdyby tylko sobie na to pozwolił — i równie szybki spadek na dno.
    — Nie wiem, czy takie odważne. Nie każdy lubi bagaż — powiedział, dalej na nią patrząc.
    Nie mógł jej rozgryźć. Była taka spokojna, taka cicha i zachowawcza, a jednocześnie coś w jej spojrzeniu mówiło mu, że to wciąż był jej mały scenariusz. Jaka inna wydawała mu się, gdy spotkali się na głównej sali. Jedna z wielu.
    Krótko mówiąc, zaciekawiła go, a minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz poczuł się zaintrygowany kimś innym w ten sposób.
    — A ty, Park Soyoung? Jaki chowasz bałagan?

    김서준🖤

    OdpowiedzUsuń
  12. — Ale naprawdę niewiele.
    Jego usta mimowolnie wygięły się w uśmiechu. Nie pobłażliwym, nie złośliwym, nie niedowierzającym, tylko szczerym; jej uroczy grymas i przekomarzanie naprawdę go bawiły.
    Nie zdążył zareagować na propozycję, bo w momencie, w którym miała już paść odpowiedź, telefon dziewczyny rozdzwonił się, a ona odchyliła się od niego, by sięgnąć po torebkę. Patrzył na powoli spalającego się skręta, gdy Soyoung w lekkim grymasem przeglądała powiadomienia i wiadomości. Ta mała rzecz wytrąciła go z równowagi na tyle, że oprzytomniał. Czuł, że jego odpowiedź zawisnęła tak, jak zawsze pomiędzy “nie” a “może”, ale bardziej, niż wcześniej nie był pewien, że wybrałby dobrze.
    — Cóż, czas wrócić do obowiązków — powiedział całkiem niecierpliwie, również podnosząc się z komody. W gruncie rzeczy był zadowolony, że wychodzą.
    Nie przepadał za brakiem kontroli. A może wręcz przeciwnie, lubił to za bardzo?
    Gdy znaleźli się z powrotem na ścieżce, znowu zaoferował jej swoje ramię. Rozmowa wciąż się toczyła, na ich twarzach niezmiennie widoczne były uśmiechy, jednak większość swobody oraz krótkiej zażyłości zostawili zamknięte w winiarni w parku posiadłości i nie było już między nimi miejsca na dalsze zwierzenia.
    Rozłączyli się w środku, Soyoung odeszła w stronę swojego ojca, a Seojun odnalazł matkę w tym samym towarzystwie, w którym ostatni ją widział, gdy wychodził z sali. Po zwyczajowej wymianie uprzejmości, matka poklepała go delikatnie po ramieniu, co w ich języku znaczyło tyle, że pani Kim uznała, iż na dzisiejszy wieczór ma już zupełnie dość swoich najbliższych przyjaciół.
    — Czy to z Park Soyoung widziałam cię wcześniej? — powiedziała, gdy prowadził ją pod ramię w kierunku wyjścia.
    Nie zdziwił się. Kwestia przyzwyczajenia.
    — Tak, z Park Soyoung.
    Jego matce ledwo drgnął kącik ust, a Seojun już wiedział, że jest niezadowolona. Wciąż nie potrafił wyjść z podziwu, że jego matka jest w stanie komunikować się bez potrzeby otwierania ust.
    — Uważaj, Seojun. — Przykryła drugą dłonią jego przedramię. — Nie żyjemy w specjalnie dobrych stosunkach z rodziną Parków, jakieś niesnaski jeszcze z czasów moich dziadków. Chodzi mi o to, żebyś…
    — Nie spieprzył tego? — podsunął.
    Twarz pani Kim rozświetlił uśmiech, gdy spojrzała karcącym wzrokiem na syna. Była surowa wobec dwóch starszych synów, choć matką dla każdego była dobrą, ale to Seojun był jej oczkiem w głowie; jej skarbem, jej najmłodszym i najdelikatniejszym stworzeniem, którego jako jedynego wychowała od małego. Pozostała dwójka nie miała tyle szczęścia — dzieciństwo spędzili w otoczeniu opiekunek dopóki nie dorośli na tyle, by znaleźć się w szkole z internatem.
    — Tak, Seojun. Nie spieprzył tego.

    ***

    Minął tydzień nudnych kolacji, kolejnych bankietów, wielkich otwarć wystaw, występów w teatrze i aukcji charytatywnych, a Seojun powoli łapał się na tym, że na każdym z tych wydarzeń jego wzrok mimowolnie śledził twarze uczestników w poszukiwaniu tej jednej, konkretnej. Bezskutecznie.
    Soyoung stała się dla niego tak kusząca, jak cały świat, którego sobie odmawiał.
    I tak naprawde nie wiedział, dlaczego tak bardzo chciał ją zobaczyć. Czy tak ogromnie oczekiwał odpowiedzi na głupie pytanie o bałaganie, jaki za sobą ciągnęła? A może był ciekawy, jaką historią tym razem byłaby w stanie go uraczyć? Czy chciał zobaczyć wesołość tlącą się w jej oczach, gdy się z nim przekomarzała? Po prostu z nią porozmawiać? A może zwyczajnie chciał ją zaliczyć?
    Nie miał pojęcia. Chciał ją zobaczyć i dopiero wtedy dowiedzieć się, czego od niej chce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy jego matka spakowała walizki i wróciła do Nowego Jorku, otworzyły się przed nim drzwi do najprzyjemniejszej laby, jaką mogła mu zaoferować Korea. Według oryginalnego planu jeszcze w ten sam wieczór miał wybrać się z grupą znajomych prywatnym odrzutowcem na Jeju, gdzie jeden z jego kumpli miał domek letniskowy o wielkości kilkuset metrów kwadratowych. Ale nie poleciał.
      W zamian za to wylądował na kolejnym przyjęciu, na które zaproszenie przyszło do głównej rezydencji Kimów, jako reprezentant rodziny. Nie dlatego, że został zmuszony — chciał.
      Tu musiała się pojawić.
      Coroczny bal maskowy wydawany był jeszcze w czasach, gdy jego matka była nastolatką. Pamiętał to, bo co jakiś czas słuchał przydługawej i nudnej historii o pierwszym balu pani Kim, na którym zakochała się po uszy w chłopaku, który okazał się jakimś europejskim księciem. Sam też brał udział w kilku z nich, bo akurat to wydarzenie było lubiane nie tylko przez najstarszych z towarzystwa, a anonimowość, jaką dawały maski, pozwalała im wszystkim w sposób naturalny trochę rozluźnić kajdany surowej socjety.
      Innym słowem, na corocznym balu maskowym wydawanym przez instytut sztuki Jangmi, działo się dużo.
      W swoim apartamencie w czarnym, wyszywanym srebrną nicią, błyszczącym stroju od Valentino, masce i rękawiczkach wyglądał w swoich oczach całkiem zabawnie, ale już na głównej sali w otoczeniu innych przebranych uczestników prezentował się nienagannie. Dobrze. Bardzo dobrze.
      Przyjął kieliszek szampana od kelnera, ale nawet się nie zatrzymał. Rozglądał się po sali dokładnie tak samo, jak ostatnimi razy, wyglądając twarzy tej osoby, którą najbardziej chciał zobaczyć.
      Bo jeśli jej nie spotka, to oszaleje.

      losing his head over you, S.

      Usuń
  13. https://i.postimg.cc/DnftWB8g/sk.jpg (coby nam się nie zapodział 🙂‍↕️)

    Była tam.
    Mimowolnie przystanął, a na jego twarz wpłynął ledwie zauważalny uśmiech. Niekoniecznie współgrał on z ogromem zadowolenia, jaki właśnie przepłynął przez jego ciało, ale Seojun bardzo rzadko dawał emocjom wziąć nad nim górę. Jego radość była stateczna, wściekłość ledwie słyszalna, ale każda emocja odciskała wystarczające piętno na tych, do których była kierowana. Jego matkę ta sama cecha charakteru ubierała nieco inaczej, bo brak jej było naturalnej swobody, ale Seojuna stroiła niewymuszonym luzem, je ne sais quoi, które, choć robiło bardzo dobre wrażenie, nie zawsze miało wiele wspólnego z rzeczywistością.
    Tęsknota? Pragnienie? Radość? Ciężko było zdefiniować, która uczucie nim teraz targało.
    Przez chwilę ją obserwował.
    Seojun pracował jako model już od dwunastu lat, odkąd jako dziecko zaczął brać udział w swoich pierwszych sesjach zdjęciowych. Dorastał więc w świecie drogich tkanin, kunsztu krawieckiego i ubrań skrojonych tak perfekcyjnie, że leżały na człowieku jak druga skóra. Nie chodziło tylko o to, że mógł sobie na nie pozwolić, ale miał okazję oglądać ten świat od kulis i dzięki temu dostrzec detale, które umykały większości ludzi. Potrafił docenić piękno dobrze uszytego stroju, a przy tym po prostu lubił dobrze wyglądać.
    Sukienka, którą miała na sobie Soyoung, choć naprawdę piękna, gdzieś zginęła w obrazie, który Seojun w tej chwili podziwiał.
    Miała anielską twarz, ale spojrzenie figlarne, mimo ewidentnego skupienia. Trochę inaczej, niż ostatnim razem, gdy wypatrzył ją w tłumie na przyjęciu Aurora Society; brakowało przynajmniej niewielkiej części zachowawczości. Długa, iskrząca się suknia sunęła za nią powoli, gdy Soyoung przemierzała salę, a koronkowa czarna maska zasłaniała oczy. Była dokładnie typ typem, któremu mężczyznom najtrudniej się było oprzeć — urocza, słodka i delikatna, ale przy tym seksowna.
    Ruszył w jej kierunku. Słyszał, że ktoś coś do niego powiedział — był może kelner, a może przyjaciel rodziny czy jakiś jego dobry znajomy — ale nie dotarło do niego żadne słowo, a on nie zwolnił kroku, ani nie zatrzymał się.
    Mógł przywitać się grzecznie, może musnąć wargami wierzch jej dłoni, zaprosić do tańca, pobawić się w uprzejmości. Ale był zbyt niecierpliwy i swoim zwyczajem zbyt pewny swego, by nie zrobić dokładnie tego, na co miał ochotę.
    Więc gdy w końcu przy niej stanął, bez zawahania oplótł ją w talii i przyciągnął do siebie, a potem pochylił się, by ponownie wykraść dla siebie pocałunek.

    nie bij nas 🙈 pomysł zbyt kuszący, by go nie wykorzystać
    S.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeszcze gdy ją całował, kąciki jego ust podskoczyły do góry.
    Czuł, jak w jednej chwili oddaje się w cudze ręce — to nie on, a dopamina, serotonina, adrenalina i endorfiny przejmowały nad nim kontrolę, rzucając go w spiralę przyjemności, zadowolenia, satysfakcji i radości, która niemal fizycznie wypełniała mu pierś. Nawet gdyby próbował, nie dałby rady przypomnieć sobie, kiedy ostatnio szarpały nim wewnętrznie tak intensywne emocje. Minęły lata.
    — W końcu — zawtórował jej.
    Tak jak i Soyoung, tak teraz Seojun oddawał jej się z ochotą. Kiedy poprawiała materiał jego koszuli, kiedy sunęła kciukiem po jego żuchwie, kiedy zbliżyła się, tylko po to, by po chwili się odsunąć, nie poruszył się. Patrzył w jej oczy równie intensywnie, co przedtem, i tylko dwa razy pozwolił, by jego wzrok uciekł na moment w stronę jej pełnych, lekko uśmiechniętych ust.
    A potem ujął wyciągniętą rękę i pochylił się.
    — Planuję zrobić obie te rzeczy — powiedział, wciąż nie odrywając od niej wzroku. Uniósł lekko jej dłoń i złożył na jej wierzchu krótki pocałunek. — Oczywiście, jeśli mi pozwolisz. Przecież nie zrobiłbym niczego bez twojej zgody.
    W jego oczach rozbłysły rozbawione ogniki.
    Zaprowadził ją na parkiet. Czuł na sobie spojrzenia ludzi i słyszał za sobą szepty, więc miał absolutną pewność, że za godzinę — a może nawet za kilkanaście minut — cała sala balowa będzie huczeć od plotek na temat popisu czułości między córką Parków i synem Kimów. Nie przejmował się tym zanadto, ale wciąż miał na uwadze to, co powiedziała mu matka. Wyraźnie dała znać, że miał być ostrożny, a nie robiła tego nigdy, jeśli sytuacja tego nie wymagała — to znaczy, nie miała absolutnie na myśli dobra dziewczyny, a reputację ich rodziny i stosunków z Parkami, które należało utrzymać przynajmniej na aktualnym poziomie.
    Nie chciał jednak myśleć o przyszłości. Nie w tej chwili i nie tej nocy.
    Sprawnym ruchem okręcił dziewczynę wokół własnej osi, by potem miękko wylądowała w jego ramionach. Jej czerwona suknia zawirowała, mieniąc się tysiącami kryształów w ciepłym i nikłym świetle lamp, gdy dołączyli do innych par sunących na parkiecie w rytm muzyki.
    — Nie porozmawialiśmy o niczym ważnym tamtej nocy — powiedział i spojrzał ponownie w jej oczy. Jej spojrzenie go nie krępowało, w najmniejszym stopniu nie wytrącało z równowagi; wręcz przeciwnie, gdy tylko je odnajdywał, to świat wokół przycichał. — Nie stało się między nami nic godnego zapamiętania. Rozmawialiśmy o głupotach z przeszłości, o winach, o bzdetach bez konretów. Więc powiedz mi, Soyoung, co takiego sprawiło, że myślałem o tobie każdego dnia przez ostatni tydzień?

    S&S: talented, brilliant, incredible, amazing, show stopping, spectacular, never the same, totally unique, completely not ever been done before, unafraid to reference or not reference, put it in a blender, shit on it, vomit on it, eat it, give birth to it

    S.

    OdpowiedzUsuń
  15. Co miała na myśli?
    Seojun nie potrafił zrozumieć jej alegorii. Czy porównywała ich do najwybitniejszych zawodników, określając ich jako równym sobie? A może chodziło jej o to, aby nie tracił czasu na analizy, próbie zrozumienia i zracjonalizowania? Czy jednak ich spotkanie tamtego wieczoru nazwała ruchem, którego żadne z nich nie było w stanie zaplanować? Lub to, co się wydarzyło potem?
    Więc jesteśmy w tym razem, Seojun.
    Tego nie potrafił zinterpretować źle. Nie po tych słowach, ale przede wszystkim po jej reakcji, gdy przyciągnął ją do siebie i pocałował, zanim jeszcze ruszyli na parkiet. Była jakaś siła, która ich do siebie przyciągnęła i nie chciała puścić, i nie tyczyło się do tylko jego, ale też Soyoung. Widział to w jej oczach, więc ona musiała dostrzegać w jego twarzy to samo. Może to był zwykły pociąg i pragnienie, jakich wiele w swoim życiu doświadczyli, który miał przygasnąć w momencie, w którym zostanie skonsumowany. Może. Niemniej Seojun był pewien, że to nie tylko to, bo podobne temu zapomnienie w innej osobie poczuł tylko raz w swoim życiu, w osobności chłopaka, którego nie widział już lata.
    Jego dłoń mimowolnie zacisnęła się mocniej na jej talii.
    — Ale nie skończyliśmy rozmowy, jeśli dobrze pamiętam. — Pamiętał. Przez ostatni tydzień cała ich konwersacja huczała mu w głowie.
    Nie powiedziałby jej tego, bo nie chciał jej urazić — amerykańska kultura nie była zbytnio łaskawa dla tej konkretnej azjatyckiej tradycji — ale kwieciste porównania, którymi się posługiwała w ich rozmowach, przywodziły mu na myśl jedną z przymusowych wycieczek z rodzicami sprzed paru lat. Gdy jego ojciec wyjechał służbowo do Japonii, zostali zaproszeni przez jednego z najważniejszych partnerów biznesowych na ceremonię herbacianą w jednej z najsłynniejszych herbaciarni w kraju, do Kioto. Ichiriki Chaya, miejsce niemal legendarne, do którego wstęp mieli wyłącznie zaproszeni goście lub osoby polecone przez stałych klientów.
    Pamiętał gejsze i to, jak umiejętnie potrafiły manipulować swoimi rozmówcami. Seojun miał trudność z nadążeniem za konwersacją i nie chodziło wyłącznie o to, że jego japoński nie był na wystarczająco dobrym poziomie — nie zawsze potrafił uchwycić sedno tego, co te kobiety naprawdę miały na myśli. Dopiero pod koniec wieczoru zrozumiał, że właśnie na tym polegała ich sztuka. Na słowach dobieranych tak, by rozmówca mógł nadać im dokładnie takie znaczenie, jakie chciał usłyszeć. A prawdziwy sens zachowywały dla siebie, ukrywając go za delikatnymi uśmiechami i przeciągłymi spojrzeniami.
    — Jaki bałagan za sobą ciągniesz, Soyoung?
    Tym razem jednak nie chciał porównań. Chciał ponownie przez chwilę ujrzeć swobodną Soyoung, którą zobaczył przed tygodniem w winiarni. I poznawać ją, skrawek po skrawku. I być może pozwolić na to, aby ona poznała jego — to, co dobre, i to… czego tak bardzo była ciekawa.

    boże, ona serio przypomina mi gejsze… ok, i’ll read memoirs of a geisha again😔

    awfully yours, S.

    OdpowiedzUsuń
  16. Tak jak Soyoung, tak i Seojun strzegł swych najgłębszych tajemnic jak lew.
    Niewiele osób wiedziało, co przydarzyło mu się w Korei trzy lata wcześniej, a jeszcze mniej znało szczegóły tego, co działo się z nim po śmierci Jacksona. Nawet ci, którzy mieli pewien obraz sytuacji, nie znali całej prawdy. Nikt jednak nie wiedział, co wydarzyło się wtedy, gdy podczas jednej z pierwszych sesji zdjęciowych, jeszcze jako chłopiec, został pozostawiony sam sobie.
    To był jego największy bałagan. To, że rozbijał związki dla zabawy, wikłał się w romanse, niszczył cudzą reputacje, imprezował na umór, a nawet fakt, że dla zabawy — dla zabawy! — puszczał się dobrze postawionym ludziom świata mody w zamian za kontrakty, w świetle jego najciemniejszych sytuacji życiowych wydawały się prostym banałem. Nie wartym wspomnienia.
    — Nie tutaj.
    Pozwolił się przeprowadzić przez parkiet. Robili wrażenie, a sala huczała od plotek. Na paru twarzach starszych osób z society dostrzegł lekkie zgorszenie ich ostentacyjnym zachowaniem. Dwójka młodych ludzi spiesząca po tańcu do wyjścia musiała im nasuwać jednoznaczne obrazy, które, o ironio, tym razem nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.
    W miarę, jak wycofywali się od głównej sali w głąb budynku, mijali coraz mniej uczestników balu, aż w końcu zostali sami. Jedynie ludzie z obsługi co jakiś czas przemykali obok, ale Seojun nie sądził, że kilka banknotów nie zamknęłoby im ust, przynajmniej na następną godzinę.
    — Jestem jego największym fanem.
    Nie zamierzał się wycofywać. Był zbyt zaciekawiony, a przede wszystkim zbyt dobrze się bawił, by teraz rezygnować. Nie przeszło mu to nawet przez myśl, by odejść.
    Przeszedł przez bramkę, poczekał aż dziewczyna zahaczy ją z powrotem, a potem to on sięgnął po jej dłoń. Ruszyli powoli korytarzem, rozglądając się w poszukiwaniu idealnego miejsca, gdzie mogliby się ukryć, aż w końcu na drugim piętrze trafili na drzwi prowadzące do biblioteki. Pomieszczenie było ogromne, z antresolą, a półki z książkami ciągnęły się do samego sufitu. Pachniało drewnem. Seojun uśmiechnął się pod nosem, gdy poczuł zapach, bo od razu myśli nasunęły mu obrazy z ich poprzedniego spotkania.
    — Jaką historią mnie uraczysz, Soyoung? — zapytał.
    Korzystając z okazji, że byli sali, okręcił ją wokół, a potem złapał w talii i przyciągnął do siebie — bliżej, niż mógł sobie na to pozwolić na sali, gwałtowniej, niż zrobił to wtedy, gdy ją pocałował. Jednak pożądanie i jej piękno, choć obecne w jego głowie, zeszło na dalszy plan.
    Naprawdę był ciekaw tego, co zamierzała mu powiedzieć.

    yeah, we call this shit normal,
    S.
    🖤

    OdpowiedzUsuń
  17. Już któryś raz mu się wymykała. Odnosił wrażenie, że za każdym razem, gdy się do niej zbliżał, wyswobodzała się z uścisku lub po prostu postępowała kilka kroków w tył, a to tylko sprawiało, że jeszcze bardziej miał ochotę zmusić ją, by z powrotem znalazła się obok. Nie robił jednak tego i nie zrobił tego też tym razem, choć jego wzrok mimowolnie powiódł za dłonią, którą musiał puścić.
    Wciąż czuł ciepło jej ciała na swej piersi, choć było to niemożliwe. Dziwne, jak naturalnie przychodziła im ta bliskość, jak od pierwszej rozmowy, jeszcze na sali, uchylili maski, którymi posługiwali się na co dzień. Nie było między nimi miejsca na ciszę, która wprawiała w dyskomfort, dotyk, który krępował, ani słowa, których potem żałowali — było to według Seojuna, i jak też czuła wobec innych spraw Soyoung, odświeżające. Zaskakująco normalne.
    Gdy dziewczyna zaczęła mówić, dał jej tę odrobinę prywatności i choć słuchał uważnie, ruszył przez salę wolnym krokiem. Zatrzymał się dopiero przy przeszklonej gablocie, w której dostrzegł piętrzące się butelki różnorakich, ciężkich alkoholi.
    Ewidentnie zbawienne.
    Powoli trawił jej historię. On był szczęściarzem i uniknął podobnego losu tylko z przypadku — urodził się jako ten młodszy, a nawet najmłodszy, jeden z trzech. To na najstarszym bracie spoczął największy ciężar, a tam, gdzie potrzeba była dodatkowych rąk, sięgano po drugiego brata. On chroniony miłością matki — a miłość jej potrafiła łatwo manifestować się potwornym okrucieństwem dla tych, którzy stanęli mu na drodze — spędził życie kompletnie wolnym od obowiązków i surowości świata dzieci chaeboli. Nie żałował tego nigdy wcześniej.
    Ale teraz tak bardzo chciał móc jej powiedzieć, że ją rozumie. Że wie doskonale, jak to jest.
    Nie wiedział. Mógł sobie co najwyżej wyobrazić jej cierpienie, zmęczenie, a w końcu obojętność, które widział tak często w oczach własnych braci.
    — Jeśli chodzi o mnie, to już inna bajka… łatwo wpaść na pomysł, że nastolatka może stać się twoim kluczem do fortuny... To możemy uznać to za podwaliny mojego bałaganu.
    Zmrużył oczy, odwracając się powoli w jej stronę i nawet nie orientując się, że przystanął w pół kroku. Twarz momentalnie mu stężała, a szczęka zacisnęła się, gdy jej ostatnie słowa wciąż hałaśliwie huczały mu w głowie. Bo akurat to, co się za nimi niosło, to ciche znaczenie ukryte gdzieś w środku, ta lekka nuta… to niestety było coś, co brzmiało obrzydliwie i okropnie znajomo — tak bardzo, że włoski na jego karki momentalnie stanęły dęba, a puls przyspieszył niezdrowo.
    — Co konkretnie masz na myśli? — zapytał cicho, spokojnie, z opanowaniem niewspółmiernym do tego, co działo się z nim w środku.

    they don't know about us, how your voice can calm the sea
    yours, S.

    OdpowiedzUsuń
  18. — Myślę, że na pewno się nie pogniewa — przyznał, podążając za nią wzrokiem. Głos miał cichy, beznamiętny, przygaszony, w głównej mierze dlatego, że myślami błądził zupełnie indziej.
    Rozsiadł się powoli. Wnęki między półkami z książkami były na tyle wąskie, że nie mogli nawet w pełni rozprostować nóg, siedząc naprzeciwko siebie, ale Seojun celowo nie zajął miejsca obok niej. Chciał móc spojrzeć jej prosto w twarz, ale też jednocześnie zachować dystans, którego wymagały podobne tej rozmowy. Chciał na nią patrzeć i robić to uważnie. Naprawdę ją zobaczyć.
    Może gdyby był kimś innym — kimś, kto nie wychowywał się na Manhattanie, nie widział setek sal balowych, kinkietów z prawdziwych diamentów i kolekcji sztuki wartych miliony dolarów, które zdobiły ściany nieużywanych jadalni apartamentów — może wtedy doceniłby scenerię, w której się znaleźli choć w połowie tak, jak na to zasługiwała. Biblioteka skąpana w słabym świetle lamp, zapach starego drewna, papieru i bogactwa pokoleń wyrzucających nań pieniądze; tembr muzyki z głównej sali odbijającej się od ścian, docierający do nich jedynie słabym, miękkim pomrukiem… To wszystko musiało zapierać dech w piersi przeciętnemu obserwatorowi. Seojun jednak czuł się tam po prostu dobrze. Na właściwym sobie miejscu.
    W ciszy wysłuchał jej historii.
    Nie musiał nawet nic mówić. Zresztą, co można było powiedzieć? Żadne słowo nie było przecież w stanie oddać sprawiedliwości ani jej opowieści, ani Soyoung, ani tym bardziej sprawcy tego, przez co musiała przejść. Seojun nie mógł jednak zapanować nad wyrazem obrzydzenia, który wkradał mu się na twarz mimowolnie w miarę, jak dziewczyna mówiła dalej.
    Mózg nasuwał obrazy, których nie chciał oglądać, których sobie nie życzył. Pierś rozpierała mu nienawiść i gniew. A najgorsza już w tym wszystkim była bezsilność.
    Rozumiał ją — to, jak się czuła teraz; to, jak się czuła wtedy. Rozumiał doskonale.
    Ale to nie tę historię jako pierwszą zamierzał jej opowiedzieć.
    — Za pierwszą — powiedział i uniósł szklankę. Wypił całość bez zawahania, ani wzdrygnięcia.
    Kolejny raz przypomniał sobie to, o czym rozmawiali w winiarni, słowa Soyoung na temat brudzenia rąk i bagażu, i tego, że nie boi się zatopić w najgorszych zakamarkach swojego życia. Nie wyglądała mu jednak na osobę, która równie ochoczo dzieli się z obcymi ludźmi tym, co czasem wybudza ją w środku nocy krzykiem. Nie pasowało to do niej. I choć niewiele zdążył się o niej dowiedzieć, i choć tak naprawdę jej nie znał, po prostu czuł — nie, wiedział — że mógł być jedną z niewielu bądź nawet jedyną osobą, która o tej historii kiedykolwiek usłyszała.
    Kiedyś, nawet wtedy, gdy naprawdę tego chciał, nie mógł zmusić ust do opowiedzenia o tym, co ciążyło mu od lat na sercu. A teraz słowa potokiem same wypłynęły z jego ust, jakby robił to wiele razy.
    — Tuż po skończeniu piętnastu lat zrobiłem swoją pierwszą sesję w znanym magazynie o modzie. — Wzruszył ramionami. — Bogata rodzinka. Kontakty.

    Pamiętał, że asystentka jego matki była tam z nim przez pierwsze dwadzieścia minut, ale potem zostawiła go razem z innymi modelami, gdy zapewnił ją osiemnasty raz, że nic mu nie będzie. Czuł się dokładnie tak, jak ten dziwny chłopak z ich prywatnej szkoły, którego rodzice dalej zaprowadzali codziennie rano pod salę, mimo że miał czternaście lat.
    Kiedy przyszła jego kolej, stał przed aparatem dwa razy dłużej niż reszta modeli, a po skończonej sesji w garderobie czekała na niego grobowa cisza — żaden z obecnych jeszcze chłopaków nie zaszczycił go ani słowem. Tak wyglądał ten cudny światek. Nie żeby specjalnie się tym przejął, bo prywatne szkoły koreańskie były znacznie gorsze. A poza tym średnio mu jeszcze szło z angielskim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Przejdzie im — powiedziała starsza kobieta, która zjawiła się zupełnie znikąd u jego boku kilka minut później. Seojun zdążył się już przebrać we własne ubrania i w zasadzie miał już się zbierać do domu, ale fotografka patrzyła na niego tak wyczekującym spojrzeniem, że odłożył trzymany plecak i wyprostował się.
      — Nie musi — mruknął z małym, zuchwałym uśmiechem i wzruszył ramionami. — Źle wykorzystana zazdrość daleko nikogo nie zaprowadzi.
      — Mądre. — Przytaknęła, ściągając usta w dzióbek. — Jestem Alice, ale to już pewnie wiesz. I... Szczerze mówiąc, byłeś jedynym modelem, na którego zwróciłam dzisiaj uwagę.
      — Serio?
      — Serio. Masz talent.


      Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po paczkę papierosów. Odpalił jednego, odłożył paczkę na podłogę i wziął głęboki oddech. Minęło prawie dziesięć lat, a pamiętał każdy szczegół tej sytuacji, słodki i delikatny głos Alice, a nawet pojedynczy siwy włos, którego się dopatrzył, gdy przysunęła się bliżej niego.
      — Po sesji poszedłem do szatni. Reszta chłopaków z tamtego dnia nie odezwała się do mnie ani słowem. Wtedy myślałem, że to dlatego, że stałem przed aparatem dłużej, niż oni, ale kto wie? — prychnął, wykrzywiając wargi w uśmiechu, lecz ten nie sięgał jego oczu. — Może wiedzieli? Może byli starsi i nauczeni doświadczeniem? W każdym razie niedługo potem do szatni weszła fotografka. Alice.

      — I tak sobie pomyślałam, że może zdecyduję się jednak zostawić zdjęcie okładkowe dla jednej osoby. Ale musiałabym jeszcze o tym pomyśleć...
      — To znaczy? Że dla mnie? — zapytał zaskoczony, a Alice roześmiała się głośno. Tym razem nie zauważył, że przysunęła się jeszcze o krok. Tak samo jak tego, że w ciągu krótkiej chwili wszyscy ludzie wokół nich dosłownie zniknęli z pola widzenia.
      — Tak, dla ciebie. Moglibyśmy sobie zrobić taką przysługę.
      Seojun zmarszczył brwi i mimowolnie przekrzywił głowę odrobinę w lewo. Nie miał zielonego pojęcia, czego fotografka mogłaby od niego chcieć, a co jednocześnie byłoby warte zdjęcia na okładce.
      — Jestem otwarty na propozycje — mruknął naiwnie, uśmiechając się szeroko. Zalała go fala szczęścia. W miarę radził sobie w branży, a w Korei w zasadzie miał już całkiem dobre plecy i porządną karierę, przynajmniej jak na swój wiek. W Ameryce nie zdobył jeszcze rozpoznawalności, ale... Jego zdjęcie w najnowszym numerze magazynu o modzie było najpiękniejszym startem, jaki mógłby sobie wymarzyć. — Zrobię... wszystko!
      Alice nie wahała się ani chwili. Zsunęła swoje dłonie na biodra młodego chłopaka, zahaczając paznokciami o jego pasek do spodni, a przy tym dalej nie spuszczała z niego wzroku. Uśmiech zniknął z jej twarzy, zastąpiony wyrazem pożądania, a Seojun nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czuł się tak jak teraz... Zelektryzowany.


      Odchylił głowę do tyłu, opierając ją o półkę, po czym powoli zaciągnął się papierosem. Sufit biblioteki pomalowano na głęboki granat i ozdobiono szklanymi kryształami, które odbijały światło lamp, tworząc złudzenie rozgwieżdżonego nieba. Seojun uśmiechnął się delikatnie na ten widok.
      — Miała czterdzieści dwa lata. Ja piętnaście. — Wypuścił dym w górę. — Sprzedałem jej się za swoją pierwszą okładkę.

      Usuń
    2. Nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Uciec? Powiedzieć jej stanowczo, żeby przestała? Czuł, że byłoby to moralnie właściwe, jednak problem leżał w tym, że wcale nie chciał tego robić. Czekał na niego wspaniały debiut, a jeśli dobrze zrozumiał poczynania fotografki, jedyną rzeczą, którą musiałby postawić na szali, to kilkanaście minut dobrej zabawy. Pozwolił jej więc, by zsunęła z niego materiałowe spodnie, by podwinęła mu koszulkę, a w końcu, gdy wsunęła dłoń w jego włosy i mocno za nie szarpnęła, postanowił oddać jej się w całości i spełnić każde jej żądanie.
      Miała ich kilka, niespecjalnie wymagających.
      Kiedy pół godziny później siedzieli pod ścianą garderoby, podając sobie papierosa, Alice opowiadała mu o swoim małżeństwie, o tym, jaka jest nieszczęśliwa, i że czuje się, jakby wplątała się w życie, które jej już nie chce. A on słuchał każdego jej słowa, uśmiechając się ze zrozumieniem, choć w jego oczach brakowało już odrobiny ciepła... Zostało zastąpione chłodem chłopca, który właśnie otrzymał swoją pierwszą życiową lekcję. Niestety ważną.


      Dopiero wtedy zwrócił wzrok na Soyoung.
      — I wiesz co? Podobało mi się.


      cheers to that
      yours, S.

      Usuń
  19. I can show you love, I can show you
    If you wanna know me,
    what can I—do—for you?


    Może gdyby zmusił się w końcu do opowiedzenia tej historii komuś innemu, odczuwałby wstyd, zażenowanie bądź chociaż lekką niepewność co do reakcji drugiej osoby. Ale tak jak i Soyoung, tak Seojun czuł się ciasno spleciony z nią tą nicią bezpieczeństwa i zrozumienia. Chciał słuchać jej dalej, mimo że opowieściom było tak daleko od przyjemnych, jak to tylko było możliwe — poznać kolejne ciemne zakamarki jej życia, ale tylko, by móc zdjąć z jej barków choć trochę ich ciężaru.
    Bezwiednie, nawet o tym nie myśląc, wplątał lewą dłoń w jej włosy, gdy odbierał od niej papierosa. Ręka w pewnym momencie zatrzymała się — łaskawie podzielił się mną — lecz tylko na kilka sekund, na moment, bo zaraz potem wróciła do lekkiego przeczesywania długich, ciemnych włosów. I właśnie po tę dłoń sięgnęła chwilę później Soyoung, by założyć pierścionek.
    — Piękny — przyznał, a kąciki jego ust podskoczyły odrobinę w górę.
    Odłożył ostrożnie papierosa na paczkę, po czym sięgnął do kołnierzyka i odpiął długi łańcuszek, którego wisiorek spoczywał mniej więcej na wysokości żołądka. Zsunął go, a na jego miejsce nawlekł pierścionek Soyoung, który chwilę później spoczywał już bezpiecznie schowany pod jego koszulą.
    Trofeum wytrwałych.
    — Przykro mi, że coś takiego cię spotkało. Naprawdę.
    Mózg podsuwał banały i okrucieństwa. Dlaczego to musiała być ona? Dlaczego ten stary skurwysyn nie obrał sobie kogoś innego za cel, tylko akurat ją? Kto, patrząc na nią, mógłby chcieć ją tak skrzywdzić? Przez chwilę poczuł palącą chęć, by dowiedzieć się wszystkiego, czego mógł o tym człowieku, a wiedzę tę wykorzystać podobnie, jak to miało miejsce w przeszłości. Ale zatrzymał się. Nie dlatego, że plany nie miały racji bytu. Sprawiedliwość najlepiej smakowała na zimno.
    Dopiero po chwili zaczął mówić:
    — Po tym wydarzeniu wtedy, z Alice. — Dłoń ponownie wplątała się w jej włosy. — To stało się dla mnie codziennością. Rozrywką. Dobrą zabawą? Testem? Jak długo będą w stanie to ciągnąć, aż mnie złapią? Myślę, że nawet gdybym siedział tu i dumał do następnego ranka, nie byłbym w stanie dojść do tego, dlaczego na własne życzenie i zupełnie bez powodu zdecydowałem się… — pierwsze, krótkie zająknięcie i błysk wydarzeń sprzed kilku lat przed oczami —…prostytuować.
    Przełknął ślinę i zaciągnął papierosem. Ręka zdradzała lekkie drżenie.
    — Miała na imię Margaret. I miała władzę, większą władzę. — Gorzki śmiech opuścił jego usta. — A przynajmniej tak wtedy oboje sądziliśmy, ona i ja. Na pstryknięcie palca ustawiała mnie pierwszego w rzędzie na Tygodniach Mody, na okładkach, wszędzie, ale…
    Pamiętał, jak rzygał cały ranek przed tym, jak się mieli spotkać. Jak skręcało mu żołądek, gdy tylko o niej pomyślał. Jak na oślep biegł do najbliższej toalety podczas imprezy, bo dostał od niej głupią, pozornie całkowicie niewinną wiadomość.
    — Nie chciałem tego robić, wiesz? Tego… wszystkiego… czego ona chciała? Groziła mi.
    Obraz przed oczami niebezpiecznie się zamazał, więc przymknął je, ponownie opierając głowę na półce.
    Nie chciał zdradzać Soyoung szczegółów. Chciał jej tego oszczędzić. Mimo wszystko, to było zbyt bolesne, a przede wszystkim zbyt obrzydliwe i choć zdecydowanie bliżej było mu do perwersji, niż niewinności, wspomnienia gorszyły nawet niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wytrzymałem miesiąc? A może dwa? Szczerze, większość czasu byłem tak nafurany i napierdolony, że nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ile to trwało. Czułem, jakby to była wieczność. — Zniżył głos do szeptu, nawet tego nie zauważając. — Gdybym nie narobił hałasu, przewracając się z wycieńczenia w łazience dziadków, mogłoby to trwać do teraz. Ale byłem głupi, nie pisnąłem nikomu ani słowa. — Z jego piersi wydobył się krótki śmiech, niemal histeryczny. — Nie byłem w stanie utrzymać w żołądku nawet wody, o jedzeniu mogłem zapomnieć. Lekarze powiedzieli mojej matce, że za długo bym nie pociągnął. Nie wiem, co zrobiła Margaret, ale zniknęła. Po prostu, jakby nigdy jej nie było.
      Poczuł, jak kąciki ust mu się unoszą. W jednym z nich zniknęła pojedyncza łza.
      — I to koniec mojej smutnej i tragicznej historii bogatego chłopczyka. Następne dwa lata to była mieszanka imprez, puszczania się ładnym, starszym ode mnie kobietom, narkotyków, alkoholu i toksycznych relacji, zwieńczona śmiercią najbliższego przyjaciela. A potem, po prostu, od tak… — Otworzył oczy. — Przestałem.

      yours, S.

      Usuń
  20. — To jest nas dwoje.
    On również nie chciał jej zrozumieć. Nie pragnął tej obrzydliwej pewności — świadomości tego, przez co przeszły jej umysł i ciało oraz jakie trwałe ślady pozostawiły po sobie tamte wydarzenia. Nie chciał być świadomy jej krzyku, szlochów, bezczynności, a przede wszystkim bezradności. Poczucia znalezienia się w sytuacji bez wyjścia, biernego pogodzenia się z własnym losem, byleby przetrwać.
    Ale koiło. Niestety, mimo niesprawiedliwości, mimo żalu i wściekłości… Pomagało.
    — Prawie go zabiłam.
    Uśmiechnął się mimowolnie na jej słowa.
    Nie był to jednak gorzki uśmiech, pozbawiony choćby cienia humoru, jak wcześniej. Nie był też uśmiechem rozbawienia — malowały się w nim zadowolenie i satysfakcja.
    Seojun dopuszczał się sam rzeczy okrutnych, ale posiadał tę wygodną cechę bezproblemowego racjonalizowania sobie każdorazowego takiego wyskoku. Lubił zabawę w Boga i oddawać sprawiedliwość tym, którzy na to zasłużyli. Krzywdzić trzy razy mocniej tego, kto odważył się skrzywdzić jego.
    Sam wybrałby nieco inny scenariusz dla człowieka z opowieści Soyoung. Ale póki co musiało mu to wystarczyć.
    Wciąż oparty głową o półkę, zwrócił ku niej twarz. Gdy oparła czoło o jego, przymknął znów powieki, czując dziwną, bo nieznaną mu wcześniej, ale przyjemną ulgę. Jakby po długim czasie mógł wziąć głęboki oddech, który wypełnił jego płuca tlenem. Dłoń naturalnie powiodła do talii Soyoung, kiedy ta go pocałowała. Przyciągnął ją do siebie, z lekkością sadzając na kolanach. Dziewczyna, choć odziana połami ciężkiego materiału długiej sukni, wydawała mu się taka krucha i delikatna, że mogła rozpaść się pod jego dotykiem. Rozchylił wargi, czując, jak kąciki ust podskakują mu do góry.
    I nagle ktoś nieproszenie wyrwał im ten moment.
    — Kto tu jest? — wołanie mężczyzny rozległo się od strony wejścia do biblioteki. — Nie można tu sobie urządzać prywatnych imprez.
    Seojun roześmiał się cicho wprost w usta Soyoung. W jego oczach błysnęła iskra chłopca skorego do głupot i psot, dokładnie tego, którego dziewczyna poznała przed laty. Zanim się poruszył, przyciągnął ją ostatni raz do siebie, jeszcze bliżej, zostawiając ostatnimi pocałunkami obietnicę na więcej.
    — Chodź, musimy wiać.
    Złapał ją za rękę, trzymając za sobą, i wychylając się zza półki, by zorientować się, gdzie konkretnie znajdował się starszy mężczyzna. Mieli przed sobą cały labirynt, który musieli pokonać, by mu uciec. Nie, żeby faktycznie potrzebowali, bo status pozwalał im na wykarastkanie się z dużo większych kłopotów.
    Ale to było całkiem zabawne.


    let’s have some fun
    yours, S

    OdpowiedzUsuń
  21. 다시 run, run, run, 난 멈출 수가 없어
    또 run, run, run, 난 어쩔 수가 없어

    — Myślisz, że po ilu kółkach się zmęczy? Jezu, są tu jakieś skróty? Wypluje płuca, a tak mi się chce zapalić papie-
    — Hej, wy dwoje, widzę was!
    Może to rozbawienie wynikające z faktu, że właśnie zwiewali w ciemnościach ogromnego, starego budynku jakiemuś grubawemu ochroniarzowi, który zdawał się być wyciągnięty wprost z głupawej komedii. Może alkohol, którego zdążył wlać już w siebie trochę. Może to ulga, będąca efektem ich rozmowy. A może to po prostu obecność Soyoung.
    Ale Seojun czuł się lekki jak piórko, choć rumieńce wypłynęły mu na policzki, oddech stał się cięższy, a mięśnie nóg dawały znać o swojej obecności odrętwieniem. Rozbawiony aż niezdrowo, bo gdy już wyskoczyli do pustej sali konserwatorskiej, śmiech niekontrolowanie wypłynął z jego ust, rozlegając się po pomieszczeniu lekkim echem. A jak już zaczął się śmiać, ciężko mu się było zatrzymać, szczególnie gdy Soyoung potrąciła wózek z pędzlami, który potoczył się po podłodze z głośnym hukiem.
    — Ups.
    To krótkie, ciche ups w połączeniu z pustym spojrzeniem, kamiennym wyrazem twarzy i ustami zasłoniętymi dłonią sprawiły, że Seojun nie wytrzymał — nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a on pochylił się i zaniósł tak intensywnym śmiechem, że brzuch zdążył go rozboleć już po kilku sekundach. Nie trzeba było długo czekać, by Soyoung do niego dołączyła. Chwilę później na wpół siedzieli, na wpół leżeli na parkiecie, bez tchu, zapłakani, popluci i kompletnie niezdolni do wypowiedzenia choćby jednego słowa bez spazmatycznych prób zaczerpnięcia oddechu.
    — Chyba go zgubiliśmy? — zapytał, jak już się uspokoili. — Albo po prostu się poddał.
    Wstał powoli, wciąż czując obolałe mięśnie, po czym wyciągnął rękę, by pomóc jej wstać. Wysiłek i śmiech wycisnął róż na jej policzkach, włosy odrobinę rozwiały się od biegu, a w oczach wciąż błyszczały łzy rozbawienia. W szczęściu było jej do twarzy.
    W smutku zresztą też.
    — Chodź, zobaczymy, co tu jeszcze mają.
    Nie miał pojęcia, kto projektował ten budynek bądź kto nim aktualnie zarządzał, ale tuż do sali konserwatorskiej krótkim korytarzem przylegała garderoba. Nie była to jednak zwykła garderoba, bardziej magazyn nieużywanych strojów i z tego, co Seojun mógł się zorientować po szybkim przeskanowaniu wzrokiem pomieszczenia, były to raczej kostiumy, a nie ubrania codziennego użytku. Tutaj również paliło się słabe światło, jak w reszcie tego przedziwnego, obitego drewnem, starego budynku.
    — Nie chcę wracać na salę — powiedział z lekkim zaskoczeniem, bardziej jakby mówił do siebie, niż do Soyoung, a potem wyciągnął rękę, by kolejny raz opleść ją wokół talii dziewczyny i do siebie przyciągnąć.
    Ciemne oczy przesuwały się szybko od jednej tęczówki do drugiej, usta rozchyliły się mimowolnie, gdy wzrok spoczął na pełnych ustach, a kąciki ust podciągnęły się do góry w momencie, kiedy pochylał się, by ją pocałować. Zachłanniej, z głodem, z którym nie całował jej w bibliotece. Tamte pocałunku były czułe, mówiły rozumiem; żałuję; wiem; jestem; widzę cię. Te, tak zapalczywe, krzyczały pragnę cię. Dłoń naturalnie spoczęła na twarzy dziewczyny, opuszkami wplatając we włosy, pociągając jej brodę w górę. Druga zacisnęła się nieświadomie na materiale sukienki.
    Był głodny.

    yours, S.

    OdpowiedzUsuń
  22. Roześmiał się na jej słowa.
    Odrzucił za siebie marynarkę, która opadła na podłogę gdzieś w ciemności, między rzędami gęsto ustawionych wieszaków. Lekki uśmiech wciąż nie schodził z jego ust, gdy ponownie zamknął dziewczynę w ciasnym uścisku i odnalazł jej usta. Z każdą kolejną sekundą z jego ruchów znikały ostatnie ślady delikatności. Dłoń powoli przesunęła się z jej żuchwy w dół, aż spoczęła na biodrze, gdzie zacisnęła się mocniej, niż powinna — na tyle, by wywołać lekki ból. Chciał wyszarpać z niej krótkie, mimowolne westchnienie lub cichy jęk, którym mógłby się nakarmić.
    Łaknął każdego nierównego oddechu. Czuł na skórze ust, jak szybko jej ciało pompowało krew. Widział, jak dziewczyna delikatnie drży, gdy powoli pocałunkami torował sobie drogę niżej, na jej obojczyki, a potem dekolt. Nie protestowała, gdy zsuwał nieco gorset jej sukienki.
    Boże, jak on jej w tym momencie pragnął. Była taka piękna, delikatna. Była wszystkim, o czym chciał teraz myśleć i co chciał widzieć.
    Żyła w tej namiętności jakaś słodycz, której nie potrafił nazwać. Choć przez ostatnie dwa lata zdołał w pewnym stopniu poukładać sobie życie, wciąż przecież pozostawał młodym mężczyzną, otaczającym się pięknymi kobietami i prostymi przyjemnościami. Może przestał kupować sobie ciałem wygodne posady w świecie mody, ale nie oznaczało to, że złożył śluby czystości. Przez jego łóżko przewijały się kolejne twarze — jedne bardziej znajome, inne zupełnie przypadkowe. Rzadko jednak zdarzało się, by którąkolwiek z nich zobaczył więcej niż raz. Były to puste przyjemności.
    Zupełnie zapomniał, jak dobrze smakują podobne do tej.
    W swoim życiu Seojun obdarzył mocniejszym uczuciem tylko dwie osoby. Od zawsze kochał się w miłości samej w sobie, a nie w ludziach — lubił początek, adrenalinę, hormony i szum w uszach. Nie pragnął człowieka, z którym wiązały się te doznania; chciał jedynie w nieskończoność przedłużać chwilę, zanim bańka pęknie. Do tej pory tylko Ari i Sunghoonowi udało się ją przebić, nie zabijając w nim ciekawości.
    Do ostatniego tygodnia.
    Ari lubił posiadać. Sunghoona pragnął zdobyć, by w końcu móc go posiadać. Obie relacje były niekończącą się grą; wyzwaniem, któremu Seojun uparcie próbował sprostać. Dlatego, gdyby ktoś zapytał go, czy naprawdę pokochał któregoś z nich, nie umiałby odpowiedzieć. Nie wiedział, czy była to miłość, czy jedynie uzależniający pościg za czymś, czego najbardziej pragnął w chwili, gdy pozostawało poza jego zasięgiem.
    Soyoung od samego początku nie mieściła się w schemacie, do którego zdążył przywyknąć. Było w niej coś, co nie pozwalało mu potraktować jej jak kolejnej przelotnej twarzy; coś, co sprawiało, że po raz pierwszy od dawna nie myślał o samym pościgu, lecz o tym, dokąd mógłby go zaprowadzić.
    Dłoń uporała się w końcu z połami sukienki i spoczęła na nagim ciele. Na udzie, które podwinął z łatwością w górę, a potem na krągłym biodrze. Palce przez chwilę bawiły się koronkowym materiałem bielizny, nim zsunęły się niżej, gdy on wracał ustami z powrotem do jej miękkich i ciepłych warg, teraz wygiętych w grymasie przyjemności.

    baby, we can be animals
    yours, S.

    OdpowiedzUsuń
  23. Nie wiedział, czy to jego imię wypadające z jej ust wraz z jękiem, czy może jej palce drażniące podbrzusze, a może jej figlarny uśmiech, gdy przygryzała mu wargę… Któraś z tych rzeczy lub wszystkie jednocześnie sprawiły, że Seojun kompletnie stracił nad sobą kontrolę, a przynajmniej resztki kontroli, jakie jeszcze posiadał. Już nie analizował. Szczerze mówiąc, w ogóle w tej chwili nie myślał.
    Pożądanie zawładnęło nim w pełni.
    Nie był czuły, ani delikatny, niecierpliwość zabiła w nim te odruchy. Sprzączka paska zabrzęczała, gdy opuszczał spodnie z bioder. Palce szamotały się z zapięciami gorsetu, a Soyoung sprawnie rozpinała jego koszulę, guzik po guziku, aż ta podzieliła los jego marynarki. Czerwone poła materiału sukienki zawirowały przez moment w powietrzu, rozpościerając się na posadzce. Tam właśnie Seojun ułożył Soyoung, wciąż nie odrywając ust od jej ciała — od warg, obojczyków, piersi, brzucha, aż zatrzymał się dokładnie tam, gdzie pragnął. Pomiędzy udami. Rozerwał szarpnięciem koronkową bieliznę.
    Wyrzut adrenaliny, mocny i szybki oddech. Dudnienie serca o klatkę piersiową.
    Czuł, że żyje. Gdy w końcu się nad nią nachylił, ponownie tej nocy świeży, czysty tlen wypełnił mu płuca.
    Splątane ciała grały w grę, którą znały od lat, a mimo to odkrywały emocje, które wcześniej im były obce. Fizyczna bliskość, tak łatwa wcześniej, teraz krępowała głowę czymś nieznajomym; smakowała czymś niebezpiecznym, nowym, gasiła nieznajome wcześniej pragnienie.
    Usta Soyoung smakowały lepiej, niż cokolwiek, czego Seojun wcześniej próbował. Jej jęki, padające prosto w jego usta, brzmiały lepiej, niż cokolwiek, co słyszał. Jej dotyk paraliżował, jak nic wcześniej.
    Chłopak nie zawierzał we — a nawet więcej, wyśmiewał — wszystkie bajki i banały na temat miłości. Fajerwerki, motyle w brzuchu i wszystkie te badziewia, które karmiły pokolenia przed nim i miały karmić pokolenia po nim, by zamknąć ludzi w pułapkę zauroczenia. Lecz tym razem świat naprawdę wirował. Wyrzut hormonów sprawiał, że kręciło mu się w głowie. Był tak szczęśliwy, że pomiędzy kolejnymi oddechami nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, który uparcie cisnął mu się na usta.
    — Och, Soyoung — wymruczał z wyraźnym zadowoleniem, gdy dziewczyna mimowolnie odrzuciła głowę w tył. Pochylił się i musnął ustami jej szyję. Z początku ostrożnie, niemal czule, jednocześnie splatając swoje dłonie z jej dłońmi, rozłożonymi po obu stronach głowy. Z każdą kolejną chwilą jego pocałunki stawały się jednak śmielsze i bardziej natarczywe, drażniąc wrażliwą skórę, gdy stopniowo zwiększał tempo.
    W końcu mocno przygryzł miękką skórę, wykradając z jej ust dla siebie kolejne przeciągłe westchnienie.

    If you want, you can have it all
    yours, S.

    OdpowiedzUsuń
  24. Czuł, jak jego oddech powoli zwalniał. Mięśnie wciąż lekko drżały po wysiłku, a on czuł się ogromnie zmęczony i wyczerpany, ale w ten przyjemny sposób, jak po całym dniu spędzonym na plaży, na stoku w Aspen czy szlakach St. Moritz. Ta leniwa senność również dla Seojuna mogła trwać wiecznie. Żałował, że tu byli. Zanim dziewczyna się odezwała, wyobrażał ich sobie zaplątanych w pościeli na ogromnym łożu głównej sypialni sycylijskiego domku letniskowego jego rodziców. Albo, jeszcze lepiej, w jego własnym apartamencie w Nowym Jorku. Jak przyjemnie byłoby teraz zasnąć, tylko po to, by następnego dnia wstać przed południem w porze brunchu.
    Roześmiał się na jej słowa.
    — Sama wydajesz się całkiem zaskakująca. I mimo odkrywania kolejnych warstw, wciąż pozostajesz niespodzianką. Park Soyoung.
    Pod wpływem jej dotyku mimowolnie nieznacznie podwinął brodę w górę. A gdy ułożyła twarz w zagłębieniu jego szyi, przymknął oczy i objął ją ramieniem, zupełnie naturalnie, jakby robił to już wiele razy. I faktycznie, było to zupełną prawdą — robił to wielokrotnie — ale w tym ruchu oprócz przyzwyczajenia czaiło się też coś innego, nić drobnej, lecz wyjątkowo w ich przypadku niebezpieczniej zażyłości. Która kiełkowała i którą chciał podlewać. Którą chcieli podlewać. O którą, mimo tylu czających się przeciwskazań, a przede wszystkich ich własnej historii, chcieli zadbać.
    — To nie wychodźmy — odparł bezmyślnie. Dopiero po chwili drgnął delikatnie i otworzył oczy.
    Lewą ręką, tą, którą nie trzymał dziewczyny, natrafił nagle na coś twardego, obleczonego materiałem. Podniósł to na tyle wysoko, by móc się temu przyjrzeć. Jego maska. Zerknął na swoją pierś, na Soyoung, która dalej wtulała się w niego jak kotka. Czuł ciepło jej ciała, lekki oddech muskający jego szyję.
    Nie poddawał się łatwo sentymentom. Ale zamachnął się i odrzucił maskę w ciemność garderoby.
    — To nie wychodźmy, Soyoung — powtórzył. — Nie wracajmy na salę.
    Zanim w końcu narzucili na siebie stroje, zmuszeni myślą o tym, że ktoś faktycznie mógłby ich tu znaleźć i jakimś cudem zmusić do powrotu na bal, ich ciała jeszcze raz splotły się w tym znajomym-nieznajomym tańcu. Ich oddechy, jęki i westchnienia mieszały się w najprzyjemniejszą pieśń, jaką kiedykolwiek im grano. Jeszcze ostatnie jej takty grały im w uszach, gdy, chichocząc do siebie, ukradkiem mijali szatniarza, by wykraść swoje płaszcze i nie dać tym samym znać o swojej nieobecności. Wypadli na ciemną, wyjątkowo chłodną jak na lato noc, trzymając się za ręce.
    Byli… idealni.

    my ride or die,
    yours, S.

    OdpowiedzUsuń
  25. — Nigdy nie byłem… Na Namsan. W ogóle.
    Popatrzył na nią z udawanym wstydem. Napawał się przez chwilę tą mieszanką zdziwienia i oburzenia, które powoli wpływało na jej twarz, a potem głośno się roześmiał, kiwając głową, i objął ją ramieniem.
    Pojechali na Namsan. Wypili kawę i długo rozmawiali, tak długo, że gdy żegnał dziewczynę, odsyłając ją do domu swoją własnym samochodem, słońce już dawno wzniosło się na niebie. Trasę do apartamentu rodzinnego pokonał na piechotę.
    Czuł się tak lekki jak jeszcze nigdy w życiu.

    — Jak to, narzeczonego?
    — Tak, Seojun. Soyoung ma narzeczonego. Mówiłam ci, żebyś był ostrożny i miałam na myśli to, abyś był ostrożny. Nie mam pojęcia, jak Parkowie zamierzają się usprawiedliwić przed rodziną Jihoona, ale o tym narzeczeństwie w Korei jest głośno od miesięcy. A przede wszystkim nie wiem, jak my wytłumaczymy się przed Parkami. Zrobiliście z Jihoona idiotę, obydwoje. A Soyoung zrobiła idiotę z ciebie.

    Seojun bardzo dobrze pamiętał ból żołądka, który mu teraz doskwierał. Ten palący ból, ścisk, ogień, który zdawał się trawić mu powoli wnętrzności. Zupełnie tak, jakby rozmowa z Soyoung rozdrapała stare rany, które teraz pożerały go z podwójną siłą. I nie bolałoby to tak bardzo — nie bolałoby wcale — gdyby nie czuł się oszukany. Wszystko, co wydarzyło się kilka dni wcześniej, to była zwyczajna ułuda. A że Seojun kierował się raczej egoizmem, niż empatią, przypisał Soyoung swoje własne cechy charakteru. Był przekonany, że działała z rozmysłem. Zabawiła się nim w dokładnie ten sam sposób, w którym on bawił się ludźmi wielokrotnie przedtem.
    Oszukała go.
    I pierwszy raz nie był to tylko gniew. Telefon roztrzaskujący się o ścianę, kieliszek rozpadający się na drobne kawałki o posadzkę, głośny ryk, przekleństwa… To wszystko było jedynie fasadą. Bo pod warstwą wściekłości i szaleństwa krył się ból. Zawód. Śmierć oczekiwań, na które nigdy nie pozwalał.

    in the deep end,
    S.

    OdpowiedzUsuń