Dziś piszę przede wszystkim do tych, którzy z przykrością odkryli, że ich nazwiska nie znalazły się na liście gości. Wiem, to musi boleć. Ale spokojnie. Nie każdy rodzi się z odpowiednim nazwiskiem... albo odpowiednio brudnymi sekretami.
Nie martwcie się jednak, specjalnie dla Was będę relacjonować wszystko na bieżąco. A przecież doskonale wiecie, że przede mną nie ukryje się absolutnie nic.
Więc zacznijmy od początku. Wyobraźcie sobie salę balową tak wystawną, że nawet stare nowojorskie pieniądze poczułyby się tam nieco onieśmielone. Marmurowy parkiet lśniący bardziej niż diamenty. Piętnaście stołów, po dziewięciu gości przy każdym. Góry jedzenia, którego połowa nawet nie zostanie tknięta. Kryształowe żyrandole, przygaszone światła, morze kwiatów i muzyka, której i tak nikt nie będzie słuchał.
Byliście kiedyś w Grand Ballroom w Plaza? Nie? Cóż... wyobraźnia też jest za darmo. A pośrodku sali? Podium z monumentalną rzeźbą przedstawiającą... usta. Oczywiście. W końcu pierwszy pocałunek tego wieczoru należy do mnie.
Tymczasem pod główne wejście zaczynają zajeżdżać pierwsze limuzyny. Już widać te wymuszone uśmiechy, nerwowo odpalane papierosy i ciche, słabe szepty, które mają brzmieć jak pewność siebie. Kochani, strach pachnie znacznie mocniej od perfum z francuskich perfumerii.
Jeśli byliście już na jednej z moich imprez, doskonale wiecie, że nic dobrego nigdy się tutaj nie wydarza. Przynajmniej nie dla wszystkich.
A jeśli to Wasz debiut... postarajcie się nie skompromitować, zanim jeszcze kelner poda pierwszego szampana.
I zanim zapytacie, dlaczego ktokolwiek dobrowolnie przekroczyłby próg tej sali...
Sekrety.
To zabawne, jak każdy, dosłownie każdy, ma coś, za co zapłaciłby fortunę, by nigdy nie ujrzało światła dziennego.
Do rozpoczęcia zostało mniej niż godzina.
Chyba czas uruchomić tę maszynę, prawda?
Na mnie czeka jeszcze mały croissant i moja mała czarna od Diora. A potem? Potem wzniesiemy pierwszy toast. Za pozory. Za kłamstwa. I za tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że ten wieczór zmieni wszystko.
FINAL TABLE The One Where Everything Ends
OdpowiedzUsuńGłówna sala podczas nieobecności większości uczestników imprezy przeszła nieznaczną przemianę. Po pierwsze, przygasły światła — świeciły się jedynie lampy umieszczone wśród girland kwiatów zwieszających się ze ścian sali oraz te ustawione przy stolikach. Stoły w centralnej części pomieszczenia zostały usunięte. Zamiast nich ustawiono rząd krzeseł w okręgu, pomiędzy którymi znajdowały się niewielkie, okrągłe stoliki pełne jedzenia (!) oraz różnego rodzaju alkoholu. Na samym środku okręgu znajdowało się marmurowe podium, a na nim... w tej chwili nic.
UsuńGoście imprezy znajdujący się przy stolikach zostali poproszeni o zajęcie swoich miejsc. Ich imiona były wyszyte nicią na tylnym obiciu krzeseł w rzędzie. Muzyka została wyłączona, a na całej sali zapanował nastrój słodkiego... lub lekko niepokojącego oczekiwania.
Ryan sam nie wierzył, że w tej sytuacji zachował choć odrobinę rozsądku. Nie był przecież szczególnie racjonalny, zwłaszcza kiedy emocje brały nad nim górę. Tym razem jednak jakimś cudem w odpowiednim momencie się opanował. Dopiero później zaczęło do niego docierać, że chyba dobrze się stało. Nie chciał nawet zastanawiać się nad tym, jakie konsekwencje mogłoby przynieść dalsze brnięcie w tę sytuację. Tym bardziej że nie chodziło już wyłącznie o niego. Jakoś tak zwyczajnie nie chciał, żeby Junseo miał później przez to problemy.
UsuńDomyślał się, że to zaproszenie do stołu nie zwiastowało niczego dobrego. Coś wisiało w powietrzu i nawet Ryan, który przez większość wieczoru skutecznie wypierał wszystkie możliwe konsekwencje, potrafił to wyczuć.
Przez chwilę próbował więc po prostu uspokoić oddech, opierając czoło o czoło Junseo. Przymknął oczy i uparcie kierował myśli w stronę absolutnie najnudniejszych rzeczy, jakie tylko przychodziły mu do głowy. Pogoda, jutrzejsze śniadanie. Cokolwiek, byle tylko nie myśleć o tym, jak bardzo chciał, żeby ta impreza już się skończyła.
Wówczas mogliby po prostu zawołać taksówkę i pojechać do niego. Bez pośpiechu, bez ludzi dookoła, bez ciągłego zerkania przez ramię i zastanawiania się, czy ktoś przypadkiem ich nie obserwuje. Mogliby w końcu mieć trochę czasu tylko dla siebie. Porozmawiać, poznać się jeszcze lepiej, pośmiać z kompletnych głupot, całować się tak długo, jak tylko mieliby ochotę, a później pozwolić sobie na znacznie więcej. Bez obawy, że za chwilę ktoś zapuka do drzwi albo pojawi się w najmniej odpowiednim momencie. Ta wizja była zdecydowanie zbyt kusząca, dlatego Ryan niemal siłą próbował ją od siebie odsunąć. Jeszcze chwila i naprawdę mógłby zapomnieć, gdzie właściwie się znajdowali.
Ścisnął dłoń Junseo i powoli udał się z nim do głównej sali. Gdy znależli się przy okręgu, Ryan zaczął się rozglądać. Szybko zauważył, że każde z ustawionych krzeseł miało przypisane nazwisko. Odszukał swoje, a chwilę później również miejsce Junseo. Usiadł i rozparł się nieco wygodniej, jakby sama zmiana pozycji mogła sprawić, że poczuje się swobodniej.
Nie sprawiła. Z każdą kolejną chwilą zaczynał odczuwać coraz większy niepokój. Sam nie wiedział właściwie, skąd się brał. Przecież nic się jeszcze nie wydarzyło. Ludzie dopiero zaczynali się schodzić, zajmując kolejne miejsca, a spora część krzeseł nadal pozostawała pusta. Mimo to Ryan miał dziwne wrażenie, że zaraz wydarzy się coś, czego zdecydowanie nie będzie chciał oglądać. Nie potrafił wskazać konkretnego powodu, ale jego intuicja wyjątkowo głośno podpowiadała mu, że nie znaleźli się tutaj po to, żeby po prostu spokojnie zjeść i wrócić do zabawy.
Zerknął więc na Junseo i wziął głęboki oddech. Po chwili przysunął swoje krzesło bliżej niego, jakby odruchowo chciał mieć go przy sobie, kiedy już zacznie się to całe przedstawienie. Nadal trzymał jego dłoń, delikatnie przesuwając kciukiem po jej wierzchu. Sam gest był niewielki, wręcz niezauważalny dla innych, ale Ryanowi dawał poczucie, że przynajmniej jedna rzecz pozostaje pod jego kontrolą.
Sięgnął po sok pomarańczowy i nalał sobie do szklanki, po czym bez większego zastanowienia zrobił to samo dla Junseo. Podał mu naczynie, posyłając mu przy tym lekki, trochę zaczepny uśmiech.
— Tym razem bez procentów — powiedział cicho, puszczając mu oczko.
Ryan
Ulga, która wezbrała w sercu Ari, również po ciele Minsoo rozpłynęła się ciepłem i typową dla siebie radością, która szeptała mu czule do ucha, że odtąd wszystko już będzie dobrze. Trwało to jedynie chwilę, zbyt krótką, by miał czas zaprzeczyć jej słowom i pobawić się w konkurs uprzejmości, zanim doszliby na głos do wniosku, że wina leżała po obu stronach. Niestety, nie dane im było powiedzieć niczego więcej, bo gdy drzwi windy rozsunęły się, powitał ich na parkingu widok… Seojuna.
UsuńMinsoo chłopaka się, krótko mówiąc, nie spodziewał. Ani nie spodziewał, ani nie życzył sobie go oglądać. Dotarło do niego jednak tyle, że u podstaw jego niechęci leżała mocna i dziecięca wręcz zazdrość — postanowił więc darować sobie przewracanie oczami, warknięcia i wszystko to, czym miał ochotę chłopaka uraczyć, i przejść do porządku dziennego z tym, że ich los musiał być splątany na wieki. Nie ważne, czy palce maczała w tym Opatrzność, czy Plotkara przebrana za Opatrzność. Poza tym, z tego, co udało mu się wywnioskować, Seojun z Ari żyli ze sobą… dziwnie dobrze. Dziwnie nie toksycznie.
— Nie — odpowiedział jednak dziewczynie. Posłał jej błagalne spojrzenie. — Muszę?
— Nie musisz — powiedział Seojun, pakując się do windy i wciskając przycisk parteru. — Jak was odstawię na salę, odbiorę swoją z recepcji.
I pojechali. Ari w środku, Minsoo po jej prawej, Seojun po lewej. Po części starający się nie patrzeć sobie w oczy, wsłuchani w melodyjkę rozbrzmiewającą w dźwigu. Minsoo czuł się więcej niż niezręcznie, natomiast Seojun zerkał na Ari z łobuzerskim uśmiechem, robiąc głupie miny w kierunku drugiego chłopaka. W końcu jednak dojechali na górę. Seojun wyskoczył z windy z głośnym “do potem”, rzucając się w stronę recepcji, lecz zanim ruszyli do sali, Minsoo wyciągnął rękę po dłoń brunetki, aby ją zatrzymać.
— Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, Ari. Bo zasługujesz na to.
I mam nadzieję, że ja też kiedyś będę.
— Szampana? — zapytał kelner, nagle pojawiając się znikąd u boku chłopaka. Minsoo spojrzał na niego odrobinę zirytowany, bo już kolejny raz im przeszkadzano, po czym bez słowa zebrał dwa kieliszki z tacy, kiwnął głową w kierunku mężczyzny i ruszył do sali, podając dziewczynie szampana.
Zajmowali miejsca dokładnie w tym samym momencie, gdy Yuri zajmowała swoje. Gdy Ari patrzyła w inną stronę, Yuri skrzyżowała spojrzenie z Minsoo, unosząc brwi. Podniosła dłonie i uniosła kciuki w górę, a Minsoo odpowiedział jej tym samym. Wymienili porozumiewawcze uśmiechy.
Po chwili wrócił Seojun, we własnej marynarce, lecz bez partnerki u boku, bo gdy tylko odebrał swoje ubrania, został bardzo uprzejmie, lecz stanowczo pokierowany — ależ oczywiście — na główną salę. Omiótł spojrzeniem towarzystwo i usiadł na swoim miejscu, wyciągając papierosy.
Plotkara chyba się nie obrazi?
Seojun, Minsoo i Yuri meldują się!
Podczas, gdy większość gości ulotniła się w jedynie sobie znanych kierunkach, Inhan cierpliwie siedział przy swoim stoliku, starając się więcej nie rzucać w oczy, nie odzywać niepytanym i przede wszystkim nie dotykać drinków. Wystarczająco mocno szumiało mu już w głowie, a gdy tylko poproszono go o wstanie i zmianę miejsca, poczuł wyraźnie wpływ wypitej mikstury (nie)szczęścia, bo zakręciło mu się w głowie, serce zabiło dwa razy za szybko, a uda zdawały się miękkie jak galaretki.
UsuńRewelacja, pomyślał kierując się na moment na bok, póki sala nie przeszła nie tak drobnej rewolucji. W jego oczach każda, najmniejsza zmiana zdawała się wielka i znacząca. Już na początku pomieszczenie robiło wrażenie na jego oczach, które niebyły opatrzone z przepychem i wygodami, o których nawet nie śmiał śnić. Nie przyszło mu więc do głowy, że organizatorka mogła wymyślić więcej jak jeden wystrój.
To chyba naprawdę ważny event, zastanowił się. Niezmiennie jego obecność tutaj wydawała mu się groteskowa i przypadkowa. Może dostał zaproszenie przez przypadek? Może owa Plotkara pomyliła adresy? Przecież najlepszym się zdarza. O, na przykład on kiedyś pomylił adresy rozwożąc pizzę późnym wieczorem, był już zmęczony i choć starał się załagodzić sytuację, ta rozdmuchała się do rangi narodowej tragedii, gdy jakiś facet otrzymał pizzę z ananasem. Inhan nigdy nie spotkał się z tak wielkim oburzeniem z powodu ananasa. Głupi owoc.
Gdy obsługa przestała się krzątać, a nowy, ogromny stół został ustawiony na środku, Inhan podszedł bliżej, szybko namierzając karteczkę ze swoim imieniem oraz nazwiskiem i tam też zasiadł, dalej ciekawsko wręcz, się rozglądając.
— To już finał? — rzucił w eter, nieszczególnie oczekując, że komukolwiek zechce się wyjaśniać mu zasady tej imprezy.
Rozejrzał się też po osobach powoli napływających z powrotem na salę, czy doszuka się wśród nich Claire.
Innie
Puściła powietrze nosem, gdy Howard nieco się odsunął, a ona mogła dzięki temu lepiej objąć go wzrokiem, choć może to był błąd. Nie powinna mu się tak przyglądać, a on nie powinien tak przyglądać się jej, jakby poza nią nie było niczego. Zwróciła uwagę, że nie puścił jej dłoni i sama nie śpieszyła się, żeby to zrobić, choć z tyłu głowy miała myśl, że lepiej by było zacząć nabierać nieco dystansu, bo piętra na liczniku topniały w zastraszającym tempie; na końcu tej przejażdżki będą się musieli od siebie definitywnie odsunąć. W dalszym ciągu nie chciała tego robić, ale spotkanie z nieznajomą dziewczyną uświadomiło jej, że czas im się kurczy. Plotkara zaganiała na główną salę wszystkich i prawdopodobnie nierozsądnie byłoby jej się sprzeciwić.
UsuńAle jak miała się od niego odsunąć, kiedy tak na nią patrzył, a jego oczy lśniły czymś nieokreślonym, czymś co trącało w niej już nieco zaśniedziałe struny?
Nie potrafiła.
Nim zdążyła się na tym złapać, skorzystała z faktu że wciąż opierała dłoń na jego karku i przysunęła się do niego bliżej, wzrokiem spływając wzrokiem w stronę jego ust, by potem podnieść go znów. Uśmiechnęła się lekko, najpierw ledwie ocierając się o jego wargi rozchylonymi ustami, po czym wreszcie zamknęła między nimi dystans, nie robiąc tego ani mocno, ani pośpiesznie, zamiast tego pozwalając im obojgu nacieszyć się ostatnim momentem bliskości przed tym, jak oboje będą zmuszeni, żeby zejść na ziemię i zmierzyć się w końcu z rzeczywistością.
Całowała go nieśpiesznie, z należytą uwagą i dojmującą wręcz delikatnością. Tak dokładnie, że czuła mrowienie oraz małe iskry przeskakujące na powierzchni ust, przez które chciała uśmiechnąć się tylko szerzej, z tym że nie bardzo pozwalało jej na to skupienie, więc jedyne co zrobiła, to przechyliła głowę na drugą stronę i sięgnęła dłonią do jego twarzy, żeby przytrzymać go przy sobie. Nie pogłębiała jednak pieszczot — odsuwała się odrobinę, jeśli on próbował to zrobić, bo nie chciała teraz niczego przenikliwego, oferując mu na ten moment raczej słodkie muśnięcia, ucząc się wciąż przecież kształtu jego warg czy też tego jak jej odpowiadał.
Odsunęła się od niego dopiero, gdy winda oznajmiła im koniec biegu tym irytującym ding. Wzdychając z wyraźnym zawodem, odstąpiła o krok, rzucając mu lekko rozweselone spojrzenie, bo na tym etapie chyba bawiło ją, jak bardzo nie mogła się przy nim powstrzymać. Jak nie chciała się powstrzymać przede wszystkim.
Odbębniamy to, co trzeba i uciekamy stąd.
Tak. To był dobry plan.
Niechętnie puściła jego dłoń.
— Trzymam Cię za słowo — powtórzyła, chwyciwszy go znów pod ramię, w końcu opuszczając z nim windę.
Naprawdę miała nadzieję, że uda im się przez to przebrnąć bez wielkich rewelacji. Jedyne, czego teraz chciała, to po prostu się stąd ulotnić, a po zasłyszanych opowieściach nie spodziewała się po organizatorce niczego dobrego.
Na miejscu odkryła, że na sali nie było już stołów. Zamiast tego krąg krzeseł otaczał dziwne podium. Zerknęła więc na Howarda, nie do końca pewna, co to wszystko miało znaczyć.
Ludzie zaczynali się zbierać, więc wyglądało na to, że pojawili się w porę, bo nie byli ani pierwsi, ani ostatni.
Udało jej się w korowodzie twarzy wypatrzeć Inhana i ten widok sprawił, że poczuła ulgę. Lekko pociągnęła Jacka w tamtą stronę, bo widziała że miejsca obok Kima są wolne, a na tym etapie średnio przejmowała się imiennymi rezerwacjami.
Zajęła więc miejsce niejakiej Cornelii, dochodząc do wniosku, że jeśli będzie musiała, najwyżej się przesiądzie.
Przesunęła wzrokiem po profilu Inniego, dostrzegając ten charakterystyczny, szklany błysk w jego oku. Miała ochotę załamać ręce i w tej samej chwili uderzyły ją wyrzuty sumienia, że zostawiła go samego.
Chwyciła go za dłoń, bo wydał jej się rozproszony, jakby tylko częściowo obecny. Skąd mogła wiedzieć, że wypatrywał właśnie jej?
— Hej, Innie. Jak się trzymasz?
CLAIRE
Sunghoon nie chciał przerywać zabawy, bo w końcu zaczął czerpać przyjemność z tego wieczoru, z towarzystwa w jakim się znalazł i z rozwijających się dyskusji. Frustracja, gotójąca się w Yosoo, była praktycznie namacalna - unosiłą się w okół bruneta jak gęsta mgła, a Ahn był pewnie, że gdyby tylko wyciągnął dłoń do przodu, zmniejszył ten dzielący ich dystans o kilka centymetrów, byłby wstanie wyczuć to rozdrażnienie na opuszkach swych palców. Chciał powiedzieć więcej, popchnąć drugiego za tą cienką granicę utraty kontroli, po której stąpał, jednak jego uwaga skupiła się gdzieś indziej.
UsuńNawet dochodzące z przeciwległego końca stołu wywody nie wyprowadziły go z równowagi, a co więcej, nieznany mu chłopak, przywdziewając zbroję strażnika moralności, jedynie rozbawił go jeszcze bardziej. Sunghoon miał ochotę zagłębić się w dyskusję, posłuchać tego obcego mu głosu sumienia, który zmaterializował się w postaci wyglądającego, jak zagubiony szczeniak bruneta, o tym szczerym, pełnym życzliwości uśmiechu.
Nagle za cel obrał sobie, by ten uśmiech z jego twarzy zniknął, więc kiedy chłopak zgodnie z poleceniem ruszył do kolejnego już stołu, on zrobił dokładnie to samo. Sunghoon miał to do siebie, że lubił bawić się wedle własnych zasad, ciągle było mu mało, pragnął nowych doznań, potrzebował motywacji, utknął na hedonistycznej bieżni, ale ani śmiał jej zatrzymywać. Zamiast odnaleźć swoje krzesło, zasiadł na tym obok Inhana - bo właśnie to imię było wyszyte czerwoną nicią na oparciu.
— Masz rację, w miłości nie da zmierzyć się zaangażowania, brakuje w niej przelicznika. — rzucił, zasiadając wygodnie. Tułowiem był zwrócony w jego stronę, tak, by oddać mu całą swoją uwagę i odpowiedzieć na wcześniej zadane pytanie. — Ale jako ludzie posiadamy swoje oczekiwania, a gdy te, mimo naszych starań nie zostają spełnione, mamy w zwyczaju szukać wytłumaczenia.
Nie unosił się, ton jego głosu był stabilny, pewny siebie w tym co chciał przekazać, bo w końcu opowiadał o czymś, co było mu tak dobrze znane, ale mimo tego, nie kierował się arogancją. Pochylił się nieco, spojrzeniem lustrując twarz drugiego. Nie chciał ominąć najmniejszej reakcji, tego ile sekund zajmowało mu nabranie powietrza w płuca, czy jak jego źrenice rozszerzały się pod wpływem emocji. Pozwolił sobie, by kąciki ust wygięły się nieznacznie ku górze, nim ponownie je otworzył.
— Lubisz obserwować innych. — to nie było pytanie, a stwierdzenie, jego własna obserwacja, którą postanowił się podzielić. Z uśmiechem na ustach oparł się o tył krzesła, i przeleciał spojrzeniem po kolejno zasiadających w kręgu osobach.
Jedną z tych osób była Ari. W jej krokach brakowało dawnej pewności siebie, z jaką miała w zwyczaju przemierzać długie korytarze. Niegdyś królowa ich nowojorskiej parady próżności, teraz każdy jej krok przypominał stąpanie po cienkiej tafli lodu. Nim usiadła na przypisanym sobie miejscu, zdążyła opróżnić zaoferowaną przez kelnera lampkę szampana, jakby alkohol miał pomóc w uporządkowaniu własnych myśli, słów które wymieniła z Minsoo w windzie, jego wyznania, kiedy zatrzymał ją w ostatniej chwili, nim przekroczyli próg sali.
UsuńObydwoje chcieli tego samego, obydwoje pragnęli, by to drugie było szczęśliwe, dlaczego więc, nie mogli tego zrobić razem. Kolejny już raz los postanowił z nich zadrwić, stawiając ich na swojej drodze, przecinając życiowe ścieżki, mimo, że żadna z nich nie zmierzała w tym samym kierunku. Bez słowa usiadła na swoim miejscu, czekając na rozwój wydarzeń.
Tak było też w przypadku Junseo, który od momentu, kiedy obydwoje z Ryanem znaleźli swoje miejsca, nie otworzył ust nawet o milimetr. Siedział z głową spuszczoną w dół, ignorując zgrzyt suwanych o posadzkę krzeseł, czy stłumiony szmer rozmów, który tak bardzo odbiegał od ciszy, w jakiej jeszcze kilkanaście minut temu było mu przebywać. Tutaj brakowało mu pewności siebie, zupełnie, jakby ta ulatywało z niego, z kolejną, skierowaną w jego kierunku parą oczu. Bo nie znał tych ludzi, nie znał ich intencji, nie wiedział, czego się spodziewać, i jaką taktykę objąć, byle nie zaszkodzić sobie, ani Ryanowi, bo gdzieś pomiędzy skradzionymi pocałunkami, i cicho wyszeptanymi obietnicami, jego los przestał mu być obojętny. Ścisnął jego dłoń mocniej, jakby chciał się upewnić, że dalej był obok, że cokolwiek miało się wydarzyć, przynajmniej mieli tutaj siebie, a kiedy blondyn postanowił przed nim wypełnioną po brzeg szklankę soku, parsknął cicho.
— Jesteś pewien, że czegoś tam nie dorzucili? — zapytał unosząc brew, i poczuł jak ten spinający mięśnie stres, zaczął się ulatniać, pozwalając mu nabrać powietrza w płuca.
sunny, junseo & ari
Nie chciał się zatrzymywać. Gdy winda stanęła na właściwym poziomie, miał w głowie jedynie to, by jak najszybciej przedrzeć się przez główną salę, dotrzeć do recepcji, odebrać ich telefony i zostawić za nimi wszystko, co miało związek z tą przeklętą imprezą. Nie miał najmniejszego zamiaru zostawać tu dłużej, niż było to absolutnie konieczne. Sama myśl o powrocie między ludzi, kolejne spojrzenia, kolejne elementy tego absurdalnego przedstawienia, które Plotkara najwyraźniej zamierzała ciągnąć do samego końca, działały mu na nerwy znacznie bardziej, niż chciałby teraz przyznać. Mimo wszystko pilnował się, żeby nie dać tego po sobie zbyt mocno poznać. Zwłaszcza przy Hae.
UsuńFrustracja nadal siedziała mu gdzieś płytko pod skórą, a obok niej czaiło się coś jeszcze, czego za nic nie potrafił nazwać. Jakiś dziwny niepokój, który pojawił się nagle i którego źródła nie umiał znaleźć. Może chodziło o nieznajomą dziewczynę w tej paskudnej koszuli. Może o to, jak bezmyślnie zareagował na jej pojawienie się. A może o coś zupełnie innego, czego jeszcze nie potrafił sobie sensownie poukładać w głowie.
Nie chciał jednak, żeby Hae musieli to dźwigać razem z nim, dlatego starał się iść powoli, bez zbędnej nerwowości. Przynajmniej tyle był im winien.
— Zamówię nam taksówkę i… — obiecał, wkładając ogrom wysiłku w to, by jego głos brzmiał teraz miękko i spokojnie, ale nim zdołał dokończyć zdanie, coś uderzyło w niego z siłą, jakiej nie mógł się spodziewać. Nie przygotowałby się na to nawet wtedy, gdyby ostrzeżenie dotarło do jego umysłu odpowiednio wcześniej.
Dziewczyna, męska koszula, kolorowe drinki z podejrzanymi substancjami, tajemnicza koperta ze zdjęciem niewinnej dziewczynki. Wszystko to składało się w niewygodną całość, przyprawiając Hana o zawroty głowy. Był pewny, że gdyby puścił teraz dłoń Hae, osunąłby się na podłogę. Jak mógł być tak głupi? Wszystko, bez wyjątku, od samego początku krzyczało, żeby wyjść. Opuścić ten hotel, zanim wydarzy się coś, czego nie będzie można później cofnąć. Już przy wejściu powinien był potraktować oddanie telefonu jak ostrzeżenie, a nie kolejną irytującą zasadę. Kolorowe kieliszki, dziwne pytania, ludzie pojawiający się przy ich stoliku, kolejne sytuacje, które zamiast się uspokajać, tylko dokładały następne niepewności do tego przeklętego wieczoru.
A teraz jeszcze to.
Kiedy tylko przekroczyli próg sali, Han stanął w miejscu, niezdolny do wykonania choćby jednego kroku więcej.
Przez krótką chwilę nawet nie drgnął, jakby jego ciało potrzebowało kilku sekund więcej niż umysł, żeby zrozumieć, co właściwie teraz widział. Wystrój pomieszczenia zmienił się niemal całkowicie. Krzesła, które wcześniej stały przy stołach, teraz ustawiono w znacznie większym okręgu, a ludzie powoli zaczynali schodzić się wokół nich, zajmując kolejne miejsca z minami sugerującymi, że doskonale wiedzieli, co za chwilę miało się wydarzyć.
Coś zimnego przesunęło mu się wzdłuż kręgosłupa. Han patrzył na to wszystko w milczeniu. Wystarczyło jedno spojrzenie na ustawione w kręgu krzesła, żeby wróciło do niego tamto nieprzyjemne przeczucie, które towarzyszyło mu od początku tego pieprzonego wieczoru. Tym razem jednak nie próbował go zagłuszać.
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie — odwrócił się do Hae i ze wszystkich sił starał się zachować stabilność własnego głosu. Odruchowo, zupełnie bez udziału woli, wyciągnął przed siebie dłoń i wsunął im za ucho jeden z dłuższych ciemnych kosmyków. Delikatnie, niemal niewyczuwalnie. — Nie mam pojęcia, co się tu dzieje, ale nie podoba mi się to. Ustalmy coś.
Nie był nawet pewny, czy w większej mierze przemawiała przez niego teraz złość, czy było to coś, do czego nie chciałby się głośno przyznać.
Usuń— Nic już nie pij ani nie jedz, dobrze? Jeśli będzie trzeba, kłam. W razie czego ci pomogę.
Mimo wszystko Han uparcie trzymał się tej cholernej pewności siebie, choć coraz bardziej przypominała ona coś, co musiał na siebie narzucić, niż stan, który rzeczywiście czuł. Nie mógł pozwolić, żeby strach wyszedł na powierzchnię. Jeszcze nie. Może właśnie ten jeden pozór kontroli był wszystkim, co mu zostało, jedyną kartą, którą mógł teraz zagrać, zanim Plotkara zdecyduje się odsłonić własne. Jeśli katastrofa, której od początku tego wieczoru tak uparcie próbował uniknąć, rzeczywiście czaiła się gdzieś tuż za rogiem, Han chciał wierzyć, że nie musiał się jej w pełni poddawać.
— Na wypadek, gdybyśmy się rozdzielili — dodał jeszcze, przesuwając opuszkami palców wzdłuż twarzy Hae, zatrzymując się w końcu na wysokości kołnierzyka od ich koszuli. Chwycił delikatny materiał, sam nie wiedząc po co. Może w tej ostatniej próbie osadzenia samego siebie w nowych, tak bardzo nieprzewidywalnych okolicznościach? — Dwie przecznice dalej jest niewielki bar z paskudnymi burgerami. Wielki, fioletowy szyld, nie przegapisz. Spotkajmy się tam, gdybyśmy wyszli stąd w różnym czasie.
hannie
Wyczuł tę zmianę w zachowaniu Junseo. Choć najchętniej nadal siedziałby wtulony w niego i rozmawiał o mniej lub bardziej ważnych rzeczach, teraz coraz wyraźniej czuł, że powinien się powstrzymywać. Musiał wręcz pilnować własnych odruchów, żeby nie wyciągnąć ręki i nie sięgnąć do jego policzka, nie poprawić kilku niesfornych kosmyków opadających na czoło. Tym bardziej, żeby nie składać kolejnych drobnych pocałunków na ciepłej skórze jego twarzy, a może nawet szyi. Jak na Ryana był to całkiem niezły test cierpliwości i, przynajmniej na razie, musiał przyznać, że zdawał go całkiem nieźle.
UsuńTutaj byli zdecydowanie bardziej na widoku. Wątpił, żeby ktokolwiek poświęcał im więcej uwagi niż kilka przelotnych spojrzeń, ale rozumiał niechęć Junseo do większej wylewności. Przynajmniej na tym etapie. Ostatecznie Park nie był mu przecież nic winien, a sam fakt, że nadal trzymał jego dłoń, wystarczał Ryanowi bardziej, niż chciałby się do tego przyznać. Uczepił się tego drobnego gestu niemal jak kotwicy, co jakiś czas delikatnie przesuwając kciukiem po jego dłoni.
Jemu samemu było też zwyczajnie łatwiej zachować spokój. Miał dobrze sytuowanego ojca, więc nie musiał aż tak martwić się o to, co właściwie mogło wydarzyć się po tym wieczorze. Oczywiście nie chciał żadnych problemów, ale w jego przypadku konsekwencje prawdopodobnie nie byłyby aż tak dotkliwe. W przypadku Junseo wyglądało to zupełnie inaczej. Ryan doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby cokolwiek z tego, co wydarzyło się tej nocy, ujrzało światło dzienne, Park mógłby naprawdę sporo stracić. Może właśnie dlatego tak bardzo zależało mu teraz, żeby chociaż w tym jednym miejscu dać mu poczucie, że nie musi być z tym wszystkim sam.
Mężczyzna zerknął na swoją szklankę i zmarszczył lekko brwi, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że wcześniej coś do niej nalał.
— Nie, nie jestem — przyznał, po czym jednym haustem wypił zawartość. — Ale gorzej nie będzie. Smakuje normalnie — stwierdził po chwili, jakby właśnie dokonał niezwykle istotnego odkrycia.
Druga dłoń wciąż pozostawała spleciona z tą należącą do Parka. Ryan ściskał ją delikatnie i od czasu do czasu gładził kciukiem jej wierzch, chcąc w ten prosty sposób dać Junseo do zrozumienia, że jest obok. Że nie musi przechodzić przez to wszystko sam. Chciał go wesprzeć, dodać mu trochę otuchy, ale doskonale wiedział, że w tej sytuacji niewiele więcej mógł zrobić. Pozostawało mu tylko liczyć na to, że cała ta impreza skończy się szybciej, niż się zaczęła.
Posłał mu lekki uśmiech i przysunął swoje krzesło jeszcze odrobinę bliżej. Chciał ponownie poczuć to ciepło, choćby w tak ograniczonej ilości. Wiedział, że powinno mu to wystarczyć. I chyba wystarczało. Musiało.
Przez chwilę rozglądał się po sali, próbując skupić uwagę na czymkolwiek innym, aż w pewnym momencie jego wzrok zatrzymał się na znajomej sylwetce. Zmarszczył lekko brwi, przez kilka sekund upewniając się, czy rzeczywiście dobrze widzi. Gdy w końcu nabrał pewności, jego twarz od razu rozjaśnił szeroki uśmiech.
— Za chwilkę wrócę — rzucił cicho i z wyraźną niechęcią puścił dłoń Junseo.
Tym razem jednak nie potrafił się powstrzymać. Zanim odszedł, przesunął dłonią po policzku Parka, a chwilę później musnął wargami jego skroń. Wiedział, że ta sytuacja była dla niego stresująca i nie chciał zostawiać go samego. Nie na długo, ale nawet te kilka minut wydawało mu się teraz czymś, czego wolałby uniknąć.
Puścił mu jeszcze oczko, a następnie ruszył w kierunku znajomego, który znajdował się w towarzystwie drugiej osoby. Już z daleka zaczął do niego wesoło machać, zupełnie jakby właśnie wypatrzył kogoś, kogo zdecydowanie nie spodziewał się tutaj zobaczyć.
— Hannie! — zawołał, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
Gdy tylko znalazł się odpowiednio blisko, bez większego zastanowienia rozłożył ramiona i zaraz objął nimi mężczyznę. Na jego twarzy pojawił się szeroki, zadowolony uśmiech. Co prawda Ryan nadal nie do końca wiedział, jak właściwie powinien określić ich znajomość, ale jedno było pewne — zdecydowanie polubił Yoonjae. Może do prawdziwej przyjaźni było im jeszcze daleko, ale Ryan chętnie zmierzał właśnie w tę stronę. O ile oczywiście wcześniej nie zdążyłby doprowadzić Hana do szału swoim charakterem.
UsuńPo chwili odsunął się od niego, a jego uwaga naturalnie przeniosła się na osobę stojącą obok. Posłał im serdeczny uśmiech, przyglądając się im przez moment z zaciekawieniem, po czym ponownie spojrzał na Hana. Tym razem wystarczyło jedno krótkie spojrzenie, żeby przekazać mu bez słów całkiem jasne: wow, nieźle!.
Ryan musiał przyznać, że osoba stojąca obok naprawdę dobrze się prezentowała. Może niesłusznie, może trochę zbyt szybko, ale od razu założył, że ich wieczór musiał być równie udany jak jego własny.
— No, no — wyrwało mu się, a zaraz potem zaśmiał się pod nosem. — Ryan, miło mi — przedstawił się, wyciągając w jego stronę dłoń, choć co jakiś czas nadal zerkał na Hana z wyraźnym rozbawieniem. — Nie spodziewałem się tutaj zobaczyć nikogo znajomego. Ale fajnie! Chodźcie usiąść przy nas, co? Raźniej będzie — zaproponował.
Nie czekając nawet na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w stronę swojego miejsca, oczywiście przede wszystkim w stronę Junseo. Co kilka kroków oglądał się jeszcze przez ramię, upewniając się, że Yoonjae i osoba mu toarzysząca rzeczywiście za nim podążają. Kiedy w końcu dotarli do odpowiednich krzeseł, Ryan od razu posłał Junseo wesoły uśmiech, jakby jego chwilowa nieobecność była czymś znacznie dłuższym.
— Już jestem — rzucił, zajmując swoje miejsce. — Spotkałem... — zawahał się na moment, przygryzając lekko wargę, jakby nagle nie był pewien, jak właściwie powinien określić Yoonjae. Przeczesał dłonią włosy i dopiero po chwili dokończył: — dobrego znajomego!
Ryan
Gdy Inhan dostrzegł Claire na horyzoncie, cała jego postura nieznacznie się zmieniła. Ramiona wyraźnie opadły, a twarz rozjaśniła się ulgą. Od dłuższego czasu nosił w sobie cichy niepokój, że dziewczyna mogła źle znieść wcześniejsze, nieprzyjemne wydarzenia. Do tego nie znał Jacksona i nie miał pewności, czy może na niego rzeczywiście liczyć. Kiedy wreszcie przysiedli się obok, z wyraźną ulgą przyjął dłoń Claire i delikatnie ją ścisnął. Jej skóra wydała mu się przyjemnie chłodna w kontraście z jego własną, było mu duszno, gorąco, jakby powietrze na sali gęstniało z każdą minutą.
Usuń— Sam nie wiem. Trochę dziwna ta impreza — przyznał, wzruszając szybko ramionami.
Spojrzenie miał nieco rozbiegane. Napięcie w krzyżu ustąpiło, ale noga wciąż energicznie podrygiwała, jakby ciało nie potrafiło pozbyć się nadmiaru bodźców.
— Ale Claire, wiedziałaś, że ludzie nienawidzą ananasów? — zniżył głos do konspiracyjnego szeptu, najwyraźniej obawiając się wywołania kolejnej ananasowej katastrofy.
Jackson mimowolnie parsknął pod nosem. Starał się zachować powagę, bo widział jak nerwowo pracuje noga chłopaka. Dostrzegł też rozszerzone źrenice i kilka kropli potu zbierających się na jego skroni. Nie potrzebował domysłów, był niemal pewien, że w organizmie Inhana krążyło coś zdecydowanie mocniejszego niż alkohol.
Jego ramię spoczęło na oparciu krzesła Claire. Wciąż trzymał się blisko niej, nawet gdy jej uwaga na moment skupiła się na przyjacielu. Zerknął przez ramię na krążących kelnerów, dyskretnym gestem przywołał jednego i poprosił o szklankę wody.
— Jest naćpany. — mruknął ciszej, w okolicy ucha Claire. — Zdarzało mu się to wcześniej? Pytanie nie wynikało wyłącznie z ciekawości. Przez pierś przeszedł mu cień niepokoju i troski, nie chciał, by Claire musiała radzić sobie z kimś, kto w każdej chwili mógł stać się nieprzewidywalny. z kimś, kim sam niegdyś bywał zbyt często.
Uwaga Inhana szybko jednak uległa rozproszeniu.
UsuńJego brwi poszybowały wysoko, gdy Sunghoon niespodziewanie przysiadł obok, wciągając go w rozmowę, której kontynuacji wcale się nie spodziewała.
— Lubię obserwować innych? — powtórzył powoli. — Może trochę.
Wzruszył ramionami. Lubił poznawać ludzi, słuchać ich historii, wyłapywać to, czego nie mówili wprost.
— Można dowiedzieć się zaskakująco wiele, kiedy przez chwilę człowiek nie próbuje zwracać na siebie uwagi. — dodał, przesuwając wzrokiem po rysach twarzy Sunghoona, który znalazł się nagle zaskakująco blisko. Na policzkach Inhana pojawił się lekki, speszony rumieniec. Nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś poświęca mu uwagę, zwłaszcza w takim miejscu, będąc zupełnie przeciętnym na tle pozostałych gości.
Inhan od zawsze bywał wścibski. Lubił kolekcjonować informacje, doszukiwać się znaczeń ukrytych między wierszami i… zwykle zatrzymywał je dla siebie. Nie uważał się za plotkarza. Nie potrzebował stawać na środku sali i obwieszczać światu czyichś słabości. Po prstu fascynował go moment, w którym ludzie na chwilę opuszczali gardę.
— Trochę tak jak ty, co? — podtrzymał spojrzenie Sunghoona. — Taki polujący drapieżnik.
Sam z siebie się zaśmiał, bo porównanie wyszło absurdalnie. Sunghoon robił na nim dwuznaczne wrażenie, ale Inhan nigdy nie zakładał, że ktoś może traktować obserwowanie innych jak sport i źródło przewagi nad przeciwnikiem.
— A wracając do tematu… może i masz rację, ale nie zawsze wszystko da się wytłumaczyć. — ciągnął po chwili, odrobinę poważniej. — Gdyby ktoś przede mną uciekł, chyba po prostu bym to zaakceptował. Finalnie, ważne żeby byli szczęśliwi, prawda?
Dla niego było to bardzo proste. Nie potrafił zrozumieć, po co miałby życzyć źle komuś, na kim mu zależy, nawet jeśli ta osoba stałaby się źródłem jego własnego rozczarowania. Życie i tak bywało wystarczająco niesprawiedliwe.
Niewiele myśląc, Inhan przechylił się nieco, łokciem opierając się o oparcie krzesła, na którym usadowił się Sunghoon. Wzrok powędrował mu jednak w krążących wokół osób.
— No więc, który z nich sprawił, że tak kwaśno mówisz o miłości?
Pytanie padło zanim zdążył je do końca przemyśleć. W tej chwili mało go obchodziło, czy zabrzmi zbyt bezpośrednio.
Innie and Jack
Łaknął tego dotyku, nawet tego najmniejszego, rzekomo niewinnego, gdy Ryan sunął kciukiem po jego dłoni. Napawało go to uczuciem, którego sam nie potrafił dokładnie opisać słowami, jakby przy nim uczył się każdej emocji na nowo, przypisując swoje reakcje cechom, jakie wcześniej obserwował jedynie na ekranie telewizora. Chciał więcej, ale zagłuszył w sobie tę chciwą, dominującą nad zdrowym rozsądkiem potrzebę, i skupił na obserwacji otoczenia.
UsuńWszystko wydawało się być tak obce, każda twarz, na której zatrzymał swoje spojrzenie należała do nieznajomego, wnętrze sali, do którego mimo upływających sekund, dalej nie potrafił przywyknąć, dalej przyprawiało go o ten nieprzyjemny, chłodny dreszcz biegnący wzdłuż linii kręgosłupa.
Brakowało mu poczucia bezpieczeństwa, bo wyczuwał zagrożenie - w powietrzu unosiła się ta ciężka, negatywna aura, powoli wysysająca z niego resztki dobrego samopoczucia, a co bolało jeszcze bardziej, to to, że swoimi lękami obarczył Ryana. Bo widział to w jego przenikliwym spojrzeniu, od którego nie potrafił uciec. Widział tą niepewność, ten konflikt, z którym się zmagał, widział ciężar ich własnych czynów, i konsekwencji, które nagle zaczęły głośno dobijać się do drzwi. Obserwował z jaląk ostrożnością Ryan wypowiadał kolejne słowa, jakby nie chciał go spłoszyć, i przez chwilę Junseo zaczął się zastanawiać, czy Kim żałował tego, co między nimi zaszło, czy być może jego bezradne zachowanie, wywołało w nim politowanie, i dlatego dalej przy nim był, bo sam radził sobie z tym lepiej.
Na samą myśl o tym, Junseo wzdrygnął się mimowolnie, bo nie potrzebował współczucia, a ostatnie czego pragnął, to wywołać w kimś poczucie winy, za swoje własne, głupie zachowanie.
Kiedy sam sięgnął po szkło, po części miał cichą nadzieję, że znajdowało się tam coś więcej, co byłoby w stanie uciszyć, tę ciągłą analizę ich relacji. Poczuł na języku wyraźną słodycz owocu, potwierdzającą słowa Ryana, i odstawił szklankę na blat, z lekką irytacją, goszczącą w kącikach jego ust.
Gorzej nie będzie.
— Chciałbym, żebyś miał rację. — burknął pod nosem, chociaż sam nie podzielał entuzjazmu, bo obawiał się najgorszego.
Nie potrafił się uspokoić, jego stopa, nerwowo wystukiwała rytm o posadzkę, a nawet to, nie pomagało w rozładowaniu napięcia. NIe powinien wyrzucać swojej frustracji na Ryana, a mimo tej świadomości, robił właśnie to, jakby w głowie już zadecydował, że jego najczarniejsze myśli, z pewnością miały swoje logiczne podłoże, a najlepszą formą obrony, był właśnie atak. Westchnął głośno, jakby wraz wypuszczonym powietrzem, chciał pozbyć się całej tej złości i uniósł głowę do góry.
— Przepraszam — wyszeptał cicho, jakby dzielił się sekretem. — Nie wiem. Nie rozumiem tego, co się tu dzieje, ani dlaczego tu jestem, bo co moja obecność tutaj ma na celu? — Ściągnął brwi, w głębokiej koncentracji, uwydatniając bruzdę na czole. Podobne pytanie zadał sam sobie już kilka razy, ta przytłaczająca niewiedza, towarzyszyła mu od momentu otrzymania zaproszenia. I wiedział, że szanse na to, że z głośników nagle rozleje się ten znajomy głos, i oznajmi mu, dlaczego się tu znalazł były nikłe, ale wypowiedzenie tego na głos, pomogło chociaż w niewielkim stopniu pozbyć się stresu.
Nie wiedział co, a być może kto, zwrócił uwagę Ryana, i nie miał okazji zapytać, bo nim zareagował, ten już dawno zdążył wstać z krzesła, i zwiększyć dystans na tyle, że powietrze stłumiło dźwięk jego głosu, a jedyne co dotarło do jego uszy, to cichy, niewyraźny śmiech. Wykorzystał te kilka sekund w samotności na przywołanie samego siebie do porządku, karcąc za własne myśli i zachowanie, któremu ponownie było bliżej, do uciekającego przed samym sobą Junseo z sali treningowej, niż temu, który przez ostatnie kilka godzin, cechował się szczerością.
Gdy Ryan powrócił, nie był sam, a na twarzy Junseo zagościł delikatny, ostrożny uśmiech, jakby z rezerwą podchodził do ich nowego towarzystwa. Jego oczy pozostały czujne, obserwował Ryana, to jak w jego spojrzeniu zawitała radość, ta iskra, rozświetlajaca jego oblicze, które po chwili zalał cień niepewności, jakby chciał powiedzieć coś, ale nie wiedział jakich słów użyć. Junseo zwrócił uwagę na pauzę, te kilka sekund, wątpliwości, która jak zaraza, zaatakowała również jego, kiedy powoli odwrócił głowę, by spojrzeniem powędrować za wzrokiem Ryana, aż to zatrzymało się na figurze młodego mężczyzny.
UsuńMężczyzny, który emanował pewnością siebie, każdy jego krok był zdecydowany, a na twarzy gościła maska stoickiego spokoju, jakby to on przyszedł nadać swoje zasady, a nie podporządkować się narzuconym przez organizatorkę zabawom. Nawet jeśli udawał, robił to cholernie dobrze, tak dobrze, że Junseo musiał uciec wzrokiem, w obawie, że ich spojrzenia skrzyżują się ze sobą.
Zza niego, wyłoniła się smukła sylwetka, w której postawie zaobserwował tą znajomą naturalną, niewymuszoną swobodę, jakby już niegdyś przysło mu zawiesić spojrzenie na tym samym ciele, skupić się na jego ruchach i analizować je, by zgrać je z własnymi. Gdy brązowe tęczówki powędrowały wyżej, omiotły twarz, przesuwając wzrokiem od głęboko osadzonych oczu, po usa, szukając potwierdzenia, że miał rację, że to nie wyobraźnia przejęła stery, a Ryu Haejin naprawdę zmierzali w jego kierunku.
Junseo poderwał się z siedzenia, swoimi dłońmi wygładzający materiał koszuli, jakby jego własna aparycja odgrywała teraz ogromne znaczenie, i ukłonił się z należytym szacunkiem.
Szacunek, który należał się nie tylko ze względu na różnicę wieku, rozpoznawalność, czy staż jako idol, ale również przez wzgląd na to, z jaką odwagą i determinacją przedstawili się światu, idąc na przekór wszelkim zasadom, ustalonym w branży, ale również tym koreańskim, społecznym normom,
— Haejin-ssi — powiedział, na chwilę zapominając o jego towarzyszu, czy Ryanie, bo po raz pierwszy, sam zobaczył znajomą twarz, a to przepełniło go swego rodzaju komfortem, którego brakowało w jego codziennym życiu.
junseo
Każda sekunda spędzona w windzie dłużyła się niemiłosiernie - Haejin chcieli znaleźć się już na dole, odebrać telefony, i wynieść się stąd. Dłoń wciąż mieli splecioną z dłonią Yoonjae, i gdyby nie obecność kobiety w czerwonej koszuli w windzie, już dawno ulegliby pokusie, by złożyć na tych ustach kolejne pocałunki. Nie zamierzali jednak robić nikomu show, a już na pewno nie tutaj, w tym hotelu, na tej imprezie, gdzie z każdą kolejną minutą coraz bardziej docierało do nich, że byli zaledwie pionkiem w grze Plotkary.
UsuńMusieli być cierpliwi; ale tak ciężko było zachować cierpliwość, kiedy twarz Yoonjae wciąż wykrzywiona była w tym pełnym niezadowolenia i determinacji jednocześnie grymasie. Haejin chcieli przysunąć się o kolejny krok, ująć Hana za policzki i powoli przesunąć palcami po skórze, wyprostować każdą zmarszczkę; ale okazanie takiej troski i delikatności na oczach nieznajomej wydawało się w tym momencie jeszcze bardziej obnażające, niż gdyby faktycznie przycisnęli Hana do ściany i spili z jego ust kolejne jęki.
Nim drzwi windy zdążyły się rozsunąć, Hae zerknęli na własne odbicie w lustrze, by upewnić się, że wyglądali wystarczająco przyzwoicie - ale wzrok zatrzymał im się na widocznym zza rozchylonego materiału koszuli kawałku skóry na obojczyku, teraz ciemnoczerwonej, dokładnie tam, gdzie wcześniej zatrzymały się usta Yoonjae. Ich ciało zalazła fala gorąca - malinka znajdowała się w takim miejscu, że nie sposób było ją przeoczyć, i każdy, kto by na nich spojrzał, wiedziałby dokładnie, co takiego miało miejsce na dachu.
Niemal odruchowo, Hae zacisnęli mocniej dłoń, za którą trzymali Yoonjae; bo wbrew wszelkiej logice i rozsądkowi, chcieli, by wszyscy zobaczyli, by wiedzieli, że to właśnie z nimi Yoonjae postanowił spędzić wieczór. Nierozważne, głupie, pochopne; ale wyjątkowo, Haejin nie zamierzali zastanawiać się nad poprawnością swoich pragnień.
Jeden wieczór. Pragnęli podarować sobie ten jeden wieczór, dać się ponieść.
Powinni byli się spodziewać, że nie tak łatwo uda im się uciec z imprezy - ciężka, ponura atmosfera, która powitała ich w progu sali stanowiła wystarczającą wskazówkę, że cokolwiek na nich czekało, nie miało być przyjemne. Ktoś kompletnie zmienił wystrój w czasie, kiedy wraz z Yoonjae siedzieli skryci na dachu, i Haejin zmrużyli podejrzliwie oczy na widok ustawionej na środku platformy. Do czego było to potrzebne? Nie wiedzieli, czy chcieli znać odpowiedź na to pytanie; zdecydowanie nie chcieli znać odpowiedzi na to pytanie.
Obok nich, Yoonjae zatrzymał się i nie dokończył zdania - i tym razem, Hae ścisnęli jego dłoń, by zaoferować nieco wsparcia, przypomnieć mu, że nie był w tym wszystkim sam.
Chcieli coś powiedzieć - ale co takiego mogli zaoferować? Wszystko będzie dobrze? Nie wiedzieli tego, a nie zwykli zapełniać przestrzeni pustymi słowami i obietnicami, których nie mogliby spełnić. Z tego, czego dowiedzieli się tego wieczoru, Plotkara była szantażystką; jak daleko zdolna była się posunąć? Dorzucenie narkotyków do napojów nie stanowiło dla niej problemu, co samo w sobie było przerażające; a gdyby słowo o tym wydostało się na zewnątrz i trafiło do Korei, konsekwencje całej tej imprezy mogły raz na zawsze zniszczyć ich życie.
Odwrócili się do Hana i uśmiechnęli - delikatnie, w sposób, który mieli nadzieję, że przekazywał: wiem, że dopiero co się poznaliśmy, ale bez względu na to, jakie piekło szykuje dla nas Plotkara, możemy przejść przez to razem. Wszystko, co wydarzyło się między nimi przez ostatnie godziny, związało ich w sposób, którego Hae kompletnie się nie spodziewali i nie potrafili opisać; wiedzieli jedynie, że nie chcieli spuszczać z Hana wzroku, nawet na moment, nawet na sekundę.
Gdy Yoonjae odgarnął im kosmyk włosów za ucho, serce znów zabiło im mocniej. Ta delikatność rozbrajała ich szybciej, niż jakiekolwiek, nawet najbardziej kuszące prowokacje.
Ale nie mogli dawać się rozpraszać; nie teraz, wśród tylu ludzi, z których każdy mógł współpracować z nieuchwytną Plotkarą.
— Tak — zgodzili się, i wzrokiem omietli salę bankietową. Coraz więcej miejsc zapełniało się, chociaż Hanowi i Hae daleko było do ostatnich. — Nie zamierzam tknąć niczego więcej — odparli na wzmiankę o jedzeniu i piciu. Już wystarczyło, że wciąż czuli efekty narkotyków z kolorowego drinka; ostatnim, czego potrzebowali, były kolejne substancje psychoaktywne. — I w końcu na coś mi się przydadzą te wszystkie lata treningu medialnego. Może to nawet ja pomogę tobie?
UsuńChociaż to ostatnie powiedzieli nieco lżejszym tonem, wzrok mieli poważny: zaufaj mi, możesz na mnie liczyć.
Bo oni już Yoonjae ufali; kompletnie irracjonalnie, bez reszty zaplątani w mieszaninie uczuć, jakie on w nich wywołał.
Palce znów przesunęły się wzdłuż ich policzka; i część nerwów wywołana całą sytuacją uspokoiła się.
— Dobrze, spotkamy się tam — potwierdzili i sięgnęli do dłoni, która zatrzymała się na kołnierzyku ich koszuli. Delikatnie złapali za palce Yoonjae, przesunęli kciukiem po kostkach, — Ale postarajmy się nie rozdzielać, dobrze?
Odkąd tylko tu przyszli, Yoonjae był opoką normalności w całym tym szaleństwie, i myśl, że niecne plany Plotkary mogłyby ich rozdzielić, wywoływała nieprzyjemny ścisk w żołądku. Ale przynajmniej mieli plan, gdzie się spotkać, jakby całe to przedstawienie szlag trafił; i kolejne zapewnienie, że nie byli sami, że Yoonjae również nie chciał się z nimi jeszcze rozstawać.
Na sali rozległ się pełen wesołości okrzyk - Hannie! - i Hae drgnęli, gdy kolejny już raz przestrzeń, którą dzielili z Hanem, została naruszona. Mężczyzna, który do nich podszedł, bez chwili zawahania wziął Yoonjae w objęcia i uśmiechnął się z zadowoleniem. Haejin wyprostowali się i przekręcili głowę nieco, przyglądając się scenie z ciekawością; z talentem człowieka, który od lat radził sobie z uczuciem zazdrości, zignorowali napięcie, które pojawiło się pod skórą i starą, znajomą niepewność, która wkradła się w myśli. To nieprzyjemne mrowienie w palcach, chęć, by znów ująć dłoń Hana w swoją i przyciągnąć go do siebie, była kolejnym dowodem na to, że dali się ponieść bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, bardziej, niż było rozsądne; że tam, na dachu, rzeczywistość przestała istnieć, a teraz zderzali się z nią gwałtownie i musieli wziąć głęboki wdech, by powstrzymać niezadowolenie przed wylaniem się na wypolerowaną posadzkę sali bankietowej.
Weź się w garść, Ryu Haejin. Nie popadaj w dawne schematy.
Wystarczyło jednak, by mężczyzna otworzył usta, a wszelkie napięcie zniknęło. Haejin odwzajemnili posłany w ich kierunku uśmiech, i na widok porozumiewawczych spojrzenia, które Ryan rzucał w kierunku Hana, przygryźli wargę, by powstrzymać się od śmiechu.
— Haejin — przedstawili się, i wskazali dłonią w kierunku krzeseł. — Miło będzie posiedzieć w większym gronie, prowadź.
Kiedy ruszyli w głąb sali, Hae posłali Yoonjae pełne ciekawości spojrzenie: jak długo się znacie? Gdzie się poznaliście? Kiedy zaczynali rozmawiać, Yoonjae powiedział im, że nie chadzał na takie imprezy; może kolejna osoba ze studiów? Z wyglądu zakładali, że Ryan był w podobnym wieku, może parę lat starszy, więc wydawało się to najbardziej logicznym wnioskiem.
Ale Haejin nie mogli zaprzątać tym sobie głowy dużo dłużej, bo gdy podeszli do krzeseł, przy których siedział Ryan, ich oczom ukazała się znajoma twarz.
Na sekundę zamarli. Nie spodziewali się, że spotkają innego idola tutaj, w Nowym Jorku; jakie były na to szanse? Branża k-popu mocno rozwinęła się przez ostatnie lata, ale i tak, takie spotkanie tutaj, na imprezie Plotkary, wydawało się niemal niemożliwością.
Park Junseo zerwał się z krzesła na ich widok i ukłonił; ręce Hae niemal automatycznie wysunęły się do przodu, tak, jakby próbowali go powstrzymać. Na sekundę poczuli się tak, jakby znowu znajdowali się w Korei, podczas jednej z wielu gali rozdań nagród, z tłumem dongsaeng kłaniającym się im oraz pozostałym członkom zespołu na powitanie.
Przez te dwa miesiące spędzone w Nowym Jorku, Haejin niemal zdążyli się od tego odzwyczaić. Niemal.
UsuńUkłonili się w odpowiedzi.
— Junseo-ssi.
Nie potrafili powstrzymać uśmiechu, który wkradł im się na usta; chociaż nie znali Junseo dobrze, bardzo pozytywnie wspominali każdą interakcję. Kiedy zdarzyło im się razem nagrywać dance challenge na social media, Junseo pokazał nie tylko talent, ale jednocześnie wbił im się w pamięć przez to, w jak miłej atmosferze spędzili te kilka godzin. Hae doskonale pamiętali, kiedy grupa Junseo została rozwiązana, a sam chłopak wyparował; czuli wtedy sporo smutku, że komuś tak pracowitemu i mającemu tak wiele do zaoferowania nie udało się wybić w branży. Od dawna nie słyszeli żadnych informacji na jego temat - więc tym bardziej byli ciekawi, co takiego robił tak daleko od domu.
— Nie spodziewałom się, że ze wszystkich miejsc na ziemi, spotkamy się właśnie tutaj — zagadali z uśmiechem. — Co cię tu sprowadza? Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku.
Chociaż przeprowadzili się do Nowego Jorku, żeby uciec - od zgiełku Seulu, chaosu codziennego życia, własnych uczuć - nie mogli ukryć, że widok znajomej twarzy przyjęli z radością i ulgą. Istniało wiele osób, na które mogli tutaj trafić, i cieszyli się, że z nich wszystkich trafili akurat na kogoś, do kogo już wcześniej pałali sympatią.
haejin
Nagła zmiana wystroju wraz z przyciemnieniem świateł sprawiła Powellowi wrażenie idealnej okazji, by móc ponownie ubrać na siebie porzuconą marynarkę. Pozwoliła mu przynajmniej wyzbyć się uczucia, że paradował przed wszystkimi niemalże nago, choć tak naprawdę ledwo co się rozebrał. I dalej był wdzięczny za założenie podkoszulka.
UsuńWymóg przeniesienia się do wielkiego stołu z kolei nie napawał go już takim zadowoleniem i ulgą, szczególnie, kiedy przez głowę przebiegały mu setki opcji po jakie mogła sięgnąć Plotkara i co planowała im zgotować wraz z zebraniem ich wszystkich do jednego miejsca; tę sporą garść osób, które w teorii kompletnie nie znały siebie nawzajem, a w praktyce tworzyły coraz to bardziej zagmatwane sieci między sobą (nawet i teraz) oraz słyszały o sobie, nie zawsze mając tego świadomość.
I całe to zamieszanie działało na Yosoo niczym płachta na byka, mimo tego, co oboje postanowili w mieszkaniu. Choć Yechan nie potrafił zdusić ani tym bardziej wstydzić się tej niewielkiej cząstki samego siebie, która spodziewała się, że chłopak prędzej czy później zostanie sprowokowany. Jak nie do ostrej dyskusji, to do wymamrotanej pyskówki.
Pech chciał, że musieli wylądować przy stoliku, który co najmniej w połowie świecił się na czerwono i nawet bez większego starania był w stanie trafić w czułe punkty Jeonga, który w końcu odpuścił dalszą chęć dyskusji z Sunghoonem. Przynajmniej jak ten sam skierował się w stronę stolika, dzięki czemu mogli zrobić to samo.
Cisnęło mu się coś na język. Najmniejsza uwaga, delikatna kąśliwość, którą Yosoo był w stanie go raczyć w chwilach, gdy to Powell powielał jedno z zachowań, na które już zwracał mu uwagę.
Zrezygnował jednak z komentarza, kiedy zmuszony był wystrzelić zapobiegawczo ręką przed siebie, aby upewnić się, że potknięcie się chłopaka o nogę z jednego z pozostawionych krzeseł nie skończy się fatalnie dla Jeonga. I fizycznie, zapewne z jakimś zadrapaniem czy obiciem, jak i z bardzo niechcianą zmazą na godności przez coś tak niewielkiego
— Patrz, przynajmniej siedzisz teraz obok Yuri. A Seojun i Sunghoon po drugiej stronie świata — zauważył, z pokrzepiającym, może zbyt mocnym, oparciem dłoni o ramię chłopaka, samemu zajmując sobie miejsce i starał się przekonać siebie samego, że dystans wystarczy, żeby wzburzenie z poprzedniego stolika chociażby po części poszło w zapomniane — To może przez chwilę odtajesz, Soo.
chan
Han nie zdążył nawet dobrze zebrać myśli po tym, co zobaczył w sali. Nagle uderzył w niego krzyk, który - ku jego przerażeniu - ułożył się w znajome “Hannie”, a potem ktoś pojawił się przy jego boku i bez najmniejszego ostrzeżenia objął go ramionami. Potrzebował chwili na to, by zrozumieć, w czym brał właśnie udział…
UsuńPrzez sekundę stał zupełnie nieruchomo, próbując przypomnieć sobie, dlaczego właściwie kiedykolwiek uznał, że znajomość z tym człowiekiem była dobrym pomysłem. Ryan odsunął się w końcu, ale zamiast dać mu choć chwilę spokoju, posłał mu ten swój głupkowaty uśmiech, który pojawiał się na jego twarzy zdecydowanie zbyt często. Miał ochotę pacnąć go w głowę. Naprawdę mocno. Zwłaszcza że wystarczyło jedno spojrzenie by upewnić się w tym, że Ryan najwyraźniej uznał, iż właśnie trafił na wyjątkowo zabawny zbieg okoliczności. Han doskonale znał ten wyraz twarzy. Kim albo właśnie coś wymyślił, albo za chwilę miał powiedzieć coś, czego absolutnie nie powinien… Nie był do końca pewny, która z tych opcji miała okazać się bezpieczniejszą.
— Ryan — rzucił ostrzegawczo, tuż po tym, gdy tamten zdążył się odezwać i puścić w przestrzeń cholerne “no, no”. Nie zabrzmiało to jednak nawet w połowie tak groźnie, jak chciał.
Nie miał ochoty siadać przy kolejnym stole i udawać, że wszystko było w porządku, zwłaszcza teraz, kiedy Plotkara najwyraźniej przygotowywała dla nich kolejną niespodziankę. Wiedział jednak, że nie powinien wykonywać zbyt gwałtownych ruchów. Jeszcze nie. Jeśli cokolwiek nauczyło go tego wieczoru, to właśnie to, że przy tej przeklętej imprezie rozsądniej było najpierw obserwować, a dopiero później decydować, przeciwko czemu właściwie należy się buntować. Poza tym nie chciał zatrzymywać Hae. Skoro oni już zdążyli się zgodzić i z tym swoim spokojem rzucili Ryanowi, żeby prowadził, trudno było nagle wycofać się tylko dlatego, że jemu samemu niezbyt podobał się ten pomysł. Westchnął więc cicho, posyłając Ryanowi spojrzenie pełne niemego wyrzutu, po czym ruszył za nim.
Świetnie. Po prostu świetnie.
— Poznaliśmy się w dość… żenujących okolicznościach — szepnął jeszcze do Hae, gdy pomiędzy kolejnymi krokami, wyłapał ich zaciekawione spojrzenie. Ostatnim o czym marzył, była próba tłumaczenia wyskoku sprzed dwóch miesięcy, ale Han miał na tyle rozsądku, by dobrowolnie pozbyć się każdego z ewentualnych punktów, które mogły zostać wykorzystane tutaj przeciwko niemu. A skoro już za kilka chwil, miał siedzieć przy stole tuż obok chłopaka, z którym przespał się po wspólnej zabawie w klubie… cóż, wolał uprzedzić ten spektakl. — Trochę wtedy wypiliśmy. Jeśli będziecie ciekawi, opowiem wszystko, ale nie teraz. Teraz… — zawahał się przez moment — po prostu pamiętaj, że nie kłamię i nic mnie z nikim nie łączy. Lubię Ryana, ale… jak kumpla. którego najchętniej kopnąłbym w tyłek, po tym, jak ograł mnie w Counter-Strike’u.
Kiedy zbliżyli się w końcu do stolika, znajomy Ryana natychmiast poderwał się z miejsca. Han miał wrażenie, że skądś go kojarzył, ale choć przez moment próbował przypomnieć sobie, gdzie właściwie mógł wcześniej widzieć tę twarz, pamięć uparcie nie chciała współpracować. Chłopak tymczasem zaczął nerwowo wygładzać koszulę obiema dłońmi, jakby nagle przypomniał sobie o każdym pojedynczym zagięciu materiału, po czym zwrócił się w stronę Hae i ukłonił się im z przesadną wręcz gorliwością.
Han przyglądał się temu z niedowierzaniem. Nie miał pojęcia, co dokładnie tak bardzo go w tym wszystkim zirytowało. Może sposób, w jaki tamten nagle zaczął się zachowywać. A może to, że gdzieś pomiędzy jednym ukłonem a kolejnym Han poczuł nagłą, zupełnie irracjonalną potrzebę, żeby ponownie złapać Hae za rękę i przyciągnąć ich bliżej siebie. Tak po prostu. Bez żadnego konkretnego powodu, którego mógłby się uczciwie uchwycić.
Nie zrobił, oczywiście. Zamiast tego włożył w zachowanie obojętnego spokoju zdecydowanie więcej wysiłku, niż zamierzał przed sobą przyznać. Bez słowa zajął jedno z wolnych miejsc - dokładnie to, obok tego, które jeszcze chwilę wcześniej należało do nieznajomego. Założył nogę na nogę, ułożył dłonie spokojnie na kolanie, a następnie przechylił lekko głowę, unosząc przy tym brwi.
Usuń—Ryan-ssi — odezwał się w końcu, przesadnie głośno i nienaturalnie, naśladując przy tym sposób, w jaki brunet zwrócił się do Hae. Han wciąż nie odrywał od niego swojego spojrzenia, nie przejmując się tym, że powinien przenieść je teraz na Kima. Czuł, że zachowanie to balansowało niebezpiecznie gdzieś na granicy przyzwoitości, ale nie mógł odmówić sobie tej drobnej prowokacji. Nie teraz, gdy Hae wciąż znajdowali się (przynajmniej według niego) zbyt daleko, cała ta sytuacja przywodziła na myśl więcej pytań niż odpowiedzi. — Nie przedstawisz mnie? Wygląda na to, że tak wiele mnie omija.
hannie
To zabawne, że Inhanowi jej dłoń wydawała się chłodna, bo sama Claire wciąż czuła się, jakby trawiła ją dziwna gorączka. Miała wrażenie, że jej oczy są wciąż zeszklone emocjami, tak jak były w apartamencie, a policzki paliły zdradliwym żarem. Żałowała teraz, że się przynajmniej nie przypudrowała przed wyjściem, ale po zdjęciu makijażu poczuła taką ulgę, że nie miała na to ochoty. Nie przemyślała tego.
UsuńZawsze mogła wymówić się i skoczyć do łazienki, ale kiedy już zajęła miejsce między Inhanem, a Jackiem, ciężko jej się było z niego ruszyć, zwłaszcza po coś tak błahego.
Chyba była stremowana obecnością tutaj. Nie była pewna. Pobyt na tej sali zapisał się w jej ciele nieprzyjemnym napięciem, ale kiedy była zestresowana, z reguły uderzał w nią chłód, a nie gorąc.
Może to obecność Howarda wciąż naciągała jej nerwy w charakterystyczny sposób.
A może jedno i drugie.
Tak. Najprawdopodobniej była to przedziwna mieszanka zdenerwowania: zarówno tego przyjemnego, jak i nieprzyjemnego.
Biorąc głębszy wdech, odwzajemniła uścisk Kima, decydując się go nie puszczać w najbliższym czasie.
— To prawda — przytaknęła mu, przesuwając kciukiem po jego knykciach tak samo dla jego komfortu, jak i swojego. — Nie wiem, czy w ogóle powinno się to nazywać imprezą.
Impreza kojarzyła jej się przede wszystkim z głośną muzyką, tańcem i dobrą zabawą. Nie licząc czasu spędzonego z Jackiem, nie bawiła się tu dobrze, muzyka była… specyficzna, potańczyć też nie miała okazji.
Ale Claire, wiedziałaś, że ludzie nienawidzą ananasów?
Prychnęła mimowolnie, nie potrafiąc się powstrzymać. Tekst był absurdalny i kompletnie wyrwany z kontekstu.
Nim jednak zdążyła się odezwać, dosiadł się do nich ktoś obcy, zajmując jej przyjaciela rozmową, w którą nie była wtajemniczona i nie była pewna, czy powinna być, więc zdecydowała się na ten moment po prostu słuchać jej jednym uchem.
Przeskanowała spojrzeniem twarz Sunghoona, nie do końca pewna co o nim myśleć, a potem spojrzała znów na Howarda, czując jego oddech przy swoim uchu.
— Co? — zapytała głupio, nim zdążyła się opanować.
Inhan, naćpany? Przecież on nigdy w życiu nic nie brał!
Fakt faktem zachowywał się dziwnie, ale przecież…
Och. No tak. Drinki. Jack powiedział na początku, żeby po nie sięgać.
Skrzywiła się, wyraźnie zmartwiona, przechyliwszy się nieznacznie w jego stronę, nawet nie przejmując się teraz faktem, że w zasadzie ją obejmował, z ramieniem przerzuconym na wskroś jej oparcia. Bardzo możliwe, że było jej to teraz potrzebne, jego bliska obecność.
— Nie… — odparła więc. — A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
Okręciła głowę w stronę przyjaciela, zaciskając palce na jego dłoni, by zwrócić na siebie jego uwagę. Nie chciała mu przeszkadzać w rozmowie, ale to o co chciała go zapytać było jej zdaniem istotniejsze.
— Innie, co dziś piłeś?
CLAIRE
Jackson nie zamierzał chwalić się swoją szeroką wiedzą na temat narkotyków. Claire wiedziała dostatecznie dużo, by rozumieć, że nie rzucał słów na wiatr. Nie był to pierwszy raz, kiedy Plotkara próbowała rozkręcić imprezę na różne sposoby, również te wykraczająca poza legalne ramy - podkręceniem emocji, dostarczeniem silniejszych bodźców i, nierzadko, dokładaniem czegoś do drinków. Niegdyś sam chętnie siegał po kolejne porcje, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Teraz jednak na jego twarzy pojawił się niemal niedostrzegalny grymas. Nie zamierzał panikować. Inhan wyglądał na pobudzonego i nieco skołowanego, ale wciąż, jako tako, się trzymał. Jack zbyt dobrze jednak wiedział, jak szybko taka sytuacja potrafiła wymknąć się spod kontroli.
UsuńSam przecież przedawkował na jednej z podobnych imprez, co omal nie skończyło się tragedią. Wspomnienie wróciło nagle i ostro; wypolerowana posadzka, własne ciało wijące się w konwulsjach, twarze przyjaciół pochylone nad nim w panice, a potem przymusowy wyjazd na odwyk i długie, upokarzające dni, w których budził się przerażony i przekonany, że tym razem naprawdę nie wyjdzie z tego obronną ręką. Żołądek ścisnął mu się nieprzyjemnie na samą myśl.
— Plotkara musiała dodać coś do drinków na początku imprezy. — stwierdził, przypominając sobie, jak ominęli kolejkę wychodząc na taras, po starciu z Octavią. Najwidoczniej Inhan skosztował właśnie tych specjałów organizatorki.
— Teraz nic z tym i tak nie zrobimy. Trzeba mieć go na oku i najlepiej żeby niczego już nie pił prócz wody. — dodał, a jego dłoń odruchowo zsunęła się na smukłe ramię Claire. Pogładził jej skórę kciukiem, niemal nieświadomie, szukając w tym geście zarówno uspokojenia dla niej, jak i dla siebie. Wzrok mimowolnie powędrował do ich splecionych dłoni. Widział, jak bardzo jest przejęta stanem przyjaciela. A Jackson dobrze wiedział, jak blisko przyjaciele potrafią się ze sobą trzymać.
Kelner w końcu wrócił ze szklanką wody. Jack bez słowa przesunął ją w stronę Inhana, ustawiając naczynie niemal pod samym nosem chłopaka.
Inhan tymczasem całą swoją uwagę skupiał na Sunghoonie, Dopóki trzymał wzrok w jednym punkcie, miał wrażenie, że sala wiruje mniej gwałtownie. Był również szczerze ciekawy tego co blondyn ma do powiedzenia.
Głos Claire przebił się do niego jak zza grubej szyby.
— Parę drinków.
Odpowiedź rzucił niedbale, przez ramię. Nie sądził, że drinki same w sobie mogły być groźne. Obstawiał, że przesadził i wypił po prostu o jednego za dużo, a że nie był posiadaczem mocnej głowy, skończył nieco oszołomiony.
W tej chwili jednak nie zamierzał się tym przejmować. Zwłaszcza, że Claire siedziała tuż obok, a sama obecność dziewczyny dodawała mu odwagi.
Jack
Pewność siebie zaczęła coraz mocniej z niego uchodzić, im bardziej Junseo wydawał się od niego oddalać. Ryan poczuł, jak robi mu się nieprzyjemnie, ale uparcie próbował odpychać od siebie wszystkie myśli, które zaczynały pojawiać się w głowie. Starał się podejść do sytuacji na chłodno, zrozumieć Parka i przede wszystkim nie brać jego zachowania do siebie. W teorii brzmiało to całkiem prosto. W praktyce okazało się zdecydowanie trudniejsze, zwłaszcza teraz, kiedy zdążył już tak bardzo przyzwyczaić się do ciepła i czułości, którymi jeszcze chwilę wcześniej się obdarzali.
UsuńTon głosu młodszego, zirytowany wyraz twarzy i sposób, w jaki się do niego odnosił, zupełnie nie przypominały tego Junseo, z którym Ryan spędził tak przyjemne chwile w piwnicy. Ten Park był zupełnie inny. Bardziej przypominał mu Junseo z wytwórni czy sali prób, tego samego, z którym jeszcze niedawno potrafił wejść sobie w drogę przy najmniejszej okazji. Sama ta analogia wystarczyła, żeby po jego ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz, rozchodząc się aż do opuszków palców.
Wiedział przecież, że Junseo nie był mu nic winien. Nie miał prawa wymagać od niego żadnej czułości, żadnych wyjaśnień ani nawet tego, żeby Park nadal zachowywał się tak jak wcześniej. Nie mógł mieć do niego pretensji. Dlatego Ryan po prostu postanowił się zamknąć. Niczego nie komentować, nie dopytywać, nie próbować na siłę zatrzymywać go przy sobie. Niestety, wraz z tą decyzją uchylił swoim natrętnym myślom niewielką furtkę, przez którą te niemal natychmiast wdarły się do jego głowy.
Zaczęło mu się wydawać, że Junseo żałuje wszystkiego. Tego, że pozwolił sobie na bliskość, że spędził z nim tyle czasu, że w ogóle dał się wciągnąć w ten wieczór. Może teraz chciał już tylko stąd wyjść i zapomnieć, jak wielkim błędem okazało się spędzenie kilku godzin właśnie z Ryanem.
A skoro tak, Ryan bardzo szybko wrócił do swoich starych myśli o tym, jak beznadziejnym przypadkiem potrafił być. Alkohol, zainteresowanie, które dostał i znów jak tania szmata oddał się bez pomyślunku Jakby wystarczyło, że ktoś go chciał, a on natychmiast był gotów oddać mu całą swoją uwagę. Był na siebie cholernie zły.
Wracając do stolika, próbował nie skupiać się na coraz większym poczuciu wstydu. Na tym paskudnym uczuciu, że najlepiej byłoby, gdyby w ogóle się nie odzywał, że nie powinno go tutaj być, że może powinien po prostu zniknąć gdzieś na uboczu, usiąść w kącie i zrobić wszystko, żeby nikt więcej nie zwracał na niego uwagi.
Kiedy Junseo nagle poderwał się ze swojego miejsca, Ryan spojrzał na niego z wyraźnym zdziwieniem, unosząc brew. Nie rozumiał, skąd ta nagła zmiana. Zachowanie młodszego na moment wyrwało go z tej nieprzyjemnej spirali rozmyślań, ale niestety nie na długo. Wystarczyła chwila, żeby wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.
Zamrugał powoli, a potem cicho prychnął pod nosem. Nie potrafił się powstrzymać. Oczywiście, że jego myśli natychmiast pobiegły w stronę tego, jak Junseo nigdy nie traktował go z takim szacunkiem. Wręcz przeciwnie. Ryan pamiętał aż za dobrze ich wcześniejsze spotkania, chłodne spojrzenia i nieprzyjemne wymiany zdań.
I właśnie ten moment zabolał go chyba bardziej, niż powinien. Cała pewność siebie, którą zdążył zbudować przez ich dzisiejsze interakcje, nagle wyparowała. Jakby nigdy jej nie było. Zostało tylko to nieprzyjemne poczucie, że znowu znalazł się dokładnie w tym samym miejscu co wcześniej.
Był zirytowany. Cholernie. Milion małych igieł zdawało się wbijać w jego żołądek, sprawiając, że przez moment naprawdę miał ochotę odwrócić się i zwymiotować. Zamiast tego stał w miejscu, z kamienną twarzą, choć gdzieś pod jej powierzchnią aż się gotowało. Miał ochotę złapać Junseo za koszulę i nim potrząsnąć, tylko po to, żeby wreszcie wyrzucić z siebie wszystko, co krążyło mu po głowie. Sam nie wiedział nawet, czego właściwie od niego chciał. Wyjaśnienia? Potwierdzenia, że te kilka godzin naprawdę coś znaczyło? A może po prostu chciał, żeby Park spojrzał na niego tak jak wcześniej.
UsuńNie zrobił jednak nic. Stał tak przez chwilę, dopóki do jego uszu nie dotarło zdrobnienie jego imienia. Zmarszczył mocniej brwi, przewrócił oczyma, a następnie bez słowa zajął swoje miejsce. Sięgnął po wino i wypił je niemal od razu, jakby chciał przepłukać nim wszystkie te myśli. Zaraz potem sięgnął po kolejny kieliszek.
— Przedstawiłbym cię, ale mój towarzysz wydaje się zbyt zajęty — burknął tylko, nawet nie próbując ukryć irytacji.
Bo właściwie kto miałby się nim teraz przejmować?
Ryan
Przez pierwsze kilka sekund Junseo żałował swojej reakcji, w myślach karcąc się za to, że śmiał otworzyć usta i bezpośrednio do nich zwrócić. W czystej ekscytacji zamiast podejść do sytuacji racjonalnie, on, kolejny już raz, działał pod wpływem impulsu, pozwalając organizmowi, przejąć kontrolę nad umysłem. Z góry założył, że ich wspólna interakcja zapadła w pamięci Hae równie mocno, co w jego. Zupełnie, jakby nie był jednym z dziesiątek idoli, którzy tego dnia przewinęli się przez salę treningową znajdującą się w wytwórni. Junseo nie był specjalny, dostał dokładnie taką samą szansę, jak reszta członków jego grupy, którzy również byli tego dnia obecni przy nagrywkach, a mimo tego, przez ułamek sekundy śmiał rościć sobie prawo do bycia zapamiętanym.
UsuńGodziny powtórzeń fragmentu choreografii, zamknięte w kilkunastu sekundach udostępnionych na oficjalnych kontach społecznościowych obu grup, i wyświetlenia, przerastające jego najśmielsze oczekiwania. Może nie był jedynym, który miał zaszczyt tańczyć obok Hae, ale to właśnie ich dance challenge cieszył się największą popularnością wśród fanów, a Junseo zapisał ten dzień, jako jeden z lepszych w swojej karierze.
Tylko czy Haejin o tym wiedzieli. Czy zwracali uwagę na takie szczegóły, gdy cieszyli się uznaniem, a ich osiągnięcia były o wiele bardziej spektakularne, niż to, czym mógł pochwalić się Park.
Nieco speszony, przestąpił z nogi na nogę, dalej uważnie wpatrując się w Hae, w nadziei, że w ich spojrzeniu zabłyśnie iskra rozpoznania, że źrenice rozszerzą się, gdy świadomość, że Junseo nie był im obcy, dotrze do ich świadomości, a ta zawieszona w przestrzeni między nimi niezręczność, ustąpi miejsca swobodzie, gdy Hae przerwą ją swoim głosem.
Twarz Junseo rozpromienił niewymuszony, szczery uśmiech, odzwierciedlający ulgę, jaka rozeszła się po ciele, gdy tylko zobaczył w mimice Hae to, czego szukał. Uważnie wsłuchał się w ich słowa, ciepły ton głosu zdradzający sympatię, a nie dystans, którego się obawiał.
— Oh — wyrwało się z jego krtani, bo nie spodziewał się zainteresowania jego losem, szybko jednak odchrząknął, pozwalając dłonią opaść swobodnie wzdłuż ciała. Po chwili spędzonej na ułożenie sensownej odpowiedzi, ponownie otworzył usta. — Przygotowuję się do wydania solowego albumu, nagrywam i trenuję właśnie tutaj, w Nowym Jorku — wyrzucił z siebie na jednym tchu.
Jego oczy błyszczały z podekscytowania, bo za każdym razem, gdy miał okazję oznajmić komuś, że ponownie zmierzał do celu, że robił to, co kochał całym sobą, duma rozpierała go od środka, chociaż przez chwilę pozwalajac zapomnieć o drodzę jaką musiał pokonać, o tym, z czego musiał zrezygnować, by pomóc swym marzeniom, bo obrana przez niego ścieżka była pełna wyrzeczeń.
Poświęceń, jak ukrywanie własnych pragnień, byle sprostać odgórnie ustalonym oczekiwaniom,
Ta ostatnia myśl cisnęła nieprzyjemnie, zapierając dech w piersi. Brutalny cios, na który nie był przygotowany, sprowadzający go na ziemię, mimo, że nie chciał stawać twarzą w twarz z rzeczywistością, bo ta była jednoznaczna z utratą tego, co dane mu było tego wieczoru doświadczyć.
Gwałtownie odwrócił się na pięcie, spojrzeniem odnajdując Ryana, ale to, z czym się spotkał, było dalekie od malującego się na twarzy zadowolenia, które dekorowało jego oblicze jeszcze kilka minut temu. W jego rysach brakowało spokoju, a spojrzenie przesłonił cień irytacji, pozbywając go tego lekkiego uroku. Zamiast uśmiechu, kąciki ust wygięły się w grymasie, który pogłębił się jeszcze bardziej, gdy nieznajomy Junseo mężczyzna, otworzył usta. Junseo spojrzał na niego, delikatnie marszcząc brwi.
W jego oczach nie dostrzegł złości, bo te były pełne spokoju, ale bił od nich paraliżujący chłód, gdy te bacznie go obserwowały - zupełnie jak drapieżnik pilnujący swojego terenu, gdy tylko intruz śmie naruszyć granicę. Kolejno padły słowa, ale nie te były ważne, a liczył się prześmiewczy, niemal karykaturalny sposób, w jaki zostały wypowiedziane.
UsuńPonownie przeniósł swoją uwagę na Ryana, szukając wsparcia, tej niewidzialnej nici porozumienia, która pozwoliłaby zrozumieć, z czym miał właśnie do czynienia, bo nie rozumiał ataku ze strony jego znajomego.
Zamiast uśmiechu, spotkały go zaciśnięte wargi, a przesiąknięta irytacją odpowiedź podniosła jego ciśnienie na tyle, że sam poczuł narastającą złość. Jego dłonie zadrżały pod wpływem emocji, więc ścisnął je w pięści, nie chcąc dać żadnemu z nich satysfakcji, że zranili jego ego. Postanowił udawać niewzruszonego, mimo, że miał ochotę krzyczeć.
— Park Junseo — rzucił niedbale, skupiając swoją uwagę na kieliszku, spoczywającym w dłoni Ryana, decydując, że alkohol był idealną ucieczką — Bardzo zajęty rozmową Park Junseo — dodał, równie ironicznie, podchodząc do stolika, by wypełnić puste szkło.
Skoro Ryan postanowił wylać na niego swoją frustrację, Junseo nie zamierzał pozostawać mu dłużny. Grali w tą grę dłużej, niż w wymianę uprzejmości. Świadomość, że powrócili do dawnych nawyków, do swojej normalności szybciej, niż się tego spodziewał, zakuła boleśnie, przypominając mu, że być może nie zasługiwał na nic więcej, a ich przygoda kończyła się właśnie tutaj, gdzie się zaczęła - na głównej sali tego głupiego wydarzenia.
Nie rozumiał co kierowało Kimem, bo jedyne co zrobił, to odezwał się do Haejin, do jedynej osoby, która w tym cholernym mieście była namiastką tego, co znał, tego za czym tęsknił. Jego dawnego życia, ale również domu, który był tak daleko.
Poczuł to nieznośne pieczenie pod powiekami, zamrugał kilkakrotnie, nie pozwalając sobie na okazanie słabości, i rozedrganą dłonią sięgnął po kieliszek, a szkło uderzyło o blat stolika, przeszywając chwilową ciszę jaka między nimi zapadła.
Junseo nie zwracał uwagi na swoje ruchy, na to, jak gwałtownie odwrócił się, niemal tracąc równowagę, odruchowo wyciągając ramiona do przodu. Może powinien, zapanować nad sobą i nie pozwolić, by emocje ponownie wzięły górę, może wtedy zawartość kieliszka dalej znajdowałaby się w szkle, a nie swoją szkarłatną czerwienią przypominała scenę zbrodni, która właśnie rozgrywała się u stóp Haejin.
Przeklął cicho pod nosem, czując jak łzy, nad którymi zdołał zapanować, ponownie naciskały na powieki, i szybko odstawił kieliszek na blat stołu, łapiąc w dłoń garść serwetek.
— Przepraszam. Naprawdę, bardzo przepraszam. — wykrztusił z siebie, opadając na kolana przed Hae, nerwowo naciskając o posadzkę, chcąc pozbyć się katastrofy, a każdy kolejny ruch zdradzał jego narastającą panikę.
junseo
Parę drinków, rzucone od niechcenia.
UsuńPrzeszył ją nieprzyjemny dreszcz niepokoju.
— Do tych drinków najprawdopodobniej ktoś coś dorzucił — odpowiedziała, wyplątując dłoń z dłoni Inhana tylko po to, żeby przesunąć ją na jego ramię i utrzymać na moment jego skupienie, gładząc lekko jego bark. — Nie pij dziś już więcej, dobrze? Chyba, że wodę. Na jedzenie chyba też trzeba uważać. Przede wszystkim powiedz mi, gdybyś poczuł się gorzej. Proszę.
Claire westchnęła cicho, czując jak rośnie w niej zalążek irytacji na całą sytuację, w której wszyscy się znaleźli. Zaczynała mieć po dziurki w nosie tej całej imprezy. Zastanawiała się, dlaczego Jack ją tutaj zabrał w pierwszej instancji, skoro w przeciwieństwie do niej bywał już na imprezach Plotkary i wiedział, czego się po niej spodziewać?
Nie to, żeby nie chciała tu z nim być. Cieszyła się i doceniała ponad miarę, że zaufał jej na tyle, by przyznać się przed nią do odwyku, pozwalając by stała się dla niego swoistym wsparciem…
No tak. Wszystko jasne. Jack po prostu potrzebował wsparcia. Przecież wspominał o tym, że będzie tu jego była i przyjaciele, którzy mają powody, by mieć mu za złe. Powinna połączyć kropki wcześniej, ale działo się od początku tak dużo, że nie miała zbyt wiele czasu na rozmyślania.
Kiedy wysnuła ten wniosek, coś wewnątrz niej stopniało, ale fizycznie była wciąż tak podświadomie spięta, że drgnęła mimowolnie, czując dotyk na ramieniu, bo wcale się go teraz nie spodziewała. Mieli być jakby nie patrzeć subtelni, a już jego ramię rozciągnięte za jej plecami było dość wymowne.
Spojrzała na Howarda, ale w pierwszej chwili nie odezwała się ani słowem, skupiając się na miarowych przesunięciach opuszka wzdłuż skóry. Wolną dłonią sięgnęła, by zaczepić lekko jego palce, bo dopatrzyła się w nim swoistego napięcia, które dopiero powoli uczyła się w nim rozpoznawać. Zastanawiała się, ile jest w tym jej spostrzegawczości, a na ile on jej po prostu na to pozwalał.
— W porządku? — zapytała mimo wszystko, nachyliwszy się nieznacznie w jego stronę.
Była wdzięczna za to, że przejął się Inhanem, bardziej niż była stanie wyrazić. Zdała sobie jednak sprawę, że na moment się od niego przez to oddaliła, bardziej emocjonalnie niż fizycznie, a nie chciała się przecież od niego oddalać.
Po prostu się martwiła. Nie miała wiele wspólnego z narkotykami i jeśli już o nich słyszała, to raczej same negatywy: przedawkowania, ataki, akty wandalizmu, nieodwracalne uszczerbki na zdrowiu. Przeraziło ją, że Kim pił te kolorowe drinki, a jeszcze bardziej że było ich kilka oraz że żadne z nich nie miało pojęcia, co było w środku. Mógł zmieszać ze sobą coś, czego nie powinien, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
— Możemy się umówić, że następnym razem zabierzesz mnie do pierwszego lepszego klubu? — mruknęła Howardowi na ucho. — Tam przynajmniej uda nam się potańczyć. I będziemy mogli wyjść, kiedy będziemy chcieli.
Claire nigdy nie była klubowiczką, ale zawsze wychodziła z założenia, że mogłaby się tam dobrze bawić, gdyby nie musiała się martwić o natrętnych mężczyzn, a coś jej podpowiadało, że obecność Jacka zagwarantowałaby jej nie tylko bezpieczeństwo, ale także święty spokój przed niechcianą uwagą.
Jego uwaga wystarczała jej w zupełności.
CLAIRE
— Hej, ludzie! — Głos Plotkary poniósł się z głośników. — Najsłodsi, najdrożsi mi mieszkańcy!
UsuńNagle górne światła sali rozbłysły, a grupa kelnerów i kelnerek wypadła na środek, poprawiając, zabierając oraz podmieniając krzesła, by wszyscy zasiedli na swoich miejscach.
— Nie ma dobrej imprezy bez głupiej, pijackiej gry, prawda? Więc… co powiecie na Prawda czy wyzwanie?! Wiem, wiem, trochę oklepane. Ale tak się składa, że — dziewczęcy chichot — nie macie wyjścia! I naprawdę nie macie! Bo zadania i pytania wymyślam ja!
— Kolejka będzie szła właśnie tak: prawda, wyzwanie, prawda, wyzwanie, i tak dalej, i tak dalej! A teraz… — W tym momencie do podium podszedł mężczyzna i ustawił na nim dużą, sześcienną konstrukcję. Na każdej z jej ścian znajdowała się okrągła tarcza, podzielona na dziewiętnaście pól z imionami uczestników. — Wylosujemy graczy pierwszej tury. Ostrzegam! Runda number one będzie ca-łuś-na.
Wskazówki na wszystkich tarczach zaczęły kręcić się szybko, po czym opadły na pierwszym imieniu. Po trzech sekundach znowu zaczęły się kręcić, aż wyłoniły sześciu zawodników pierwszej tury: Ryan, Danielle, Sunghoon, Haejin, Jackson, Yechan. Po losowaniu zabrano podium ze środka, także teraz każdy z gości mógł bez problemu dojrzeć wszystkich uczestników imprezy na sali. W międzyczasie rozłożono koperty z imieniem graczy przy ich stolikach, a światła ponownie przygasły. Z głośników ponownie rozbrzmiała muzyka.
— Mamy pierwszych zawodników! Zasady są banalnie proste, wykonujecie swoje zadanie w kolejności, z jakiej zostaliście wylosowani. Moje słodkie prawdy przed odpowiedzią muszą przeczytać pytanie z kartki, natomiast gorące wyzwania mogą od razu przejść do rzeczy. — Pisk pełen ekscytacji. — Miłej zabawy! I do zobaczenia potem!
Autorzy otrzymają zawartości kopert w wiadomości prywatnej na Discordzie. Mogą się nimi dzielić, jednak Plotkara zachęca do zachowania dyskrecji, bo wiadomo przecież, że niespodzianki urodzinowe smakują najlepiej… w dniu urodzin. Kolejność odpisów pozostaje w rękach autorów. Niezmieniona pozostaje natomiast kolejność pytań i zadań w grze — Ryan, Danielle, Sunghoon, Haejin, Jackson, Yechan. Oznacza to, że kolejka gry pozostaje bez zmian, ale może być przeplatana odpisami innych autorów, niekoniecznie biorących udział w tej turze.
Z krótkiego wyjaśnienia Yoonjae jego relacji z Ryanem wynikało, że najprawdopodobniej coś tę dwójkę łączyło w przeszłości - i wzrok Hae od razu powędrował do idącego przed nimi chłopaka, pełen ciekawości i pewnego rodzaju dyskomfortem, tym samym, który pojawiał się, kiedy za wszelką cenę chcieli kogoś przy sobie utrzymać, nawet jeśli tylko na jeden wieczór. Nie łudzili się, że byli pierwszą osobą, z którą Han zdecydował się pójść do łóżka, sami przecież też mieli przeszłość; więc jedynie kiwnęli głową i postanowili zaufać.
Usuń— Może przy naszym następnym spotkaniu mi opowiesz — odparli, nie po raz pierwszy sugerując, że chcieli, by kolejne takie spotkanie się wydarzyło.
Spotkanie Junseo okazało się miłą niespodzianką - a wiadomość, że pracował właśnie nad solowym albumem jeszcze milszą.
— To przyjechałeś do odpowiedniego miejsca — zaśmiali się. — Tylu jest tutaj wspaniałych artystów, to kompletnie inny świat niż Seul.
Sami cały czas odkrywali wszystko, co Nowy Jork mógł im zaoferować, i z każdym dniem coraz bardziej zakochiwali się w miejscowych artystach i sztuce.
— Muszę przyznać, że zastanawiałom się, czy wrócisz jeszcze kiedyś do muzyki po tym, jak twoja grupa została rozwiązana — powiedzieli po chwili. — Powodzenia z solowym debiutem, na pewno wysłucham, jak już się pojawi. I kto wie, może kiedyś uda nam się wystąpić razem na scenie? — mrugnęli do Junseo z humorem.
Mieli nadzieję, że tym razem uda mu się wybić. Szkoda by było, gdyby taki głos się marnował.
Nie spodziewali się, że ich krótka interakcja z Junseo wywoła tyle emocji - a jednak. Kiedy usłyszeli głos Yoonjae, prześmiewczo mówiący Ryan-ssi, odwrócili się w jego kierunku, a brwi same powędrowały im do góry. Odpowiedź Ryana, pełna irytacji, jeszcze bardziej ich zdziwiła, bo…
Serio? Czy naprawdę ta dwójka postanowiła zachować się jak pięcioletnie dzieci, które nie mogły wytrzymać tego, że chwilowo nie były w centrum uwagi? Hae sami poczuli irytację powoli wkradającą się do głowy; przez chwilę przemknęło im przez myśl, że przyjęcie propozycji Ryana było błędem, jeśli tak miały wyglądać ich konwersacje, ale zaraz odepchnęli to od siebie. Chcieli porozmawiać z Junseo, i nie mogli pozwolić, by te głupie odzywki im to popsuły.
Nie wiedzieli, co takiego łączyło Junseo i Ryana, ani co kryło się pod gwałtowną zmianą humoru blondyna, ale Yoonjae nie miał powodu do takiego zachowania.
Kątem oka, Haejin dostrzegli, że dłonie Junseo zadrżały. Jego głos, gdy w końcu przedstawił się Hanowi, pełen był niedbałości i ironii, w których Hae dostrzegli tarczę. Ich dobry humor szybko rozpływał się, pozostawiając po sobie jedynie tę potrzebę ochrony, tę samą, którą często budzili w nim młodsi członkowie zespołu.
Wzrok wbili w Yoonjae, i dopiero gdy te brązowe oczy zwróciły się w ich kierunku, powiedzieli:
— Opowiedziałobym ci, w jakich okolicznościach poznaliśmy się z Junseo, ale teraz nie wiem, czy to zrobię. Może zmienię zdanie, jeśli zaczniesz się lepiej zachowywać, Han-ssi.
Już nie Han-ah, już nie Yoonie - jeśli Yoonjae chciał głupio zaczepiać ich znajomych, to Hae też mogli dołączyć do tej gry. Unieśli brew wyzywająco - przestaniesz zachowywać się jak idiota, czy nie, Han Yoonjae? Niemal bezwiednie dłonią dotknęli czerwonej skóry obojczyka, śladu, który zostawił na nich Yoonjae; Haejin pozwolili mu na tak wiele, czy już zdążył o tym zapomnieć? Tylko dlatego, że Hae odezwali się do kogoś innego?
Nie mogli się nad tym dłużej zastanowić, bo tuż obok rozległ się dźwięk szkła uderzającego o blat, a Junseo odwrócił się gwałtownie.
Wino rozlało się po posadzce.
Nim Hae zdążyli się ruszyć, Junseo już padł na kolana, serwetkami próbując wytrzeć rozlane wino. Przepraszał ich - chociaż nie miał za co, chociaż Hae wcale nie potrzebowali tych przeprosin, chociaż nic wielkiego się nie stało.
Wystarczyło spojrzenie, by Hae wiedzieli dokładnie, co się stało - dostrzegli w głosie i ruchach Junseo panikę, to, jak z każdą sekundą narastała. Doskonale znali to uczucie, to, jak ciężko było się z niego wyrwać - wielokrotnie tego doświadczyli, tak samo często byli świadkami, gdy któryś z członków zespołu się z nim zmagał. Hae wiedzieli, jak im pomóc; ale nie byli pewni, czy ich metody pomogłyby Junseo, nie znali go przecież dobrze.
UsuńAle musieli coś zrobić - sięgnęli więc po serwetki i uklękli obok Junseo, uśmiechając się przy tym lekko.
— Nic się nie stało — powiedzieli, wycierając podłogę. — To tylko wino. Jestem pewne, że podłoga od tego nie ucierpi, nie masz za co przepraszać.
haejinnie
Han nie do końca pojmował kierunek, w którym pozwolił sobie właśnie ruszyć. Gdyby miał określić to w najszczerszy możliwy sposób, zrzuciłby to na karb emocji, które wciąż i wciąż buzowały mu pod czaszką, jak stado wyjątkowo upartych szerszeni. Tak byłoby prościej. Szybciej. Przywykł do szukania usprawiedliwienia w czymś, nad czym nie mógł panować (niezależnie od tego, co by sobie wmawiał). Zazdrość była najprostszym wyjaśnieniem, ale jednocześnie zdecydowanie zbyt wygodnym, żeby mógł bez większego namysłu uznać ją za prawdę. Przecież nie miał prawa być zazdrosny. Tymczasem wystarczyło kilka sekund, jeden niewłaściwy obraz i nagle jego własna reakcja okazała się znacznie bardziej gwałtowna, niż powinna.
UsuńI pewnie w innych okolicznościach poszedłby za tym dalej. Z przekory, dla samej satysfakcji sprawdzenia, jak daleko może się posunąć, zanim druga strona w końcu straci cierpliwość. Znał siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że kiedy ktoś próbował postawić mu granicę, pierwszym odruchem było sprawdzenie, czy rzeczywiście potrafi ją utrzymać. Ten kierunek od początku był skazany na porażkę, ale Han nigdy nie należał do ludzi, którzy szczególnie przejmowali się tym, dokąd prowadziła ich lekkomyślność. Tym razem jednak coś go zatrzymało.
Po słowach Hae wziął głębszy oddech, zdecydowanie wolniejszy, niż podpowiadało mu ciało, i dopiero wtedy uświadomił sobie, że robiło mu się niepokojąco gorąco na szyi i policzkach. Przez krótką chwilę nie wiedział nawet, co z tym zrobić. Zatrzymali go jednym prostym komunikatem i, chcąc nie chcąc, Han musiał przyznać przed samym sobą, że było w tym coś cholernie pociągającego. Coś, co zamiast odebrać mu ochotę na dalszą prowokację, sprawiło, że przez moment miał ochotę zrobić dokładnie odwrotnie, tylko po to, żeby zobaczyć, czy Hae zdoła pociągnąć to dalej. Opanował się jednak, resztkami samokontroli, uświadamiając samemu sobie, że nie byli tu sami. Wystarczyło jedno spojrzenie rzucone gdzieś ponad ramieniem Hae, żeby przypomnieć sobie o ludziach krążących wokół nich, o rozmowach toczących się przy stolikach i spojrzeniach, które w każdej chwili mogły zatrzymać się właśnie na nich. O Ryanie i Junseo, z którymi spletli się właśnie w jakiś dziwaczny, trudny do wyjaśnienia sposób.
— Och — odezwał się w końcu, unosząc brwi w fałszywym zdumieniu, choć cień uśmiechu, czający się gdzieś w kącikach jego ust, mógł zdradzać doskonale wszystko to, co kryło się właśnie w jego głowie.— Teraz mówimy do siebie tak formalnie?
Pozwolił sobie na trzy sekundy przerwy. Tylko tyle, by podążając wzrokiem za ruchem dłoni Hae, która zatrzymała się na wyraźnie podrażnionej skórze, dodać cicho: — będę grzeczny.
Chciał pociągnąć to dalej. Jeszcze chwilę temu miał ochotę sprawdzić, dokąd właściwie zaprowadzi go ta nowa, niepokojąco przyjemna wersja Hae, która bez wahania potrafiła postawić mu granicę. Tym razem jednak nie zdążył zrobić nawet jednego ruchu, bo nagle przy stoliku zrobiło się zamieszanie. Junseo rozlał wino. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Han przez moment tylko patrzył, jak chłopak rzuca się na kolana, próbując ratować to, co jeszcze dało się uratować. Hae oczywiście zareagowali natychmiast. Bez zastanowienia pochylili się w jego stronę, próbując mu pomóc, a Hanowi wystarczyło kilka sekund obserwowania tej sceny, żeby coś ciężkiego osiadło mu na żołądku. Wyrzuty sumienia przyszły nagle i były zdecydowanie mniej wygodne niż cała wcześniejsza zazdrość.
Przecież jeszcze przed chwilą to on był powodem napięcia, które zawisło między nimi. To on zachowywał się tak, jakby obecność Junseo przy Hae stanowiła dla niego osobisty problem, choć przecież doskonale wiedział, że nim nie była. Teraz patrzył na ich pochylone sylwetki i miał ochotę cofnąć kilka ostatnich minut, zanim zdążył zrobić z siebie kompletnego idiotę. Pierwszy odruch kazał mu zerwać się z krzesła.
Zatrzymał go jednak niemal równie szybko. Zamiast tego sięgnął po leżące na stole chusteczki, zebrał ich kilka w dłoń i pochylił się nieco.
Usuń— Masz — rzucił cicho, przesuwając dłoń niżej, tak żeby Junseo mógł po nie bez problemu sięgnąć.
Nie powiedział nic więcej. Przez chwilę tylko trwał tak pochylony nad nimi, ze świadomością, że chyba pierwszy raz tego wieczoru naprawdę było mu głupio za własne zachowanie. Może rzeczywiście winny był alkohol. Wciąż krążył mu we krwi i od kilku godzin skutecznie rozmontowywał wszystko, co zwykle pozwalało mu zachować odrobinę rozsądku. A może po prostu problem polegał na tym, że coraz trudniej było mu udawać, że to, co się właśnie działo, nie miało dla niego większego znaczenia. To chyba właśnie ta myśl podobała mu się najmniej.
— Zbuduj dookoła siebie solidniejszy murek — rzucił jeszcze, szczerze, bez kąśliwości. — To środowisko zeżre cię w całości, jeśli będziesz na to pozwalał.
hannie
Był całkowicie zanurzony we własnych myślach, które zdawały się nieustannie go podtapiać. Miał wrażenie, że zupełnie się im poddał i nie potrafił znaleźć w głowie niczego, co pozwoliłoby mu spojrzeć na całą sytuację odrobinę bardziej racjonalnie. A właśnie tego najbardziej teraz potrzebował. Gdzieś głęboko w sobie doskonale rozumiał, jak szczeniacko się zachował. Jak bezpodstawnie burknął na Junseo, z którym jeszcze kilkanaście minut wcześniej siedział wtulony, trzymając go za dłoń i czerpiąc z tej bliskości zdecydowanie więcej, niż powinien. A potem wystarczyło, że pojawiła się obok nich obca osoba, żeby Ryan poczuł się zagrożony, choć tak naprawdę nie miał ku temu żadnych podstaw.
UsuńNic przecież się nie działo. Nikt go nie atakował, nikt nie próbował odebrać mu Junseo. Nie wydarzyło się nic, co mogłoby usprawiedliwić jego ostrą reakcję. A mimo to zachował się jak naburmuszone dziecko, które obraża się na cały świat tylko dlatego, że mama zatrzymała się w sklepie, żeby porozmawiać z dawno niewidzianą koleżanką. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej było mu wstyd.
Z zamyślenia wyrwała go dopiero nagła sytuacja obok. Gdy zobaczył Junseo na kolanach, tuż przy pobrudzonej winem posadzce, coś nieprzyjemnie ścisnęło go w środku. Pojawiło się nagłe ukłucie w żołądku i niemal natychmiastowa potrzeba, żeby znaleźć się przy nim, objąć go i odciągnąć od całego tego zamieszania. I chyba właśnie wtedy poczucie winy uderzyło w niego ze zdwojoną siłą. Doskonale wiedział, że w jakimś stopniu sam się do tego przyczynił.
Szybko znalazł się obok Parka, zupełnie ignorując obecność Haejina tuż obok. Kucnął przy nim i bez większego zastanowienia złapał Junseo za dłonie, dokładnie je oglądając. Przesunął palcami po ich wnętrzu, sprawdzając, czy nigdzie nie wbiło się szkło. Dopiero kiedy upewnił się, że nic mu się nie stało, wypuścił powietrze z wyraźną ulgą.
Podniósł wzrok po chwili. W jego oczach nie było już wcześniejszej irytacji, a jedynie szczera troska i coś na kształt skruchy. Dostrzegał w jego twarzy niepewność, a może nawet cień paniki, od której jeszcze chwilę wcześniej tak bardzo próbował go odciągnąć. Teraz natomiast miał wrażenie, że jego własny, głupi komentarz zniszczył tę drobną nić zaufania, którą Park obdarzył go tego wieczoru. I było mu z tym cholernie źle. Naprawdę cholernie.
Zabrał chusteczki, które wyciągnął Yoonjae, i od razu zabrał się za sprzątanie. Nie dlatego, że szczególnie zależało mu teraz na tej plamie, ale chyba potrzebował zrobić cokolwiek. Zająć czymś ręce, odwrócić uwagę od poczucia winy i tego nieprzyjemnego, zimnego potu oblewającego ciało. Kiedy podłoga została w końcu uprzątnięta, Ryan westchnął cicho i ponownie spojrzał na Junseo.
Tym razem już się nie zastanawiał. Delikatnie ułożył dłoń na jego policzku, pogładził go kciukiem, a następnie przysunął się bliżej i ostrożnie go objął. Był przygotowany na wszystko. Na to, że za chwilę jego tyłek wyląduje na posadzce, że usłyszy jakiś złośliwy komentarz albo podniesiony głos pełen oburzenia. W tej chwili niewiele go to obchodziło. Panika, która również zaczynała trawić jego trzewia, podpowiadała mu, że właśnie tego potrzebuje zrobić.
— Przepraszam — szepnął cicho, choć samo słowo z trudem przeszło mu przez gardło. — To... było naprawdę chujowe z mojej strony — dodał po chwili, spuszczając na moment wzrok.
Posadzka została szybko uprzątnięta, a kiedy w końcu obaj się podnieśli, z głośników dobiegł ich głos Plotkary. Ryan zmarszczył mocno brwi, kompletnie nie rozumiejąc, co właściwie miała na celu ta cała zabawa. Sam pomysł zebrania w jednym miejscu tylu osób i zmuszania ich do ujawniania cudzych sekretów wydawał mu się absurdalny. Tym bardziej że z własnego doświadczenia wiedział już, że na każdego z obecnych miała coś, co mogło naprawdę skomplikować życie. I nie wyglądało na to, żeby miała jakiekolwiek opory przed wykorzystaniem tych informacji.
Kiedy usłyszał własne imię, przełknął nerwowo ślinę. Napięcie, które już wcześniej zaciskało mu żołądek, nagle stało się jeszcze bardziej wyraźne. Teraz to on miał niejako rozpocząć całą zabawę. Przeklął siarczyście pod nosem i spojrzał na leżącą przed nim kopertę. Dłonie lekko mu drżały, kiedy ją otwierał. Próbował to ukryć, ale bez większego skutku. Wyciągnął kartkę i zaczął czytać pytanie. Wystarczyło kilka słów, żeby zaklął po raz drugi.
UsuńSam nie wstydził się odpowiedzi. Nie było to coś, co w jego przypadku mogło szczególnie utrudnić mu życie. Problem polegał na tym, że odpowiedź nie dotyczyła wyłącznie jego. Ryan zaczął gorączkowo analizować wszystkie możliwości, wszystkie za i przeciw, próbując znaleźć wyjście, które nie uderzyłoby w nikogo poza nim samym.I wtedy spojrzał na Junseo. To jedno spojrzenie wystarczyło, żeby wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało.
Zaklął po raz trzeci, zaciskając palce na kartce. Najchętniej po prostu wyszedłby z tej sali i miał to wszystko gdzieś, ale intuicja podpowiadała mu, że ucieczka wcale nie rozwiązałaby problemu. Wręcz przeciwnie. Z rozmów zasłyszanych „kątem ucha” dowiedział się już o jakimś zdjęciu dziecka. Nie miał pojęcia, czego dokładnie dotyczyła tamta sprawa, ale najwyraźniej Plotkara nie zamierzała ograniczać się do niewinnych sekretów. Jeśli naprawdę posiadała informacje, które mogły tak mocno wpłynąć na życie innych ludzi, Ryan nie mógł zakładać, że jego odmowa cokolwiek zakończy.
— Przepraszam — szepnął do stojącego obok niego mężczyzny. — Naprawdę przepraszam — dodał jeszcze ciszej.
Serce waliło mu jak oszalałe, a spocone dłonie tylko przypominały, jak bardzo był zestresowany. Przez chwilę jeszcze rozważał kłamstwo. Mógł przecież podać inną odpowiedź. Tylko czy miałoby to jakikolwiek sens? Co, jeśli Organizatorka znała prawdę? Co, jeśli i tak mogła ją ujawnić, a jego kłamstwo jedynie pogorszyłoby sytuację? W końcu wziął głęboki oddech.
— Co za dziecinada — skomentował donośnie, jeszcze raz zerkając na kartkę. — Wymień na głos imiona osób na tej sali, z którymi się przespałeś. Nie ma się czego wstydzić! — przeczytał, a jego głos aż ociekał irytacją. Naprawdę nie wierzył, że właśnie w czymś takim musiał brać udział.
Zagryzł wargę i odrzucił kartkę na stół, jakby ten drobny gest miał pomóc mu rozładować napięcie kotłujące się w środku. Żal, złość, niepewność i zagubienie mieszały się ze sobą, odbierając mu możliwość spokojnego myślenia. Jeszcze chwilę temu wydawało mu się, że między nim a Junseo pojawiła się jakaś drobna nić porozumienia. Coś kruchego, ale prawdziwego. Coś, czego obaj nie musieli jeszcze nazywać. A teraz miał wypowiedzieć ich sekret na głos, przy wszystkich.
Ryan zacisnął szczękę.
— Yoonjae i Junseo — rzucił, czując, jakby serce za chwilę miało wyskoczyć mu z piersi.
Ryan
Rooftop Balcony Fresh air won't clear your conscience.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńSZALEŃSTWO — tylko to jedno słowo mogło w pełni określić wszystko, co miało miejsce tego wieczora. Kompletne, absolutne, skończone szaleństwo, i gdyby którykolwiek z ich przyjaciół przyszedł do nich i opowiedział, co takiego miało miejsce tak, jakby to im się to przytrafiło, Hae musieliby powstrzymać się przed przewróceniem oczami i przypomnieniem im, by nie dali intensywnym emocjom kompletnie przyćmić zdrowego rozsądku. Ale Haejin zawsze byli lepsi w udzielaniu rad, niż w ich słuchaniu - w byciu głosem zdrowego rozsądku dla swoich najbliższych niż dla samych siebie.
UsuńImpulsywność i wrażliwość wiecznie walczyły w nich z instynktem samozachowawczym, ich potrzeba bliskości ze strachem przed odrzuceniem i zranieniem, tworząc niezwykle niestabilną, chaotyczną mieszankę, którą lepiej było zostawić w spokoju. Kiedyś Hae tego o sobie nie wiedzieli; i pozwolili sobie poczuć trochę więcej, trochę mocniej. Głupio liczyli wtedy, że czas spędzony w towarzystwie kogoś innego pomoże wykorzenić z ich serca inne, bardziej problematyczne uczucia, a zamiast wykorzenić, tuż obok nich wykiełkowały inne, nowe. Jak na złość, kiedy tylko uchylili drzwi i dali sobie przestrzeń, by się do kogoś zbliżyć - do kogoś, kto tej ich bliskości również pragnął - ta ich część złakniona więzi, zrozumienia i intymności, wyrwała się do przodu niczym zagłodzone zwierzę. Wtedy, Hae byli kompletnie inni - wciąż pełni strachu i niepewności, wciąż nie wiedzieli, kim byli, ani czy należeli do tego świata. Ich obawy i kompleksy wygrały, niszcząc, zanim kiełkujące w nich emocje mogły do szczętu opleść całe ich istnienie.
Bolało - kiedy obserwowali dym wciąż unoszący się na horyzoncie znad zgliszczy ich emocji. Mieli szczęście, że wyszli wtedy tylko z krwawiącym sercem; bo gdyby do prasy doszły słuchy, że nie tylko byli w stałym związku, ale do tego z mężczyzną, mogli zamiast tego stracić całe swoje życie i karierę. Więc powtarzali sobie, że tak było lepiej, że w ich sytuacji bezpieczniej było trzymać wszystkich na wyciągnięcie ręki i nie dawać żadnym uczuciom rozkwitnąć; że jednonocne przygody z przypadkowymi ludźmi raz na kilka miesięcy ich zaspokajały. W chwilach, gdy potrzebowali intymności i zrozumienia, mogli zwrócić się do swoich chłopców, i to im wystarczało.
Musiało im to wystarczyć.
Ale teraz, tama zaczęła puszczać. Ich coming-out, wywalenie z grupy, przeprowadzka do Nowego Jorku, dwa miesiące odbijające się echem w klatce piersiowej, samotność, samotność, samotność, zaproszenie na imprezę od Plotkary, alkohol i speed szumiące w głowie, migoczące światła dachu, rozmowa, prowokacje, dotyk na skórze, Han Yoonjae, Han Yoonjae, Han Yoonjae—
To, co się z nimi teraz działo, było czymś więcej, niż tylko sumą wydarzeń dzisiejszego wieczoru. Każda emocja, każde uczucie potęgowane było wszystkim, przez co przeszli przez ostatni rok, wszystkim, co w sobie dusili i co w końcu ujawnili. Czuli tak dużo - ich serce ledwo nadążające za napływem myśli i bodźców, wybijające nierówny, urywany rytm. Coś w Hae uznało, że mogą się przy Yoonjae otworzyć, zburzyć mury i pokazać; i nie potrafili odmówić sobie tej chwili słabości.
Równie dobrze mogliby teraz stać nad przepaścią i wpatrywać we wzburzone wody obijające się o ostre jak brzytwy skały daleko, daleko pod nimi; i choć wiedzieli, że wystarczyłby jeden krok, by utraciliby wszystko, i tak chcieli skoczyć.
Han Yoonjae był… zachwycający. Jak ćmę płomień, Hae czuli, jak ich przyciąga, kusi, nęci. Byłoby prościej, gdyby zainteresowanie, które Han zdołał w nich wzbudzić, ograniczało się do czystej fizyczności - wtedy mogli wyjść stąd z lekkim sercem, nie żałując niczego; ale ich ciekawość sięgała dużo głębiej. Haejin pragnęli poznać Hana Yoonjae żyjącego tam, z dala od hotelu; zobaczyć na własne oczy jego studio i projekty; usłyszeć jego głos i wysłuchać jego myśli, kiedy alkohol nie płynął przez jego żyły. W głowie wciąż mieli tyle pytań, które chcieli mu zadać, których nie zdążyli zadać zanim rosnące między nimi napięcie kompletnie przejęło kontrolę i zostawiło wszelkie przejawy rozsądku daleko za sobą.
UsuńNie chcieli, by ta znajomość zakończyła się na jednej nocy - ale jeśli tak miała się zakończyć, jeśli szeptane między nimi obietnice miały kompletnie stracić znaczenie następnego ranka, Hae zamierzali nacieszyć się każdą oferowaną im sekundą.
Yoonjae tak dobrze się nimi zajmował. Każdym ruchem wyrywał im z ust kolejne jęki i westchnienia, sprawiał, że gorąco i napięcie zbierające się w ich podbrzuszu rosło zbyt szybko, zbyt mocno. Hae odczuwali wszystko tak intensywnie - ale w swoim wiecznym nienasyceniu pragnęli jeszcze więcej. Mięśnie drżały im, skóra płonęła, a ręce rwały się, by dotknąć, by się odwdzięczyć, by podarować Hanowi tyle samo przyjemności, ile właśnie otrzymywali.
Przez moment wydawało im się, że Yoonjae zignoruje ich prośbę - bo jedynym znakiem, że w ogóle ich usłyszał, były palce, które mocniej zacisnęły się na ich biodrze. Wzrok Hae powędrował do nich na sekundę; co jeszcze potrafiły zrobić te dłonie? Czy gdyby Hae nie przestawali prowokować, te palce zacisnęłyby się na ich nadgarstkach, przytrzymując je nad ich głową tak, by nie mogli się ruszyć? Czy gdyby próbowali zdominować, te ręce przycisnęłyby ich do podestu tak mocno, aż pozostawiłyby po sobie purpurowe ślady?
Och, mieli nadzieję, że właśnie tak by się stało. Chcieli, by tak się stało.
Zanim znów zdążyli się odezwać - by powiedzieć, co? mocniej? więcej? - Yoonjae uniósł w końcu wzrok i ich spojrzenia spotkały się.
Na moment, Hae zapomnieli, jak się oddycha. Świat zwolnił, zawęził się do tych brązowych oczu, patrzących na nich z tak silnym pożądaniem i czymś jeszcze - zachwytem? - że w odpowiedzi serce niemal wyskoczyło im z piersi.
A potem, coś w tym spojrzeniu wyostrzyło się, nabrało tego samego, zadziornego charakteru jak w trakcie ich wcześniejszych prowokacji. Yoonjae uniósł jedną z dłoni i przeczesał nią włosy, nawet na moment nie odrywając od nich wzroku. Gdyby jego usta nie były zajęte zaspokajaniem ich i doprowadzaniem do szaleństwa, Hae byli pewni, że znów ujrzeliby na nich ten nieco arogancki, pełen samozadowolenia uśmiech; i nie powinno ich to tak bardzo podniecać, a jednak podniecało i wywoływało jeszcze mocniejsze drżenie mięśni.
Yoonjae skinął na nich palcami - i po sekundzie, Hae oderwali jedną z trzęsących się dłoni od podestu. Ich palce podążyły tą samą ścieżką, którą przed chwilą podążały palce Hana, przeczesując kosmyki włosów jeden raz, i kolejny, i jeszcze jeden. Druga dłoń powędrowała do szyi, przesunęła się wyżej, do policzka; kciukiem powiedli po kości policzkowej, dotknęli kącika ust wciąż obejmujących ich męskość.
— Piękny… — wyszeptali po raz kolejny, bezwiednie. Teraz, ze wzrokiem Yoonjae palącym ich skórę, każdy bodziec uderzał w nich jeszcze intensywniej. Zaciśnięte na nich wargi poruszające się rytmicznie, ich ciepło uzależniające coraz bardziej i bardziej, palce wbijające się w biodro tak, jakby próbowały je naznaczyć, to ogniste spojrzenie wyłapujące każdą reakcję, każde przymknięcie powiek w rozkoszy, każde urywanie się oddechu. — Jest mi tak dobrze…
Dłoń, którą wpletli we włosy Yoonjae, zacisnęła się mimowolnie, kiedy ich ciało zalała kolejna fala rozkoszy. Plecy oderwały się od podestu i wygięły w łuk, a potrzeba zamknięcia oczu i skupienia się na przyjemności walczyła z pragnieniem, by już nigdy nie oderwać wzroku od Hana.
UsuńChcieli, by ta impreza już się skończyła tylko po to, by pojechać z Yoonjae do domu; by móc w pełni oddać się każdemu pragnieniu, oferować siebie w całości.
— Nie mogę się doczekać, aż ci się odwdzięczę. — Słowa plątały im się na języku, przerywane westchnieniami, ale Hae musieli to powiedzieć. Musieli, zanim kompletnie stracą rozum, zanim świat wymknie im się spod palców i zostanie tylko ta rozkosz, i ogień rozpalający każdą komórkę.
Bo upadali - coraz szybciej i szybciej, nieuchronnie zbliżając się do granicy. Chcieli przeciągnąć ten moment, rozciągnąć go na wieczność, tak, by nigdy się nie skończył; chcieli doprowadzić go do końca i poczuć, jak przyjemność wybucha im pod skórą i przeszywa całe ciało. Chcieli złapać Yoonjae za tył głowy i przyciągnąć jeszcze bliżej; chcieli odsunąć go od siebie tylko po to, by móc złożyć na jego ustach pocałunek. Chcieli zamienić się pozycjami i zepchnąć go na podest, zerwać z ciała ubrania i uklęknąć; doprowadzić do szaleństwa tak, by jego pełen ekstazy głos przeciął powietrze. Chcieli, chcieli, chcieli…
— Proszę—
Nie przestawaj. Nie przestawaj, nie przestawaj, nie przestawaj.
haejinnie
Han Yoonjae lubił żyć nierozważnie. Działać szybko, nie oglądać się za siebie i wykradać od innych to, co w pewnym przypadkowym momencie okazywało się nagle niewiarygodnie… pociągające. Gubił się w licznych chwilach totalnego obłędu, któremu raz za razem pozwalał się omamiać w coraz większym stopniu, zapominając o tym, że gdzieś pod grubą warstwą słodkiego otępienia, kryły się resztki zdrowego rozsądku. I pewnie powinien po nie teraz sięgnąć. Wziąć pod uwagę każdą z drobnych niepewności - obaw, które mimo usilnych starań, wciąż gnieździły się gęsto gdzieś w okolicach jego żołądka, przypominając o tym, że żaden z elementów, składających się na ten moment, nie był czymś… typowym. Skłamałby twierdząc, że potrafił całkowicie o tym zapomnieć. Nawet on, w chwilach pełnej ekscytacji, gdy zapędzał samego siebie gdzieś znacznie poza najdalsze z granic, łapał się niekiedy tych pojedynczych przebłysków rozwagi. Przypominał sobie, kim jest; z jak dużą łatwością byłoby ponownie przywołać własne nazwisko na nagłówki koreańskich magazynów plotkarskich. Jak niewiele dzieliło go od tego, by na własne życzenie wypuścić z rąk kłamliwą wizję życia, w którym nie musiał oglądać się za siebie na każdym kroku, spodziewając się wycelowanego w niego oka aparatu. Jak niebezpieczne było przyciąganie do siebie kogoś, kto o tym życiu nie miał najmniejszego pojęcia. Nie wziął jednak pod uwagę tego, że równie zwodnicze było… ryzykowanie z kimś, kto ten kawałek świata znał aż za dobrze.
UsuńHan pozwolił sobie mylnie uwierzyć, że z Hae będzie inaczej. Że ich przeszłość - cały ten bałagan związany z życiem na świeczniku i decyzjami, których wyjawienie przez długi czas odbijało się echem w koreańskim społeczeństwie; z cudzymi oczami zaglądającymi wszędzie tam, gdzie nigdy nie powinny dotrzeć - sprawiała, że mogli zrozumieć więcej niż ktokolwiek, kogo Han mógłby teraz spotkać. Wiedzieli przecież, jak zaczynał wyglądać świat, odkąd przestawało się należeć jedynie do siebie. Wiedzieli, jak szybko zwykłe, niefortunnie sformułowane zdanie potrafiło zmienić się w krzykliwe hasło, przypadkowe zdjęcie w przekłamany dowód, a najdrobniejszy błąd w coś, czego później nie dało się już cofnąć. Pozwolił uwierzyć sobie w to, że jeśli mógł w końcu przestać uważać, to właśnie przy nich… Może nawet zbyt łatwo uznał, że nie zrobią sobie wzajemnie krzywdy.
Nie rozumiał jednak jeszcze, jak bardzo mógł się teraz mylić.
Sądził, że skoro Hae wiedzieli, jak wyglądała cudza ciekawość, gdy zamieniała się w obsesję, nie musiał chyba tłumaczyć im rzeczy najbardziej oczywistych. Nie musiał ostrzegać, prosić, przypominać. Nie musiał za każdym razem cofać się o krok i sprawdzać, czy aby na pewno nie powiedział za dużo. Umknął mu jednak fakt, że to nie w jego sekrecie tkwił największy problem. To nie jego kontrolowana ucieczka była tu najistotniejsza. Być może po raz pierwszy w życiu miał mieć okazję, by strącić samego z siebie z pierwszej pozycji na liście tego, o co musiałby zadbać. Nie powinien skupiać się przecież na tym, że miejsce, które wybrali było pewnie najgorszą z możliwych hotelowych opcji. Na tym, że w każdym momencie drzwi prowadzące na taras mogły ustąpić czyjejś ciekawości. Na tym, że chciał poudawać jeszcze przez chwilę, choćby dzień, a może godzinę; utrzymać na twarzy maskę jednego z setek tysięcy studentów, niewyróżniających się niczym - może poza zbyt ekstrawaganckim ubiorem. Kogoś, kto przesadził z alkoholem i oddawał się nieroztropnie jednej z najprostszych przyjemności. Nie chodziło o to, czego tak uparcie pilnował ani o nazwisko, którego nie chciał zobaczyć ponownie na pierwszych stronach. Nie chodziło o niego.
Nie zauważył, kiedy w jego rękach znalazło się coś jeszcze. Coś znacznie delikatniejszego niż jego własne sekrety. Nie zdawał sobie sprawy, jak kruche było to, co trzymał właśnie między palcami. Zaufanie, które Hae wcisnęli mu w dłonie; ich gotowość, by pozwolić mu podejść bliżej, niż ktokolwiek miałby prawo w podobnych okolicznościach; ta cicha zgoda, którą otrzymał.
Wystarczył jeden niewłaściwy krok, brak uważności. Jedno słowo wypowiedziane zbyt głośno, jeden gest wykonany bez zastanowienia. Jedna chwila, w której Han zapomniałby, że nie wszystko, co dla niego było ekscytującą grą na granicy ryzyka, dla drugiej osoby musiało oznaczać to samo. Bardzo łatwo było postawić stopę w miejscu, którego nie powinien był nawet dotykać, a potem już tylko patrzeć, jak grunt usuwał się spod nóg. Nie grał już jednak w pojedynkę. Han mógł być gotowy na taki upadek. Znał siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że nawet jeśli sparzyłby się boleśnie, pozbierałby się prędzej czy później, otrzepał z porażki i poszedł dalej, z tym samym uśmiechem, który niejednokrotnie wytrącał innych z równowagi.
UsuńNie był pewny jednak, czy Hae mogliby zrobić to samo. Mieli do stracenia o wiele więcej, wiedział o tym. Czuł to całym sobą, niezależnie od tego, z jak dużym uporem odpychał tę myśl w najdalsze zakamarki własnego umysłu. Wracała do niego za każdym razem, gdy wydawało mu się, że zdołał wygonić ją na stałe i pewnie powinno go to otrzeźwić. Zatrzymać choćby do chwili, w której nie zyskałby pewności, że wyciągnął ich spod ostrzału potencjalnych spojrzeń i ryzyka poniesienia ceny, na którą żaden z nich nie był jeszcze gotowy. Powinien. A jednak obiecał sobie, że wróci do tego później. Że tak, oczywiście - zajmie się nimi tak, jak należało; dopilnuje, by bałagan, którego wspólnie narobili, pozostał jedynie na jego barkach, jeśli miał wiązać się z jakimikolwiek konsekwencjami. By nic nie wymknęło się spod i tak słabej kontroli. Później, bo…
Han Yoonjae lubił dotykać granic przyzwoitości. Łatwiej było uśpić obawy, gdy mógł skupić się na uzależniającym obrazie, rozciągającym mu się teraz przed oczami. Gdy własne decyzje napędzał alkohol i potrzeba, by wyciągnąć z tych kilku chwil tyle, ile tylko dałby radę.
Chciał by to wszystko trwało i trwało. Chciał spojrzeć na Hae, gdy przestaliby nad sobą panować. Chciał być wystarczająco blisko, by nie przepuścić żadnego z tych drobnych momentów, w których ostatnie filary ostrożności zaczynały się bezpowrotnie kruszyć, a wszystko, co pewnie zwykle mieli pod kontrolą, wymykało im się z rąk choćby na kilka sekund - by wyłapać każdy dźwięk, każdy dreszcz. Chciał patrzeć, jak zapadali się w doświadczeniu pełnej, choć tak nieoczekiwanej przyjemności, mimo tego, że jeszcze przed dwoma godzinami, nie brali jej nawet pod uwagę. A nade wszystko, chciał mieć niezachwianą pewność, że był powodem każdej z tych reakcji.
Piękny, usłyszał ponownie i nie mógł powstrzymać samego siebie przed wydaniem stłumionej, choć wciąż zdradliwej nuty, która - jak mógł być pewien - odbiła się wyraźnie w całym ciele Hae.
Jedną z najwyraźniejszych słabości Hana była łatwość, z jaką poddawał się własnej próżności, a w momentach bliźniaczych temu, byłoby z nią walczyć wyjątkowo trudno. Lubił świadomość, że potrafi wywołać w kimś tak silne reakcje. Lubił patrzeć, kiedy jego własna obecność stawała się ważniejsza od wszystkiego, co znajdowało się dookoła, jakby nagle nie istniało nic poza nimi, a on dostał dostęp do miejsca, którego Hae nie ujawniali przed byle kim. Każde słowo, każde westchnienie jako zapewnienie o tym, że radził sobie dobrze, potęgowało w nim uczucie dzikiej satysfakcji.
Stracił tę pewność jedynie raz, na krótki moment, gdy palce Hae zacisnęły się na jego włosach z mocą, której kompletnie się nie spodziewał. W sposób, jakiego nie znał, na jaki nie pozwolił dotąd nikomu innemu i który - w innych okolicznościach - wyzwoliłby w nim pewnie potrzebę, by natychmiast to zatrzymać. By wycofać zgodę, chwycić za nadgarstek i przypomnieć, gdzie dokładnie chciał widzieć ich ręce. Drgnął więc wyraźnie, gubiąc rytm i mocniej zaciskając własne palce na biodrach Hae, ale mimo tego ulotnego zawahania, nie zrobił nic poza tym. Nie mógłby, bo zdał sobie sprawę, że wbrew spodziewanej reakcji, chciał jedynie… więcej. Więcej. Bardziej. Mocniej.
Chciał tych dłoni na swoim ciele, chciał ich drżenia, gdy rozpadali mu się w rękach coraz bardziej i bardziej. Chciał tego konkretnego spojrzenia, wyjawiającego mu więcej niż zdradziłyby najśmielsze słowa. Chciał głośnych westchnień i dźwięków ocierających się o krzyk, paznokci drażniących skórę na plecach i ramionach, przekory, z którą mógłby powalczyć, choćby jedynie dla zasady. Chciał Hae. W całości.
UsuńOszalał. Han Yoonjae stracił rozum, poddając się najprostszemu pragnieniu świata. Godził się na to, by popaść w obłęd, tutaj na kolanach, na dachu pieprzonego hotelu w sercu Nowego Jorku, bo miał przed sobą kogoś, kto w tak krótkim czasie uzależnił go od siebie lepiej niż liczne, dostępne mu, pokusy. Prywatny cud świata.
Nie mogę się doczekać, aż ci się odwdzięczę. Och. Nie wątpił, że tak będzie, ale nie potrafił skupić się na tym, co miało się dopiero wydarzyć, gdy tuż przed nim rozkwitał mu właśnie obraz, którego nie zdoła wyrzucić z głowy przez kilka kolejnych dni. Jeśli tylko. Każde gwałtowniejsze nabranie powietrza. Każde mimowolne spięcie mięśni, które zdradzało ich szybciej niż słowa. Ciepło na skórze, lekko rozchylone usta, włosy rozsypujące się wokół twarzy w coraz większym nieładzie. Nawet sposób, w jaki próbowali czasem odwrócić wzrok, choć przecież po sekundzie i tak wracali nim do niego, był czymś cholernie satysfakcjonującym. Zresztą… sam także nie potrafił odmówić sobie tego, by po prostu patrzeć… Nie znał nikogo, kto zdołałby to teraz zrobić.
Przestał liczyć te słodkie prośby, które spływały z ust Hae, raz za razem, gdy przyspieszał swój rytm lub przeciwnie, złośliwie go spowalniał. Gdy odsuwał się na moment, by gwałtowne działanie mogło ustąpić boleśnie delikatnym muśnieniom. Gdyby tylko mógł, rozegrałby to zupełnie inaczej. Powiódłby ich dwoje do krawędzi, jedynie po to by przerwać z uśmiechem tuż przed najpiękniejszym upadkiem Hae. Drażniłby się złośliwie, dopóki nie dostałby jasnego znaku, by przestać, testowałby granice, sprawdzając, na ile mógłby sobie pozwolić, nim nie przeszkodziłoby mu silniejsze szarpnięcie lub nie, z którym nigdy by nie dyskutował. Byłby gotów powtarzać to tak długo, aż nasyciłby się błaganiami, które już teraz pobrzmiewały tak kusząco w swojej niewinnej odsłonie. Był niezdrowo ciekaw tego, jak mogłyby brzmieć, gdyby przyszło im spłynąć z tych ust w zaciszu jego sypialni; po kolejnych, przedłużających się chwilach pogoni za spełnieniem, którego nie złapaliby tak łatwo. Chciał się o tym przekonać. Na litość boską, spaliłby pół miasta, gdyby ktoś postanowił pokrzyżować mu te plany.
Brudne pragnienia Hana zdążyły najwyraźniej przemówić w jego działaniach, nim zorientował się, że przestał je kontrolować. Stały się nagle znacznie mniej uporządkowane. Palce naciskały coraz intensywniej, dłonie przesuwały się po delikatnej skórze Hae wszędzie tam, gdzie tylko potrafiły sięgnąć, przywołując na myśl wizję rozpaczliwej próby zatrzymania ich dokładnie tam, gdzie byli.
Zostań tutaj, proszę, nigdzie teraz nie znikaj . Odrobinę dłużej, odrobinę mocniej. Usta sięgały niżej, bardziej zachłannie, a gdzieś pomiędzy kolejnymi dowodami desperacji, jego paznokcie nieświadomie zahaczyły o skórę na biodrze Hae. Pojął to jednak dopiero wtedy, gdy ich reakcja dotarła do niego szybciej niż jego własna myśl.
Usłyszał ich oddech. Poczuł nagłe napięcie, które przetoczyło się przez ich ciało, a potem powoli ustąpiło, zostawiając po sobie to wymowne rozluźnienie, którego nie sposób było pomylić z niczym innym. Han zamarł na krótką chwilę, wciąż czując pod palcami ciepło ich skóry i zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, zrozumiał.
To była ostatnia fala przyjemności, o którą oboje tak uparcie walczyli. Gwałtowna, nieprzewidywalna i wystarczająco silna, żeby na moment odebrać im resztki kontroli. By pozwolić przemówić ciału a nie ustom.
Han odsunął się dopiero wtedy, gdy zyskał pewność, że zmiana pozycji nie pośle go płasko na ziemię. Wciąż klęczał między nogami Hae, z jednym przedramieniem opartym luźno o ich udo, zupełnie tak, jak gdyby jego własne ciało musiało przypomnieć sobie, jak należało się teraz zachować. Oddychał głęboko, trochę nierówno, próbując wyłapać znajomy rytm, który najwyraźniej gdzieś po drodze kompletnie zatracił. Dopiero po chwili uniósł dłoń, przeciągnął palcami przez włosy, odgarniając z czoła tych kilka kosmyków, które przylepiły się do rozgrzanej skóry i zdał sobie sprawę, że oprócz zmęczenia, czuł także… nieskrępowane niczym zadowolenie.
Usuń— Haejinnie… — szepnął, niepewny tego, czy głos nie odmówi mu posłuszeństwa i uśmiechnął się bezczelnie. Rozejrzał się nieprzytomnie po niewielkiej przestrzeni wokół nich, aż jego spojrzenie zatrzymało się na butelce, o istnieniu której zdążył już zapomnieć. — Wyglądasz jak cholerne dzieło sztuki. Mógłbym patrzeć na ciebie godzinami.
Było w tym coś niebezpiecznego.
Zdążył jeszcze złożyć im na udzie kilka chciwych, wilgotnych pocałunków - przesunąć po nim językiem i złapać wrażliwą skórę między wargi - nim sięgnął po butelkę, upijając z niej kilka większych łyków. Zdecydowanie więcej niż potrzebował, ale robił to głównie po to, by przepłukać usta, a nie odpowiedzieć na pragnienie, które i tak znajdowało się pewnie na samym dole listy jego aktualnych priorytetów. Na długo za wyraźnie wyrytym tam: Ryu Haejin.
— No dalej, kochanie — powiedział cicho, prowokująco ocierając kciukiem kącik ust. Oparł policzek na udzie Hae, szukając w ich spojrzeniu odpowiedzi na pytania, których nawet nie zadał. — Wydaje mi się, czy masz mi coś bardzo miłego do powiedzenia, hm?
hannie
Było to pierwsze tego typu wydarzenie w życiu Soyoung, i właśnie dlatego cała sytuacja sprawiała wrażenie jednocześnie absurdalnej i niebezpiecznie realnej. Owa Plotkara nigdy wcześniej nie zostawiała zaproszenia na jej wycieraczce, aczkolwiek bardziej przypominało ono starannie sformułowane ultimatum. Organizatorka jasno stawiała sprawę, że brak obecności wiązać się może z nieciekawymi konsekwencjami. Soyoung rozważała zignorowanie groźby pobrzmiewającej między wierszami niczym cichy, złośliwy szept. Ale tylko przez krótką ulotną chwilę. Posiadała sekrety, których strzegła z prawie zwierzęcą czujnością, sekrety, które wolała aby pozostały zamknięte w jej własnej głowie, a nie stały się publiczną historią czytaną do porannej kawy przez ludzi spragnionych cudzego wstydu. Zdążyła już się zorientować, że kobieta - kimkolwiek była - lubiła się w mieszaniu w ludzkich życiach i miała pożywkę z ich… dyskomfortu, bo wielkim cierpieniem, jej manipulacji, by nie nazwała. Bo przecież kradzież sukienki raczej określiłaby kaprysem pięciolatki, aniżeli złowieszczym planem, który miał mieć realny wpływ na jej życie. Nawet jeśli Soyoung nie lubiła, gdy ktoś usiłował dyktował jej warunki.
UsuńMimo wszystko w tej chwili liczyła na współpracę pary, którą miała sprowadzić do głównej, balowej sali. Chciała odzyskać suknię nim zjedzie na dół. Nie motywował jej jednak brak pewności siebie, bo gdyby musiała mogłaby paradować po hotelu w samej biżuterii i czułaby się dobrze sama ze sobą, ale… no właśnie, dzisiejszego wieczora pojawiało się drobne ale w postaci Jihoona i miłych chwil spędzonych w towarzystwie Seojuna, w bibliotece. Wolała nie zostać zmuszoną, do tłumaczenia się swojemu, pożal się boże narzeczonemu, dlaczego wróciła do niego ubrana jedynie w koszulę innego mężczyzny. Gładki, czerwony materiał otulający jej ciało, nasiąknięty był wonią perfum Kima, które sięgały jej nosa i rozlewały się przyjemnym ciepłem w okolicy mostka. Na samą myśl o bibliotece kąciki jej ust drżały mimowolnie, zdradzając, jak głęboko chłopak zdołał już wniknąć pod jej skórę.
Kierowała się małymi znakami wskazującymi kierunek dachu, które prowadziły ją, bez zbędnego kluczenia, prosto do celu. Soyoung zatrzymała się przed drzwiami. Nie chciała nikomu psuć wieczoru, ale w tej chwili jej własny komfort - i jej sekrety - były ważniejsze niż czyjakolwiek romantyczna schadzka.
Wzięła gębszy, spokojniejszy oddech i sięgnął do klamki, po czym stanowczo pchnęła drzwi. Rześkie powietrze natychmiast owiało jej policzki, zgarniając z nich pojedyncze pasma włosów, które wymknęły się spod upięcia. Omiotła wzrokiem przestrzeń, zrobiła kilka kroków w głąb tarasu. Jedynie rytmiczny stukot szpilek zdradzał pojawienie się Park.
Wreszcie, jej wzrok zatrzymał się na mało eleganckim obrazku.
— Panowie — odezwała krzyżując ręce pod piersią, a jej głos brzmiał spokojnie, niemal uprzejmie — wybaczcie, że przerywam wam tę… schadzkę, ale jesteście mi potrzebni. Spojrzenie nie uciekało jej na bok nawet na ułamek sekundy. Nie czuła się zgorszona widokiem jednego mężczyzny klęczącego pomiędzy nogami drugiego, raczej zaintrygowana, a może nawet odrobinę rozbawiona.
Uniosła delikatnie brew, a w oczach zatliła się iskra przekory.
Obaj wyglądali na tak bardzo pochłoniętych sobą, że w jakichkolwiek innych okolicznościach, Soyoung po prostu by się wycofała, zostawiając ich w spokoju. Ale nie tym razem. Tym razem była gotowa zaciągnąć ich na główną salę choćby siłą.
sorry lovebirds, Soyoung
Haejin chcieli przeciągnąć ten moment najdłużej, jak tylko się dało - pozwolić Yoonjae brać i brać, i brać, nieprzerwanie, nieskończenie, aż by się nimi doszczętnie nie znudził. Wystarczyło parę momentów, kilka słów, spojrzeń i dotyków, by kompletnie pozbawić ich wszelkich oporów i rozsądku, wywlec na powierzchnię wszystkie najskrytsze pragnienia i potrzeby. Zanim Hae weszli na ten dach, byli pewni, że byli w pełni pod kontrolą nad swoimi emocjami i żądzami, i że już nigdy więcej nie daliby tymże emocjom zapanować nad rozsądkiem; ale mylili się, tak bardzo się mylili, i nawet nie potrafili żałować.
UsuńLos uśmiechnął się do nich w najbardziej niespodziewany sposób - stawiając na ich drodze kogoś, kogo nie potrafiliby zignorować, nawet jeśliby chcieli.
W ruchach Yoonjae, jego oddaniu, dostrzegali tę samą fascynację - i może sobie wmawiali, może widzieli coś, czego w rzeczywistości nie było, ale nie potrafili przestać. Jak mieliby nie dostrzegać czegoś więcej niż zwykłego pożądania, kiedy to jedno słowo - piękny - wyrwało z gardła taki dźwięk, stłumiony, a i tak wyraźny? Hae chcieli usłyszeć go po raz kolejny, odkryć wszystkie sposoby, wszystkie słowa, wszystkie gesty, które sprawiłyby, że powietrze przeszyłyby jęki, westchnienia i pełne przyjemności krzyki; chcieli zobaczyć, jak mięśnie napinają się mimowolnie, drgają w swoim własnym, intymnym tańcu. Myśli latały im między tym, co miało miejsce, a tym, co dopiero miało się wydarzyć - i chcieli znaleźć się już w mieszkaniu Hana, zerwać z niego ubrania i zapomnieć o całym świecie.
Na chwilę jednak, ich taniec zatrzymał się - tylko na moment, zaledwie jedno uderzenie serca. Yoonjae drgnął, gdy ich dłonie zacisnęły się na jego włosach, zawahał się… ale nim Haejin zdążyli zareagować, wypleść dłoń z włosów, nim przepraszam padło z ich ust, Yoonjae znów się poruszył, odnalazł rytm, kontynuował tak, jakby to chwilowe zawahanie w ogóle nie miało miejsca.
Z tyłu głowy Hae zapaliła się lampka - czy Yoonjae nie lubił, gdy ktoś ciągnął go za włosy? Powinni o tym porozmawiać, omówić swoje limity i granice; i obiecali sobie, że to zrobią, że upewnią się, na jak wiele mogą sobie pozwolić, zanim wrócą z Hanem do mieszkania, że nie zostawią tego bez słowa. Ale teraz podążyli za Hanem, rozluźnili wplecioną we włosy dłoń i pozwolili sobie znów zanurzyć się w przyjemności.
Nie tylko Hae tracili głowę - bo z każdą kolejną minutą w dotykach Hana doszukiwali się coraz więcej desperacji. Dłonie, które wcześniej zaciskały się na biodrach, teraz wędrowały po całym ciele i zachłannie sięgały po więcej, więcej i więcej. Kiedy palce mocniej oplatały skórę, z gardła wyrywało im się: proszę; kiedy usta sięgały niżej, z ust padało: tak, tak, tak. Nie panowali już nad słowami - nie chcieli panować, nie, kiedy Yoonjae sprawiał, że każda ich komórka drżała z przyjemności. Liczył się tylko ten moment - rozlewające się po ciele ciepło, szumiące w uszach pragnienie, i Han Yoonjae.
Było w tym coś ironicznego, że tym, co w końcu sprawiło, że budująca się w nich przyjemność pękła, były wbijające się w skórę bioder paznokcie. Delikatne ukłucie odbiło się echem po całym ich wnętrzu, sprawiły, że mięśnie napięły się po raz ostatni, a powietrze przeszyło rozpaczliwe wręcz Yoonie. Uderzyło ich to mocniej, niż kiedykolwiek wcześniej - fala po fali, tak intensywnie, że nawet kiedy ostatnie chwile rozkoszy przeminęły, Hae nie mogli przestać drżeć.
Próbowali zapanować nad oddechem, ale nie potrafili - serce wciąż biło im zbyt mocno, zbyt szybko, zbyt chaotycznie. Yoonjae znajdował się w podobnej sytuacji - Hae słyszeli każdy wdech i wydech, zza przymrużonych powiek obserwowali, jak uniósł dłoń i przeczesał palcami włosy. Mogliby się przyzwyczaić do tego widoku - do wilgotnej od wysiłku skóry, ciężko pracującej klatki piersiowej, gdy Yoonjae starał się odnaleźć oddech, oczu błyszczących z zadowolenia. Pragnęli jeszcze kiedyś go takim zobaczyć, regularnie go takim widywać, bo nie sądzili, by kiedykolwiek mogli mieć tego dość.
Haejinnie—
Usuńwyszeptane tym pięknym, nieco ochrypniętym głosem. Och, to brzmiało niczym muzyka w ich uszach, i Hae mogliby słuchać tej symfonii godzinami; napisać kolejne jej części tym razem z tym cudownym głosem rozpadającym się na tysiące jęków i okrzyków.
Zamierzali teraz zrobić dokładnie to - odwdzięczyć się, udowodnić Yoonjae, że też mogli nim się zająć.
Na kolejne słowa Hana uśmiechnęli się - nie czuli się jak dzieło sztuki, ale komplement wywołał u nich przyjemne ciepło.
— Możesz na mnie patrzeć, ile tylko chcesz — odpowiedzieli bez zastanowienia, gotowi dać Hanowi wszystko, o co tylko prosił, i więcej. Powinno ich to przerażać, jak bardzo rwali się do tego, by zaspokoich każde jego pragnienie; ale w ich głowie nie było miejsca na strach ani niepokój, nie teraz, nie nigdy.
Oddech znów utknął im w piersi, kiedy Yoonjae złożył na ich udzie kilka pocałunków. Każde miejsce, którego dotknęły jego usta, paliło - i wydawać by się mogło, że jeden orgazm zdołałby ugasić pożar, który wzniecił w nich Yoonjae, ale potrzeba i pragnienie ani trochę nie ustępowały. Niczym ćma do płomienia, każda komórka ich ciała rwała się, by dotknąć, znaleźć się bliżej, wziąć Hana w objęcia i nigdy nie wypuszczać.
Kochanie.
Na dźwięk tego słowa padającego z ust Yoonjae, serce zabiło im mocniej, niż powinno; i gdyby nie to, że skórę już i tak mieli zaczerwienioną, na policzkach pojawiłyby się pewnie zdradzieckie rumieńce. Nie sądzili, że komuś uda się z taką łatwością ich prowokować i co rusz wyprowadzać z równowagi - ale Han również pod tym względem przechodził ich najśmielsze oczekiwania.
To nie powinno być możliwe, by jedna osoba wywoływała w nich tyle różnych, czasem bijących się ze sobą emocji. Tak jak teraz - kiedy zaraz po prowokacji, Yoonjae oparł policzek o ich udo, a ich oczy spotkały się. W tym widoku było coś zaskakująco… uroczego. Jego spojrzenie, jednocześnie pełne prowokacji i psotne, miało w sobie coś rozbrajającego, i w jakiś sposób przypominało Hae spojrzenie gotowego do zabawy kota. Z ust wyrwał im się chichot - pełen satysfakcji i czystej, niczym nieposkromionej radości.
— Aww, chcesz, żebym ci powiedziało, jak dobrze sobie poradziłeś? — spytali z nieco zadziornym błyskiem w oku. Palcami przeczesali włosy Yoonjae - nie potrafili się powstrzymać, czuli potrzebę, by nie przestawać go dotykać, i nie zamierzali sobie odmawiać, jeszcze nie teraz.
Głos zniżyli do przyjemnego pomruku:
— Byłeś wspaniały, Yoonie, jeszcze lepszy, niż sobie wyobrażałom.
Na moment pozwolili sobie patrzeć - przesunąć wzrokiem po nieco rozczochranych włosach, po kropelkach potu lśniących na czole, po tych pełnych ustach, teraz czerwonych i lśniących. Yoonjae nazwał ich dziełem sztuki, ale w ich oczach to właśnie on zasługiwał na to miano - wciąż lśniący z wysiłku, z pragnieniem wyrytym w każdej jego komórce. Dłonie znów im drgnęły, sięgnęły ku ramionom, gotowe znów go do siebie przyciągnąć, zamknąć te dzielące ich centymetry, aż jedyne, co by zostało, to mieszające się ze sobą oddechy.
Nie zdążyli jednak zrobić nic więcej - i chociaż pragnęli przeciągnąć tę chwilę w nieskończoność, złożyć kolejne pocałunki na ustach Hana, jego obojczykach, klatce piersiowej i niżej, chociaż pragnęli już nigdy nie wypuszczać go z rąk, rzeczywistość postanowiła zapukać im do drzwi i o sobie przypomnieć.
Kiedy po dachu poniósł się echem nowy głos, Haejin poczuli, jak wybudowana przez nich wraz z Yoonjae bańka pęka. Zimno wkradło się pod skórę, zalało ciało równie gwałtownie, co wiadro lodowatej wody wylane na głowę, sprawiło, że świat znów nabrał ostrości, a wywołane alkoholem, narkotykami i Hanem upojenie nieco zelżało i znów dopuściło rozsądek do głosu. W jednej chwili zrozumieli, jak bardzo dali się ponieść emocjom - jak bezmyślnie podążyli za palącą żołądek potrzebą, nie zwracając uwagi na to, jakie mogły ich spotkać konsekwencje. Znajdowali się na dachu hotelu, do cholery; w miejscu, gdzie każdy mógł wejść w dowolnym momencie i zobaczyć ich z Yoonjae; gdzie bardzo możliwe, że znajdował się hotelowy monitoring, nagrywający każdy moment, każdą sekundę ich zapomnienia.
UsuńBardzo możliwe, że stojąca przed nimi kobieta nie była pierwszą osobą, która ich przyłapała, a jedynie pierwszą na tyle miłą, by ogłosić swoją obecność i przebić się przez otaczający ich natłok emocji i pożądania.
Nim Haejin zdążyli w jakikolwiek sposób zareagować - zasłonić się, poprawić ubrania, cokolwiek - Han zerwał się z kolan i stanął między nimi a bezwstydnie przyglądającą się im kobietą. Nie spodziewali się takiej reakcji - tego niemal instynktownego stanięcia w obronie ich godności - i w odpowiedzi poczuli ciepło rozlewające się po klatce piersiowej, przeganiające część lodowatej świadomości tego, w jak kompromitującej pozycji się znaleźli. Pożądanie, które z pochłaniającego ich ciało pożaru wygasło to ledwie tlącego się, pojedynczego płomienia po tym, jak im przerwano, znów wezbrało. Ręce świerzbiły ich, by przyciągnąć Yoonjae do siebie - znajdował się zbyt daleko, pragnęli go bliżej, zdecydowanie bliżej - ale zamiast tego wsunęli na siebie z powrotem bieliznę i spodnie z gracją osoby, która wcale nie została przyłapana na gorącym uczynku.
— Zakładam, że nie przyszłaś tutaj bez powodu? — zapytali z pełnym niezadowolenia westchnieniem, kiedy już ogarnęli ubrania i zapięli parę dolnych guzików koszuli. Mieli paskudne przeczucie, że organizatorka wydarzenia mogła maczać palce w nagłym pojawieniu się kobiety na dachu; pasowałoby to do wszystkiego, co ujrzeli na sali bankietowej i usłyszeli od pozostałych gości.
Wina Plotkary, czy nie, jednego byli pewni - powinni kontynuować ten wieczór w bardziej ustronnym miejscu, a najlepiej wziąć Yoonjae za rękę i ulotnić się z nim do jego mieszkania.
Już ubrani, podnieśli się z podestu i przysunęli do Yoonjae, po chwili kładąc dłoń na jego biodrze, nie potrafiąc sobie odmówić tego uzależniającego kontaktu. Dopiero teraz mieli okazję przyjrzeć się stojącej przed nimi kobiecie - i wzrokiem omietli jej ukrytą pod materiałem krwiście czerwonej koszuli sylwetkę. Brew sama powędrowała im do góry, bo byli pewni, że widzieli identyczną koszulę na jednym z obecnych na imprezie mężczyzn - czyżby nie byli jedynymi, którzy uciekli z sali w nieco bardziej ustronne miejsce, by oddać się przyjemności?
Na ustach pojawił im się nieco przekorny uśmiech, lustrzane odbicie iskier widocznych w oczach Soyoung.
— Ciekawy strój — skomentowali, nie kryjąc w głosie rozbawienia. — Dość… odważny.
W ich słowach kryło się pytanie: dlaczego chodzisz po hotelu w cudzej koszuli, i czego tak właściwie od nas chcesz? Wciąż czuli sporo irytacji spowodowanej tym, że im przerwano; ale jednocześnie wiedzieli, że dobrze się stało, bo nie byli pewni, czy w innym wypadku potrafiliby przestać i znaleźć lepsze, bardziej prywatne miejsce na kontynuowanie tej schadzki.
i don't know if i forgive you, so; haejinnie
Było mu tak dobrze. Nie potrafiłby tego wyjaśnić, chwila, którą przyszło mu właśnie złapać, nie opierała się przecież na doświadczeniu prostej przyjemności, przynajmniej nie w bezpośrednim znaczeniu. Tymczasem… powinno go to cholernie przerażać. Klęczał przed Hae z głową opartą na ich udzie, czując powolne ruchy palców przeczesujących mu włosy, i po raz pierwszy od dawna nie miał najmniejszej potrzeby, żeby się podnieść, odzyskać przewagę albo chociaż poudawać, że wcale nie podobało mu się to, jak bardzo został w tej chwili odkryty. Zawsze uważał podobny pokaz uległości za coś niewygodnego, niebezpiecznego - coś przed czym musiał się bronić, a jednak teraz wystarczyło ciepło ich dłoni przesuwającej się po jego włosach, by każde z tych przekonań, niemal całkowicie straciło na wartości. Nie przeszkadzało mu, że w tej krótkiej, ulotnej chwili, to nie on prowadził. Nie przeszkadzało mu nawet, że pozwalał Hae patrzeć na siebie z miejsca, z którego sam nigdy wcześniej nie pozwolił nikomu się oglądać.
UsuńRyu Haejin . Dla Yoonjae nie liczyło się teraz nic więcej. Słowa Hae, wypowiadane cicho, ale z tą dziwną pewnością, że naprawdę poradził sobie dobrze, trafiały w niego z siłą, której zupełnie się nie spodziewał. Poczuł w żołądku coś na wzór trzepotu motylich skrzydeł, tak typowych dla wszystkich z jego nastoletnich miłostek, choć… tym razem przypominało to raczej rój rozszalałych pszczół. Miał świadomość, że uśmiech sam cisnął mu się na usta, więc przygryzł wewnętrzną stronę policzka, jakby w ten sposób mógł jeszcze poudawać przed samym sobą, że tych kilka prostych słów (o które sam przecież prosił) nie zrobiło z nim dokładnie tego, czego Han najbardziej nie lubił: odsłoniło w ten bezkompromisowy sposób, który przyprawiał go o drżenie. Bo cholera, chciał słyszeć je jeszcze raz. I jeszcze. Zrozumiał, że nie musiał nazywać tego pragnienia wprost, by wylewało się ono w każdym jego ruchu i spojrzeniu.
Więc… zaprzestał tej irracjonalnej walki. Zamknął oczy, pozwalając palcom Hae nadal przeczesywać włosy i wtulił policzek odrobinę mocniej w delikatną skórę na ich udzie. Był pewny, że ten jeden mały ruch zdradził go bardziej niż jakakolwiek odpowiedź, której mógłby udzielić. Leżał więc tylko tak, wsłuchując się w ich oddech i czując, jak wszystko osiadało w nim gdzieś głębiej, niż powinno. Tak bardzo nie chciał, by przestali.
Nie zdążył jednak nacieszyć się tą krótką chwilą spokoju, bo drzwi prowadzące na taras otworzyły się gwałtowniej, niż powinny, wpuszczając do ich bańki zupełnie obcą dziewczynę. A potem… wiele rzeczy zadziało się zbyt szybko, by Han mógł je sprawnie przetworzyć. Poderwał się z miejsca natychmiast, zanim zdążył choćby pomyśleć, co właściwie robił. Dopiero kiedy stanął prosto, wpatrując się w nieznajomą wzrokiem, który sugerował jasno, jak bardzo była tu… niemile widziana, dotarło do niego, że zadziałał po to, by zasłonić Hae własnym ciałem. Przez jedną, paskudnie krótką chwilę miał wrażenie, że ktoś bez pytania wszedł w coś, co należało wyłącznie do nich. Nie mógł nawet przyznać, że chodziło o samo przerwanie ich bliskości. Bardziej o to, że Hae znaleźli się nagle pod cudzym spojrzeniem, a Han nie chciał, żeby ktokolwiek oglądał ich właśnie w takim momencie. Bezmyślnie przesunął się jeszcze odrobinę, zasłaniając ich niemal całkowicie, i dopiero wtedy zorientował się, jak absurdalnie naturalny wydał mu się ten ruch. Nie zastanawiał się nawet, czy powinien. Po prostu zrobił coś, o co nawet by się nie podejrzewał.
Dziewczyna miała na sobie czerwoną, przesadnie rzucającą się w oczy, koszulę. Han znał ten przeklęty materiał. Kojarzył ją zbyt dobrze, bo jeszcze niedawno widział ją na jednym z chłopaków kręcących się po imprezie. Przez moment przemknęło mu nawet przez głowę, że ktoś najwyraźniej postanowił urządzić sobie wyjątkowo kreatywną wycieczkę po cudzej garderobie. Normalnie pewnie nawet by go to rozbawiło, teraz jednak był przede wszystkim zirytowany.
— Przeszkadzasz, bo twoja własna przygoda okazała się zbyt nudna? — rzucił chłodno, cudem tylko powstrzymując się przed tym, by nie posłać w jej kierunku wyjątkowo sugestywnego nakazu wycofania się z tego pieprzonego tarasu.
UsuńMiał ochotę wyrzucić z siebie całą frustrację, która zdążyła już nieprzyjemnie rozlać mu się pod skórą, ale gdzieś pomiędzy jednym oddechem a drugim odezwała się ostatnia resztka zdrowego rozsądku. Plotkara. Oczywiście, że Plotkara. Kto inny miałby urządzić całe to pieprzone przedstawienie, a potem patrzeć, jak kolejni ludzie próbują odnaleźć się w chaosie, który ktoś wcześniej tak starannie dla nich przygotował? Han zacisnął szczękę, gotowy rzucić w stronę nieznajomej coś, czego zapewne pożałowałby dopiero kilka minut później.
To właśnie wtedy poczuł dłoń Hae na swoim biodrze. Ciepłą i tak zwyczajnie bliską, że cała reszta na moment rozmyła mu się w umyśle. Hae stanęli tuż przy nim, a ich dotyk przypomniał mu nagle, że miał w tej chwili znacznie ważniejsze rzeczy do zrobienia niż przejmowanie się tym cyrkiem. Nie chciał marnować ani kolejnej sekundy na kogoś, kto pojawił się tutaj tylko dlatego, że Plotkara postanowiła pociągnąć za jeden ze sznurków.
Spojrzał na ich dłoń, a potem bez słowa odnalazł palcami ich palce i splótł je ze swoimi, dokładnie tak, jakby ten jeden gest wystarczył, żeby przywrócić właściwy porządek i utracony spokój.
— Wynosimy się z tego hotelu — zadecydował, bo każda kolejna sekunda i nieprzewidziane doświadczenie jedynie utwierdzały go w przekonaniu, że powinni zrobić to już dawno temu. — Natychmiast.
Pociągnął Hae w stronę wyjścia z tarasu, a potem windy, nie oglądając się za siebie. Nie musiał. Po chwili usłyszał za plecami dodatkowe kroki i tylko zacisnął palce odrobinę mocniej na dłoni Hae, przyspieszając nieznacznie, gdy zdał sobie sprawę, że dziewczyna najwyraźniej postanowiła ruszyć za nimi.
mały, zirytowany H.
Atmosfera, która zapanowała między nimi, ewoluowała - i z palącego zmysły ognia złagodniała nagle, bardziej przypominając ciepło promieni słonecznych na skórze. W geście Yoonjae - wtuleniu policzka w udo Hae - było coś niezwykle intymnego, co bardziej pasowało między parą, niż dwójką nieznajomych, który poznali się zaledwie dwie godziny wcześniej. Ten pełen komfortu spokój, obnażanie się przed kimś i otrzymywanie tej samej szczerości i wrażliwości w odpowiedzi - Haejin nie sądzili, że byliby w stanie ofiarować tak wiele w tak krótkim czasie, że porzuciliby wszystkie wcześniejsze zasady i postanowienia dla tych kilku krótkich chwil, kiedy czyjaś obecność i dotyk przeganiały pustkę ich codziennej egzystencji. Powinno ich to przerażać, zasiać pierwsze zalążki paniki głęboko w sercu; ale panika nie nadchodziła, Hae oddychali głęboko i obserwowali.
UsuńChcieli zatrzymać ten moment na dłużej; złapać go do butelki i postawić na szafce tak, by w momentach, gdy samotność doskwierała im zbyt mocno, móc grzać się od jego ciepła.
Cisza przed burzą; bo gdy tylko na dachu pojawił się ktoś inny, cała ta otwartość, która dopiero co wywołała przyjemny ścisk w żołądku i kołatanie serca, zniknęła, a drzwi zatrzasnęły z hukiem.
Głos Yoonjae był chłodny, gdy odezwał się do nieznajomej - i na jego dźwięk, Hae przeszedł dreszcz. Kiedy ich własne niezadowolenie było niczym podmuch zimnego, jesiennego wiatru, niezadowolenie Hana było żywym, wielowymiarowym bytem - paraliżującym ciało rykiem tygrysa, dudnieniem w uszach przed trzęsieniem ziemi, napięciem w powietrzu sekundy przed uderzeniem pioruna.
To nie powinno wyglądać na Hanie tak atrakcyjnie - ale wyglądało, i w połączeniu z wcześniejszym zasłonięciem ich własnym ciałem przed wzrokiem nieznajomej, sprawiło, że chcieli popchnąć go na najbliżej dostępną powierzchnię, zsunąć się na kolana i nie przestawać, póki ich imię nie spłynęło z ust Yoonjae niczym modlitwa.
Dostrzegli moment, gdy wzrok Hana powędrował do dłoni, którą położyli na jego biodrze - i przez chwilę Haejin obawiali się, że ich dotyk nie był mile widziany, że przekroczyli granicę i zbliżyli za mocno; ale zamiast odrzucenia, Yoonjae wplótł palce w ich tak, jakbhy to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
Ich własny wzrok powędrował do ich złączonych dłoni, i Hae uśmiechnęli się delikatnie.
Han Yoonjae nie przestawał ich zaskakiwać.
Zaśmiali się i pozwolili, by Yoonjae zaciągnął ich w stronę windy.
— Tak, wynośmy się — powtórzyli i przyciągnęli Hana parę centymetrów bliżej, gdy czekali na nadjechanie windy, starając się zignorować podążający za nimi odgłosem szpilek. — Nawet nie miałom okazji pokazać ci, jak dobrze się mną zająłeś.
Chcieli zjechać już do głównego lobby i zostawić to miejsce za sobą; wsiąść do taksówki i pojechać tam, gdzie nikt nie mógłby im przerwać.
Hae, którzy nie mogą oderwać wzroku od małego, zirytowanego H.
Elevator Thirty seconds. Plenty of time for bad choices.
OdpowiedzUsuńZauważyła, że uśmiech zasygł na jego twarzy i nie mogła powiedzieć, że się tego nie spodziewała. Pytanie nie było łatwe, a w dodatku niosło ze sobą pewną wagę, przecinając ich beztroski moment. Po czasie zdała sobie sprawę, że mogło też pewnie zabrzmieć na oskarżenie, ale wcale nim nie było, więc poczuła ulgę, kiedy się od niej nie zdystansował, zapewne tak tego nie odbierając.
UsuńNie chciała, żeby się od niej odsunął, dlatego sama została blisko, oferując mu komfortowy dotyk. Wiedziała, że ryzykuje, podejmując ten temat, ale znała siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że musi zostać poruszony, bo w jej odczuwaniu nic się nie zmieniło od momentu, kiedy zajechali limuzyną pod główne wejście. Chciała być w życiu Jacksona, co przekładało się na to, że chciała mieć z nim dobry kontakt, a to znaczyło, że zależało jej na tym, żeby być z nim na jednej stronie. Do tej pory miała wrażenie, że jest, zwłaszcza po tym jak trochę spanikowała pod prysznicem, a on ją uspokoił, twierdząc że również jest skołowany.
Skoro był skołowany, dlaczego tak się do niej zwracał?
Może naprawdę nie powinna była się tak tym przejmować, ale nie potrafiła. Zrobiła i tak ogromny osobisty postęp, otwierając się na fizyczną bliskość poza związkiem, bo jeszcze parę lat temu była święcie przekonana, że jedynym facetem, któremu się odda będzie po prostu jej chłopak, a potem mąż.
Były jednak rzeczy, których nie potrafiła przeskoczyć. Była wrażliwa na czułe gesty i słowa. Zdawała sobie sprawę, że przywiąże się do Jacka, jeśli będzie ją nimi obsypywał, bo zawsze zakochiwała się łatwo, a teraz… Teraz tego nie chciała. Nie chciała się nim zauroczyć po jednym dniu i narobić sobie Bóg wie jakich nadziei. Nie chciała mieć wobec niego oczekiwań, bo miał już na głowie wystarczająco zobowiązań, sama też była w takim miejscu w życiu, że powinna skupić się na innych sprawach, aniżeli mężczyźni.
Chciała wierzyć w to, że wydarzenia sprzed roku czegoś ją nauczyły.
A jeśli już miała zakochiwać się w Howardzie, to wolałaby aby ujęła ją jego osobowość, nie jego pocałunki czy dłonie. W tym celu musiała go jednak lepiej poznać.
To wszystko działo się po prostu strasznie szybko, to… połączenie między nimi zacieśniało się szybko. Obawiała się, że za szybko, by móc na tym rzeczywiście polegać, oprzeć o to znajomość.
Nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji i nie wiedziała, jak w niej nawigować. Odnosiła wrażenie, że błądziła w tym trochę jak dziecko we mgle.
Kiedy przyznał, że miał w zwyczaju zwracać się tak do kobiet, paradoksalnie się rozluźniła, lekko kiwając głową. Nie poczuła się źle, bo wcale nie chciała usłyszeć od niego mydlanych bajek. Jego szczerość sprawiła, że wręcz się uspokoiła, bo pragnęła między nimi takiej otwartości, zdolności do rozmowy, nawet kiedy nie jest do końca komfortowa. Czuła wtedy, że może mu zaufać nie tylko w tych cukrowych momentach, że mogą się porozumieć również poza nimi.
Dlatego kontynuowała, chłonąc przyjemne ciepło jego dłoni przy swoim policzku, nie odsuwając spojrzenia od jego oczu.
— Właśnie o to mi chodzi — przyznała, mimo że wciąż była trochę niepewna. — Skąd wiesz, co czujesz? Bo ja… Ja nie wiem.
Wypowiedzenie tego na głos było w istocie objawem zaufania i miała nadzieję, że jej zawahanie go nie zrani. Ostatnie co chciała zrobić, to sprawić mu jakąś przykrość, ale zależało jej najbardziej właśnie na tym, na transparentności między nimi.
— Jest nam dziś ze sobą bardzo miło — ciągnęła, ubierając te słowa w płaszcz łagodności, przy czym miło było zwyczajnie ogromnym niedopowiedzeniem. — Z oczywistych powodów. I… I chyba się trochę obawiam, że jutro okaże się, że to tylko dziś — dodała ciszej.
Bała się, że to jak ją widzi, jak o niej myśli i do niej mówi, jest uwarunkowane właśnie tym rozkosznym hajem i że to wszystko minie, kiedy ten haj opadnie.
Dlatego nie chciała dziś od niego żadnych zapewnień i sama też żadnych mu nie dawała. Nie chciała, żeby obietnice padały między nimi pod wpływem chwili.
CLAIRE
Moment niepewności, a przede wszystkim tej cichej, nieskrywanej wrażliwości, był dla niego równie ważny jak chwile uniesienia, których doświadczyli zaledwie kilkanaście minut temu. Dawał mu poczucie, że Claire próbuje mu zaufać, że zależy jej na klarownej sytuacji i na budowaniu tej znajomości na czymś autentycznym. Jackson nie miał zamiaru się zgrywać i otaczać aurą niewzruszenia, jak czynił to niegdyś z innymi. Chciał dać im obojgu przestrzeń na szczere wyrażenia siebie, nawet jeśli oznaczało to ujawnienie własnych wahań. Był za to wdzięczny, za to że Claire go nie oceniała, tylko przede wszystkim chciała wysłuchać, i że nie idealizowała go w najmniejszym stopniu. Przynajmniej takie odbierał wrażenie, gdy nie oczekiwała idealnych, cukierkowych odpowiedzi.
Usuń— Claire, spędziliśmy przed imprezą trochę czasu razem i wtedy też było mi miło. — przyznał z delikatnym, niemal ostrożnym uśmiechem.
Rozumiał jej wątpliwości, to wewnętrzne skołowanie i poczucie, że emocje mogą ją w tej chwili przytłoczyć. Sam miał wrażenie, że surowych, niepoddających się łatwej klasyfikacji uczuć jest tak wiele, iż zaczynało mu się od nich kręcić w głowie. A jednak właśnie to było piękne. Nie chciał tego tracić, ani tym bardziej sprowadzić do poziomu parteru wyłącznie dlatego, że tempo, w jakim wszystko się działo, mogło przerażać.
— Bywałem na haju i to… to jest coś innego, coś… prawdziwego. To nie jest żadna pijańska fantazja.
Jackson znał stan otumanienia, w którym cały świat zdawał się dobiegać jak zza grubej, matowej szyby, a wyobraźnia podsycała żywe, przesadnie intensywne obrazy. Tonął wtedy w barwach, w prędkości i gorącu, które po opadnięciu haju zostawiały po sobie jedynie pustkę. Dlatego potrafił wyznaczyć granice między uniesieniem, a czymś, co sięgało znacznie głębiej i szarpało za struny, o których istnieniu zdążył już niemal zapomnieć. Claire poruszała w nim rzeczy, do których kiedyś wstydziłby się przyznać nawet przed samym sobą. Poruszał się po nieznanym terytorium, w dziedzinie, w sferze emocji, w której wciąż był niedoświadczony i często działał po omacku, zgadując raczej, niż wiedząc na pewno, co powinien zrobić. Terapia wiele mu naświetliła, ale nikt nie mógł za niego decydować. To on sam musiał nauczyć się odróżniać to, co warto pielęgnować, od tego, co należało odpuścić.
W sytuacji, w której się znaleźli, nie mógł jej obiecać, że odejdą w stronę zachodzącego słońca trzymając się za ręce. Nie chciał mydlić jej oczu, bo zbyt dobrze znał przewrotność życia. Mógł jednak pokazać jej to, co naprawdę czuje. I właśnie to robił, wpuszczał ją do swojej głowy i do serca, krok po kroku, bez udawania, że ma już wszystkie odpowiedzi.
Sam sobie chciał udowodnić, że było go na to stać - na zbudowanej dobrej, realnej więzi, o której tyle się nasłuchał będąc w Szwajcarii.
— I chcę cię lepiej poznać, Claire. — zapewnił z żywym zainteresowaniem migoczącym w oczach.
Był jej ciekaw, tego co lubi najbardziej robić w wolnej chwili. Czy słodzi kawę, czy nie. Po jaką herbatę najczęściej sięga, które kwiaty lubi, jakie ma najskrytsze marzenia… Chciał wiedzieć małe rzeczy i poznać te ważne, o których sama mówiła nieco ciszej, z błyskiem w oczach.
Jack
Ciężko było idealizować kogoś, na kogo temat w tak krótkim czasie usłyszało się tyle złego. Sam Jack nie próbował się przed nią wybielać, więc i ona wybielać go nie zamierzała. Zamierzała jednak dać mu szansę, żeby tym razem zrobić coś inaczej, więc od kiedy od otworzył się przed nią na temat odwyku, starała się dawać mu przestrzeń na to, żeby jej zaufał, czuł że może powiedzieć jej wszystko, z czym tylko poczuje się komfortowo.
UsuńSam jednak słuchał jej również, znajdując w tym wszystkim miejsce także dla jej wątpliwości. Uziemiał ją, nie zbywał, twierdząc że przesadza, w zamian starając po prostu zrozumieć. Żadne zmanipulowane, bajkowe opowieści nie mogły równać się z poczuciem, że zostaniesz przed drugą stronę zwyczajnie wysłuchany oraz zrozumiany. A nawet jeśli nie zostaniesz zrozumiany, to że nikt Cię nie osądzi, ani nie umniejszy Twojemu zdaniu czy uczuciom.
To było coś szczególnego. Tak samo szczególnego, jak ich bliskość w apartamencie, o ile nie bardziej.
Claire myślała za dużo, czuła za dużo, mówiła za dużo i czasem cała ogółem była za, o czym parę razy usłyszała wprost. Starała się więc pracować nad swoją potrzebą bycia zapewnianą, przeżywaniem oraz analizowaniem wszystkiego ponad miarę.
Dziś było jednak intensywnie, tak intensywnie że mimo szczerych chęci nie potrafiła na ten temat milczeć. Przez to, jak mocno się nad wszystkim zastanawiała, lubiła jasną komunikację, szczególnie z ludźmi, których chciała mieć przy sobie na trochę dłużej.
Uśmiechnęła się kącikiem ust, gdy powiedział że przed imprezą też było mu miło, a w jej oczach błysnęło rozbawienie, przed którym nie potrafiła się powstrzymać, bo siłą rzeczy nie przyrównywałaby miło ze wspólnego spaceru, do miło z dziś.
Zdjął z niej tym jednak część ciężaru, więc westchnęła cicho, przeczesując dłonią jego włosy, a potem układając ją na jego karku, trzymając go blisko siebie, drapiąc przy tym lekko tył jego głowy.
Bywałem na haju i to… to jest coś innego [...].
Zaśmiała się, choć nie była pewna dlaczego. Nie było to w końcu w żadnej mierze zabawne. Ale może to była po prostu ulga, bo poczuła się po tym lżej. Chyba potrzebowała usłyszeć właśnie to, bo to jej przypomniało, że mieli z Jackiem bardzo różne doświadczenia i że może się na nim oprzeć, kiedy przychodziło do intensywnych sytuacji.
Zrobiła więc właśnie do, wsunęła nos między poły jego kołnierzyka i z uśmiechem zaciągnęła się jego zapachem, czując jak wypełnia ją tym rozkosznym poczuciem bezpieczeństwa, w tym samym czasie paradoksalnie ciągnąc ją przyjemnie za nerwy, przywołując obrazy z apartamentu.
— Tu się właśnie rozmijamy — wymamrotała, wciąż z zalążkiem rozbawienia w głosie. — Jesteś moim pierwszym hajem. Chyba wciąż staram się to wszystko przeprocesować.
Podniosła głowę dopiero, gdy powiedział, że chce ją lepiej poznać. Przeszukała jego oczy, obiegając wzrokiem jego twarz.
Mogłaby mu powiedzieć o sobie wiele dobrego. Ale kiedy na niego patrzyła, doszła do wniosku, że to byłoby proste i nieadekwatne, bo on odsłonił przed nią dziś przecież bolesne oraz wstydliwe punkty.
Powinna… chciała odwdzięczyć mu się tym samym.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuń— O tym, że spotykam się z mężczyznami za pieniądze już wiesz — zaczęła więc z nieco krzywym uśmieszkiem, bo brzmiało to… źle, niezależnie od tego, że Howard sam przekonał się przecież o tym, że nic nieodpowiedniego na tych spotkaniach nie robi. — Powinieneś więc też wiedzieć, że jestem kryminalistką. Mam wyrok za kradzież i długi do spłaty.
UsuńNie zamierzała teraz rozwodzić się na temat tego, jak niesłuszny był to wyrok, ani że długi nie należały do niej. Liczyły się fakty, a fakt był taki, że ktoś ją osądził, co realnie wpływało na jej życie od roku.
Możliwe, że była przede wszystkim ciekawa jego reakcji, zwłaszcza z różnicą statusu między nimi.
— Mam też skłonności do histerii i lękowy styl przywiązania, więc jak się do Ciebie przykleję, to już się nie odkleję.
Tak, to też powinien wiedzieć, jeśli zamierzał wpuścić ją na dłużej do swojego życia.
— Nie mogę zapomnieć o uzależnionym ojcu — przypomniała sobie sama. — Hazardzista alkoholik.
Alkohol jej nie pociągał, natomiast co do hazardu... Nie wiedziała, czy ma żyłkę. Wolała się nie dowiedzieć.
— Co by jeszcze… Prawdopodobnie powinnam wspomnieć o tym wcześniej, ale nie mam jeszcze osiemnastu lat. Poza tym… Pizza z ananasem. Kocham pizzę z ananasem.
CLAIRE
Jack stał w ciszy i spokoju, dając Claire się wygadać ze wszystkich “wad”. Wad w jej oczach, bo nie sądził, że Claire mogłaby mieć na sumieniu ciężkie przewinienia, a przynajmniej nie takie, które mogłyby realnie konkurować z jego rachunkiem sumienia. Jacksonowi daleko było do dobrej, poukładanej i przede wszystkim ludzkiej osoby. Popełniał błędy, łamał wielokrotnie prawo i śmiał się władzy prosto w twarz. Ranił ludzi, wykorzystywał ich słabości, mamił i bawił się ludzkim cierpieniem. Robił obrzydliwe rzeczy, do niektórych raczej nigdy nie zdoła przyznać się na głos.
UsuńKiedyś.
Jackson chciał wierzyć, że teraz był lepszą osobą, ale czy człowiek mógł diametralnie zmienić się w zaledwie rok? Chciał wierzyć, że nigdy nie zatęskni za adrenaliną, którą odczuwał, kiedy inni patrzyli na niego z rozgoryczeniem i strachem. Chciał wierzyć, że nie będzie potrzebował czuć tej wyższości, jak wtedy, gdy ludzie rozsypywali się przed nim w drobny pył.
Stał więc w półmroku windy, wciąż jeszcze czując na policzku ciepło jej dłoni i ślad oddechu na skórze. Słowa, które właśnie usłyszał, układały się w jego głowie w osobliwą, niepasującą do siebie całość. Długi. Kryminał. Lęk. Ojciec hazardzista-alkoholik… Przez ułamek sekundy naprawdę nie wiedział, czy ma prawo się zaśmiać, czy powinien zachować powagę. Claire, stojąca przed nim w czerwonej sukni, z ledwo zasłoniętymi śladami jego ust na obojczykach i z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, który pojawiał się, kiedy starała się brzmieć twardziej, niż się czuła, wyglądała na wszystko, tylko nie na osobę, którą właśnie opisała.
Zbyt jasna. Zbyt czysta w tym, jak patrzy na świat, skłonna dawać ludziom kredyt zaufania, nawet gdy sama miała powody, by go odmawiać.
To jednak było wierzchołkiem góry lodowej, a nawet, w jego odczuciu, nie było to coś, co mogłoby go odstraszyć. Oczywiście, nie umniejszał jej doświadczeniom i miał ochotę zagłębić się w większość tych historii, poznać prawdziwe powody, co za nimi stoi. Były to fakty ciężkie i niekomfortowe, ale możliwe do zrozumienia. Aż do momentu, w którym Claire, tonem niemal lekceważącym, dopowiedziała, że nie ma jeszcze osiemnastu lat.
— Co? — wyrwało mu się zanim zdążył zapanować nad głosem
Przez ułamek sekundy w windzie zapanowała absolutna cisza, przerywana jedynie cichym szumem mechanizmu.
Odsunął się od niej o pół kroku, dłonie automatycznie opadły z jej ramion, a oczy zwęziły się w intensywnym, niemal badawczym spojrzeniu. Przez krótką chwilę naprawdę nie wiedział, czy dobrze dobrze usłyszał. Myśli momentalnie zaczęły pędzić; apteka której nie zdążyli odwiedzić, to, co działo się w pokoju, w windzie, pod prysznicem… Wszystko nagle nabrało zupełnie innego, niebezpiecznego kontekstu. Serce zabiło mu mocniej. Zestawiała właśnie dwie absurdalne rzeczy, pizzę z ananasem, wraz z byciem niepełnoletnią.
I nieświadomie, z jego gardła wydobyło się parsknięcie. Krótkie, nieco nerwowo, takie które próbowało rozładować nagłe napięcie w ramionach. I to krótkie parsknięcie, po chwili, przerodziło się w szczery, niekontrolowany śmiech.
Wziął głębszy oddech.
— Siedemnaście lat, huh? No to pokaż mi dowód, licealistko. — zażądał wyciągając ku niej dłoń, z wciąż wyraźnym rozbawieniem w oczach. — A apropo pizzy z ananasem, to też ją lubię. Słodkie ze słonym to genialne połączenie. — dodał, bo akurat tej jednej pizzie od lat był wierny i nie zdecydowałby się na inną, nawet jakby za każdym razem, we Włoszech, umierał jeden Włoch.
Usuń— A o reszcie porozmawiamy w bardziej sprzyjających okolicznościach.
To, że spotykała się z facetami dla pieniędzy, wiedział. Cóż, nieprzyjemne spotkanie z jej towarzyszem, podczas memoriału jego ojca, zapadło mu w pamięć. Od samego początku mu się to nie podobało, i chociaż nie miał żadnych podstaw, by rościć sobie do Claire jakiekolwiek prawa, a tym bardziej nie był kimś, kto mógł mówić jej co może, a czego nie może, to na samą myśl skręcało mu wnętrzności. Nie chciał przyznać się, nawet przed samym sobą, że przemawia przez niego zazdrość, ale zdecydowanie było to coś, co miało na niego wpływ.
Reszta tematów, była dla niego nowa, ale nie miał zamiaru pochopnie jej oceniać. Ba! Wciąż nie wierzył, że Claire była po prostu, z natury zła i robiła to dla kaprysu. Chciał poznać jej historię, ale nie w takich okolicznościach, gdy czas swobodnej rozmowy kurczył się z każdym pokonanym piętrem.
Jack
Być może nie mogła konkurować z Jacksonem na polu przewinień, ale przecież nigdy nie chciała tego robić. Uważała to po prostu za uczciwe, podzielić się tym teraz, skoro wspólnie doszli do wniosku, że nie chcą, aby ta znajomość urwała się po dzisiejszym spotkaniu.
UsuńBo to wszystko w jakiś sposób ją definiowało. Sprawiało, że nie przez cały czas była w stanie być dobra, uśmiechnięta i obecna jak dziś. Czasem była sfrustrowana, smutna, zła i nie chciała wtedy rozmawiać z nikim, bo była tylko człowiekiem w nieprzyjemnej sytuacji, która spadła na nią w bardzo niesprawiedliwy sposób. Była przekonana że nie ma z tej sytuacji wyjść albo że te wyjścia są bardzo mozolne. On jeszcze nie poznał jej z tej strony, wyrabiając sobie na jej temat pewien pogląd, a prawda była taka, że wyrobił ten podgląd na podstawie jej najlepszej wersji. Bo ludzie domyślnie starali się na początku znajomości ukrywać swoje wady, Claire nie była pod tym względem inna.
Howard powiedział jej o odwyku. O reszcie zdecydowali za niego znajomi, nie zmieniało to jednak tego, że decyzję o wejściu do jego życia mogła podjąć dzięki tym informacjom bardziej świadomie. Chciała, by on tak samo świadomie podjął swoją, bo nie była wcale promieniem słońca, za który ją uważał. A przynajmniej nie była tylko tym.
I świadczył o tym choćby fakt, w jaki sposób go teraz sprawdzała. To, co ukryła za połą żartu, średnio uczciwego zresztą, było w rzeczywistości małym sprawdzianem dla jego moralności.
Wierzyła, że chodziło w jakimś stopniu o jego moralność, a nie strach przed utratą wizerunku. W końcu Jack miał ogromny majątek, więc z pewnością nie musiałby obawiać się bezimiennej siedemnastolatki, którą mógłby łatwo zamieść pod dywan, gdyby tylko chciał. Przekonała się już jakby nie patrzeć o tym na własnej skórze. Że pieniądzem można kupić prawdę. On też mógł tak zrobić, więc czego miałby się w tej sytuacji bać?
Obserwowała go, gdy się odsunął, nie dając mu niczego. Żadnego błysku w oczach, żadnego drgnięcia kącika ust, mimo że powstrzymanie tego drgnięcia przyszło jej z trudem. Wiedziała, że analizuje sytuację. Zastanawiała się, czy szuka z niej z niej właśnie drogi ucieczki, decyduje jak to rozegrać, czy próbowałby kupić jej milczenie. I wiedziała, że w tej chwili jej brak makijażu mu nie pomaga, bo w istocie wyglądała bardzo młodo.
A potem się roześmiał. Na początku trochę nerwowo, ale nieskrępowanie i nie potrafiła udawać niewzruszonej ani chwili dłużej, uśmiechając się do niego w pełni.
Nie wiedziała, czy śmieje się z nią, z niej, czy z absurdu tej sytuacji. Wiedziała tylko, że bardzo lubi jego śmiech. I że odsunął się od niej dokładnie tak, jak powinien.
Dowód podała mu bez oporu, sięgając do przewieszonej przez ramię torebki. Mogła skłamać, że go nie ma, ale zawsze była kiepskim kłamcą, a jej pokerowa twarz upadła już chwilę temu. To zagranie nie było też wobec niego do końca w porządku, więc miał pełne prawo do zorientowania się w sytuacji w taki sposób.
A o reszcie porozmawiamy w bardziej sprzyjających okolicznościach.
To był dobry pomysł. Nie bez powodu wyrzuciła to wszystko z siebie teraz. Wcale nie miałsa na celu o tym głęboko rozmawiać (jeszcze nie teraz, pewnie stąd jej nagła skłonność do “żartów”), a po prostu pozwolić mu się o tym zwyczajnie dowiedzieć.
— Nie martw się, panie prezesie — skwitowała lekko rozbawiona, gdy oglądał plastik. — 20 lat skończone 15 maja. Wciąż niewiele i przez jakiś czas nie będziesz mógł mnie legalnie upić, ale przynajmniej nie zainteresują się Tobą odpowiednie służby.
Nie to, żeby wierzyła w to, że faktycznie wyciągnąłby z tego jakieś konsekwencje, gdyby sytuacja była prawdziwa. Zawsze mogłaby mu też powiedzieć, że dowód jest fałszywy, ale nie chciała ciągnąć tego tak daleko. Nie chciała go tak potraktować, bo to nie byłoby już śmieszne, a teraz jeszcze mogło takie być.
UsuńWinda zatrzymała się na ostatnim piętrze małym ding. Jedyne, co zrobiła, to wcisnęła znów odpowiedni guzik, przyglądając się Jackowi, temu co rozgrywało się na jego twarzy, kiedy upewnił się już, że go wkręcała.
Był za daleko. Był zdecydowanie za daleko i wcale jej się to nie spodobało, więc gdy drzwi się za nim zamykały, wysunęła rękę w jego stronę, wsuwając dwa palce za pasek jego spodni, by przyciągnąć go z powrotem do siebie.
Wolną dłoń poprowadziła w górę jego brzucha na pierś, wyczuwając palcami krzywizny mięśni przez delikatny materiał jedwabnej koszuli.
A potem się uśmiechnęła, niesfornie i z satysfakcją, bo jeśli wcześniej chciał ją karać tylko za to, że musieli wracać, to teraz miał przynajmniej do tego umiarkowanie dobry powód.
— Ostatnie trzydzieści sekund… — wyszeptała, obniżając nieco ton na podniebieniu. — ...panie Howard.
Nie puściła go.
sassy, CLAIRE 🤭
Tego wieczora wielokrotnie powtarzał, że Claire jest wspaniała, niezwykła i jedyna w swoim rodzaju. Żadna wada, czy występek nie mógł zmienić obrazu, który wykreował się w jego głowie. SIęgnęła tak głęboko w jego emocje, zaciskając palce i wyciągając na powierzchnię rzeczy, o których istnieniu nie wiedział, że wyjątkowa zawsze pozostanie w jego mniemaniu. Zresztą nie oczekiwał, że Claire nie będzie posiadała wad. Każdy je miał, mniejsze bądź większe. Wiedział jednak, że to nie zmieni jego zdania na jej temat. Claire zaprezentowała się jako ciepła, empatyczna osoba. Jeśli obok tego stały lęki, kapryśność, czy nawet zatargi z prawem, miał zamiar je przyjąć, zaakceptować i w dalszym ciągu powtarzać, że nikogo takiego jak ona nie spotkał. Claire była niepowtarzalna, zwłaszcza w jego świecie nasyconym sztucznością, fałszywymi uśmiechami i nadrzędną wartością dolarów.
UsuńNie oczekiwał również, że nie będzie miała na swoim koncie żadnych przykrości. Chciałby wierzyć, że jej życie jest usłane różami, idealnie skrojone w każdym calu, kształtujące się zgodnie z jej oczekiwaniami. Byłby naiwny, gdyby w to wierzył, nawet jeśli jej dobroduszność, wskazywała, że życie w żaden sposób jej nie złamało. Może nawet to właśnie mu imponowało, że żadna historia nie zmieniła jej na tyle, by zatraciła po drodze swoje wartości. On sam nie zdołał się przed tym obronić, nie potrafił wybaczać, nie potrafił przemilczeć pewnych rzeczy.
Obrócił w palcach dowód, przeskakując wzrokiem po ciągu cyfr, zapamiętując jednocześnie datę jej urodzin. Uśmiech wciąż wyginał jego usta, a rozbawienie czaiło się w oczach, potrząsając jego ramionami.
— Cóż, najwyżej zaproszę cię na nielegalnego drinka — skwitował kręcąc głową, nie mając jej za złe żartu, na który tak łatwo dał się złapać. Kiedyś pewnie by to zbagatelizował i nie zainteresował się tym jakoś szczególnie, ale teraz wolał aby wszystko między nimi było klarowne.
I rzeczywiście, dwadzieścia lat to było niewiele i choć wyglądała subtelnie i młodo, to jaka była sprawiło, że założył nieco większą liczbę.
— Nie dzieli nas, aż tak dużo. Tylko drobne siedem lat. — dodał, bo nie pamiętał, czy wspominał ile miał lat. Jako prezes nie był to imponujący wiek i już na początku tej ścieżki przekonał się, jak wiele osób sądzi, że jest za młody by objąć stery firmy. Oczywiście, że w niektórych kwestiach brakowało mu doświadczenia, tego które latami zdobywał jego ojciec, ale zaraz po Robercie był osobą, która najbardziej kochała Pearl Yachts i zamierzał zrobić wszystko, aby firma utrzymała się na szczycie. Obojętnie co inni na ten temat sądzili.
Oddał jej dowód, a gdy jej drobna dłoń wylądowała, ponownie, na jego torsie, mięśnie pod koszulą napięły się pod wpływem dotyku. Jego wzrok opadł na moment na palce Claire wodząc za nimi spojrzeniem, które zaraz jednak cofnęło się do jej twarzy.
Przełknął ślinę na jej obniżone, informatywne trzydzieści sekund.
Dał się przyciągnąć bliżej za krawędź spodni, niemal wpadając na nią całym swoim ciałem. W ostatniej chwili, nim ją za mocno przycisnął do ściany, wsparł dłoń obok jej twarzy. Nachylił się nad nią, drugą dłonią ujmując jej podbródek, który uniósł ku górze, by patrzyła mu w oczy. Zawisł tuż nad jej wargami, wzrokiem rysując krzywizny jej twarzy; nosa, ust i rzęs rzucających długie cienie na policzki. Wargi Jacksona złożyły motyli pocałunek na jej wargach. Zaraz jednak pochwycił dolną z nich pomiędzy zęby, delikatnie, i pociągnął za nią, przyciągając ją bliżej, by zaraz dłoń opadła na szyję; długie palce objęły jej bok sięgając do nasady czaszki i linii miękkich włosów. Przytrzymał ją blisko siebie.
— Gdy stąd wyjdziemy dam ci tyle kolejnych trzydzieści sekund, aż będziesz miała mnie dość, Bellfort. — wymruczał, i w końcu wpił się w usta Claire mocno i z pasją.
Jacuś
— To rzeczywiście niedużo — odparła, spojrzeniem przeszukując jego twarz. Ktoś mógłby się pewnie z nimi na ten temat sprzeczać, bo teoretycznie byli na zupełnie różnych etapach w swoim życiu, ale Claire wcale nie odczuwała tej różnicy, a przynajmniej nie odczuła jej do tej pory, bo porozumiewali się znakomicie, lepiej niż się spodziewała.
UsuńJej perspektywa była jednak również zaburzona przez nic innego, jak jego firmę właśnie. Jako prezesowi, byłaby skłonna przypisać mu parę lat więcej, choćby z trzydzieści dwa, a statystycznie to i tak byłoby mało w kontekście takiego stanowiska.
Dwadzieścia siedem? To było szalone, gdyby spojrzeć na to z boku. Ludzie w tym wieku zbierali dopiero doświadczenie potrzebne do zarządzania korporacją, szczególnie tak rozrośniętą jak Pearl Yachts. I Jack… Jack zapewne też by je dopiero zbierał, rozkładając zobowiązania stopniowo jeszcze przez długi czas, gdyby nie nagła śmierć jego ojca. Tymczasem ta ogromna odpowiedzialność spadła na niego już teraz i Claire mogła mieć tylko nadzieję, że go nie przytłoczy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ostatni rok spędził w zasadzie walcząc z samym sobą.
Powinien teraz umacniać swoje postanowienia, poznawać siebie na nowo, a natłok obowiązków mu to utrudni.
To był kolejny powód, przez który chciała zostać w jego życiu. Wiedziała, że realnie nie będzie mogła zaoferować mu żadnej znaczącej pomocy, ale doświadczenie nauczyło ją, że obecność i wsparcie to już bardzo dużo, a on niewątpliwie teraz tego wsparcia potrzebował. choć nigdy by się do tego nie przyznał ani przed nią, ani tym bardziej przed samym sobą.
Podciągnęła krańce ust, gdy się nad nią nachylił, zadowolona że nie dzieli ich już żadna przestrzeń, a w zasadzie tylko ubrania. Przesuwając dłoń z jego piersi na kark, by również przytrzymać go przy sobie, podtrzymywała jego spojrzenie, nie zamykając oczu nawet gdy ją pocałował, przygryzając jej dolną wargę. W przeciwieństwie do niej wcześniej zrobił to z delikatnością, która sprawiała, że jej serce zaciskało się niekontrolowanie.
Wplątała palce w jego włosy, czując jak on wsuwa swoje w jej. Lubiła, kiedy ją tak trzymał, czując jak wzdłuż kręgosłupa przechodzi ją od tego rozkoszny dreszcz oczekiwania, podsycony wyrzutem endorfin, który zaczynał stawać się dla niej nieodłączną częścią bycia z nim tak blisko.
Zaśmiała się nawet na jego słowa, bo wydało jej się absurdalne, że mogłaby mieć go dosyć. Śmiech złamał jej się jednak wokół cichego, beznadziejnego jęku, bo sposób w jaki ją pocałował przeszył ją do szpiku kości i tym samym sprawił, że odpowiedziała mu całym ciałem, uświadamiając sobie nagle, jak bardzo była za nim stęskniona, mimo że stracili ten kontakt na dosłownie chwilę.
Ale to było za mało, po prostu za mało. Żadna ilość pocałunków nie była w jej stanie teraz zaspokoić, bo chciała z nim kompletnego połączenia i synchronizacji, tak jak wtedy w apartamencie. Wszystko inne zaledwie ocierało się o taflę jej pragnień, nie naruszając jej faktycznie.
— Wątpię — wymamrotała więc w jego usta, już teraz będąc bez tchu, bo odwzajemniała mu się z takim surowym, desperackim zaangażowaniem, że powinno jej być za to wstyd. Za to jak próbowała go sobą wręcz pochłonąć, jak trzymała go przy sobie i przylegała do niego ciasno całym ciałem, potrzebując znów czuć na sobie rytm jego oddechów i bicie serca. — Że mogłabym… mieć Cię dość.
Pamiętała przecież, jak jego własny głos się łamał, gdy prosił o jeszcze minutę i nawet gdyby chciała, nie potrafiła czuć zażenowania tym, jak ją sobą opętał, bo najwidoczniej opętała go tak samo.
— Trzymam Cię za słowo — przechyliła głowę i ujęła w dłonie jego twarz, pogłębiając pocałunek na tyle, że bez wysiłku mogła przeciągnąć językiem po jego dolnej wardze, musnąć jego zęby, a potem wkraść się nim dalej, smakując go z ciężkim westchnieniem puszczonym przez nos. Naiwnie sądziła, że nic nie przebije stanu w jaki wprowadził ją całując ją po raz pierwszy na tarasie, ale każda kolejna spędzona z nim minuta utwierdzała ją w tym, jak bardzo się myliła, bo każdy jego pocałunek upajał ją coraz bardziej, wszywając się głębiej w fundamenty jej jestestwa. Świat wirował co rusz mocniej, a całe jej ciało wręcz wibrowało, niezdolne do utrzymania wszystkiego co czuła wewnątrz, raz po raz uciekały jej więc naprzeciw jego ust małe, żałosne odgłosy zdradzające ją w pełni.
UsuńCLAIRE
Jack poczuł, jak jej słowa, wnikają głębiej niż sam pocałunek.
UsuńTrzymam cię za słowo.
Nie było w nich kokieterii ani lekkiego flirtu. Brzmiały jak cicha, stanowcza deklaracja, wypowiedziana ustami, które właśnie domagały się więcej niż tylko chwilowego uniesienia. Przycisnął ją mocniej do ściany windy, dłonie wsuwając głębiej w jej włosy, by utrzymać jej twarz dokładnie tam, gdzie chciał. Pocałunek, który oddał, niósł niezmienną potrzebę i promieniujące z wnętrza pragnienia. Był głęboki, wolniejszy i jednocześnie bardziej wymagający, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę zamierza dotrzymać tego, co właśnie powiedziała.
Czuł jak napina się pod jego dłońmi, jak palce wplatają się mocniej w jego włosy, jak cały ciężar przenosi się na niego z tą samą desperacką potrzebą, nad którą sam ledwo panował. Winda sunęła w dół, przeskakując zbyt szybko kolejne piętra. Jackson miał wrażenie, że czas wokół nich gęstnieje, stając się niemal namacalnym.
Odchylił się tylko na tyle, by złapać oddech, czołem opierając się o jej czoło, tonąc w echu jej tłumionych wargami jęków, które zraszały jego ramiona gęsią skórką. Ich oddechy mieszały się w wąskiej przestrzeni między ustami, gorące i nierówne.
Myślał o tym, jak szybko wszystko między nimi nabierało ciężaru. O tym, że jeszcze kilka godzin wcześniej był dla niej niemal obcym mężczyzną, a teraz stała w jego objęciach, trzymając go za słowo z intensywnością, która mogłaby przestraszyć kogoś mniej zdeterminowanego. On jednak nie czuł strachu. Raczej coś bliższego fascynacji i głodu, głodu jej obecności, jej głosu, tego, jak potrafiła na niego spojrzeć.
— Claire — odezwał się ciszej, a w głosie pojawiła się ciepła nuta mieszająca się z niską chrypką.
W momencie, w którym otworzył usta aby dodać coś jeszcze, winda stanęła, a jej drzwi uchyliły się. Był gotowy, jak wcześniej ponownie sięgnąć konsoli z guzikami i ponowić jej bieg, ale tym razem, po drugiej stronie rozsuwanych drzwi, stała kobieca sylwetka, która nie dała mu na to szansy.
***
Soyoung stała na korytarzu, czekając, aż któraś winda łaskawie zjedzie na parter i wreszcie dane będzie jej wykonać to głupie polecenie Plotkary. Rozejrzała się po holu, zadzierając wyżej podbródek, gdy ktoś z przechodzących gości oraz obsługi rzucał jej krótkie, znaczace spojrzenie. Machinalnie przygładziła materiał czerwonawej koszuli, która sięgała jej połowy ud.
— No w końcu — mruknęła, gdy jedna z wind zjechała na dół i otworzyła się.
Automatycznie postąpiła krok do przodu, chcąc wejść do środka, gdy jej wzrok zatrzymał się na szerokich, męskich plecach zza których wystawała ledwie blondwłosa dziewczyna. Soyoung obrzuciła ich krótkim spojrzeniem i wsiadła do środka. Nie miała zamiaru przegapić kolejnej windy, tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś nie miał lepszego miejsca do obściskiwania się. Najwidoczniej jej dzisiejszą misją było przeszkodzenie niejednej parze.
— Wybaczcie, ale spieszę się na górę — wskazała palcem sufit. — Ale nie przeszkadzajcie sobie. — dodała, a kącik jej ust uniósł się w niewielkim uśmiechu. W jej oczach odbiło się gorące wspomnienie z biblioteki; niecierpliwe pocałunki Seojuna oraz jego palce zaciskające się na skórze.
Przekręciła się na pięcie, by odwrócić wzrok od pary ustawionej pod ścianą.
Nie kojarzyła ich, ale też dopiero zaznajamiała się z nowojorską śmietanką towarzyską.
Jack and Soyoung
Uchyliła powieki, gdy Jack wypowiedział jej imię, czując jak jego ton przyjemnie grzeje ją od środka. Zawarte w nim ciepło perfekcyjnie spajało się z żarem, który z niej rozpalał, wcale z nim nie kolidując. Nadawało mu tylko głębi, budowało podstawę na której mógł tylko żarzyć mocniej, gotowy by zmienić się w pełnoprawny płomień.
Usuń— Hmm? — wymruczała więc, ale nim padło między nimi coś więcej, zobaczyła w drzwiach kobiecą sylwetkę i, co dziwne, nie poczuła się tym wcale tak speszona jak spodziewała się, że będzie. Było jej wciąż rozkosznie, lekko, i miło, więc kiedy zobaczyła minę Howarda, a potem usłyszała to zaprawione uśmiechem nie przeszkadzajcie sobie, nie potrafiła nie unieść się śmiechem, tak samo swobodnym jak się aktualnie czuła.
Mimowolnie przyjrzała się Soyoung. Nie była wścibska z natury, ale był to widok który wpadał do oka, chcąc nie chcąc. Claire zawsze doceniała piękne kobiety, a dziewczyna otulona za dużą koszulą wyglądała zjawiskowo.
Nie miała jeszcze filtra, bo przez Howarda wciąż bujała głową między chmurami. Nie lubiła też niezręczności, więc skoro już wylądowali w tej windzie we trójkę, liczyła że uda się to obrócić w coś sympatycznego, albo chociaż trochę zabawnego.
Ich zamiar z nieobnoszeniem się był i tak spalony, a strój znajomej był raczej jednoznaczny, więc bez cienia złej kości w spojrzeniu czy głosie zapytała po prostu, trochę bezmyślnie:
— Udany wieczór?
Nie odsuwała Jacka od siebie, ani sama nie próbowała się odsunąć. Była za dobrze wychowana, żeby zacząć go znów całować w towarzystwie mimo zielonej furtki, ale skoro już tę furtkę dostała, uznała że nieznajoma nie pogniewa się, jeśli zostaną blisko, oferując sobie trochę nienachalnej czułości. A przynajmniej ona nie zamierzała się w tej kwestii ograniczać, bo nie widziała nic gorszącego w tym, że przeczesywała teraz palcami jasne, męskie kosmyki. Skoro ich przykrywka upadła, nie było powodu, żeby sobie tego odmówić.
Zerkała przy tym jednak na Soyoung, ciekawa jej reakcji. Spodziewała się, że ta może jej coś odburknąć, mniej lub bardziej niemiło. To w gruncie rzeczy nie była jej sprawa, zatem nie zaskoczyłaby ani nie uraziłaby jej taka kolej rzeczy, ale liczyła że udało jej się przekazać tonem absolutny brak złych intencji. Koniec końców chciała tylko zagaić jakąś humorystyczną rozmowę, żeby nie musieli tu stać w sztywnej ciszy, toteż kiedy w końcu spotkała jej spojrzenie, posłała jej delikatny uśmiech.
CLAIRE
Jackson rzucił jedynie krótkie, oceniające spojrzenie nieznajomej, błyskawicznie dostrzegając jej skąpy, wyraźnie niekompletny strój i mógł tylko zgadywać, co stało za tym osobliwym doborem garderoby.
UsuńNie lubił, gdy ktoś wkraczał w jego przestrzeń bez zaproszenia, a każda dodatkowa obecność w windzie jawiła mu się w tej chwili jako zwyczajna przeszkoda, coś co bezceremonialnie kradło mu kilka ostatnich, jeszcze prywatnych minut z Claire.
— Nie mogła wybrać sobie schodów? — burknął pod nosem, wcale nie kryjąc się ze swoim, niemalże dziecięcym, naburmuszeniem które wkradło mu się do głosu.
— A Ty byś mógł wybrać inne miejsce na wpychanie języka do ust swojej dziewczyny.
Głos Soyoung przeciął powietrze z ostrą, beznamiętną precyzją. Nie zamierzała wdawać się w żadne słowne przepychanki. Znalazła się tutaj, bo nie miała innego wyjścia, i gdyby mogła z pewnością wybrałaby zupełnie w inne miejsce i zupełnie inne towarzystwo.
Jackson wywrócił jedynie oczami i poruszył bezgłośnie ustami, parodiując jej ton w sposób, którego tamta i tak nie mogła dostrzec. Claire natomiast obdarzył niewielkim uśmiechem, bo jej niezwykle pozytywny nastrój udzielał mu się z zaskakującą łatwością. Promieniała. Jej oczy błyszczały czystą, nieskrępowaną radością, usta wciąż jeszcze były lekko spuchnięte i zaczerwienione od godzin intensywnych pocałunków, a na policzkach utrzymywał się delikatny rumieniec. Widok ten przyjemnie połechtał jego ego, świadomość, że to właśnie on był przyczyną takiego stanu, rozeszła się po nim ciepłem mocniejszym niż irytacja wywołana obecnością trzeciej osoby.
Przesunął kciukiem po jej dolnej wardze, czując po opuszką wciąż jeszcze podniesioną, wrażliwą skórę. Odsunął się od niej zaledwie o ułamek, na tyle tylko, by Claire mogła swobodnie spojrzeć na swoją rozmówczynię, lecz dłoni z jej talii nie zabrał. Trzymał ją blisko, niemal posiadająco, jakby chciał fizycznie zaznaczyć, że obecność obcej kobiety nic w tej kwestii nie zmieniła. Był wciąż nienasycony jej ciepłem i bliskością; ta niepohamowana potrzeba wracała do niego szybciej, niż potrafił nad nią zapanować. Nachylił się więc lekko i musnął ustami skórę tuż pod jej uchem, celowo, powoli, nie zważając na to, że mają świadka.
Jack nie odpowiedział. Zamiast tego pozwolił sobie na jeszcze jeden, krótki pocałunek w szyję Claire, po czym wyprostował się. Windy nigdy nie były dobrym miejscem na konfrontację, a już na pewno nie wtedy, gdy jedyne czego naprawdę pragnął, to domknąć drzwi i mieć Claire wyłącznie dla siebie jeszcze przez kilka chwil, zanim Plotkara upomni się o ich obecność.
Soyoung zerknęła kątem oka przez ramię, skupiając wzrok na blondynce.
— Można tak powiedzieć — odparła, z tym samym, minimalnym zadowoleniem, które ledwo zmarszczyło jej gładką twarz.
Jej wieczór należał do tych słodko-gorzkich wieczorów, kiedy pozytywne wydarzenia mieszały się z tymi niewygodnymi. Poniekąd z jej ramion został ściągnięty ogromny bagaż i odczuwała dzięki temu ulgę. Z drugiej zaś strony, na horyzoncie pojawiły się kolejne problemy, z którymi musiała się wkrótce skonfrontować. Dodatkowo była świadoma, że musi wrócić na główną salę, udając, że nie uczestniczyła w niczym szczególnym, a jej wcześniejsze zniknięcie spowodowane było jedynie chęcią… zaczerpnięcia świeżego powietrza.
Jack i So
Nie mogła wybrać sobie schodów?
Usuń— Jack — posłała mu na wpół dezaprobujące, a na wpół rozbawione spojrzenie. — Oczekujesz od kobiety w szpilkach biegania po schodach?
Gdzie Twoja klasa, chciała dodać, ale uznała, że nie będzie go podminowywać w czyjejś obecności. Byli jakby nie patrzeć drużyną.
Potem pokręciła głową, bo nie była pewna jak zareagować na słowa ich towarzyszki, która po prostu odpierała bardzo zbędny komentarz. Windy były jakby nie patrzeć dobrem publicznym i każdy miał takie samo prawo tu być, jak oni. Może nawet bardziej niż oni, bo ta stalowa klatka służyła do przemieszczania się, a oni bezcelowo krążyli nią z góry na dół i z powrotem, żeby kupić sobie trochę czasu razem.
Uśmiechnęła się pod jego kciukiem, a usta zamrowiły ją przyjemnie w odpowiedzi na czuły dotyk.
— Słyszałeś? — rzuciła, ośmielona dobrym nastrojem. — Właśnie zostałam Twoją dziewczyną. Jakie profity mi w związku z tym przysługują? Ochrzcisz jacht moim imieniem?
Mogła po prostu powiedzieć nie jestem jego dziewczyną, ale to… To zabrzmiałoby źle w kontekście sytuacji w jakiej się znajdowali. I jak by to o niej świadczyło, że pozwalała obłapiać się w windzie facetowi, który nie był jej chłopakiem? Mogłoby to też wybrzmieć zbywczo i niemiło, więc po raz kolejny wybrała zwrócenie się w stronę humoru.
Siłą rzeczy zastanowiła się nad tym, czy w jego flocie pływała już jakaś Octavia. To byłoby nieironicznie bardzo eleganckie imię dla jachtu. Szkoda, że tą samą elegancją nie mogła się pochwalić była dziewczyna Howarda.
On, w sumie, też nie mógł się teraz nią pochwalić, ale jego infantylne zachowanie tylko bardziej ją rozśmieszało, wydobyła więc z siebie cichy chichot, gdy poczuła jego wargi za uchem, a potem na szyi. Jej pierwszym instynktem było go od siebie odpędzić, ale powstrzymała się w porę, bo przecież wcale tego nie chciała, a Soyoung najwidoczniej bywała już w życiu w bardziej krępujących sytuacjach, skoro ich umizgi wcale jej nie przeszkadzały.
Westchnęła, bo też żałowała, że im przerwano, ale nie miała zamiaru z tego powodu nastawiać się negatywnie do nieznajomej. Starała się podchodzić pozytywnie do każdego, jeśli druga osoba dawała jej taką możliwość, a dziewczyna stojąca obok nie dała jak do tej pory żadnego powodu, żeby jej nie lubić. Przynajmniej żasnego wystarczającego Claire, bo Howard wyglądał teraz trochę jak naburmuszony chłopiec.
By trochę go udobruchać, zbliżyła się i musnęła słodko jego wargi, nim spojrzała znów na ciemnowłosą, z dłonią opartą o jego pierś, lekko prowadząc palce wzdłuż szycia.
— Nasz też był udany — przyznała z lekkim rozbawieniem, bo, cóż, pewnie i tak było to po nich widać. — Przynajmniej do momentu, w którym wtrąciła się Plotkara, wyganiając nas z apartamentu. Radzimy sobie jak możemy — wzruszyła ramionami, uśmiechając się odrobinę krzywo na absurd sytuacji, i trochę odnosząc się też do tego, że mogliby wkładać sobie języki do gardła gdzie indziej, niż w publicznej windzie.
Tak, Soyoung miała rację. Ona też preferowałaby wrócić z Jackiem do tego przepastnego łoża, albo po prostu do jego mieszkania, ale wolała nie przekonać się, do czego jest zdolna organizatorka tej imprezy. Była tu pierwszy raz, więc po prostu tego nie wiedziała i wiedzieć nie chciała.
— Zgaduję, że to… — dłonią wskazała lekko na koszulę stojącej nieopodal dziewczyny. — Też jej sprawka?
Zakładała, że nikt przy zdrowych zmysłach nie biegałby w samej koszuli po hotelu dla zabawy, szczególnie w towarzystwie tych wszystkich średnio przyjemnych ludzi, którzy tylko czekali na pożywkę.
W tej chwili bardzo doceniała, że Plotkara podarowała jej sukienkę, zamiast zabrać. Nie odważyłaby się zejść w koszuli Jacka, nawet jeśli taka perspektywa w innych okolicznościach byłaby bardzo miła; noszenie jego ubrań, znaczy się. Szlafrok też by nie przeszedł. Zostałaby w tym apartamencie choćby nie wiem co, więc podziwiała tę dziewczynę za odwagę.
CLAIRE
Uniósł nieco brwi, gdy Claire zwróciła mu uwagę. Wzruszył nieco ramionami i wymruczał wprost do jej ucha ciche przepraszam, na tyle niskim tonem, by nieznajoma nie musiała tego słyszeć. Fakt, że wobec Claire starał się być łagodniejszy, że naprawdę zależało mu na tym, by sprawić jej przyjemność i sprostać jej oczekiwaniom, stanowił osobny rozdział - zupełnie odmienny od sposobu, w jaki traktował większość ludzi wokół siebie. Ci zwykle musieli zadowolić się jego neutralnością albo zdystansowaną uprzejmością. Niewielu dostawało więcej. Większość otrzymywała właśnie to, czym obdarzył Soyoung; krótkie cierpkie uwagi i spojrzenia, w których pobłażliwość mieszała się z wyraźnym brakiem zainteresowania. A i tak było to już znacznie łagodniejsze wydanie dawnego Jacksona, który niegdyś testował granice nieznajomych niemal z demonstracyjną precyzją, zaznaczając swoją pozycję zanim rozmowa zdążyła się na dobre zacząć.
UsuńClaire była inna.
Jej dobroduszność i naturalna życzliwość, stanowiły dla niego coś nowego, coś, do czego wciąż się nie przyzwyczaił. Dlatego nie zawsze w porę potrafił poskromić język w stanie i dawnymi przyzwyczajeniami. Nowe nawyki pozostawały w nim jak nieoszlifowany kamień - ostre na krawędziach, nierówne, a jednak kryjące w sobie coś, co z czasem mogło okazać sie wartościowe. Uczył się być lepszym. Droga przed nim była jednak wciąż długa.
Odsunął się od niej nieznacznie, wystarczająco, by móc przyjrzeć się jej rozanielonej twarzy. Brew uniosła mu się wyżej, w geście drobnego zaskoczenia jej subtelną śmiałością. Podobało mu się to, że czuła się przy nim coraz swobodniej, że nie starała się ważyć każdego słowa ani omijać potencjalnych zaczepek. Chciał, żeby czuła się przy nim w pełni sobą, bez maski, bez nadmiernej ostrożności.
— Jacht, klucze do mieszkania, prywatnego kierowcę, kolację podaną do łóżka… tatuaż na środku mojej piersi… — wymieniał z łobuzerskim uśmiechem, wyraźnie smakując każde kolejne hasło. — Co zechcesz, Claire.
Wizja nazwania jej swoją dziewczyną spodobała mu się bardziej, niż był gotów przyznać nawet przed samym sobą. Przez krótką chwilę pozwolił myślom pobiec dalej:
To prezent dla mojej dziewczyny.
Proszę zapytać o zdanie mojej dziewczyny.
Zabieram moją dziewczynę na wczasy.
Pragnę mojej dziewczyny…
Uśmiechnął się szerzej, niemal głupkowato, z lustrzanym zadowoleniem odbijającym się w oczach. Oczywiście, że chciałby móc nazywać ją swoją, przypieczętować to, co między nimi dzisiaj zaczęło kiełkować. Wiedział jednak, jak poważnie Claire traktuje takie deklaracje, i nie miał zamiaru niczego przyspieszać ani wywierać na nią presji.
Soyoung przyglądała się im z tym samym, niemal stoickim wyrazem twarzy. Lata surowego wychowania i praktyki nauczyły ją panować nad mimiką ma tyle skutecznie, że ani drganie kącików ust, ani cień wzruszenia nie zakłóciły jej opanowania.
Mimo to, przyglądając się tej dwójce, czuła ukłucie czegoś miękkiego i jednocześnie bolesnego. Zazdrościła im swobody, z jaką okazywali sobie sympatię. W głębi pojawiło się pytanie, czy kiedykolwiek będzie jej dane doświadczyć czegoś podobnego, czy zdoła złapać Seojuna za dłoń na środku ulicy, pocałować go na oczach znajomych, nazwać go swoim bez oglądania się na konsekwencje. Odganiając te myśli, opanowała lekkie drżenie dłoni.
— Tak. — odparła, spuszczając na moment wzrok. — Mojemu partnerowi ukradła marynarkę i kazała sprowadzić pewne osoby na główną salę.
Jackson w końcu odsunął twarz od szyi Claire i skierował wzrok na brunetce. Zmarszczył brwi, po czym parsknął krótkim, niedowierzającym śmiechem.
Usuń— Plotkara potrafi być upierdliwa. To, że ukradła wam tylko część garderoby, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Wierzcie mi.
Nie była to jego pierwsza impreza organizowana przez tę kobietę. I o dziwo, jak do tej pory, mogła uchodzić za stosunkowo spokojną, co wcale go nie upokajało. Wręcz przeciwnie. Im ciszej było do tej pory, tym większe miał podejrzenie, że organizatorka trzyma w zanadrzu jakieś zwieńczenie wieczoru, które miało wszystkich zaskoczyć. A tego akurat obawiał się najbardziej. Dlatego starał się nie wychylać bardziej niż to konieczne, by nie ściągnąć na Claire jej kapryśnej, nieprzewidywalnej uwagi.
Jack i So
Była zaskoczona, że ją przeprosił, bo w gruncie rzeczy tego od niego nie oczekiwała. Nie powinien też przepraszać jej, a tę dziewczynę, jeśli już, bo to wobec niej był opryskliwy. Pozostawiła to jednak bez dalszego komentarza, ponieważ wcale nie zamierzała Jacka strofować ani wychowywać, był na to zwyczajnie za duży, żeby nie powiedzieć brzydko, że za stary; Soyoung natomiast wydawała się niewzruszona jego zachowaniem.
UsuńNajwyraźniej w elitarnych strefach takie komentarze nikogo nie dotykały. Tutaj prawdopodobnie trzeba było być nonszalanckim i na wszystko mieć gotową, ostrą jak brzytwa odpowiedź, czego świadkiem była przed chwilą.
Nie być sentymentalnym, nie pozwalać innym do siebie dotrzeć, nie okazywać słabości. Wzdrygnęła się, bo sama nigdy by tak nie potrafiła. Cieszyła się też, że była tą osobą, przy której Jack zdecydował nie nosić tych wszystkich masek. Czując nagle napływ ciepłych uczuć pod jego adresem, w tym wdzięczności za to, że dopuścił ją bliżej siebie, wolną dłonią raz jeszcze zaczesała mu włosy w tył głowy, łapiąc się na tym, że mogłaby tak długo. Powtarzalne gesty ją uspokajały i uziemiały.
Jacht, klucze do mieszkania, prywatnego kierowcę, kolację podaną do łóżka… tatuaż na środku mojej piersi…
Co?!
Prychnęła krótkim śmiechem, bo wizja Howarda z jej imieniem na piersi wydała jej się groteskowa. Nigdy by go na to nie skazała. Nie uważała też, że to dowodzi czegokolwiek, a już na pewno nie lojalności, skoro taki tatuaż można było usunąć albo zwyczajnie zakryć.
— Oszalałeś — mruknęła, tłumiąc rozbawienie. — Całkiem zgłupiałeś, Jack.
Powiedziała to z tak rozbrajającą czułością, że ją samą to zaskoczyło. Nie potrafiłaby mu zresztą tego powiedzieć inaczej niż miękko.
Chyba, że znów całowałby ją ze złością na cały świat. Może ponownie by jej się udzieliło, ale wciąż nie mówiłaby na poważnie. Wtedy nie mówiła, co już sobie ustalili.
— Zrobię Ci własne tatuaże, okej? — zaproponowała ostrożnie, widząc ten podejrzany uśmiech na jego twarzy, odbijający się dziwnym, wręcz baranim spojrzeniem w jego oczach. Nie widziała go tak wcześniej. Nie podejrzewała, że kiedykolwiek go z taką ekspresją zobaczy.
O czym on teraz myślał?
Spojrzała na Soyoung, gdy się odezwała. Zauważyła, że na moment opuściła wzrok, że aura wokół niej się zmieniła i zaraz poczuła wobec niej ukłucie sympatii, choć nie potrafiła sprecyzować, dlaczego. Nie wiedziała przecież, że ich towarzyszka mogłaby im zazdrościć czegoś tak prostego jak parę czułych okazanych bez skrępowania. Nie potrafiłaby sobie nawet tego wyobrazić, żeby na dłuższą metę trzymać się na krótkiej smyczy przy swoim ulubionym mężczyźnie, bo na sali zamierzała i to jej uświadomiło, że Howard stał się bardzo szybko jej ulubionym mężczyzną.
Zaraz po Inhanie, rzecz jasna. Inhana z tego stanowiska mógł zrzucić wyłącznie jej przyszły mąż.
— Naprawdę? — zapytała z lekkim niedowierzaniem. — Zabrała Wam ubrania i kazała się uganiać za obcymi bez nich?
Tak. Tak, bardzo w tej chwili doceniała swoją darowaną sukienkę.
Spojrzała na Jacka, bo przeraziło ją, że to mogło zdarzyć się im. I jednocześnie poczuła się trochę niespokojna, że zazwyczaj wredna Plotkara zrobiła dziś dla niej coś miłego. Jaki w tym miała interes?
— Dlatego jedziesz na górę? — wydedukowała sobie, wracając uwagą do ciemnowłosej. — I co, jak ich sprowadzicie, to odzyskacie odzież?
Ściągnęła brwi.
— Ona chyba chce nas wszystkich tam z powrotem. Ściąga nas tam po coś?
Popatrzyła znów krótko na Howarda, gdy się wtrącił.
— Skoro jest taka okropna, to… To dlaczego tu w ogóle wszyscy jesteśmy?
CLAIRE
Jego środowisko bywało bezlitosne i niewzruszone. Trzeba było czegoś znacznie poważniejszego niż zwykła przykrość, by zachwiać pewnością siebie ludzi, wśród których się obracał, albo wydobyć z nich szczere łzy. A przynajmniej tak sie kreowali. W rzeczywistości wielu z nich miało zaskakująco kruche ego, a złośliwość i ostentacyjna twardość stanowiły jedynie zasłonę dymną. Elita rzadko przejmowała się tym, kogo przyjdzie jej zdeptać po drodze. Liczyły się wyniki, kwota na końcowym zestawieniu, marka samochodu w garażu i nazwisko pojawiające się na pierwszych stronach.
UsuńNikt nie pytał o uczucia ani o to, czy komuś jest wygodnie i przytulnie. Dzieci wysyłano do elitarnych szkół, czym matki mogły chwalić się na lunchu z przyjaciółkami. Hobby dobierano pod kątem prestiżu; golf, tenis, polo. Należało błyszczeć, być efektywnym, dążyć do celu bez oglądania się na konsekwencje. Wszystkie elementy miały składać się w idealnie dopracowaną całość.
Jackson rozumiał ten mechanizm lepiej niż większość. Wiedział, jak ważne było chowanie emocji głęboko pod starannie dobranymi maskami, byleby nikt nie zdołał dosięgnąć tego, co naprawdę czułe. Przy Claire jednak jego garda opadała szybciej, niż potrafił nad tym zapanować. Żadna z dotychczasowych masek nie wydawała się przy niej odpowiednia. Chciał zaoferować jej coś więcej, resztki tego, co w nim jeszcze pozostało dobrego, i jednocześnie sprawdzić, czy w ogóle jest w stanie się tym podzielić.
Jej śmiech wywoływał na jego twarzy kolejne, coraz szersze uśmiechy. Rozlewał się w piersi przyjemnym ciepłem i łaskotał gdzieś w okolicach żołądka. Czy to były te słynne motylki, które kiedyś tak chętnie wyśmiewał?
— Chyba na twoim punkcie. — odparł wesoło, całkowicie zapominając o tym, że nie są tutaj sami i ktoś obcy właśnie słucha ich rozmowy.
— Wspaniale, możesz zaczynać.
Teatralnym gestem sięgnął do górnego guzika koszuli i rozpiął go, odsłaniając nieco więcej skóry. Miał już jedną malinkę i wcale nie pogardziłby kolejnymi, drobnymi tatuażami w jej wykonaniu. Uwielbiał sposób, w jaki go całowała, miękko, z pełnym zaangażowaniem. Mógłby spędzić całe godziny, pozwalając jej rościć sobie prawo do jego szyi i ust, i nigdy by mu się to nie znudziło.
Soyoung pokiwała z wolna głową. Jej również cała sytuacja wydawała się absurdalna. Zabranie ubrań i zmuszenie ludzi do uganiania się za kimś wyglądało bardziej na rozrywkę pięciolatki niż na pomysł dorosłej kobiety. Oczywiście, mogło dodać to jej wieczorowi kilka niewygodnych pytań, ale sama nie uważała, by paradowanie w samej koszuli było czymś niesamowitym. Dlatego do końca nie rozumiała motywów kierujących Plotkarą.
— Dokładnie tak. — potwierdziła. — Pogroziła, że jeśli tego nie zrobimy, możemy zapomnieć o odzyskaniu naszych ubraniach. Może szykuje jakiś spektakularny finał, skoro zagania gości właśnie tam, gdzie zaczęła.
Wzruszyła ramionami. Mogła jedynie zgadywać, co takiego Plotkara przygotowała dla nich na zakończenie wieczoru. Soyoung była święcie przekonana, że nic gorszego niż powrót jedną limuzyną z Jihoonem już jej dzisiaj nie spotka.
Jackson nieco spoważniał, gdy Claire zapytała, dlaczego w ogóle pojawili się na tej konkretnej imprezie. Rzeczywiście, trudno było dopatrzyć się racjonalnego powody, by ktoś z własnej woli chciał tu przebywać.
— Bo na wszystkich coś ma. — przyznał pokrótce. — A przynajmniej zarzeka się, że posiada materiały, które mogłyby skompromitować zaproszonych.
Jackson nie lubił, gdy ktoś dyktował mu warunki i narzucał własne zasady gry. Plotkara niejednokrotnie udowodniła jednak, że nie należy jej lekceważyć. Może dlatego nikt nigdy nie odważył się zignorować jej zaproszenia.
Jack i So
Świat Claire wyglądał zgoła inaczej. Była tam beznadzieja, frustracja, niepokój o jutro, ale gdy była dzieckiem, jej rodzice spisywali się dobrze, wypełniając dom bezwarunkowym ciepłem i miłością. Jako mała dziewczynka zawsze czuła się bezpiecznie, a mama i tata byli jej całym światem, budując wokół niej fort, na którym zawsze mogła polegać.
UsuńPan Bellfort pracował, zarządzając dobrze prosperującą, niewielką firemką zajmującą się sprzątaniem i konserwacją basenów; wtedy wszystko było w porządku. Nie żyli wystawnie, ale niczego im też nie brakowało, a życie nie zaciskało pętli zmartwieniem o coś tak prozaicznego jak to, czy uda się tego dnia postawić na stole pełnowartościowy posiłek dla wszystkich.
Nie miała jeszcze dziesięciu lat, kiedy firma upadła przez wewnętrzny konflikt jej ojca ze wspólnikiem i to był moment, w którym wszystko zaczęło się dla nich odwracać, stopniowo. Kolejne nietrafione inwestycje, rozdrażnienie, napięcia, to wszystko odbijało się na całej rodzinie, a przede wszystkim na stosunkowo młodym małżeństwie, powoli odbierając dwójce ludzi to, co wypracowali między sobą latami, bo nawet najtrwalsze uczucie zaczyna się chwiać, kiedy każdy kolejny dzień to walka o to, żeby po prostu być.
Ojciec zaczął pić, a potem wciągnął go hazard i to jego żona musiała wziąć na siebie odpowiedzialność za finanse, Claire natomiast szybko nauczyła się, że na nikim nie można polegać, nie tak naprawdę i dlatego najważniejsze jest, by polegać na sobie, co by się nie działo. Że jeśli coś ma działać, musi dać od siebie sto dwadzieścia procent, a wtedy jedyne co mogła rodzicom od siebie dać, to się usamodzielnić. Przestać potrzebować, bo kiedy nie potrzebowała, mama zaoszczędzoną energię mogła przelać na pracę. Uczyła się więc dobrze, zajmowała sobą i domem, żeby zdjąć z barków żywicielki rodziny trywialne obowiązki, a później sama poszła do pracy, tak szybko jak to było możliwe.
Była więc teraz rozerwana między miłością do rodziców, a kompletnym brakiem do nich zaufania, i tak też funkcjonowała w życiu: spragniona uczuć oraz utraconego poczucia bezpieczeństwa, ale z drugiej strony wielokrotnie analizująca każdy gest i słowo w nadziei, że uda jej się w porę wychwycić każdą nieprawidłowość.
Ufała ludziom w płytkich sprawach, wierząc w ich dobroć, bo dzięki temu świat wydawał się mniej nieprzyjazny, ale kiedy przychodziło do oddania się komuś w opiekę czy zawierzenia uczuć, stawała się nagle lękliwa i gotowa wycofać, czego doskonałym przykładem był jej pierwszy chłopak. Relacja działała, kiedy byli nastolatkami bawiącymi się w związek, ale im robiło się poważniej, tym była bardziej czujna, z czym ostatecznie sobie oboje nie poradzili.
Dlatego nie chciała niczego oczekiwać od Jacka, opierać o niego w jakikolwiek sposób. Bała się, że z nim będzie tak samo, a bardzo lubiła jego obecność i nie chciała odstraszyć go intensywnym przeżywaniem każdej myśli, zwłaszcza że tempo w jakim wchodził jej pod skórę było zwyczajnie przerażające.
Póki co udawało mu się jednak usypiać jej lęki, umacniać w zawahaniu. Aktualnie czuła się trochę pijana jego bliskością, zwyczajnie zachwycona tym jaki był, kiedy się dla niej otwierał. Spijała jego śmiech, uśmiechy i dobry humor, pozwalając mu się tym zarazić, więc zaśmiała się, kiedy powiedział, jak to zwariował czy tam oszalał na jej punkcie, choć w normalnych warunkach przewróciłaby na to oczami, bo to był tak cholernie oklepany tekst, że zasługiwał co najwyżej na pobłażanie. Ale znów, nie chodziło nawet o to, co powiedział, ale jak to powiedział, z tą nieskrępowaną wesołością, jakby wcale nie byli obserwowani.
To, że nie przewróciła oczami to jedno. Drugą kwestią było to, że, o zgrozo, jego słowa jakimś cudem wpędziły na jej twarz rumieniec.
Kręcąc głową, nakryła dłonią jego dłoń, żeby przypadkiem nie myślał rozbierać się dalej, bo spodziewała się po nim wiele, a obok wciąż stała Soyoung.
— Pozwól, że zostawię to na później — mruknęła rozbawiona, wolną dłonią pocierając zaczerwieniony, gorący policzek.
Westchnęła, analizując w głowie słowa dziewczyny. W zasadzie zależało jej tylko na tym, żeby opuścić tę imprezę, nie mieszać się w jakąś chorą grę organizatorki. Osobiście nie miała imienia do zszargania, bo nie była nikim istotnym. Jack i Soyoung to co innego, ale wciąż, co takiego mogła mieć na nich Plotkara, że byli gotowi dać jej się upodlić?
Usuń— Kompromitacja? — podjęła więc, przenosząc spojrzenie od jednego do drugiego. — I to jest takie straszne?
Oczywiście, że nie rozumiała. Jej życie nie obracało się wokół się wokół reputacji tudzież jej braku. Nawet gdyby ktoś zrobił jej w apartamencie zdjęcia, to… To byłaby raczej jej osobista tragedia. Ktoś by się z tego pośmiał, ktoś inny może by się tym podekscytował, ale nie mogło to w żaden sposób zaważyć realnie na jej życiu tudzież relacjach. Gdyby miała zakrzywioną moralność, to pewnie nawet machnęłaby na to ręką, no bo nie mieli się przecież z Jackiem oboje czego wstydzić.
Byłoby to upokarzające, ale tak samo upokarzające było przyzwalanie na to, by jakaś zołza wodziła Cię za nos tak, jak jej się żywnie podoba.
Spojrzała znów na Howarda.
— Myślałam, że Twoi znajomi wyciągnęli już przy stole wszystkie Twoje potencjalne brudy. Obawiasz się czegoś jeszcze, że musimy tam wrócić?
CLAIRE
Jackson chyba nigdy w pełni nikomu nie ufał.
UsuńPosługiwał się tym słowem często i sprawnie - wobec potencjalnych partnerów biznesowych, wobec osób, z którymi spędzał wolny czas, a nawet wobec tych, których nazywał przyjaciółmi. Mówił, że ufa ojcu. Że ufa Octavii, przyjaciołom. Że ufa kilku wybranym. Ale czy w najgłębszych zakamarkach siebie naprawdę odczuwał to, co to słowo powinno oznaczać?
Raczej nie.
Bo czy można mówić o pełnym zaufaniu, kiedy każde wyjaśnienia ogranicza do starannie odmierzonych półprawd, a własne uczucia chowa się pod kolejnymi warstwami przyzwyczajeń, oczekiwań i masek? Czy można czuć się bezpiecznie, gdy nawet ze strony najbliższych - przyjaciół i rodziny - instynktownie spodziewa się najgorszego?
Właśnie te dwie grupy stanowiły najbardziej zdradliwy grunt. To oni z pozoru wiedzieli najwięcej i mogli najboleśniej go zranić.
Przyjaciele pamiętali jego dawne występki, mieli zdjęcia i nagrania, które w niepowołanych rękach mogłyby nie tylko zaszkodzić jego wizerunkowi, ale wręcz go pogrzebać. Rodzina zaś, zwłaszcza ojciec, a tym bardziej matka, zawsze stawiała na pierwszym miejscu dobre imię, pieniądze i nieskazitelną reputację, na którą pracowano latami. Jackson rozumiał ten mechanizm. Sam miał na koncie wystarczająco dużo rzeczy, które Robert niejednokrotnie zamiótł pod dywan. gdyby nie to, jego droga mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. A jednocześnie wiedział, że oboje byliby w stanie odciąć się od niego bez wahania, gdyby tylko jego obecność zaczęła zagrażać firmie albo nazwisku.
Czy w takim układzie można było w ogóle mówić o zaufaniu?
Nie.
Dlatego Jackson nie ufał nikomu do końca i światu oddawał jedynie starannie odmierzone fragmenty siebie, ochłapy w postaci zdjęć z kolejnymi dziewczynami, dwuznacznych komentarzy, kontrolowanych wycieków informacji. Na tyle dużo, by media czuły się nasycone, i na tyle mało, by jego prawdziwy obraz pozostał nietknięty. Ten system działał bez zarzutu.
Wyjątkiem okazała się CLaire. Słodka, w jego oczach niemal niewinnie dobra Claire, wobec której czuł pokusę, by wreszcie otworzyć się z rzeczami, o których zwykle nie mówił nikomu. Sęk w tym, że obawa przed spłoszeniem jej była silniejsza niż potrzeba szczerości. Niektóre wyznania grzęzły mu w gardle, bo wiedział, jak bardzo jego świat potrafi być brudny i jak łatwo mógłby ją wciągnąć w coś, z czego potem trudno byłoby się wyplątać. Nie było to wobec niej do końca uczciwe, ona nie miała pojęcia, jak skomplikowana i niekiedy okrutna bywa rzeczywistość, w której on się poruszał. A on sam od tak dawna lawirował na granicy prawdy i kłamstwa, że czasem tracił orientację, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
— Trzymam cię za słowo. — użył jej własnych słów, kwitując je lekkim uśmiechem.
Soyoung westchnęła cicho i posłała blondynce krótki, odrobinę pobłażliwy uśmiech. Patrzyła na nią jak na kogoś, kto nie do końca zdaje sobie sprawę, w co się pakuje. Sama była młoda, ale zdążyła już zobaczyć wystarczająco dużo, by wiedzieć, jak wiele zła potrafią wyrządzić ludzie napędzani pieniędzmi i żądzą wpływu. Nie uważała się za lepszą, sama kochała zera na swoim koncie i na koncie ojca, to ile drzwi potrafiło otwierać nazwisko Park.
Usuń— Kompromitacja to wierzchołek góry lodowej. — stwierdziła spokojnie. — Jeśli jesteś tego nieśwaidoma, chyba oboje powinniśmy Ci zazdrościć. Ale jeśli zostaniesz z nim — wskazała palcem Howarda — pewnie szybko się o tym przekonasz, że nasza rzeczywistość nie jest tak prosta, jak byśmy sobie tego życzyli.
Nie uważała, że powinna wtajemniczać ją w cokolwiek. To nie była jej rola. Miała własne zmartwienia na głowie i nie zamierzała dokładać sobie jeszcze odpowiedzialności za czyjąś niewiedzę.
Jackson przysłuchiwał się obu kobietom, w głowie już formułując odpowiednią odpowiedź. Pytanie Claire trafiało dokładnie w miejsce, którego wolałby unikać. Po raz kolejny pojawiła się myśl, że zaproszenie jej na tę imprezę mogło okazać się błędęm, nie ze względu na nią, lecz ze względu na wszystko, czego nie mógł jej powiedzieć. Były sprawy, którymi nie chciał się dzielić. Ani dla własnego dobra, ani dla jej.
Dlatego na twarzy pojawił mu się jedynie niewielki, kontrolowany uśmiech. Pokręcił głową.
— Nie chodzi mi o kolejne brudy. — odparł. — Po prostu wolałbym nie wpychać jej jeszcze głębiej w te manipulacje. Sama widziałaś, że Plotkara nie zawahała się wmieszać w swoje intrygi nawet kogoś takiego jak Ayla.
To była prawda, choć niecała. Nie chciał testować cierpliwości organizatorki, bo wiedział z doświadczenia jak niewiele jej trzeba. Jednocześnie świadomie użył tego argumentu, by odsunąć Claire od tematów, które na tym etapie mogłyby ją tylko dodatkowo obciążyć.
Jack i Soyoung
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńJeśli zostaniesz z nim…
UsuńZ niewiadomego powodu te słowa wywołały w niej dreszcz, więc złapała spojrzeniem zielone oczy Jacka, w których z taką łatwością przepadała od kilku godzin. Jej serce uderzyło mocniej. Głupie serce.
— Nigdy nie powiedziałam, że jest prosta — sprostowała z odrobiną skruchy, bo to ostatnie, co chciała im faktycznie zasygnalizować. Nie była ignorantką, trochę już obracała się w tym świecie, chcąc nie chcąc… Doświadczyła też niesprawiedliwości właśnie od takich ludzi jak oni, więc wiedziała dobrze, jaką moc ma bogactwo i jak wyrachowani potrafią być Ci, którzy poza bogactwem w życiu niewiele widzą. Nie bez powodu mawiało się przecież, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a kiedy w grę wchodziły tak niebotyczne kwoty jakimi obracał Jack czy jego znajomi, sytuacja jedynie się komplikowała. Wierzyła jednak w to, że ich style życia mają zarówno plusy, jak i minusy; mimo to ciężko jej było wyobrazić sobie siebie w ich położeniu, bo nie stała w ich butach, tylko tyle i aż tyle.
Oni jednak nie stali w jej. Każde z nich miało w życiu zupełnie inne rozterki, więc Claire nigdy nie założyłaby zaściankowo, że życie ludzi zamożnych usłane jest różami, tylko dlatego, że mogą sobie na wiele pozwolić.
Po prostu… Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego dla kogoś z takimi możliwościami jak ich zagrożeniem jest jakaś stalkerka bez tożsamości.
— Ale jakoś sobie z tym poradzimy — podsumowała z dobrą wiarą.
Ona i Jack, znaczy się, bo niezależnie od tego jak miała potoczyć się dalej ich znajomość, wierzyła w to, że mogą być dla siebie wsparciem. Claire z pewnością chciała być tym wsparciem dla niego, obojętnie w jakiej formie.
— Nie wiem jednak, czy jest mi czego zazdrościć… Po drugiej stronie też nie jest bajkowo — dodała po chwili.
Po tej biednej stronie, znaczy się, ale tego dodawać nie chciała, nie zamierzała i chyba nie musiała, przynajmniej przed Jackiem, bo on wiedział mniej więcej, jaka przepaść ich dzieli. Soyoung nie zdawała sobie z tego sprawy, ale chyba mogła się zacząć się domyślać.
Nie to, żeby obawiała się jej oceny. Najistotniejsze było, że nie oceniał jej Howard, a z całą resztą była w stanie sobie poradzić, bo to nie byłby pierwszy raz, kiedy ktoś zaszufladkowałby ją z powodu czegoś, na co nie miała realnego wpływu.
Bo nie miała, nieważne co na ten temat mogliby powiedzieć pseudotrenerzy personalni, według których wystarczyło tylko wziąć swój los w swoje własne ręce, by ciężką pracą odmienić swoją codzienność.
Pracowała bardzo ciężko, and guess what? Nikt jej nigdy tego nie wynagrodził. Wystarczyło, że urodziła się w określonej rodzinie, a potem zaufała komuś, komu nie powinna i jej ręce były związane.
Oczywiście, ktoś wyrachowany powiedziałby, że przypadek podsunął jej obrzydliwie bogatego prezesa, który miał do niej najwidoczniej niesprecyzowaną słabość, i że mogła z tego skorzystać, ha! On sam dawał jej wyraźnie znać, żeby z tego skorzystała, z tym że… Nie była taką osobą. Nie potrafiłaby cynicznie posłużyć się ani nim, ani jego pieniędzmi, bo ile by jej nie ofiarował, to były wciąż jego pieniądze, a jałmużna jej nie interesowała, bo nie zaspokajała jej potrzeby pracy oraz zdobywania.
Nie była w stanie naruszyć w taki sposób jego zaufania, bo wiedziała po dzisiejszym wieczorze, że on zaufał jej tak samo jak ona jemu. Zaufał, że nie będzie kolejną osobą, która zamknie jego wartość w sumie jego nazwiska oraz liczby zer na jego koncie.
Westchnęła po raz kolejny, gdy się odezwał, po czym trochę niepewnie sięgnęła po jego wolną dłoń, obejmując ją swoimi dwiema. Spojrzała na czubki swoich butów, przyjmując jego słowa z lekkością, bo przecież nie miała powodu, żeby mu nie wierzyć.
— Tak, widziałam — przyznała, trochę ze wstydem, że w tym wszystkim zupełnie zapomniała o jego córce. — Przepraszam. Po prostu wciąż nie chcę tam wracać.
Podniosła na niego miękki wzrok, a potem spojrzała znów na ciemnowłosą dziewczynę.
— Pozostaje nam liczyć na to, że cokolwiek zaplanowała dla nas ta cała Plotkara, nie zrujnuje nam wszystkim tej nocy do reszty.
CLAIRE
WINDA MINSEORI, IGNORE US
UsuńAri zawahała się na ułamek sekundy, kiedy poczuła na skórze ciepło jego dłoni, komfort jaki niósł za sobą jego dotyk, wspomnienia chwil, które przyszło im dzielić. Wiedziała, że powinna się odsunąć, postawić krok w tył, zwiększyć dystans i nie dopuszczać do siebie tych myśli, bo te były zgubne - tworzyły iluzję, która nijak miała się do rzeczywistości. Jednak nie potrafiła, chciwie chcąc pozostać w tej bańce, gdzie dalej coś dla niego znaczyła, gdzie dalej była jego.
Może to właśnie tego powinna obawiać się najbardziej, kiedy rozważała swój powrót. Zamiast skupić swoje myśli na na każdym negatywnym scenariuszu, jaki zdołał rozegrać w swojej głowie, na każdej możliwej odpowiedzi, którą mogła mu przedstawić, na kolejnych przeprosinach, za swoje czyny, których żałowała po dzień dzisiejszy. Nigdy nie przyszło jej przez myśl, że zamiast rozczarowania, w oczach Mnsoo znajdzie zrozumienie, ale również żal, który wcale nie był skierowany do niej, zupełnie jakby obydwoje dzielili ten sam sentyment, szukając odpowiedzi na ciągle to napływające pytania, bo nie potrafili zrozumieć, dlaczego to wszystko właśnie tak się zakończyło.
Czas.
Widocznie tego potrzebowali, by pogodzić się ze świadomością, że wina leżała po środku, a sytuacja w której się znaleźli, była ich wspólnym przedsięwzięciem. I ta świadomość przyniosła swego rodzaju spokój, bo mogła w końcu doszczętnie zamknąć ten rozdział swojego życia, i przestać ze strachem w oczach spoglądać na swoją przeszłość. Mogła ruszyć do przodu i skupić swoją energię na tym, któremu teraz była winna wierność, jakiej nigdy w pełni nie podarowała Minsoo. Rozum podpowiadał jedno, jednak w sercu zaiskrzyła ta rozwiewająca zwątpienie, nadzieja.
Niczym obietnica, że to nie był koniec, jeśli odważyłaby się zajrzeć za te lekko uchylone drzwi.
— To nie ty powinienieś mnie przepraszać. — wyszeptała, oddając mu całą swoją uwagę, bo dalej uważała, że jego czyny, mimo swojego potwornego charakteru, były niczym, w skali jej własnych.
Dojechali na parking, i nie dane jej było powiedzieć nic więcej - może lepiej, zważając na to, że ponownie pozwoliła kierować się emocjom. Wyplątała swoją dłoń z jego objęcia, dalej czując fantom dotyku, bo ponownie pozostawił na sobie trudny do wymazania z pamięci ślad.
Kiedy zza uchylonych drzwi, ukazał się im Seojun, Ari zmarszczyła brwi, bo w głowie narodziło się wiele pytań, na które znalazła odpowiedzi, gdy tylko Kim zaczął swój monolog.
Powrót na salę był ostatnim, na co miałą ochotę, bo wiedziała, że tam czeka na nich więcej upokorzeń, byle tylko Plotkara, mogła zaspokoić swoją chorą potrzebę poczucia kontroli, ale znała te zagrywki zbyt dobrze, by zaryzykować zignorowanie zalecenia. Bez zastanowienia postawiła krok do przodu, złapała Seojuna za ramię i wciągnęła do windy, a kolejno wcisnęła odpowiedni przycisk i odwróciła się na pięcie, by spojrzeniem zlustrować wpół nagiego Kima, a kolejno przenieść je na Minsoo.
— Marynarka. — skomentowała krótko, nie zważając na to, kto w tej chwili miał jakie relacje, ani czy oboje chcieli skoczyć sobie do gardeł - zupełnie tak, jak poprosił Seojun. — Mógłbyś dać mu swoją marynarkę? — powtórzyła, klepiąc Minsoo po ramieniu, jakby mimo pytania, już dawno podjęła decyzję za niego, jedynie pospieszajac chłopaka.
Winda ponownie zatrzymała się, otwierając na długi korytarz, prowadzący wprost do głównych drzwi, za którymi miało kryć się coś, za co żadne z nich nie było gotowe.
Tak, tego była pewna.
ari
— Okej, okej, nie psujmy sobie nastrojów.
UsuńUjął twarz Claire obiema dłońmi i złożył na jej czole krótki, ciepły pocałunek po czym obdarzył ją lekkim uśmiechem, mającym rozładować resztki napięcia, które wciąż jeszcze wisiały w powietrzu windy. Nie zamierzał pozwolić, by intrygi Plotkary - nawet w tak niepozornej formie jak kilka niepewności wślizgujących się między wiersze - wkradały się między nich i psuły to, co przez ostatnie godziny dzielili.
Tak jak ona, wierzył, że poradzą sobie z różnicami, które naturalnie między nimi występują i tak samo poradzą sobie z dzisiejszym wieczorem. Wspólnie, po tej samej stronie, bez względu na to, co jeszcze miało się wydarzyć.
— Wiem, też nie mam ochoty tam wracać, ale musimy to odbębnić, a później będziemy mogli cieszyć się resztą nocy wyłącznie we dwoje. — zapewnił.
Gdyby mógł, w tej samej chwili wcisnąłby przycisk najniższego piętra i zabrał ją prosto do siebie. Chciał mieć ją sam na sam, bez świadków, bez konieczności kontrolowania każdego słowa i każdego gestu. Wiedział jednak, że jak tylko drzwi windy otwaorzą się, będzie musiał znów stać się ostrożniejszy, w tym, co mówi, i w tym, do kogo się zwraca.
Winda w końcu dotarła na samą górę. Kabina zatrzymała się z wyraźnym, metalicznym dźwiękiem, a drzwi rozsunęły się bezszelestnie.
Soyoung rzuciła im ostatnie, krótkie spojrzenie.
— Do zobaczenia na dole.
Bez zbędnego ociągania opuściła windę i zniknęła w korytarzu, wyraźnie już skupiona na odnalezieniu wyjścia na dachowy taras. Zależało jej, by jak najszybciej zamknąć sprawę skradzionej sukienki i odzyskać ją, zanim będzie musiała pojawić się na głównej sali. Liczyła, że para, po którą została wysłana, okaże się na tyle rozsądna, by nie utrudniać jej zadania.
Jackson odprowadził ją spojrzeniem, rzucając jedynie lakoniczne na razie, po czym wcisnął zamykający drzwi. Przyjemna, prywatna część wieczoru dobiegała właśnie końca, a czas, który mogli jeszcze spędzić wyłącznie we dwoje, kurczył się do ostatnich minut. Miał nadzieję, że uda im się przejść przez pozostałą część imprezy względnie gładko, bez większych komplikacji. Przede wszystkim jednak zaciskał kciuki, by Plotkara nie postanowiła nagle sięgnąć po tematy, których jego znajomi przy stole dotąd nie poruszyli. Nigdy nie było pewności, gdzie dokładnie przebiegała granica jej wiedzy i właśnie to było najgorsze. Kobieta niejednokrotnie udowodniła, że dysponuje informacjami, o których nikt nie powinien wiedzieć, i nie ma oporów, by ich użyć.
Jackson odsunął się od Claire zaledwie o ułamek, wystarczająco, by oprzeć się ramieniem o ścianę windy. Jego dłoń złapała za jej dłoń, obejmując ją pewnie, prawie posiadająco. Uniósł ich splecione palce i musnął wierzch jej dłoni ustami, krótko, ale z wyraźną czułością.
— Nie martw się. Przebrniemy przez to razem. — zapewnił.
Nie chciał, by nadmiernie stresowała się powrotem na salę. Jeśli miało wydarzyć się coś nieprzyjemnego, był niemal pewien, że uderzenie spadnie przede wszystkim na niego. Claire nie należała do tego świata. Nie była znana w tych kręgach, a Plotkara rzadko interesowała się osobami, które nie mogły dostarczyć jej ani rozrywki, ani konkretnych korzyści. On natomiast znał zasady gry wystarczająco dobrze, by wiedzieć, jak się w niej poruszać, a przynajmniej chciał wierzyć, że tak jest.
Jack and Soyoung in inna winda
Przymknęła na moment oczy, czując wargi Jacka na swoim czole. Pozwoliła, by otoczyło ją ciepło tego gestu oraz jego dłoni. Chciała powiedzieć, że nastrój psuje jej sam fakt, że muszą tam wrócić, ale wiedziała dobrze, że on też nie ma na to ochoty, więc ugryzła się w język, nie chcąc narzekać jak rozkapryszona kilkulatka.
UsuńAle teraz tak się właśnie czuła, jakby ktoś odbierał coś, na czym bardzo jej zależy, a ona była bezsilna by temu zaradzić, jak takie małe dziecko. Życie zaskakująco często przypomniało jej, jak bardzo nie ma nad niczym kontroli, a już szczególnie wtedy, gdy chciała lub też próbowała ją mieć.
Miał rację, musieli to po prostu przeżyć, ale ciężko było nastawić się na to pozytywnie, kiedy nie miało się pojęcia, czego się tak właściwie można po Plotkarze spodziewać.
Podniosła wzrok na Soyoung, gdy winda się zatrzymała i krótko skinęła jej głową.
— Do zobaczenia — odparła, zastanawiając się, czy faktycznie będą mieli jeszcze okazję na siebie wpaść, bo nie widziała jej wcześniej przy ich stole, a w tym wszystkim co się działo, nie zwróciła nawet uwagi na inne stoły.
Przypatrzyła się krótko Howardowi, obserwując jak opiera się o ścianę. Przeskanowała spojrzeniem jego twarz i sylwetkę, a potem ich splecione ręce przy jego ustach. Uśmiechnęła się lekko, czując jak przyjemnie mrowi ją wierzch dłoni, na której osiadło widmo pocałunku, a potem owinęła szczupłe palce ciaśniej wokół jego palców, bo dopiero teraz zaczynała świadomie zdawać sobie sprawę, że łaknie każdego kontaktu z nim: zarówno tego pożądliwego, jak i tego, który nie żądał niczego, wzmacniając jedynie wzajemną obecność.
Wcześniej była zbyt otumaniona nim i choć okazywała mu czułość, to zwyczajnie się nad tym nie zastanawiała, robiąc to czysto intuicyjnie.
Wolną dłonią sięgnęła powoli do jego koszuli, żeby zapiąć ten jeden guzik, który wcześniej rozpiął, a potem przygładziła materiał, doprowadzając do porządku również kołnierzyk, zmierzwiony przez nią podczas pocałunków. Na koniec skupiła się na jego włosach, układając z dbałością jasne kosmyki, żeby wyszedł z windy we względnie dobrym stanie.
— Co chciałeś mi powiedzieć? — dopytała, błękitnym spojrzeniem przechwytując jego. Wciągnęła głębiej powietrze w płuca, zaskoczona tym, jak intensywnie odbierała z nim ciągle kontakt wzrokowy. Wydawałoby się, że nie będzie to dla niej tak wielkim przeżyciem po tym, co zrobił z nią w tym apartamencie. Szczególnie biorąc pod uwagę, że patrzyli sobie wtedy w oczy bardzo głęboko, z bardzo bliska.
A może to był właśnie powód. Może dlatego jej środek ciężkości przesuwał się, ilekroć spotykali się wzrokiem.
Postarała się zignorować dreszcz obejmujący jej ramiona razem z tą myślą i wspomnieniem, jakie ze sobą niosła.
— Zanim nam przerwano — uściśliła, przesuwając dłoń z jego włosów na szyję. Palcami podkreśliła przy tym jego policzek, a potem zaczęła gładzić kciukiem linię szczęki, obejmując jego kark.
CLAIRE
Wygiął usta w teatralną podkówkę, gdy zapięła pojedynczy guzik jego koszuli, który wcześniej sam rozpiął. Westchnął cicho, a chwilę później spomiędzy jego warg wydobyło się dłuższe, leniwe westchnienie, jakby pod wpływem jej subtelnego, ciepłego dotyku znów zaczynał się rozpadać od środka.
UsuńNiepojęte było dla niego, co dokładnie Claire z nim robiła. Jakim cudem potrafiła jednym gestem, jednym spojrzeniem wywracać wszystko to, co sądził, że było stabilnie poukładane. Może później, gdy emocje nieco opadną i oboje zdołają odzyskać resztki trzeźwego myślenia, dojrzy w tym wszystkim jakiś głębszy sens. Na razie jednak był kompletnie pogrążony w chwili, w surowych, niepoddających się kontroli odczuciach, które ona w nim budziła. Jego ciało zdawało się wyłącznie nastawione na odbieranie bodźców płynących od niej; ciepła jej skóry, faktury palców musujących mu policzek, miękkości ust, zapachu, który otulał go jak niewidzialna sieć.
Wzrok miał przyklejony do jej błękitnych oczu i nie był w stanie przenieść go gdziekolwiek indziej. Na tęczówkach dostrzegł delikatne plamki w nieco innym odcieniu, układające się w hipnotyzującą kompozycję. Całe pomieszczenie kurczyło się do jej twarzy, jej ust i słodkiego głosu, który formułował kolejne słowa.
— Nie pamiętam. — odparł szczerze, bo w głowie naprawdę zapanowała pustka, gdy tak na niego patrzyła.
Kołatały mu się jedynie strzępy myśli, które w każdej innej sytuacji uznałby za tandetne i przesadzone; że jest piękna, że jest niezwykła, że nigdy wcześniej nie czuł niczego podobnego, żę to, co się między nimi dzieje, jest czymś, czego nie wolo zaprzepaścić, że chce ją pocałowac, że nie chce wypuszczać jej z ramion, że bałby się mrugnąć, by przypadkiem nie stracić choćby ułamka tej chwili…
Kiedy skończyła poprawiać mu włosy, nieco się odsunął, wciąż jednak trzymając jej dłoń w swojej. Przesunął po niej wzrokiem, powoli, z wyraźnym zadowoleniem i rozluźnieniem, które tchnęła w jego mięśnie. Oczy błyszczały mu w półmroku windy.
W końcu kabina zjechała na parter. Drzwi rozsunęły się przed nimi bezszelestnie, a z korytarza momentalnie dobiegł przytłumiony gwar rozmów i muzyki płynącej z głośników, z głębi sali. Zabawa najwyraźniej toczyła się dalej, nieprzerwana ich nieobecnością.
Jack zastanowił się przelotnie, czy wszyscy, których widział przy stole po przyjeździe, wciąż tam są, czy część już się ulotniła, przeczuwając, że noc może przybrać jeszcze bardziej nieprzewidywalny obrót.
— Odbębniamy to, co trzeba i uciekamy stąd. — zapewnił, delikatnie ściskając jej dłoń, by dodać Claire nieco otuchy.
Nie miał pojęcia, co dokładnie czeka ich na głównej sali. Nie potrafił przewidzieć, jaki finał Plotkara przygotowała swoim gościom, ani czy ktoś z obecnych nie zechce jeszcze raz odgrzebać stare historie tylko po to, by sprawdzić jego reakcję i odgryźć się.
Życzył sobie świętego spokoju, choćby na jedną noc, ale wystarczająco dobrze znał to środowisko, by wiedzieć, że spokój rzadko bywał im dany bez walki.
Jack
— Okej — przytaknął nieco nieobecny, sięgając po suchy ręcznik, aby pozbyć się większości wody oblepiającej jego ciało — Okej, coś wymyślimy — dopiero chwilę później dotarła do niego waga jej słów, a wykrzywienie kącików ust stało się trwalszym elementem twarzy, kiedy mógł pozostawić jeszcze jeden, krótki pocałunek, nim Danielle wróciła na salę, zostawiając go na moment z własnymi myślami, tylko po części zakłóconych dalej obecnym, nieprzyjemnym światłem i odbijającymi się co rusz w głowie słowami Plotkary.
UsuńMieli plan. Mieli szansę zobaczyć się jeszcze raz, chociaż co rusz rzucane były im kłody pod nogi. I nie potrzebował więcej, aby z lżejszym sercem założyć z powrotem ubrania, jedynie trochę przyklejające się do niego przez dalej obecną wilgoć na ciele.
I wraz z ostatecznym przetarciem mokrych kosmyków; z odczekaniem przynajmniej kilkudziesięciu sekund, mógł dołączyć do reszty gości na głównej sali. Jak nie wszystkich gości, kiedy postawienie nogi w okolicach dostawionego, wielkiego stołu, uświadomiło mu, że prawdopodobnie wszyscy - a co najmniej większość - już pozajmowali miejsca.
I ponownie poczuć, jak serce spada mu do żołądka, tym razem na widok imienia wyszytego na miejscu obok siebie. Minho, o którym zdążył kompletnie zapomnieć w przeciągu wieczoru, oprócz kilku idiotycznych żartów i mentalnego przyrównania go do psa obronnego.
Gi
Swimming Pool Let's go skinny dipping!
OdpowiedzUsuńOddech utknął jej gdzieś pomiędzy kolejnym nerwowo rozedrganym wdechem, a ledwie wyrwanym szeptem, który niezgrabnie formował się w jego imię, kiedy Namgi kreślił niespieszną, ścieżkę drobnych, rozgrzanych pocałunków. Zaczynał od obojczyka, powoli wędrował wzdłuż napiętej linii szyi, by wreszcie zatrzymać się przy kąciku ust i właśnie tam, w tym jednym, zawieszonym geście, Danielle poczuła, jak całe jej ciało odpowiada bezrefleksyjnie. Usta same się rozchyliły, miękkie, wilgotne, oczekujące na więcej, zanim umysł zdążył sformułować choćby cień oporu.
UsuńDuże, czekoladowe oczy wpatrywały się w niego z intensywnością, która niemal bolała. Błyszczały niecierpliwością, ale też czymś głębszym; wiernym, niemal naiwnym zaufaniem, które od początku zakorzeniło się w niej tak mocno, że żadna rozsądna myśl nie potrafiła go wyrwać. Setki uczuć, wspomnień i niewypowiedzianych obietnic splatały się w jej piersi w gęsty, dławiący węzeł.
Usta uniosły się w lekkim, zadowolonym uśmiechu, gdy poczuła ciepło jego oddechu na swojej skórze.
Wiedziała doskonale, że nie powinna przeciągać wyjazdu o kolejne dni. Kalendarz był bezlitosny, a w KOrei czekały obowiązki, których zaniedbanie mogło ją srogo kosztować. Przyjazd miał być krótki, precyzyjnie wykrojony z rzeczywistości; kilka godzin z matką, obowiązkowa obecność na imprezie Plotkary, po czym natychmiastowy powrót do porządku. Oba punkty programy budziły w niej opór, pierwszy z powodów emocjonalnych, drugi z czystej, instynktownej niechęci do chaosu, jaki Plotkara potrafiła siać. A jednak, stojąc nago w letniej wodzie sięgającej do pasa, z jego dłonią wciąż spoczywającą na jej skórze, nie potrafiła wypowiedzieć tego jednego, prostego słowa nie.
To zawsze było ich wspólnym przekleństwem. Nigdy nie umieli użyć go wobec siebie.
Teraz jednak, zamiast ciężaru, poczuła dziwną, niemal euforyczną lekkość. Sama myśl o jednym, wykradzionym dniu spędzonym tylko we dwoje sprawiała, że głupie serce biło szybciej, a skóra mrowiła od ekscytacji.
Pokręciła powoli głową, jakby próbowała otrząsnąć się z tego niebezpiecznego upojenia.
— Powinnam — przyznała cicho, zgodnie z prawdą, choć głos zdradzał już kapitulację. — Ale małe okno nikogo jeszcze nie zabiło, prawda?
Słowa wyszły automatycznie, jakby wypowiadał je ten sam wewnętrzny autopilot, który od zawsze pozwalał balansować na granicy rozsądku i pragnienia, nigdy do końca nie wyłączając żadnego z nich.
Jej dłonie ułożyły się, by objąć boki jego szyi. Palce wsunęły się we włosy u nasady czaszki, przeczesując je z czułością, która była jednocześnie czuła i głodna. Wyciągnęła się ku niemu, skracając ostatnie centymetry dzielącej ich przestrzeni, gotowa zatopić się w głębokim stęsknionym pocałunku…
Danielle niemal podskoczyła, wyrwana z miękkiej, słodkiej bańki, w której jeszcze przed chwilą istniała tylko ona, on i woda. Czerwone światło rozbłysło wokół nich ostrymi, pulsującymi smugami, rzucając na ich ciała nienaturalne, dramatyczne cienie.
Nerwowo rozejrzała się dookoła, mając nagłą, piekącą ochotę uderzyć się w czoło za własną bezmyślność. W jednej sekundzie romantyczna intymność zmieniła się w coś podejrzanego, niemal kompromitującego.
— Myślisz, że ta małpa cały czas nas podgląda? — zapytała niemrawo, z kwaśnym grymasem, który próbował ukryć rosnący niepokój. — Albo nie! Nie chcę wiedzieć. — Potrząsnęła głową, usilnie zduszając w sobie nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł jej po kręgosłupie. Plotkara potrafiła popsuć najlepszy moment. Potrafiła przekręcić fakty, wyolbrzymić detale, skomplikować to, co powinno pozostać proste, i sprawić, że dobry wieczór stawał się najgorszym w twoim życiu. Oboje przekonali się na własnej skórze o tym, i na samo wspomnienie tamtych gier Danielle skrzywiła się jeszcze mocniej, jakby smak goryczy wrócił na język.
Usuń— To chyba koniec kąpieli. — stwierdziła niechętnie, powoli odsuwając się od niego, choć każdy centymetr dystansu bolał.
Splotła ich dłonie, ciepło jego skóry wciąż było kojące i pociągnęła go w stronę barierki. Nie zamierzała nadwyrężać cierpliwości organizatorki. Danielle wolała spędzić resztę wieczoru w możliwie dobrych nastrojach, z daleka od problemów i intryg, chociaż największy kłopot czekał gdzieś pomiędzy pozostałymi gośćmi. Dlatego rozważała wrócenie na główną salę osobno.
— Wymyślę jutro coś, by wyrwać się z domu sama. — wróciła do poprzedniego tematu, sięgając już po ręcznik złożony w równą kostkę przy brzegu basenu. — Możemy gdzieś pójść, albo posiedzieć u ciebie. Miejsce nie ma znaczenia.
Liczyło się tylko to, by wykraść im jeden, pojedynczy dzień, kiedy mogli udawać, że świat ułożył się dokładnie tak, jak kiedyś sobie obiecywali. Mogli udawać głupich, zakochanych prawie-nastolatków chowających się przed czujnym spojrzeniem dorosłych, wierząc, że wystarczy zamknąć oczy, by czas stanął w miejscu.
Dani
— Zdecydowanie nie, wręcz przeciwnie — wymamrotał z niepotrzebnie dumnym zadowoleniem, choć resztki rozumu upominały go, że nie miał jakiegokolwiek prawa, aby wymagać od niej zostania w Stanach czy tym bardziej tego, że ten czas spędzi właśnie z nim. Niczego nie mógł od niej wymagać ani oczekiwać wraz z dniem, kiedy postanowili, że na lepsze wyjdzie im rozdzielenie swoich dróg.
UsuńChoć do teraz pluł sobie w brodę i nazwałby każdego, kto starałby mu się uświadomić, że dobrowolnie się na to zgodził, idiotą. Bo przecież jak mógłby z własnej woli, bez walki, czy chociaż kilku prób przekonania, pogodzić się z faktem, że zwyczajnie kończą relację, a w dodatku Danielle wyjeżdża na drugi koniec świata.
Słodki oddech rozbijający się o jego wargi, wraz z sunącymi po skórze paznokciami, wywoływały nieopanowane dreszcze po całym ciele, a Namgi zapominał nawet o własnym niedowierzaniu i poczuciu, że nie zasługiwali na ten moment dla siebie, bo zdecydowanie bardziej preferował oddać się temu w całości; bezpieczeństwu, jakie go opanowywało w towarzystwie Danielle, mimo co rusz to urywanego oddechu i łomotaniu serca w piersi, które ledwo nadążało za jej delikatnymi, acz wymierzonymi gestami.
Za przymkniętymi oczami i nieznacznie rozchylonymi wargami skrywało się ciche, coraz to bardziej niecierpliwe wyczekiwanie, kiedy mógł namacalnie wyobrazić sobie smak jej ust. Tylko po to, aby nagła zmiana scenerii, wraz z przylegającym do niego ciałem Song - tym razem w panice - zmusiła go do podobnego spięcia całego ciała i odruchowego okrycia dziewczyny rękoma, jakby mogło to jakkolwiek uchronić ją od intensywności świateł.
A przede wszystkim wścibskości Plotkary, na której myśl zaciskał wargi i czuł dreszcz niepokoju na każdym skrawku skóry
— Pewnie- — zatrzymał się, nie tylko z własnej woli, ale również przez desperacko podniesiony głos Danielle, której nie mógł się nawet dziwić. Nawet jak oboje byli świadomi, choć dopiero teraz, że organizatorka miała oczy wszędzie, nie winił jej za chęć wmówienia sobie, że wcale tak nie było. Że wcale nie zostali niemalże skompromitowani, a cała chwila legła w gruzach, pozostawiając po sobie wyłącznie nieprzyjemny posmak w ustach.
Ciężar jej dłoni, ciasno spleconej z jego własną, działał kojąco. Niczym nałożona maść na chwilę wcześniej rozdrapane rany, a mimo poczucia bezsilności, obecnej w cichym westchnieniu, na twarzy Namgiego dalej błądził drobny uśmiech i bez oporu opuścił basen wraz z Song.
Powder Room Where girls support girls... until they leave.
OdpowiedzUsuńParking Garage Kisses. Fights. Getaways.
OdpowiedzUsuńHotel Bar One drink away from a terrible decision.
OdpowiedzUsuń
UsuńRozważył każdy z możliwych scenariuszy, jeśli chodziło o powrót na salę, i może to dlatego nerwy przejęły nad nim kontrolę, a on sam szybko podjął decyzję, która o ile nie była bezpieczniejsza, tak sprawiła, że poczuł się nieco pewniej.
Zważając na wszelkie możliwe konsekwencje, powinien wrócić sam, znaleźć miejsce z dala od Ryana i zachowywać się, jakby podczas ich nieobecności, nic między nimi nie zaszło. Dopiero teraz, ta świadomość, jak opłakane w skutkach mogły być jego wybory, zaczęła nieznośnie o sobie przypominać. Wystarczyło, by ktoś skojarzył chociaż jednego z nich, zapamiętał, że na imprezie byli razem, a to było idealnym polem do uwielbianych przez koreańskie tabloidy plotek. Skandale były na porządku dziennym, czasem wybuchały z najbardziej absurdalnych powodów, jak głupi nadruk na koszulce, czy zapalenie papierosa, więc zbędnym była bujna wyobraźnia, by wywnioskować, z jaką reakcją spotkaliby się, po przyłapaniu idola, spoufalającego się z influencerem, nie ukrywającym swojej orientacji. Gdyby ktoś posiadał jakikolwiek dowód na to, co miało miejsce dzisiejszej nocy, Junseo byłby skończony, zarówno zawodowo, ale także jako człowiek. Byłby pozbawiony wszystkiego, na co pracował przez lata, jego imię zostałoby przekreślone grubą, czerwoną krechą, przylepiono by do niego łatkę kogoś, kim tak naprawdę sam nie wiedział, czy był.
Bo kim tak naprawdę był Park Junseo? Kim był chłopak, które całe życie chciał zaimponować innym, byle poczuć, że był czegoś wart? Kim był, jeśli nie tchórzem nie potrafiącym odpowiedzieć na - jak wydawać by się mogło - banalne pytanie. Zamiast skupić się na znalezieniu odpowiedzi, on uciekał od tej odpowiedzialności, zajmując swój umysł wszystkim, byle nie myśleć o tym - co jak mu przyswojono - było czymś niewygodnym.
A mimo to nie uciekł, nie odwrócił spojrzenia, by uniknąć narastających w nim pytań. Nie zostawił Ryana, a wręcz przeciwnie, dalej kurczowo trzymał się jego dłoni, jakby ta była jedynym, co mogło go uziemić i wyciszyć chaos w jego głowie. Może ta autentyczność Kima zaimponowała mu na tyle, by zamiast odczuwać z jej powodu niezdrową zazdrość, teraz pozwolił sobie na admirację, bo czy bycie kimś prawdziwym, nie zasługiwało na podziw? Może to co robił wcale nie było objawem słabości i lękiem, przed zostaniem samym, ale pierwszym okazem tego, że chciał lepiej zrozumieć siebie, znaleźć odpowiedź na chociaż jedno pytanie, które pozwoli przybliżyć się do prawdy.
Naiwnie wierzył, że jego anonimowość w Nowym Jorku i świadomość, że każdy był pozbawiony telefonów i jakiejkolwiek szansy, na kontakt ze światem zewnętrznym, pozwalała mu na więcej, niż mógł sobie pozwolić. Jak ten mimowolny uśmiech na twarzy, gdy poczuł wsuwaną w kieszeń kartkę z danymi blondyna, kolejny pocałunek, kiedy wokół znajdowali się ludzie, czy ułożenie swojej dłoni na jego talii, gdy znajdowali się przy barze.
Nigdy wcześniej nie zachowywał się w taki sposób wobec drugiego człowieka, nigdy wcześniej nie został obdarzony tak bezinteresowną czułością, a co za tym szło, nigdy nie miał okazji odwzajemnić się tym samym. To wszystko przychodziło do niego z niespotykaną łatwością, której nie potrafił wytłumaczyć inaczej, niż tym, że to Ryan działał na niego właśnie w taki sposób. Ryan, i być może mieszanka tego, co dalej buzowało w jego żyłach, jednak czy alkohol i narkotyki, naprawdę były skłonne zmienić tak wiele w jego postawie, a może jedynie dodały wystarczająco odwagi, by w końcu przyznał się, czego tak naprawdę pragnął.
Zaszedł na tyle daleko, że posłuchanie zdrowego rozsądku właśnie teraz, wydawało się być jeszcze głupszym, niż dalsze brnięcie do przodu.
Usuń— Lubię kwaśne żelki i słodko-kwaśne potrawy, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że polubię cokolwiek to — dłoń, która dotychczas spoczywała na talii Ryana uniósł i palcem wskazał na stojące na blacie szkło — jest. Ufam, że nie masz zamiaru mnie otruć — pochylił się nieco, by wyszeptać kolejne słowa prosto do ucha blondyna. W tonie jego głosu można było usłyszeć rozbawienie, jakby ta krótka interakcja z Ryanem pozwoliła mu zapomnieć, o wcześniejszych rozterkach związanych z powrotem.
Oświetlenie w sali przygasło, otaczając ich półmrokiem, do jakiego przywykli zamknięci w ścianach piwnicy. Ponownie poczuł się, jakby reszta świata po prostu zniknęła, dlatego zamiast skupić się na dobiegających zewsząd szeptach rozmów, czy stukających o blat kieliszkach, jego uwaga pozostawała na Ryanie.
— Powiesz mi, co to? — zagadnął, po czym obrócił, by oprzeć się plecami o bar, a tym samym móc spojrzeć na Ryana. Z tej perspektywy, miał widok na niego, ale również na całą salę, oraz zmiany jakie w niej zaszły. Zamiast stołów, spotkał się z ustawionymi w okręgu krzesłami, oraz czymś przypominającym podium. Jego brwi uniosły się nieznacznie, bo malująca się przed nim scena, zaczęła coraz bardziej przypominać coś w rodzaju teleturnieju, w którym każdy - bez względu na to czy chciał - miał wziąć udział.
Junseo nie bał się rywalizacji, ani bycia w centrum uwagi, ale nie rozumiał w czym miałby konkurować ze zgromadzonymi tutaj ludźmi, skoro większość z nich już posiadała pieniądze, znajomości, czy rozpoznawalność. To on nie pasował do towarzystwa w jakim się znalazł, a świadomość, że za tym wszystkim było coś więcej, niż niewinna zabawa, wydawał się coraz bardziej prawdopodobna.
Nieprzyjemne uczucie ciężkości powróciło, nie chciał, by strach związany z niewiadomym ponownie zawitał, powolnie wplątując go w swoje sidła, dlatego przeniósł spojrzenie na Ryana, jakby to w nim miał znaleźć odpowiedź.
— Myślisz, że lepiej zaczekać, aż ktoś tam podejdzie, czy zająć miejsce, jako pierwsi? — Głową skinął w prawo, bo Ryan dalej stał plecami do sali. Chwycił szklankę i zaczął ją obracać w dłoni, jakby ten podświadomy gest, miał pomóc mu w uporządkowaniu myśli. — A może lepiej zostać tutaj, i obserwować co się wydarzy, zanim podejmiemy decyzję — W końcu uniósł szkło i pozwolił by alkohol zwilżył jego usta. Ostrożnie upił niewielki łyk, poczuł charakterystyczne ciepło rozchodzące się po gardle i dopiero po chwili, skupił na kwaśnym posmaku.
— Nie kłamałeś — rzucił, uśmiechając się mimowolnie — Kwaśne, ale dobre, orzeźwiające.
Cokolwiek znajdowało się w szklance było zbalansowane odrobiną słodyczy, więc brunet chętnie upił kolejny łyk, a wolną dłonią podsunął szklankę Ryana w jego stronę.
junseo
Czuł, że powoli zaczyna trzeźwieć, a to zdecydowanie mu się nie podobało. Wraz z kolejnymi minutami alkohol przestawał przyjemnie rozmywać granice, a do jego głowy coraz wyraźniej zaczynał przebijać się zdrowy rozsądek. Ten sam, który uparcie przypominał mu, że wybryk, którego właśnie się dopuścił, prawdopodobnie nie należał do najlepszych decyzji w jego życiu. Ryan doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że wystarczyło trochę mniej alkoholu, trochę więcej myślenia i być może nie znaleźliby się teraz w miejscu, w którym byli. Tyle że… nie żałował. Ani tych namiętnych chwil, ani późniejszej czułości, ani rozmów, które w jakiś dziwny sposób sprawiły, że Junseo przestał być dla niego jedynie irytującym chłopakiem, z którym nie potrafił znaleźć wspólnego języka. Wręcz przeciwnie. Podobało mu się to wszystko zdecydowanie bardziej, niż powinno. I właśnie dlatego nie chciał teraz o tym myśleć.
UsuńNie chciał rozkładać na części pierwsze tego, co się wydarzyło, zastanawiać się nad konsekwencjami, nad tym, co będzie jutro, ani nad tym, czy kiedy już całkowicie wytrzeźwieją, obaj nie spojrzą na siebie zupełnie inaczej. Na razie wystarczało mu, że Junseo był obok. Że pozwalał mu się dotykać, że odpowiadał na jego spojrzenia, że między nimi nie było już tej wcześniejszej niechęci i napięcia. Resztą mógł zająć się później. Jutro. Albo jeszcze lepiej – jutro rano, kiedy kac i wyrzuty sumienia będą już problemem przyszłego Ryana. Teraz chciał po prostu jeszcze przez chwilę żyć w tej przyjemnej bańce, zanim rzeczywistość upomni się o swoje.
Tak było łatwiej. Po prostu. Chciał wykorzystać czas, jaki im pozostał, możliwie jak najbardziej miło. Nie wiedział, ile dokładnie go mieli, dlatego zaczął łapać te drobne momenty, jakby instynktownie próbował zatrzymać je przy sobie. Spojrzenia, które trwały odrobinę dłużej niż powinny, uśmiechy pojawiające się bez konkretnego powodu, cichy śmiech, kiedy któryś z nich powiedział coś głupiego. Może jeszcze kilka pocałunków, jeszcze trochę dotyku, jeszcze trochę ciepła, które pojawiało się za każdym razem, gdy dłonie Parka przesuwały się po jego skórze.
Chciał się tym rozkoszować. Nie dlatego, że uważał tę noc za coś wyjątkowego w sensie wielkich, romantycznych deklaracji. Na to było zdecydowanie za wcześnie. Po prostu dawno nie czuł, żeby ktoś poświęcał mu tyle uwagi. I, co chyba najważniejsze, żeby robił to tak szczerze. Bez oczekiwania czegoś w zamian, bez udawania, bez tego charakterystycznego poczucia, że druga osoba tylko czeka na swoją kolej, żeby coś od niego dostać. Przy Junseo miał wrażenie, że przez te kilka godzin naprawdę był zauważony. Ktoś słuchał, ktoś patrzył, ktoś dotykał go tak, jakby w tamtym momencie naprawdę chciał być właśnie przy nim. Może dlatego tak trudno było mu się odsunąć.
Obserwował, jak młodszy pije wybranego przez niego drinka, delikatnie się przy tym stresując, zupełnie jakby za chwilę miał usłyszeć werdykt, od którego zależało jego życie. Ryan przez moment przyglądał mu się z powagą, po czym sam zaśmiał się pod nosem. Przysunął się bliżej, niemal odruchowo szukając jego ciepła. Chciał mieć Junseo obok. Po prostu. Nie wiedział, na ile może sobie pozwalać ani jak długo jeszcze będzie im dane siedzieć w tej małej, bezpiecznej przestrzeni, zanim wszystko znowu zacznie przypominać prawdziwe życie. Dlatego postanowił korzystać z każdej chwili i każdej nadarzającej się okazji.
Nie rozumiał tylko, dlaczego tak bardzo tego potrzebował. Przecież wcześniej nic ich nie łączyło. Nie byli przyjaciółmi, nie znali się dobrze, a jeszcze kilka godzin temu Ryan prawdopodobnie nie widziałby żadnego powodu, żeby w ogóle wdawać się z nim w dłuższe rozmowy czy poznawanie siebie nawzajem. Tymczasem teraz zmniejszał między nimi dystans przy każdej możliwej okazji, opierał się o jego ramię, szukał jego dłoni, wtulał się w bok i łasił niemal niczym bezpański kot, który po raz pierwszy od dawna dostał od kogoś trochę uwagi i natychmiast uznał, że skoro już znalazł ciepłe miejsce, to absolutnie nie zamierza go opuszczać.
Może właśnie o to chodziło. Od dawna brakowało mu takiej zwyczajnej, ludzkiej bliskości. Nie tej wymuszonej przez zdjęcia czy obecność innych ludzi, tylko takiej, w której można było po prostu usiąść obok kogoś i nie zastanawiać się, czy wypada oprzeć głowę na jego ramieniu. W której dotyk nie był czymś przelotnym. W której czyjeś zainteresowanie nie kończyło się wraz z momentem, kiedy przestawało być wygodne. Junseo dawał mu teraz coś, czego Ryan nawet nie zdawał sobie sprawy, że tak bardzo potrzebował – poczucie, że ktoś naprawdę chce być blisko niego.
Usuń— Jedyne, co możesz mi zarzucić, to to, że pragnę cię upić — przyznał szczerze, kładąc dłoń na torsie młodszego. Uśmiechnął się przy tym zadowolony z własnego pomysłu, po czym sam upił drinka, jakby tym samym chciał udowodnić, że absolutnie nie zamierza zostawiać Parka samego w tym przedsięwzięciu.
— Whiskey sour z wiśnią i cynamonem. Uwielbiam — zamruczał z wyraźnym zadowoleniem, biorąc kolejnego łyka.
Im szybciej, tym lepiej. Im więcej, tym większa szansa, że przyjemne odrętwienie wróci i pozwoli mu jeszcze trochę odsunąć wszystkie nieprzyjemne myśli. Czuł bowiem, że dalsza część wieczoru może wymagać od niego niezbyt trzeźwej głowy, żeby jakoś przez nią przebrnąć.
Odstawił szklankę i dopiero wtedy powoli odwrócił się w stronę sali. Na jej środku stały ustawione w okręgu krzesła. Ryan uniósł wysoko brew, a chwilę później zmarszczył czoło na widok podium. Nie miał pojęcia, o co mogło chodzić, ale sam widok tej przygotowanej przestrzeni sprawił, że coś nieprzyjemnie ścisnęło go w żołądku. Nie wyglądało to jak początek kolejnej niewinnej zabawy.
I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślał o tym, że naprawdę mógł sporo stracić. Oczywiście nie wiedział jeszcze, co dokładnie ich czekało, ale sama świadomość, że za chwilę ktoś może postawić ich wszystkich w sytuacji, z której nie będzie prostego wyjścia, wystarczyła, żeby poczuł lekki niepokój. Z drugiej strony, miał wrażenie, że niektórzy z nich znajdowali się w znacznie gorszym położeniu.
Jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę Junseo. Dostrzegł to niemal od razu. Ledwie zauważalne zawahanie. Ten krótki moment, kiedy Park przestał wyglądać na całkowicie spokojnego, a w jego spojrzeniu pojawiła się ostrożność. Ryan nie znał wszystkich jego powodów, ale chyba nie musiał. Wystarczyło mu to, co zdążyli sobie powiedzieć. Wiedział, że dla Junseo niektóre konsekwencje mogły być znacznie poważniejsze niż dla niego. Nie chciał, żeby ten znowu zaczął się zamykać.
Dlatego nawet się nad tym nie zastanawiając, przysunął się do niego i wtulił w jego bok, jak gdyby był to najbardziej naturalny gest na świecie. Wolną dłonią zaczął spokojnie gładzić go po plecach, kreśląc leniwe, uspokajające ruchy. Sam nie wiedział, skąd nagle wzięły się w nim takie pokłady empatii i czułości. Nie był zimnym człowiekiem. Wręcz przeciwnie. Ryan raczej zawsze uchodził za tego otwartego, miłego, który potrafił rzucić żartem, zagadać do obcej osoby i raczej nikomu źle nie życzył. Lubił ludzi. Lubił sprawiać, że inni czuli się dobrze. Ale to było coś innego.
Nie rozumiał, dlaczego nagle aż tak bardzo zależało mu na tym, żeby pocieszyć właśnie Junseo. Żeby odwrócić jego uwagę, rozluźnić go, sprawić, żeby chociaż przez chwilę nie myślał o tym, co może się wydarzyć. Przecież byli tylko dwoma pijanymi i naćpanymi nieznajomymi na imprezie. Tyle że jakoś coraz trudniej było mu w to uwierzyć.
— Możemy zaczekać i… dołączyć, jak już zaczną zbierać się tam inni. Na razie… jest dość pusto — mruknął, odstawiając pustą szklankę i prosząc barmana o kolejną kolejkę. Kiedy tylko to zrobił, znowu przysunął się bliżej, delikatnie wspinając się na palce. — A tu jesteśmy na uboczu. Po co wychodzić za wcześnie? — spytał wprost do jego ucha.
UsuńNie czekał nawet na odpowiedź. Przesunął się odrobinę niżej, składając delikatny pocałunek na szyi Parka. Ten prosty gest od razu przywołał wspomnienia z początku imprezy i sprawił, że kąciki jego ust uniosły się w rozbawionym uśmiechu. Przesunął językiem po jego skórze, ledwie zauważalnie, bardziej zaczepnie niż nachalnie, chcąc choć na moment odciągnąć jego myśli od sali i tego, co miało wydarzyć się za chwilę.
A może chciał czegoś jeszcze. Ryan lubił mieć poczucie, że zostawia po sobie ślad. Lubił widzieć reakcje drugiej osoby, lubił wiedzieć, że jego dotyk został zapamiętany, że jego spojrzenie potrafiło zatrzymać czyjąś uwagę na dłużej. Było w tym coś z jego zaczepnej pewności siebie, ale również coś znacznie bardziej miękkiego. Potrzeba potwierdzenia, że naprawdę był dla kogoś ważny, choćby przez tę jedną noc.
Chciał, żeby Junseo o nim pamiętał. Chciał, żeby Junseo o nim pamiętał. Nie tylko przez pryzmat tego, jacy byli wobec siebie wcześniej, zanim cała ta noc wywróciła ich relację do góry nogami. Chciał, żeby po powrocie do domu Park czasem przypomniał sobie jego śmiech, sposób, w jaki się do niego przysuwał, ciepło jego dłoni czy pocałunki Chciał zostać w jego głowie na trochę dłużej, niż pozwalałaby na to logika całej tej sytuacji. Skoro przez tak długi czas patrzyli na siebie z dystansem i wzajemną niechęcią, Ryan chciał, żeby właśnie ta noc stała się czymś, co na dobre zmieni sposób, w jaki Junseo będzie go postrzegał. Może nawet odrobinę bardziej, niż powinien.
Dlatego nie zamierzał jeszcze się odsuwać. Skoro mieli tylko tę jedną noc, chciał sprawić, żeby była czymś, do czego Junseo będzie wracał myślami. I chyba właśnie w tym kryła się cała jego dziwna, trochę zaborcza potrzeba bliskości. Chciał nie tylko być obok, ale też mieć pewność, że kiedy już się rozstaną, Park nadal będzie czuł jego obecność gdzieś z tyłu głowy. Choćby przez chwilę. Choćby tylko dzięki wspomnieniu.
przylepa
Może przekraczanie granic przyzwoitości przychodziło łatwiej w towarzystwie kogoś, z kim łączyło cię tak niewiele, bo nie niosło za sobą cięższych deklaracji, zobowiązań, nie wymagało emocjonalnej więzi.
UsuńBiorąc pod uwagę ich dotychczasową relację, powrót do normalności powinien być bezproblemowy. Nie musiał się angażować, przejmować losem drugiego, mógł po prostu potraktować to jako jednorazową przygodę, czy chwilę słabości - zaćmienie umysłu, bo jak inaczej mógłby wytłumaczyć swoje postępowanie, bez głębszej analizy całego zajścia, bez rozbierania każdego gestu, czy wymienionych słów na części pierwsze. Może, to wszystko byłoby po prostu niczym, gdyby odwrócił się właśnie teraz i odszedł, pozwalając, by wspomnienia pozostały właśnie tym - czymś zachowanym w pamięci, do czego potrafisz wrócić, i ruszyć dalej.
Problemem Junseo było to, że posiadał zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele obrazów dawnych zdarzeń, ludzi, którzy przewinęli się przez życie, miejsc, do których nie dane mu było powrócić, chwili, o których ponownym przeżyciu marzył przed zaśnięciem. Kolekcjonował te chwile, niczym pamiątki, obchodził z nimi ostrożnie, ceniąc ich wartość, bo życie nauczyło go, że nic nie trwało wiecznie, a wszystko miało swoją cenę. A w tej właśnie chwili, w tej sekundzie, być może spowodowanej słabością, on nie chciał jedynie wspomnienia.
Zatracony w przyjemności, w pogoni za zaspokojeniem bliskości fizycznej, nieumyślnie uchylił drzwi do wnętrza samego siebie, pozwalając tym głęboko skrywanym potrzebom wypełznąć na powierzchnię, a nim się zorientował, było za późno. Poczucie bezpieczeństwa, było jak zasadzka. Wpadł w sidła zrozumienia, a te oplotły się wokół uniemożliwiając ucieczkę, a on poddał się bez walki, przyjmując pozycję przegranego, jakby ta była miejscem na podium. Bo dlaczego uciekać przed czymść, za czym goniłeś całe swoje życie.
Pozwolił swojemu spojrzeniu spocząć na Ryanie chwilę dłużej, obserwując jak jego twarz rozpromienił ten delikatny uśmiech, nieśmiało unoszący kąciki ust ku górze, jakby dalej pozwalał niepewności zaprzątać swoje myśli. Jak na policzkach rozlewał się róż, zdradziecko uzewnętrzniając, że również jemu, to wszystko nie było obojętne, czy sposób w jaki przysuwał się bliżej łaknąc bliskości - Junseo zaczął łapać się na tym, że nie chciał by to wszystko pozostało jedynie małym fragmentem jego życia, nic nieznaczącą klatką w długim filmie, zamrożonym kadrem, znikającym w mgnieniu oka.
Ponownie utknął w przestrzeni, w której istniał tylko on i Ryan, gdzieś, gdzie chciał więcej, i mógł mieć więcej, gdzieś, gdzie mógł pozwolić sobie na wszystko, czego pragnął. Chciał przeciągnąć tą chwilę. Pragnął, by tykające wskazówki zegara odliczały kolejne sekundy, minuty, godziny, byle dalej tkwili w teraźniejszości, od której nie chciał uciekać, zachłannie sięgając po więcej.
Jego ciało nie słuchało się umysłu, nie czekało na pozwolenie, kiedy postawił jeden, drugi krok, niwelując dzielący ich dystans. Jak zsynchronizowany z Ryanem, gdy ostatnie słowa opuściły usta blondyna, wargi Junseo rozchyliły się, by wypić resztę zawartości, znajdującej się w szklance.
Whiskey sour z wiśnią i cynamonem. Uwielbiam
Powtórzył w głowie kilka razy, przyswajając tę wiadomość, niczym powierzony mu sekret, którego nie powinien zapomnieć. Puste szkło stuknęło o blat, a jego usta wykrzywiły się w uśmiechu, kiedy Ryan równie szybko pozbył się swojego drinka, a jego dłoń ponownie znalazła swoje miejsce na jego ciele, jej dotyk był przyjemną dystrakcją, od niepokoju, który zdążył zagościć w jego głowie, na widok sali, i tym, co te zmiany za sobą niosły.
— Chcesz mnie upić? — zagadnął, łapiąc jego dłoń w nadgarstku. Każdy dotyk, nawet ten najmniejszy, pozornie niewinny, przywracał wspomnienia, przenosił go do piwnicy, w której - oceniając po własnych granicach, i wartościach - mógłby się kłócić, że pozostawił swoją godność, ale to co zyskał, musiało wartością przewyższać każde straty, skoro tak chętnie, ponownie wkraczał w zastawioną przez Ryana pułapkę. — Chcesz, żebym ponownie dał się zapomnieć? — Przyciągnął go na tyle blisko, że kolejne słowa wyszeptał wprost do jego ucha, pozwalając wargą zahaczyć o jego płatek. Westchnął głośno, niemalże zgorszony wyznaniem drugiego, udawał swoją dezaprobatę, uderzając językiem o podniebienie, jednak ta nie była wyczuwalna w tonie jego głosu, kiedy wymruczał kolejne słowa. — Powinienem pozbyć się kontroli, powierzyć ją w twoje ręce?
UsuńOdsunął się gwałtownie, przybierając niewinny wyraz twarzy, który nijak miał się do tego, jaki kierunek objęły jego myśli.
— A może, jesteś w stanie tolerować moją obecność, jedynie pod wpływem alkoholu? — Palce, jeszcze kilka sekund temu oplecione wokół nadgarstu Ryana, teraz spoczęły na jego klatce piersiowej, jakby sama myśl o tym, spowodowała przeszywający od wewnątrz ból. Głowę spuścił w dół, jednak nie był w stanie udawać - zdradziły go unoszącę się, i po chwili opadające ramiona, i cichy śmiech, którego nie był w stanie stłumić. W swojej wypowiedzi, wcale nie nawiązywał do ich realiów, czy tego, że nie potrafili spędzić ze sobą kilku minut, bez wdawania się w kłótnię. Jego myśli nie sięgały do tych chwili, jakby ten Junseo i Ryan, którzy stali teraz przy barze, wymieniając się żartami, droczący dla przyjemności, byli kimś innym. Kimś, żyjącym w uniwersum niezależnym, od tego, gdzie takie komentarze miały rozzłościć, a nie być jedynie żartem. Kimś, dla kogo wtulanie się w ciało drugiego, było czymś najnormalniejszym w świecie, jakby ta wymiana czułości, była częścią ich codzienności, więc odwzajemnienie ich, było naturalną koleją rzeczy.
Westchnął cicho, jakby całe napięcie opuściło jego ciało, gdy Ryan obdarował go swoją bliskością. Skupił swoją uwagę na jego ruchach; na tym, jak na nie reagował, i jak bardzo był za nie wdzięczny. Jego lęki - normalnie szczętnie skrywane - teraz odzwierciedlały się w jego rozbieganym spojrzeniu, zanim sam był w stanie ubrać je w słowa, ale to wydawało się być zbędnym, kiedy Ryan, był w stanie czytać z Junseo, jak z otwartej księgi.
— Więc zaczekajmy — odpowiedział krótko, bo kiedy chciał dodać więcej, z jego ust wyrwało się ciche westchnienie, kiedy poczuł na skórze ciepło jego ust, oddech, który wywołał delikatny dreszcz. Ciche westchnienie, przerodziło się w stłumiony jęk - jego zęby zaciśnięte na dolnej wardze, były reakcją na poczynania blondyna.
Był niemal pewien, że drugi był z siebie dumny, że czerpał z zachowania Junseo, że tak jak Park czuł uśmiech Ryana, tak Ryan mógł wyczuć jak krew zaczyna buzować mu w żyłach, a puls przyspiesza, gdy językiem sunął po jego szyi. Junseo był pewien, że gdyby właśnie skrzyżowali swoje spojrzenia, w oczach blondyna, ujrzałby roztańczone, niebezpieczne ogniki. Widział go oczami wyobraźni, kiedy przymknął powieki, i wiedział, że ten obraz pozostanie z nim na długo, bo zdążył wyryć się w jego pamięci.
Ryan mógł nie zdawać sobie z tego sprawy, ale jego osoba była godna zapamiętania. W tak niewielkim czasie, pozostawił na Junseo trwały ślad, a jedyne co musiał zrobić, to spojrzeć na niego, jak na drugiego człowieka, który nie musi wcale nie musi nic udowadniać, i zasługuje na chwilę uwagi - nawet jeśli nie jest w stanie o to poprosić, nawet jeśli myśli, że nie jest tego wart.
UsuńZdecydowanym ruchem, odepchnął się od baru, i obróci Ryana tak, że teraz on przywarł plecami do blatu, a Junseo górował nad nim. Jedną z dłoni ułożył na biodrze chłopaka, zaciskając swoje palce na materiale jego spodni - zupełnie, jakby ten wywołał w nim frustrację, bo wolałby, gdyby go tam nie było. Długa dłoń spoczęła na barze, skutecznie odcinając Ryanowi drogę ucieczki, bo całym swoim ciałem pochylił się w przód, napierając na niego swoim ciężarem.
— I co sugerujesz, że powinniśmy zrobić? — wyszeptał, przykładając czubek swojego nosa, do skroni Ryana. — Tutaj — zaczął sunąć w dół, ustami zahaczając o linię żuchwy — Na uboczu — zjechał niżej samemu sięgając po te same zagrywki, kiedy jego języka zaczął torować wzdłuż owalu twarzy, aż po czubek brody — Gdzie jest pusto, a wzrok innych nie sięga? — wyszeptał wprost w jego usta, ocierając ich wargi o siebie, jednak nie zrobił nic więcej, a po prostu czekał na reakcję.
good boy gone bad
Problemem Ryana był fakt, że ostatnio nieco zmienił swoje podejście do życia. Wcześniej bardzo pilnował, żeby jego wizerunek, a przede wszystkim to, jak odbierali go obserwujący, był zgodny z tym, jaki naprawdę był. Nie było to zresztą szczególnie trudne, skoro dzielił się z ludźmi dość sporą częścią swojego życia. Oczywiście wybierał to, co chciał pokazać. Skupiał się przede wszystkim na tej dobrej, pozytywnej i wesołej stronie. Chciał, żeby osoby, które go oglądały i poświęcały mu swój czas, chociaż przez chwilę się uśmiechnęły. Jeśli już mieli spędzać kilka minut przed ekranem, Ryan wolał dać im coś przyjemnego niż dokładać kolejnych powodów do narzekania.
UsuńMówił otwarcie o swojej orientacji, nie udawał kogoś, kim nie był, a przy tym starał się przypominać, że jego życie, choć z boku mogło wyglądać na cudowne i kolorowe, wcale takie nie było przez cały czas. Ostatecznie był jak każdy inny człowiek. Miewał lepsze i gorsze dni. Czasami mocniej przejmował się otrzymywanym hejtem, za długo analizował cudze słowa i brał je do siebie, a innym razem potrafił po prostu przewrócić oczami, westchnąć i przejść nad wszystkim do porządku dziennego. Nie próbował udawać, że jest niezniszczalny. Chciał tylko, żeby ludzie pamiętali, że za ekranem również znajdował się zwyczajny człowiek.
Ostatnio jednak zaczęło się to nieco zmieniać. Ryan był mniej uważny. Coraz częściej działał pod wpływem chwili, pozwalał sobie na rzeczy, których wcześniej prawdopodobnie dwa razy by nie przemyślał, a jego ostrożność zaczynała gdzieś znikać. Można by nawet powiedzieć, że coraz częściej wystawiał się na tacy i sam podsuwał innym powody, żeby mogli później wykorzystać jego potknięcia.
Zaczęło się od jednego wyjścia na imprezę. Jednego wieczoru, kiedy zamiast spokojnie zmierzyć się ze swoimi problemami związkowymi, zachował się jak kompletny dzieciak. Postanowił się spić, zapomnieć i przez kilka godzin udawać, że nic go nie obchodzi. Nie chciał kolejnej rozmowy, która, jak podejrzewał, znowu nie prowadziłaby do niczego poza jeszcze gorszym samopoczuciem. Wtedy wystarczyło trochę alkoholu, odpowiednia atmosfera i zainteresowanie, które otrzymał od nieznajomego, żeby stracił głowę.
I potknął się. Upadł, zanim zdążył się zastanowić, czy powinien.
Czy żałował? Czasami. Wiedział przecież, że mógł rozegrać tamtą sytuację zdecydowanie lepiej. Nie mógł zrzucać winy na alkohol, problemy w związku czy chwilowe zagubienie. To on wyszedł na imprezę. To on pozwolił, żeby czyjaś uwaga zawróciła mu w głowie. To on zdradził, a dopiero później zakończył związek.
Tym razem sytuacja była inna. Nie był już w związku. Swoim zachowaniem nie mógł nikogo skrzywdzić, bo nie miał już partnera, a wszystko, co działo się między nim i Junseo, działo się za obopólną zgodą. Oboje byli pijani, oboje podejmowali świadome decyzje i żadne z nich nie wyglądało na szczególnie zainteresowane zatrzymaniem tej bliskości.
A jednak gdzieś pod powierzchnią Ryan czuł niepokojąco znajomy schemat. Znowu uciekał. Znowu zamiast zatrzymać się i pomyśleć, wolał zagłuszyć to, co zaczynało dochodzić do głosu. Czuł, jak powoli trzeźwieje, jak alkohol przestaje być wystarczającą zasłoną i zdrowy rozsądek zaczyna upominać się o swoje. Wiedział, że wraz z nim przyjdą pytania. Co dalej? Co właściwie zrobili? Czy Junseo będzie tego żałował? Czy on sam będzie żałował? Co stanie się, kiedy opuszczą to miejsce i przestaną być tylko dwoma osobami zamkniętymi w swojej małej bańce?
Nie chciał jeszcze znać odpowiedzi. Dlatego sięgnął po kolejną porcję alkoholu. W tamtym momencie wydawało mu się to odpowiednie. Wręcz logiczne. Skoro jeszcze przez chwilę mogli udawać, że jutro nie istnieje, dlaczego miałby sam odbierać sobie tę możliwość?
— Hm? Przecież to ty mówiłeś, że alkohol zwiększa twoją tolerancję na moją osobę — powiedział z lekkim zaskoczeniem, czując, jak po jego ciele przebiega przyjemny dreszcz.
UsuńPodobało mu się to, jak Junseo go złapał i przyciągnął do siebie. Zdecydowanie bardziej, niż chciałby przyznać. Właśnie tego potrzebował. Czyjejś bliskości, zainteresowania, poczucia, że ktoś naprawdę chce mieć go obok. I chyba dlatego tak szybko miękł pod każdym kolejnym dotykiem. Już wcześniej zdążył zauważyć, jak bardzo brakowało mu zwyczajnej, ludzkiej bliskości, ale dopiero teraz zaczynał rozumieć, jak łatwo było mu się od niej uzależnić. Wystarczyło kilka szczerych spojrzeń, trochę czułości i świadomość, że ktoś naprawdę chce być właśnie przy nim, żeby przestał zastanawiać się, gdzie powinien postawić granicę.
To było cholernie przyjemne. Zwłaszcza że zachowanie Junseo znów robiło się coraz śmielsze. Każdy jego ruch, każde zbliżenie i każde słowo sprawiały, że Ryanowi robiło się coraz cieplej. Westchnął cicho, czując, jak gorąco wspina się na jego policzki i mocno je zaróżawia.
— Może? Nie narzekałeś jakoś bardzo, jak oddałeś mi kontrolę — mruknął zaczepnie. Na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech. — Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że bardzo, ale to bardzo ci się podobało — dodał, oblizując powoli suche wargi. Samo wspomnienie wydarzeń z piwnicy wystarczyło, żeby poczuł przyjemne ciepło gdzieś pod skórą. — Chyba że tym razem to ty chciałbyś odebrać tę kontrolę mi? Możemy podyskutować, wiesz. — Przysunął się jeszcze odrobinę, przesuwając dłoń z jego torsu na biodro. — Jestem bardzo otwarty — dodał z wyraźnym zadowoleniem.
Obserwował reakcję Junseo niemal z dziecięcą ciekawością. Chciał widzieć, co z nim robił. Chciał, żeby Park czuł choć część tego samego, co on. Żeby pod skórą powoli rozpalało się to samo przyjemne napięcie, żeby również zaczął łaknąć tej bliskości i sam jej szukać.
Ryan uwielbiał obserwować reakcje innych ludzi. Szczególnie wtedy, kiedy miał pewność, że to właśnie on był ich powodem. Było w tym coś z jego potrzeby potwierdzenia. Lubił wiedzieć, że działał na drugą osobę. Że jego dotyk, słowa czy spojrzenie nie przechodziły obok niej obojętnie.
Słysząc ciche westchnienie, stłumiony jęk, nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Tym razem nie chodziło już nawet o zwykłe rozbawienie. Poczuł satysfakcję. Dziwną, trochę próżną dumę z samego siebie. Tego wieczoru wyciąganie z Junseo kolejnych dźwięków stało się niemal przyjemną rozrywką. Za każdym razem, kiedy Park reagował na jego dotyk, Ryan dostawał kolejne potwierdzenie, że to wszystko nie działo się wyłącznie w jego głowie. I chciał więcej. Znacznie więcej. Nawet jeśli doskonale zdawał sobie sprawę, że czasu mieli coraz mniej.
Gdyby Ryan tylko miał pewność, jak mocno wyrył się w pamięci Junseo, prawdopodobnie cieszyłby się jak dziecko. Podobała mu się sama myśl, że po powrocie do domu Park mógłby nagle przypomnieć sobie jego głos, śmiech, dotyk albo któryś z tych drobnych momentów, które wydarzyły się między nimi. Chciał zostać mu w głowie choć odrobinę dłużej, niż pozwalałaby na to logika całej tej sytuacji. Może chciał, żeby czasami wracało do niego wspomnienie tej nocy i żeby przez krótką chwilę zastanawiał się, co by było, gdyby mieli dla siebie trochę więcej czasu.
Było w tym coś z jego potrzeby kontroli. Skoro nie mógł wiedzieć, co wydarzy się między nimi później, chciał przynajmniej mieć pewność, że teraz zostawił po sobie coś, czego Junseo nie będzie potrafił tak łatwo zignorować. Chciał być tym wspomnieniem, które pojawi się niespodziewanie podczas zwyczajnego dnia. Tym jednym obrazem, dotykiem czy głosem, który przypomni Parkowi o tej nocy i o tym, jak blisko byli. Ta myśl podobała mu się zdecydowanie za bardzo.
Kiedy Junseo odbił się od baru, Ryan zmarszczył na moment niezadowolone brwi. Już chciał zaprotestować, ale wtedy Park znalazł się blisko niego. Bardzo blisko. I to w sposób, który podobał mu się zdecydowanie za mocno. Pozostał bez szans na ucieczkę, której zresztą wcale nie planował. Ba, w tej chwili byłaby ostatnią rzeczą, o której by pomyślał. Odchylił lekko głowę, żeby mieć na niego dobry widok. Zamruczał z zadowoleniem, bo zdecydowanie był to widok wart jutrzejszego kaca moralnego. Zdecydowanie.
UsuńPoczuł, jak zalewa go fala gorąca, kumulując się gdzieś w podbrzuszu. Rozchylił lekko wargi, spomiędzy których wyrwało się ledwo słyszalne westchnienie. Park zdecydowanie nie ułatwiał mu zachowania zdrowego rozsądku, kiedy tak się do niego zbliżał, muskał jego skórę i mówił rzeczy, których Ryan wcale nie chciał słyszeć, jeśli zamierzał zachować przyzwoicie.
Z każdą chwilą coraz bardziej miękły mu kolana i sam zaczynał się zastanawiać, jakim cudem jeszcze stał prosto. Gdyby Junseo odsunął się teraz o krok, Ryan prawdopodobnie zachwiałby się jak wieża z klocków, której ktoś właśnie wyjął dolny element.
Jego oddech przyspieszył, a ciało przechodziły kolejne dreszcze. Był niemal pewien, że Junseo doskonale i bez większego trudu mógł wyczuć, jak bardzo na niego działał. Ryan przymknął oczy, skupiając się na cieple jego ciała i nadal wyczuwalnym zapachu mocnych perfum. Przez chwilę nie chciał myśleć o niczym więcej.
— Junseo — jęknął cicho, oddychając nieco szybciej.
Uśmiechnął się, trącając nosem nos mężczyzny. Dłonie oparł na jego torsie, przesuwając nimi powoli, aż w końcu zatrzymał je na jego ramionach.
— Dużo bym chciał — przyznał cicho. — Ale… nie wszystko wypada.
Przesunął powoli językiem po jego wargach, wyczuwając na nich smak wypitego trunku. Skomentował to zadowolonym mruknięciem, zaraz potem łącząc ich wargi w gorącym pocałunku. Palce wsunęły się w jego włosy, zaciskając się na nich delikatnie.
— Rób tak dalej, a wpakuję cię ze sobą do taksówki — burknął z udawanym wyrzutem.
A potem znowu wrócił do jego ust, wykorzystując być może ostatnie chwile spokoju i przyjemności, zanim będą musieli wrócić do reszty świata.
you’re playing with fire
W życiu Junseo brakowało miejsca na impulsywne zachowania, bo wszystko czego się podejmował z założenia było częścią planu, wedle którego działał, każde słowo powinno być przemyślane, zważając na potencjalne konsekwencje. Każdy gest, czy zachowanie niemal odegrane, byle nie zostać źle zrozumianym, czy nie urazić swojej publiki.
UsuńBo wszystko było pod publikę - musiał ją w końcu zadowolić, wkupić się w ich łaski, zdobyć akceptację, o którą zabiegał. Nie było miejsca na pomyłki, czy kontrowersje, na szali była jego kariera, jego reputacja, na której zszarganie nie mógł sobie pozwolić. Marzył o autentyczności, o tym, by kiedyś podzielić się swoimi przemyśleniami, bez obaw wyznać, kiedy nie wszystko było tak kolorowe, jak przedstawiały to media, czy udostępnione w sieci zdjęcia, przybliżyć innym swoją codzienność i przestać rezygnować z własnych wartości, ale obawiał się, bo nie tego od niego oczekiwano.
W zakresie jego obowiązków nie stało jedynie zadbanie o własny wizerunek, ale kontraktualne był również odpowiedzialny za swoją wytwórnię, bo był ich chodzącą wizytówką. Wystarczyłby jeden zły krok, niewielka pomyłka, którą ktoś wyolbrzymiłby do ogromnych rozmiarów, a jedno spojrzenie na niego, przypisałoby te wszystkie zdarzenia również grupie innych ludzi.
Był jak ten pierwszy klocek w domino - mała podjęta przez niego decyzja, mogła uruchomić lawinę nieodwracalnych zdarzeń, wpływających na całe jego otoczenie. Na swoich barkach niósł odpowiedzialność, na którą czasem nie był gotów, i nie pragnął niczego więcej, jak to, by przez chociaż jeden dzień być niewidzialnym, zniknąć z radaru, i podjąć te wszystkie decyzje, które groziły zerwaniem kontraktu.
Wiedział, że nigdy nie odważyłby się na coś tak drastycznego, nigdy nie wybaczyłby sobie własnej głupoty, jeśli sam umyślnie przekreśliłby szansę na lepszą przyszłość, jednak to nie powstrzymywało napływu impulsywnych myśli, które jego trzeźwy umysł zazwyczaj zatrzymywał, nim te mogły przerodzić się w coś więcej.
Ten wieczór od początku był inny, odbiegający od norm i jego codziennej rutyny, w której nie było miejsca na to, co nieznane, czy ryzykowne. Tutaj od samego początku poczuł się, jakby wkroczył w inny świat, w którym nawet najbardziej absurdalne decyzje, były dozwolone, a może i wskazane, bo to, co wydarzyło się wewnątrz hotelu, miało nigdy nie ujrzeć światła dziennego, każdy sekret był pomiędzy uczestnikami imprezy, a jego organizatorką - to obiecało zaproszenie, i może tego się trzymał, stawiając kolejne odważne kroki. Nie czuł na sobie ciężaru cudzego spojrzenia, czy tego, że musiał sprostać czyimś oczekiwaniom, bo jedyne granice, to te, które sam wyznaczył.
Chwilowo, te granice rozmywały się coraz bardziej, nie widział różnicy pomiędzy tym co chciał, a powinien, bo skoro czegoś pragnął, to naturalnym byłoby po to sięgnąć. Jak ta druga szklanka alkoholu, którą opróżnił w dwóch łykach, pomiędzy pocałunkami, których również nie potrafił sobie odmówić, jakby te miały ugasić nieustające pragnienie.
— Hmmm — mruknął przeciągle, i wyprostował nieco, by spojrzeć na Ryana z satysfakcją wymalowaną na własnej twarzy. — To miłe, że zwracasz uwagę na to, co mówię i tak uważnie mnie słuchasz. — wymruczał z zadowoleniem, przygryzając dolną wargę, by powstrzymać wykrzywiające się uśmiechu usta.
Było to coś tak małego, głupi komentarz, który rzucił kilka godzin temu, nic nie znacząca słowna przepychanka, a mimo wszystko, Ryan zwrócił na to uwagę. Tu narodziło się kolejne pytanie - co jeszcze pamiętał, jak wiele szczegółów z tej nocy, postanowił zapisać i zachować w swojej świadomości. Junseo nie potrafił opisać ekscytacji, która nagle rozgrzała jego wnętrze, mała myśl, że zdołał wkraść się do umysłu Ryana, rozproszyła wcześniejsze mroczne przekonania, że był mu obojętny. Nie oczekiwał wielkich deklaracji, bo mimo swojego stanu i alkoholu, który sprawiał, że pozwalał sobie na więcej, dalej zdawał sobie sprawę z tego, że byli sobie obcy, jednak te małe gesty, sprawiały, że chwilami o tym zapominał.
— A co do kontroli — Pochylił się nieznacznie, by ponownie zacząć szeptać wprost do ucha blondyna — W tej pozycji, myślę, że dyskusja jest zbędna. Nie uważasz, hyung.
UsuńZ jego krtani wyrwał się złośliwy chichot, a ostatnie słowo przeciągnął prowokacyjnie, podkreślając, że mimo swojej wcześniejszej uległości i różnicy wieku, równie wielką satysfakcję czerpał z tego, że Ryan był zdany na jego łaskę, i to on kontrolował przebieg sytuacji. Gdyby w oczach drugiego wyczytał niepokój, czy niezadowolenie, odsunąłby się bez zastanowienia, bo ostatnie czego chciał, to sprawić, by ten poczuł się niekomfortowo, jednak żadna z reakcji Ryana nie wyrażała sprzeciwu, a to jedynie motywowało do dalszego działania. Po jego ciele przeszedł kolejny dreszcz, bo sugestywne słowa drugiego, zaczęły przywoływać kolejne pomysły, wizje, jak mogli umilić sobie czas, jak wiele było przed nimi, jeśli tylko czas im na to pozwoli.
Chciał pokazać Ryanowi na co jeszcze było go stać, udowodnić, że swoje słowa mógł poprzeć czynami. Każdy dotyk był tego świadectwem, każdy kolejny pocałunek zapieczętowaniem składanych obietnic, a znaki pozostawione na nieskazitelnej skórze, miały być przypomnieniem chwil spędzonych razem.
Czuł pod palcami drżenie jego ciała, i napinające się mięśnie. Słyszał nieregularny oddech i ciche westchnienia, które rozpalały jego zmysły, a on sam zaczął pozwalać sobie na więcej, wsuwając swoje udo pomiędzy nogi Ryana, byle znaleźć się jeszcze bliżej, i poczuć, że oboje chcieli siebie równie mocno.
Żałosny jęk, jaki wyrwał się z jego krtani, był następstwem usłyszenia własnego imienia, które wypłynęła z ust Ryana. Brzmiało jak najsłodsza melodia, otulająca jego zmysły, dwie sylaby, które doprowadziły go do istnego szaleństwa i ponownie zdał sobie sprawę, że pragnął więcej, niż to, co mógł im zaoferować właśnie tutaj, a potwierdzeniem tego były kolejne słowa Kima.
— Powiedz mi — wyszeptał równie cicho, wpatrując się w jego oczy, bo wiedział, że właśnie w nich znajdzie zrozumienie. — Powiedz mi, czego nie wypada.
Powrócił do składania pocałunków na jego szyi, do zahaczania zębami o delikatną skórę, go drażnienia się z nim, gdy jego dłonie znalazły się pod jego koszulą, a opuszki palców powoli zaczęły rysować kształty na jego podbrzuszu, a ostanie słowa Ryana jedynie dodały motywacji, wsunął palce za materiał jego spodni, i pociągnął do przodu, mimo, że zmniejszenia dystansu, było fizycznie niemożliwe, a ruch spowodował, że ich ciała otarły się o siebie.
— To groźba, czy obietnica? — zagadnął, unosząc jedną z brwi, a na twarzy pojawił się zadziorny uśmiech, za którym kryło się wyzwanie.
Wiedział, że powinni przestać, bo ich zabawa, przestała być niewinna, ale nie potrafił odmówić sobie przyjemności.
then let me get burned
Ryan, jak przystało na osobę, której myśli zdecydowanie zbyt mocno rozkładały przeszłość na czynniki pierwsze, pamiętał o wiele więcej, niż powinien. Zapamiętywał czasem zupełnie nieznaczące dla innych szczegóły, skupiał się na tonie wypowiedzi, postawie, spojrzeniu czy drobnych zmianach w zachowaniu. Zazwyczaj jednak najmocniej wracał myślami do sytuacji nieprzyjemnych, bardziej stresujących, takich, w których mógł popełnić błąd albo powiedzieć coś nieodpowiedniego. Dlatego tak dobrze pamiętał ich ostrą wymianę zdań na korytarzu wytwórni.
UsuńByłby w stanie bez większego problemu przytoczyć przebieg większości tamtej rozmowy, a raczej kłótni. Pamiętał spojrzenie Junseo, pełne złości, irytacji i czegoś, czego nie potrafił nazwać, nieważne, ile razy wracał do tamtego wydarzenia. Pamiętał, jak Park się do niego przysunął, jak zapędził go pod ścianę, jak nachylił się nad nim i sprawił, że Ryan przez krótką chwilę miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Mógł udawać, że to dla niego było niczym. Ot, nieprzyjemną, ale nic nieznaczącą sytuacją, jakich inni ludzie doświadczali pewnie częściej, niż chciałby przyznać. Mimo wszystko spędził potem wiele godzin na analizowaniu tamtej sytuacji. Zastanawiał się, skąd wzięła się taka reakcja mężczyzny, co właściwie ją wywołało i przede wszystkim - co on sam mógł zrobić inaczej. Wracał do własnych słów, tonu głosu, zachowania, próbując znaleźć moment, w którym wszystko wymknęło się spod kontroli.
Tak, Junseo Park zdecydowanie znalazł sobie miejsce w jego głowie.
Może właśnie dlatego Ryan przywiązał tak dużą wagę do słów wypowiedzianych przy stole na początku imprezy? Nadal zaczepny, ale tym razem nieagresywny charakter ich rozmowy sprawił, że Kim znowu poczuł to dziwne napięcie, które pojawiało się między nimi za każdym razem, kiedy zaczynali się przekomarzać. Zamiast prawdziwej kłótni były drobne zaczepki, kolejne słowne przepychanki i pomniejsze wyzwania, które rzucali sobie nawzajem niemal odruchowo.
I Ryanowi zaczynało się to podobać. Było w tym coś ekscytującego. To oczekiwanie na kolejną odpowiedź, zastanawianie się, czym Junseo go zaskoczy i jak mocno tym razem uda mu się go sprowokować. Jakby obaj nieświadomie sprawdzali, gdzie przebiega granica i ile jeszcze mogą sobie powiedzieć, zanim któreś z nich naprawdę się zirytuje.
Nie rozumiał tego przyciągania. Tym bardziej że jeszcze niedawno bez większego problemu potrafili skoczyć sobie do gardeł o źle postawiony krok w choreografii, a teraz Ryan łapał się na tym, że zwyczajnie czekał na kolejną wymianę zdań.
To spojrzenie, które Junseo właśnie mu rzucił, sprawiło, że Kim ponownie westchnął. To zadowolenie. Satysfakcja z tak drobnej rzeczy, jaką było zapamiętanie jego wcześniejszych słów. Ten ledwie powstrzymywany uśmiech. Wszystko to działało na Ryana bardziej, niż chciałby przyznać. Chciał więcej. Chciał pokazać Junseo, że naprawdę tego wieczoru jego uwaga była skupiona tylko na nim. Nie interesowało go nic innego. Nie ludzie dookoła, nie to, co mogli o nich pomyśleć, nie konsekwencje ani nawet to, jak absurdalnie wyglądała cała ta sytuacja z boku.
Tego wieczoru Junseo Park jeszcze mocniej zadomowił się w jego głowie, tworząc sobie tam przytulny kącik. Kącik, który z każdą kolejną chwilą rozrastał się coraz bardziej, zajmując miejsce, którego Ryan wcale nie planował mu oddawać.
Gdyby tylko wiedział, że działało to również w drugą stronę. Że i on zdecydowanie wyrył się w pamięci Junseo mocniej, niż powinien. Ekstaza byłaby wtedy niemal nie do opisania. Bo właśnie tego Ryan chciał w tej chwili najbardziej. Być zauważonym. Chciał wiedzieć, że jego obecność coś znaczy, że nie jest jedynie kolejną osobą na tej imprezie, którą Junseo zapomni następnego dnia. Chciał zostać mu w głowie choć odrobinę dłużej, niż wypadało.
I chyba właśnie dlatego tak łatwo pozwalał sobie na coraz większe skupienie na Parku. Potrzeba bycia zauważonym, docenionym i zapamiętanym skutecznie przyćmiewała absurd całej sytuacji.
Jeszcze kilka godzin wcześniej Ryan był gotów pokłócić się z nim o źle postawiony krok w choreografii i rozdmuchać go do rozmiarów niemal kosmicznego problemu. Teraz natomiast łapał się na tym, że zależało mu przede wszystkim na tym, by Junseo patrzył właśnie na niego.
UsuńNieczęsto oddawał kontrolę nad sobą innym osobom. Zdecydowanie był typem człowieka, który zwyczajnie tego nie lubił. Chciał mieć pewność, że wszystko będzie przebiegać w rytmie, który sam nada. W całym swoim życiu mógłby spokojnie wyliczyć na palcach jednej ręki, a i tak kilka z nich zostałoby mu w zapasie, momenty, w których postanowił się ugiąć i pozwolić, by to druga osoba przejęła inicjatywę, wyznaczając tempo zamiast niego.
W przypadku Junseo było to jednak niezwykle ekscytujące. Zwłaszcza kiedy wracał myślami do chwil w piwnicy, gdy młodszy z wyraźną chęcią pozwalał mu działać, ufając mu na tyle, by oddać mu dominację. Ryan wciąż pamiętał te momenty aż nazbyt dobrze. Było w nich coś niesamowicie pięknego, właśnie przez tę dobrowolność i zaufanie, które Junseo mu wtedy okazywał. Był przekonany, że widoków z piwnicy jeszcze długo nie zapomni. Prawdopodobnie będą wracać do niego w najbardziej nieoczekiwanych momentach, szczególnie w momentach samotności. Nie miał jednak zamiaru na to narzekać. Wręcz przeciwnie, sama świadomość, że będzie miał do czego wracać, wywoływała na jego ustach lekki, zadowolony uśmiech.
Tak pięknie wypowiedziane słowo hyung i ten chrapliwy chichot sprawiły, że przez ciało blondyna przeszedł kolejny dreszcz, a zaraz za nim fala przyjemnego gorąca. Ta nagła zmiana w zachowaniu Junseo, to, jak bez większego wysiłku potrafił teraz wprawić go w tak silne emocje, była czymś niezwykle fascynującym. Chciał więcej. Zdecydowanie. Chciał zobaczyć, jak daleko Junseo mógłby się posunąć, jak bardzo potrafiłby wytrącić go z równowagi i do czego jeszcze byłby w stanie go doprowadzić. Jeszcze niedawno trudno byłoby mu uwierzyć, że ten sam mężczyzna, z którym potrafił pokłócić się niemal o wszystko, teraz był w stanie jednym słowem i krótkim śmiechem wywołać w nim podobne reakcje.
Kim nie miał jednak najmniejszego zamiaru uciekać. Nie zamierzał nawet ruszyć się chociażby o centymetr. W tej chwili było mu po prostu zbyt przyjemnie, zbyt wygodnie, żeby nagle to przerywać. Nie czuł tego charakterystycznego lęku ani niepewności, które zwykle pojawiały się przy czymś nowym i nieprzewidywalnym. Może była to zasługa alkoholu, może pewności w ruchach Parka, a może po prostu tego, że Ryan po raz pierwszy od dawna nie czuł potrzeby kontrolowania każdej kolejnej sekundy. Chciał się temu poddać. Choć przez chwilę nie analizować, nie zastanawiać się, co będzie później i dokąd właściwie zmierza ta sytuacja. Po prostu zostać dokładnie tam, gdzie był, i pozwolić Junseo decydować, co wydarzy się dalej.
— Bo... mówiłeś też coś o krzyczeniu — szepnął mu do ucha. — Jak to było? Ach tak. Pytałeś mnie, czy tym razem to ja nie chciałbym pokrzyczeć. I może... może bym chciał. — Spojrzał mu prosto w oczy, rzucając mu tym samym niemal wyzwanie. Czuł, jak kolejna fala ciepła rozlewa się po jego ciele, a bliskość Junseo sprawiała, że coraz trudniej było mu zebrać myśli. — Myślę, że mógłbym ci pozwolić na dużo — kontynuował, tym razem nieco mniej pewnie.
Jego myśli szalały. Wyobraźnia podsuwała mu kolejne obrazy tego, co Junseo mógłby z nim zrobić. Miał już mały przedsmak, a jednak jego obecne zachowanie i ponownie narastające między nimi napięcie sprawiały, że Ryan chciał więcej. Chciał przekonać się, dokąd tym razem mogłoby ich to zaprowadzić.
Pragnął jego dłoni na swoim ciele, jego ust i tej bliskości, która jeszcze chwilę wcześniej wydawała mu się tak nieprawdopodobna. Chciał, żeby Junseo był powodem, dla którego całkowicie straci nad sobą kontrolę. Żeby znowu wydobywał z niego kolejne, coraz mniej powściągliwe dźwięki i sprawiał, że na moment zapomni o wszystkim poza nim.
Ciężko było mu myśleć o czymkolwiek innym. Nawet o tak oczywistym fakcie jak znajdowanie się w barze, obok innych osób. Najwidoczniej, Junseo to jednak też nie przeszkadzało.
UsuńNa dłonie sunące po jego nagiej skórze, wyrwało się z niego kolejne stęknięcie. Zacisnął uda na nodze Parka, która bezwstydnie się tam wsunęła. Oddychał szybko, płytko, krótko. Jego ciało znów zrobiło się gorące, policzki czerwone, a oczy błyszczały od nadmiaru emocji. Czuł, że jest na granicy momentu, gdzie powrót byłby możliwy. A przynajmniej łatwiejszy.
Nie ułatwiał, przyciągając go do siebie. Ryan otarł się swoim kroczem o jego udo, starając się stłumić jęk. Nie wyszło mu to jednak zbyt dobrze. Zacisnął dłonie na jego ramionach, łapiąc kolejny głębszy oddech. Przygryzł dolną wargę, a czoło oparł na torsie mężczyzny, tuż przy jego obojczyku. Musiał się uspokoić, wiedział to dobrze, tylko w tym momencie było to tak cholernie trudne.
— Junnie — wyszeptał cicho, ale tak, by ten mógł go usłyszeć bez problemu.
Uniósł na niego spojrzenie, by zaraz zbliżyć się na tyle, by znów połączyć ich usta w namiętnym i spragnionym pocałunku. Chwycił za dłoń w nadgarstku, która spoczywała nadal przy materiale jego spodni, ostrożnie przesuwając ją w dół. Kolejne dreszcze przechodziły jego ciało, tak samo jak świadomość, że to wszystko było niepoprawne.
— Nie możemy — rzucił smutno, nie wierząc, że w tym stanie udało mu się zachować resztki zdrowego rozsądku.
Przeciągnął dłoń młodszego na swoją talie, a potem przesunął swoje wzdłuż jego ramion. Uśmiechnął się czule. Nie chciał, by Junseo poczuł się odepchnięty, bo tak nie było. Wręcz przeciwnie. Najchętniej zaciągnąłby go do łazienki, za bar, do składzika czy w jakiekolwiek inne pomieszczenie, by kontynuować to, co się działo. Nie mógł jednak tego zrobić. Nie ze względu na siebie, a na Junseo. Rynek amerykański był o wiele łaskawszy. Dla niego skończyłoby się to kolejną falą hejtu, utratą obserwujących, ale mógłby się podnieść. Gdyby ktoś jakkolwiek rzuciłby cień podejrzeń po wyjściu z imprezy na Junseo, ten miałby o wiele, wiele gorzej. A z jakiś powodów, których w tym momencie nie zamierzał analizować, nie chciał do tego dopuścić.
— W domu — dodał, składając na jego ustach tym razie delikatniejszy pocałunek. — I obiecuje. Jak tylko będziesz chciał, wrócisz ze mną do domu.
can’t let you burn. Not yet.
Nie lubił wracać myślami do tego pamiętnego dnia w wytwórni, kiedy pozwolił ponieść się emocjom, i wyrzucić całą zgromadzoną w sobie złość na Ryana. Czy do tych chwil spędzonych razem na sali, gdzie napięcie zgromadzone wokół nich, było namacalne, jak te emocje pozostawione między wierszami, niedopowiedzenia, które pozostawały gorzkawy posmak na języku, i uporczywe myśli, z którymi bił się po nocach. Bo kiedy pozwalał sobie na podróż wstecz, czuł narastającą frustrację, ale ta nie była skierowana na Ryana, ale na samego siebie, bo w całej tej swojej złości, nie dominował nim rozpalający od środka gniew, ale ta bezsilność, której źródła nie potrafił odnaleźć.
UsuńW głowie narodziły się kolejne pytania, jak te, dlaczego zwracał uwagę na każdy najmniejszy detal w osobie Ryana, jak to, że marszczył nos gdy się uśmiechał, czy to z jaką otwartością dzielił się swoim życiem z innymi podczas swoich live’ów, a Junseo zdarzyło się je obejrzeć więcej razy, niż odważyłby się przyznać. Czasem odczuwał, że wie więcej niż powinien, te drobne informacje, ciążyły jak sekrety, a ta świadomość powoli zżerała go od środka, przytłaczając jego codzienne życie.
Bo apetyt rósł w miarę jedzenie, im więcej się dowiadywał, tym bardziej pragnął tej wiedzy. Im więcej uśmiechów rozpromieniało jego twarz, tym bardziej chciał poznać, co za nimi stało, a mimo to, dalej wmawiał sobie, że Ryan był mu obojętny.
Dlatego łatwiejszym było o nim nie myśleć, kierować się gniewem, bo przybieranie maski obojętności nie było wystarczające. Musiał go od siebie odstraszyć, nie pozwolić drugiemu podejść zbyt blisko, bo to ziarno, które Ryan zdołał zasiać w jego podświadomości tygodnie temu, kiełkowało pod wpływem jego uwagi po każdym spotkaniu.
I tak też robił, udawał, że drugi nie istnieje, jednak wystarczyło kilka kropli alkoholu, by Junseo obniżył swoją czujność, a w efekcie ta ledwo kiełkująca relacja, zaczęła wypuszczać pędy, które ciężko będzie zignorować. Nawet jeśli o poranku postanowi zapomnieć, i ponownie uciec się do starych zagrywek, już teraz zdawał sobie sprawę, że to będzie niemożliwe, bo piętno tej nocy, odcisnęło się na jego wnętrzu, stawiając pod znakiem zapytania wszystko, co o sobie wiedział.
Czy podobnie będzie w przypadku Ryana? Czy on również dzielił ten sam sentyment, jeśli chodziło o ich wcześniejszą relację, i to w jakim kierunku zmierzała? Bo o ile Junseo został utwierdzony w swoim przekonaniu, że nie byli sobie obojętni tu i teraz, tak dalej nie wiedział, gdzie tak naprawdę miało ich to zaprowadzić. Czy Ryan tak naprawdę chciał, by ta znajomość obrała inne tory, a może odpowiadało mu to, jak było wcześniej, a to był jedynie odbiegający od reguły wyskok. Może takie spotkania były dla niego czymś na porządku dziennym, może pod osłoną nocy pozwalał sobie na więcej, i Junseo nie mógł mu mieć tego za złe - był dorosły, miał pewne prawo robić to, na co tylko miał ochotę, Nie był mu nic winien, więc dlaczego w głowie bruneta ponownie zaczęły pojawiać się te nieznośne pytania, dlaczego zamiast skupiać się na miękkości ust drugiego, i spijanych z nich westchnień, on chciał wiedzieć, czy Ryan dzielił te same obawy.
— Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałbym to usłyszeć — wyszeptał pełen powagi, krzyżując ich spojrzenia. Był pewien, że krzyki Ryana, zdołałyby zagłuszyć jego własne myśli, bo każdy najmniejszy odgłos jaki wydawał, rozbrzmiewał w jego głowie ze zdwojoną siłą. — Wiem, że brzmiałbyś tak pięknie. — dodał, kiedy usłyszał niepewność wkradajacą się do tonu wypowiedzi, bo drżenie w jego głosie miało być spowodowane sunącymi wzdłuż jego ciała dłońmi, a nie obawami, że to co mówi, spotka się z krytyką.
Nie śmiałby powiedzieć złego słowa na to, w jaki sposób Ryan reagował na to wszystko, czego się dopuszczali, bo każda sekunda spędzona w jego objęciach, była niezapomnianym przeżyciem. Był wrażliwy na każdy bodziec, wstrzymywał oddech, kiedy palce Junseo zaciskały się na rozgrzanej skórze, i odpowiadał równie chętnie, kołysząc biodrami, jakby prosił o więcej.
A Junseo był gotów dać mu to, o co by tylko poprosił. Nie pragnął niczego więcej, jak tego, by jego oddech zaczynał się tam, gdzie Ryana kończył, zacierając wszelkie istniejące granice, byle być bliżej, poczuć więcej, połączyć ich w jedno.
UsuńMimo, że na usta cisnęło się to nie wypowiedziane dlaczego, prawdą było, że znał odpowiedź. Rozumiał dlaczego powinni przestać, dlaczego z każdą sekundą robiło się coraz niebezpieczniej, a każdy kolejny krok mógł być tym nieodwracalnym w skutkach. Westchnął cicho, bo mimo, że zdawał sobie z tego sprawę, ta nadzieja na coś więcej została nagle ugaszona, ustępując miejsca zawodowi, na który Kim musiał być przygotowany. W głowie dalej rozbrzmiewało Junnie, permanentnie wpisując się na listę ulubionych słów, jakie dane było mu usłyszeć. W tych kilku literach doszukiwał się więcej, niż tylko czułości, która wypełniła tą wewnętrzną pustkę. A kolejno nadeszła obietnica, wychodząca poza granicę hotelu, otwierając drzwi na coś więcej. Deklaracja, której nie odważyłby się powiedzieć na głos, jednak tak chętnie spijał ją z warg Ryana.Pochylił się do przodu, opierając ich czoła o siebie, dał im kilka, a może kilkanaście sekund na uregulowanie oddechu, czy bicia serca, które jeszcze chwilę temu, było bliskie wyfrunięcia z klatki piersiowej. Swoją dłonią czule pogładził jego policzek, jakby chciał pod opuszkami zapisać rysy jego twarzy, zachować je na później, poczuć pod palcami ciepło, gdy już nie będzie blisko.
— Nie mogę się doczekać. — wyszeptał zgodnie z prawdą, pozwalając sobie na delikatny uśmiech, który sięgnął jego spojrzenia, bo nie musiał udawać, że cieszył się na propozycję, kiedy każdy nerw w jego ciele rozpalał się, gdy tylko o tym pomyślał.
Nie chciał zwiększać dystansu, jednak było to koniecznością. Niechętnie odepchnął się od baru, a jego ciało, centymetr po centymetrze, zalał chłód, jakby własny organizm sprzeciwiał się tej rozłące.
Wiedział, że jedyną szansą, na wyjście z hotelu, było zakończenie imprezy, więc mimo wcześniejszej niechęci, i dalszych obaw związanych z tym, co miało się wydarzyć, gdy już wszyscy zajmą przypisane im miejsca, postanowił nie przeciągać nieuniknionego i podjął decyzję za nich. Pozwolił sobie na ostatni pocałunek, ostatni taniec ich warg, ciche pożegnanie, bo reszta nocy stała pod znakiem zapytania i pociągnął Ryana w kierunku ustawionych na środku sali krzeseł.
the fire in me is still ignited