Hello followers

Hello, followers!

Gossip Girl here.

Your one and only source for the truth behind the scandalous lives of New York's elite. Been a minute. Did you miss me? I know I've missed you.

And who am I? That's one secret I'll never tell.

xoxo, Gossip Girl
New York Seoul

Most followed, spotted, latest tea

Now Spotted

@ari.min

Naczelna imprezowiczka powróciła na Upper East Side... odmieniona? Czy to jakaś nowa moda? A, ile Ci zajmie powrót do starych nawyków? I chłopców?

@tay_blanchard

Alert: konfrontacja roku! Co ma zrobić dziewczyna, której dawna miłość wróciła zza grobu? A druga jest na wyciągnięcie ręki? It's okay to love them both, O. I do.

@dani.song004

D. była widziana przy barze w Itaewon. Sama? Ani trochę.

@welostsunoo

Ktoś zostawił czarną kopertę pod drzwiami czyjegoś domu... W środku? Tylko jedno zdjęcie.

xoxo

Latest Tea

Latest tea

Kiss on a lips party

Impreza, nasi mieszkańcy i szampan. Kto tym razem przekroczy granicę? Już wkrótce!

Zobacz wydarzenie →

New posts, lastest GG post

Latest GG Post

Gossip Girl latest post

Nowe powiadomienie

Czy naprawdę myśleliście, że zniknęłam bez słowa? Och, błagam. Gdy kilka znajomych twarzy nagle wyparowało z nowojorskiej sceny towarzyskiej, ktoś musiał sprawdzić, dokąd prowadzi ich ślad. A wiecie przecież, że moja ciekawość bywa większa niż kolekcja torebek pewnej dziedziczki z Upper East Side... Pamiętacie ją? Nawet jeśli, dzisiaj ledwo przypomina siebie.

Czytaj najnowszy wpis →

the color of my heart is black

Zdjęcie 1
Zdjęcie 2
Kim Seojun

LAT DWADZIEŚCIA CZTERY — MODEL — THE DEVILINSTAGRAM

Od dziecka Seojun wiedział, co chciałby w życiu robić — błyszczeć wśród reflektorów — i to mu zazwyczaj wychodziło najlepiej. Najmłodsze lata spędził w Korei, dorastając w prywatnych szkołach w otoczeniu innych dzieciaków z rodzin chaeboli, gdzie życie zahartowało go na tyle, że nie miał najmniejszych problemów, by odnaleźć się w nowobogackim Upper East Side. Do Nowego Jorku przeprowadził się osiem lat temu, kiedy firma jego ojca postanowiła otworzyć nową filię w Ameryce. Nie martwił się o swoją przyszłość i nie czuł na barkach ciężaru przejęcia biznesowych obowiązków, zostawił te przyjemności dwóm starszym braciom, których momentami było mu nawet szkoda. Najmłodszy z rodzeństwa, rozpieszczany przez matkę, ignorowany przez ojca, wiódł spokojne życie, bo jedyne, czego od niego wymagano, to niezszarganie rodzinnej reputacji.Mógł pić, palić, ćpać, imprezować, rozrabiać, sypiać, z kim chciał — byleby nie było go widać i słychać.
Miał dwanaście lat, gdy matka zaciągnęła go na pierwszą sesję Vogue Korea. Zrobił ich kilkanaście jeszcze jako nastolatek, ale im był starszy, tym bardziej okazywało się, że świat mody to okrutne miejsce, nawet jeśli Twoi starzy mają miliony na koncie. Grał w tę głupią grę chyba dla wrażeń, przekraczania własnych granic, bo przecież nie brakowało mu pieniędzy. 
Rano uśmiechał się, popijając ze przyjaciółmi mimozę na biznesowym brunchu dla znajomych rodziny, a nocami ściągał spodnie przed dobrze postawioną redaktorką naczelną czasopisma, by w następnym tygodniu móc pojawić się na ich okładce. 
Najbardziej lubił właśnie ten seks okładkowy.

39 komentarzy:

  1. [ Kogo moje oczy widzą 👀 hihihi <3 ]

    OdpowiedzUsuń
  2. Aurora Society miało w sobie tę specyficzną atmosferę, mieszaninę prestiżu i nudy. Jakby wszyscy przyszli tutaj nie dla przyjemności, a z obowiązku, zaznaczyć swoją obecność, odhaczyć nazwisko na liście. Wydarzenie pachnące starymi pieniędzmi, zakorzenionymi w pokoleniach, skrupulatnie pielęgnowanymi przez ludzi w idealnie skrojonych garniturach.
    – Jeszcze jeden taki wieczór i przysięgam, że wymienię cię na kogoś, kto naprawdę lubi small talk – mruknął ojciec półgłosem, pochylając się ku niej. Na jego ustach pojawił się ledwo widoczny uśmiech, taki, który ukrywał przed innymi, ale zawsze miał zarezerwowany dla niej.
    Soyoung parsknęła cicho, zerkając na niego kątem oka. – A ty przestań udawać, że tego nie lubisz. To przecież twoje naturalne środowisko, czyż nie? — odpowiedziała, wysuwając rękę spod ramienia Pana Parka.
    – Może i tak – westchnął teatralnie, poprawiając mankiet garnituru. – Ale przynajmniej jedno z nas ma tu jeszcze świeżą energię.
    – Czyli mam cię reprezentować? – spytała, unosząc brew i przejmując od kelnera kieliszek szampana.
    – Zawsze to robisz – odpowiedział krótko, po czym zniknął w tłumie znajomych twarzy, zostawiając ją z satysfakcją na ustach.
    Soyoung została sama, ale wcale nie wyglądała, jakby potrzebowała towarzystwa i wybawienia z opresji. Wsunęła się miękko między ludzi, przywitała z kilkoma znajomymi twarzami, a potem zatrzymała przy jednej z kolumn, obserwując tłum.
    W takich chwilach czuła się jak ryba w wodzie. Każde spojrzenie, które się na niej zatrzymywało, choć na sekundę dłużej, było dla niej jak punkt do kolekcji. Uwielbiała ten subtelny rodzaj władzy, która nie wymagała żadnych słów, tylko pewności siebie i odrobiny uroku osobistego, którego przecież jej nie brakowało.
    I właśnie wtedy jej spojrzenie zatrzymało się na nim, kimkolwiek on był. Nie znała go. To było pewne, w tym świecie łatwo było kojarzyć twarze, nazwiska i powiązania, a on nie należał do nikogo, kogo miała w pamięci. Może dlatego wydał jej się interesujący. Cała reszta jej rówieśników, była jakaś… byle jaka w większości. Do tego Soyoung miała tendencję do szybkiego popadania w nudę, więc grono jej znajomych często ulegało zmianom.
    Garnitur miał skrojony tak, że nawet najbardziej wybredni projektanci nie mieliby do czego się przyczepić, a jednak w jego sposobie bycia było coś, co kontrastowało z całą tą otoczką, brak napięcia, brak chęci przypodobania się. Jakby przyzwyczajony był do tego, że i tak wszystko obraca się wokół niego. Tak jak Soyoung.
    Przechyliła lekko głowę, pozwalając sobie na moment obserwacji. Ostro zarysowana linia żuchwy, ciemne włosy opadające nieco na czoło, spojrzenie, które nawet z tej odległości wydawało się bardziej oceniające niż zaciekawione. Nie wyglądał na kogoś, kto desperacko szukał aprobaty, a to w tym miejscu było rzadkością.
    I wtedy ich spojrzenia się spotkały. Soyoung, unosząc kieliszek, skinęła lekko głową, jakby w niemym toaście, a w kąciku jej ust zatańczył krótki uśmiech. On nie odwrócił wzroku. Nie mrugnął nerwowo, nie udawał, że przygląda się czemuś obok. Po prostu patrzył, jakby mierzył ją w milczeniu, a na jego ustach pojawił się cień czegoś, co mogło być uśmiechem.
    Poczuła znajome ukłucie satysfakcji, wywołując zainteresowanie. Mogła to zignorować i pójść dalej. Mogła. Ale po co? Nawet jeśli większość dziewczyn pewnie wolałaby poczekać, wymusić podejście, zawalczenie o uwagę. Soyoung nigdy nie miała cierpliwości do gier, w których to mężczyźni rozdają karty. Dlatego ruszyła w jego stronę, lekkim, pewnym krokiem.
    – Wyglądasz, jakbyś był tutaj za karę – odezwała się wreszcie, kiedy stanęła przed nim. Ton jej głosu był miękki, ale podszyty rozbawieniem.

    So

    OdpowiedzUsuń
  3. Soyoung nie musiała długo zastanawiać się, co w nim przyciągnęło jej uwagę. W gruncie rzeczy to spokojne spojrzenie, jakby od niechcenia przesuwające się po sali, a jednak zbyt uważne, by mogło być przypadkowe. To wystarczyło, żeby na moment zatrzymała się myślą. W tym towarzystwie, gdzie połowa twarzy wygląda jak z ulotki reklamującej zabiegi chirurgii plastycznej, a druga część jak klon tej pierwszej, coś w nim wyróżniało się wyraźniej niż reszta. Nie było to tylko jego idealnie skrojone ubranie, czy rysy przypominające modela z paryskiego wybiegu. Była w nim cisza, która kontrastowała z całym tym hałasem udawanej elegancji, której większości brakowało. Była w stanie wskazać ludzi, którzy przyszli przypodobać się komuś innemu, lepszym i bogatszym od siebie. Ona nigdy nie musiała tego robić. Dzięki Bogu!
    Zanim jednak zdążyła to głębiej przeanalizować, przerwał jej tok myślenia pytaniem zadanym z rozbawieniem.
    Po czym wnosisz?
    Uśmiech pojawił się na jej ustach w sposób naturalny, niewymuszony. Soyoung lubiła, kiedy ktoś zaczepiał ją w ten sposób, nie wulgarnie, niebanalnie, tylko z lekkim błyskiem wyzwania.
    — Po czym wnoszę? — powtórzyła swobodnie, pozwalając, by w jej głosie zabrzmiała nuta udawanego namysłu. — Po tym, że zamiast udawać zainteresowanie rozmową o kursie akcji albo nowych apartamentach w Gangnam, stoisz tu sam. Jakbyś nie miał najmniejszej ochoty uczestniczyć w tej farsie. — Przechyliła lekko głowę, patrząc na niego tak, jakby właśnie stawiała trafną diagnozę, nawet jeśli nie do końca tak było. Równie dobrze mógł tutaj być w czyimś imieniu, dla kogoś, z kimś. Trochę tak jak ona. Przecież rodzice uwielbiają chwalić się swoimi dziećmi, popisując się które jest lepsze, dostało się na lepsze studia.
    Soyoung przyjęła jego łokieć bez cienia wahania, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. W końcu całe życie obracała się pośród mężczyzn, którzy wyciągali ręce, przekonani, że świat obróci się wokół ich jednego skinienia palca.
    — A teraz będziemy spacerować po sali i udawać, że jest nam tu cudownie. Definicja luksusowej nudy. — odezwała się ruszając u jego boku. Jej usta jednocześnie układały się w piękny, niemal serdeczny uśmiech, gdy mijał ich ktoś znajomy.
    Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na kelnerze niosącym tacę z kolejnymi kieliszkami wypełnionymi bbelkami, po czym wróciło do niego. Dała się prowadzić przez salę i zebranych gości.
    — To miejsce jest jak teatr, w którym wszyscy dostali tą samą rolę i tylko nieliczni improwizują, a to właśnie ci są najbardziej interesujący. — Jej głos zabrzmiał lekko, niemal figlarnie, ale oczy przesuwały się po sali z tym samym wyrazem. Soyoung celowo zostawiła tę dwuznaczność do przetrawienia. Nie była kolejną dziewczyną, którą można oczarować kilkoma bon motami i uśmiechem.
    Spojrzała na niego kątem oka, zatrzymując wzrok może odrobinę dłużej niż wypadało.
    — Więc? — odezwała się ponownie, unosząc brew z udawaną ciekawością. — Do której kategorii mam cię dopisać? Możesz też zacząć od imienia.
    Pytanie nie miało jednej dobrej odpowiedzi. Nikt nigdy nie był taki lub taki, pomiędzy bielą i czernią jest wiele szarości. Była ciekawa jak wiele miał jej w sobie.

    Sojcia
    [Jakby coś to na moim lapku nie da się wcisnąć "ą" bez "kopiuj i wklej", więc mogą gdzieś być dziwne błędy, sooorkiiii <3 ]

    OdpowiedzUsuń
  4. Parsknęła lekkim, dźwięcznym śmiechem, przysłaniając usta dłonią, gdy płynnie odbił piłeczkę zainteresowania otaczającymi ich tematami. Bez zawahania przejęła kieliszek, który podał jej Seojun. Smukłe palce otuliły szkło niemal ceremonialnie, jakby przyjmowała dar w starym rytuale. Uniosła kieliszek do ust i upiła delikatny łyk, dokładnie tyle, by czerwone wino rozlało się smakiem po języku, ale nie zaćmiło. Potem, zamiast od razu coś powiedzieć, pozwoliła, by ta cisza stała się części odpowiedzi.
    — Park Soyoung — odpowiedziała wreszcie, tonem lekkim, ale z pewności kogoś, kto dobrze wie, jak zaciekawić swojego rozmówcę.
    Jej nazwisko można było kojarzyć bądź nie. Soyoung znała swoją wartość i wartość swojej rodziny i choć potrafiła być dumna, nie zakładała z marszu, że każdy ich rozpoznaje. Nie ją, nie Soyoung. Większość znała obrzydliwie drogie, szklane słoiczki z tłoczoną nazwą firmy jej ojca, marką, która odważnie atakowała rynek. Lub eleganckie kliniki medycyny estetycznej poprawiającej wszystko to, czego nie ratuje makijaż.
    Kącik jej ust drgnął subtelnie, gdy opuściła kieliszek. Przyglądała mu się jeszcze przez moment, jakby ważyła jego wcześniejsze słowa.
    — Nie wyglądam na buntowniczkę? — powtórzyła, unosząc lekko brew. — To dobrze. Nigdy nie przepadałam za oczywistymi etykietami. Chociaż muszę przyznać, że nikt tak pięknie nie buntuje się, jak ktoś, kto na pierwszy rzut oka wygląda na idealnie grzecznego.
    Przesunęła wzrokiem po sali, sztywne sylwetki, kurtuazyjne rozmowy, wszystko zgodnie z protokołem. Pozwoliła jednak, by zaraz jej spojrzenie wróciło do niego i zatrzymało się na nim nieco dłużej.
    — A jeśli chodzi o ciężki los dziedziczki — mruknęła tonem sugerującym lekki dystans do samej siebie — to nie martw się, nie zamierzam skarżyć się nikomu w kącie o tym, że ktoś musiał mi kupić kolejną parę butów, żeby osłodzić mi życie.
    Lubiła pieniądze, które regularnie pojawiały się na jej koncie, czy to te, na które zapracowała sama, czy te, które spływały od ojca. Nie miała zamiaru udawać, że nie lubi otaczających ją dóbr i luksusu tylko i wyłącznie dlatego, by inni poczuli się lepiej ze swoim losem. Nie chełpiła się tym bezmyślnie na prawo i lewo, nie szastała pieniędzmi bez pomyślunku, ale też nie była przesadną oszczędną hieną.
    Soyoung lekko uniosła brodę, pozwalając, by jej uśmiech pozostał zawieszony gdzieś między zaczepką, a uznaniem.
    — Poza tym — dodała, unosząc nieco kieliszek — o ile się nie mylę, tobie również łatwo przypisują etykiety. — Zmrużyła nieco oczy. — Czasem mam wrażenie, że ludzie rozpoznają nas szybciej niż my sami siebie.
    Kojarzyła go, jego twarz przewinęła się przez jej palce, nie pamiętała dokładnie, na okładce którego czasopisma go widziała, ale widziała. I z tego co pamiętała, któraś z jej uczelnianych koleżanek wzdychała do tejże okładki.
    — Przewietrzmy się, ponoć mają całkiem niezłe ogrody. — zaproponowała wysuwając dłoń spod jego ramienia i nie oglądając się za siebie, ruszyła we wskazanym kierunku.

    So

    OdpowiedzUsuń
  5. [Mi odpowiada ta nutka tajemnicy wokół tego jachtu. Nikt się nigdy (chociaż…?) nie dowie, co się wydarzyło naprawdę. 😈 Dla Gabriela nie planuje miłego powrotu, ale ja tu zamierzam się bardzo dobrze bawić. 😌]

    G.

    OdpowiedzUsuń
  6. [Oni muszą zawrzeć jakiś pakt, cokolwiek. Albo muszą się upić, bo oboje na trzeźwo tego nie przetrawią.
    Call me, baby 💋]
    O.

    OdpowiedzUsuń
  7. Powrót był ciężki, nie spodziewała się, że tak wiele może się zdarzyć w tak krótkim czasie, chociaż dziwić się nie powinna. Życie Octavii, choć dla wielu było idealne, dla niej przez ostatnie kilka lat było pasmem porażek. Począwszy od cholernego zakochania się w Jacksonie Howardzie, poprzez ratowanie tego związku, który od początku był spisany na porażkę, doliczając do tego jeszcze nieplanowaną ciążę, kończąc na jego śmierci. Śmierci.
    Na samo wspomnienie tamtego wieczoru, kręciło jej się w głowie. Robiło się na przemian zimno i gorąco. Tak naprawdę, to niewiele pamięta z tamtego okresu. Cały ten czas był jak przez mgłę, a ostatni rok chciała wymazać z pamięci. I można powiedzieć, że tak też zrobiła.
    Rok spędzony w Europie podniósł ją nieco z tego bagna, w którym się znalazła. Terapia w jakiś sposób pomogła uporać się ze wszystkim traumami, choć wiedziała, że powinna poświęcić jej więcej czasu, aby wyleczyć się z tego wszystkiego. Terapeutka mówiła, że po prostu musi dać sobie czas i nie odpuszczać. Że w końcu nadejdzie ten moment, kiedy poczuje spokój, którego tak bardzo pragnęła.

    Powrót do Nowego Jorku rozdrapać zabliźnione rany, a może raczej to ona sama je rozdrapała. Octavia chyba bardzo lubiła ten rodzaj autodestrukcji. Robiła to za każdym razem, gdy wyjeżdżała z miasta i do niego wracała. To samo było z Jacksonem, pozwalała mu się ranić, pozwalała się wykorzystywać i pozwalała za każdym razem do siebie wracać, choć bardzo dobrze wiedziała, że nie powinna. Nie umiała jednak znaleźć w sobie na tyle siły, by postawić mu jasno granice, odgrodzić się od niego murem, zacząć coś na nowo i być szczęśliwą.
    Aż przyszedł dzień, kiedy on zniknął. Raz na zawsze, tak sądziła.
    Jackson jednak nie odchodził. Na początku nawiedzał ją w snach. To była słodka tortura, która pojawiała się co noc. Śniły jej się te wszystkie momenty, które razem spędzili. Marzyłam by choć jeszcze jeden raz go zobaczyć, dotknąć czy pocałować. Usłyszeć głos i zobaczyć te niebezpieczne iskierki, które kryły się w jego spojrzeniu.
    Z czasem zaczął pojawiać się rzadziej w snach. Pogodziła się, że może w jakiś sposób przygotowuje ją do swojego odejścia, robi jej miejsce, by zaczęła budować coś na nowo. Może tak miało być.
    Kiedy pojawiła się w Nowym Jorku, spodziewała się wszystkiego, ale nie takiego obrotu sprawy.
    Media huczały. Gazety rozpisywały się o tym, co właśnie miało miejsce w Pearl Yachts. Wszyscy czekali, aby zobaczyć jego zdjęcie, zobaczyć, że żyje i ma się świetnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Telefon zawibrował, dając jej znać o nowej wiadomości. Odblokowała urządzenie, przesuwając spojrzeniem po treści wiadomości. Uśmiechnęła się nawet, bo choć jej znajomość z Seojunem nie była jakaś wybitna, to był chyba jedną z niewielu osób w Nowym Jorku, który miałby jej za złe, że wyjechała bez słowa.
      Odpisała krótko i zwięźle, że data i miejsce jej pasują.
      Empirw było jednym z ulubionych i bardzo popularnych miejsc wśród nowojorskiej elity. Nie każdy miał okazję zarezerwować tu stolik, by spędzić miły wieczór. Niektórzy mieli swoje dojścia, by jednak to miejsce zdobyć bez większego problemu.
      Czarna sukienka leżała idealnie. Była dopasowana do jej ciała w każdym calu. Podkreślała jej kształty, ale w żaden sposób nie było to wyzywające. Czarne szpilki i złote dodatki dopełniały całości. Włosy wyprostowała, pozwalając im swobodnie opadać na jej ramiona. Usta podkreśliła czerwoną szminką. Ostatni raz spojrzała na swoje odbicie w lustrze, po czym ruszyła na spotkanie z Seojunem.

      — Jestem umówiona z Panem Kim — powiedziała z uśmiechem do pracownika restauracji, który stał przy wejściu do restauracji, odbierając rezerwację stolików. Wysoki brunet, nawet całkiem przystojny, posłał jej uśmiech, kiwając głową.
      — Zapraszam. Zaprowadzę panią do stolika — powiedział, ruszając przed siebie.
      Och stolik znajdował się w rogu sali, znacznie odsunięty od reszty, tak by mieli spokój od innych klientów. Zauważyła go już od pierwszej chwili, jak siedział przy stole, popijając whisky z lodem.
      — Zapraszam. Za chwilę przyniosę państwu karty — kelner odsunął krzesło przed Octavia, na co ona odpowiedziała mu uśmiechem.
      — Seojun. Minęło trochę czasu — powiedziała, siadając tuż przed nim. Uśmiechnęła się, zakładając pod stołem nogę na nogę.
      — Dla mnie to samo, co pije mój przyjaciel. Najlepiej niech pan przyniesie pełną butelkę — poprosiła, zanim kelner zniknął z ich pola widzenia.
      — Jak życie? Chyba się trochę wszystko pokomplikowało, prawda? — zapytała, nie kryjąc ironii w głosie. Bo podejrzewała, że Kim już o wszystkim wie. I zapewne jest wkurwiony jak jeszcze nigdy.
      O.

      Usuń
  8. Drzwi gabinetu zamknęły się za Jacksonem z cichym, głuchym kliknięciem.
    Rozmowa telefoniczna, która zajęła mu zbyt wiele czasu, skończyła się zaledwie kilkanaście sekund wcześniej. Ostatnie instrukcje dla zarządu, podpis pod jednym dokumentem rzuconym niemal odruchowo jeszcze w sekretariacie, szybkie spojrzenie na zegarek. Dzień nie zwalniał ani na moment odkąd otrzymał wiadomość o zawale ojca. Cała firma stawała na rzęsach, aby niespodziewana śmierć prezesa nie wywoła żadnych poważnych zachwiań. Nawet jeśli wszystko było starannie opracowane na taką sytuację, wciąż był to wymagający moment.
    Dopiero, gdy uniósł wzrok znad teczki, zorientował się, że nie jest sam.
    Na skórzanym fotelu, w miejscu przeznaczonym dla klientów, siedział Seojun.
    Nieruchomy, nie licząc lekkiego ruchu nadgarstkiem mieszającym alkohol w szklance, którą trzymał.
    Na stoliku między fotelami stała druga szklanka, w której dwie kostki lodu powoli się topiły.
    Zaskoczenie przemknęło przez jego twarz tak szybko, że równie dobrze mogło być złudzeniem. Natomiast wewnątrz to zaskoczenie przeobrażało się w lekką panikę.
    Śmierć ojca była nagła, nikt nie spodziewał się, że Robert Howard dokona żywota. Jackson bardzo szybko musiał się spakować i znaleźć w Nowym Jorku. Wiedział, że to wywoła ogromną burzę i lawinę pytań, na które odpowiedzi nie zdążył przygotować. Zresztą domyślał się, że osobom takim jak Seojun, krótkie przepraszam nie wystarczy.
    — No proszę… — odezwał się w końcu, zamykając za sobą drzwi. Kącik jego ust drgnął lekko ku górze na widok przyjaciela. Chyba póki go nie zobaczył na żywo, nie był do końca pewny, jak bardzo brakowało mu tej twarzy. — Nie wiedziałem, że sekretarka zaczęła tu wpuszczać ludzi bez zapowiedzi. — Nawet jeśl miał świadomość, że tym razem to on zjebał po całości i Seojun miał całe prawo, by się na niego obrażać, nie potrafił i nie chciał przybierać sztucznie grzecznego tonu. Nie tak załatwiali sprawy między sobą.
    Odłożył teczkę na biurko i dopiero teraz przyjrzał się przyjacielowi uważniej.
    Wyglądał… inaczej.
    Nie chodziło o cienie pod oczami ani o nieco dłuższe włosy. Coś w nim po prostu zgasło Zniknęła ta nieustanna iskra , która zwykle pojawiała się w spojrzeniu, ilekroć któryś z nich wpadał na kolejny idiotyczny pomysł. To coś było nieprzyjemne. Ciężkie.
    Jackson westchnął cicho, podchodząc do stolika.
    — Dalej pijesz moją whisky bez pytania?
    Dopiero wtedy sięgnął po drugą szklankę. Obrócił ją lekko w dłoni, obserwując bursztynowy płyn.
    Usiadł naprzeciwko. Tak jak robili to kiedyś, gdy po zamknięciu biura potrafili siedzieć do trzeciej nad ranem, planując kolejne wyjazdy, imprezy, zakłady…
    Upił łyk. Nie pił teraz zbyt wiele, czysta głowa pozwalała mu pozostać pod kontrolą, dlatego gardło zapiekło go mocniej niż niegdyś, ale postarał się nie skrzywić.
    — Powinienem zgadywać jak się dowiedziałeś?
    Cisza.
    Jackson uniósł brew.
    — Chcesz mi przywalić? Mam cię prosić na kolanach o wybaczenie? Napisać Ci wiersz? — wymieniał chcąc wywołać jakąkolwiek reakcję, do której będzie mógł się odnieść, bo Seojun zawsze rzucał kąśliwą uwagę. Wyśmiewał jego koszulę, samochody, dziewczynę wychodzącą o świecie z penthous’a. Potrafili obrażać się przez godzinę, dwie, dzień, a potem kończyć go w nowojorskim klubie jak gdyby nigdy nic.
    Westchnął kolejny raz, ciężej. Ramiona nieco mu opadły, mina stężała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Rozumiem, że jesteś wkurwiony.
      Nie oczekiwał zaprzeczenia. Po prostu… w jego głowie, w przypadku Seojuna, wyglądało to nieco inaczej
      Miał przyjść do Seojuna, ten rzuciłby kilka soczystych przekleństw, może rzeczywiście wyprowadziłby jeden cios, żeby wyrównać rachunki. Potem usiedli by przy drinku i, prędzej czy później, wszystko zaczęłoby wracać na swoje miejsce.
      Przecież znali się zbyt długo. Przeszyli zbyt wiele razem Wyciągali się nawzajem z klubowych szarpanin i łóżek, z których rano obaj woleliby zniknąć Jackson nie od razu odbierał telefon o czwartej nad ranem tylko dlatego, że Seojun chciał dręczyć jakiegoś małolata, który krzywo na niego spojrzał. Seojun z kolei wynosił go z imprez, kiedy tracił kontakt z rzeczywistością.
      Byli młodzi.
      Głupi.
      I głęboko przekonani, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać.
      Dlatego Jackson naprawdę wierzył, że jego zniknięcie będzie dla przyjaciela jedynie kolejnym ciosem, który ten z czasem przetrawi.
      Bo Seojun zawsze sobie radził.
      W to przynajmniej chciał wierzyć.

      Usuń
  9. Jackson nie odezwał się od razu.
    Słowa Seojuna nie wywołały w nim złości. Nie uruchomiły tej znajomej potrzeby odbicia piłeczki, rzucenia kąśliwej uwagi, czy schowania się za uśmiechem, który przez lata skutecznie odwracał uwagę od wszystkiego, czego nie chciał pokazywać światu.
    Gabinet, jeszcze przed chwilą wydający się absurdalnie przestronny, nagle zrobił się ciasny. Ciężki od spojrzenia siedzącego naprzeciwko niego. Jackson nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie, a przynajmniej nigdy on nie był tego powodem. I nie chodziło tylko o gniew, z nim umiał sobie poradzić. Gniew był prosty. Krzyczał, trzaskał drzwiami. zostawiał siniaki na szczęce i rozbite szklanki na podłodze.
    To, co teraz siedziało w oczach Seojuna wyglądało mu na… poczucie zdrady. Okrutne, obrzydliwe rozczarowanie.
    Jackson odwrócił wzrok.
    — Naprawdę sądzisz, że taki miałem plan? — zapytał w końcu. Nie brzmiał już prowokująco. Brzmiał… zwyczajnie. Zmęczenie, którego przez ostatnie minuty nie dopuszczał uparcie do głosu, osiadło gdzieś nisko, między urywanymi oddechami.
    — Tamtej nocy kompletnie nie kontrolowałem tego ile brałem… — urwał jakby myślami wrócił do tamtego wieczoru.
    Migawki.
    Światła.
    Śmiech.
    Smugi rozmazanych twarzy, czyjeś dłonie…
    — Szczerze to niewiele pamiętam z tamtej imprezy. — przyznał po czym wypił na raz zawartość szklanki. Nim ją odstawił, chwilę obracał ją nerwowo w dłoniach jakby powrót myślami do tego co było później, był fizycznie trudny.
    — Ocknąłem się w klinice, parę dni później i pierwsze co zobaczyłem to twarz mojego ojca. — Kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie. Nie był to uśmiech. Raczej gorzki odruch człowieka, którego bawi własna naiwność. — Nigdy skurwiela nie widziałem tak… sam nie wiem, spokojnego jakby czekał właśnie na tą chwilę od lat. — wzruszył ramionami jakby to miało ułatwić mu pozbycie się napięcia z głosu.
    — Sam byłem kurewsko przerażony. Serio nigdy nie sądziłem, że którykolwiek z nas może od tego gówna odjechać. — Na moment zacisnął powieki i wziął głębszy oddech, szykując się przed dalszą częścią. — Powiedział, że mam dwa wyjścia, albo wyjeżdżam i poddaje się terapii i odwykowi, albo wracam, dokładnie tam, skąd mnie wyciągnęli i mam radzić sobie sam. — wyjaśniał. Choć nigdy nie brał ojca w stu procentach na poważnie, wtedy czuł, że mężczyzna nie żartuje i odetnie go od wszystkiego. A co jak co, Howard jednej rzeczy bał się bardziej niż śmierci, utraty statusu. — Nie chciałem się odcinać, ale nie dał mi za wiele pola manewru. Tłumaczył, że jeśli zostawię sobie choć jeden punkt zaczepienia, to finalnie i tak wrócę do punktu wyjścia. To tyle. Ot cała tajemnica. — Nie dodawał już, że nie planował jeszcze wracać, że bał się powrotu z tych powodów co podawał mu ojciec. A to jaki stał się w Szwajcarii, przypadło mu do gustu. Lubił tą wersję siebie, nawet jeśli była ona świadoma swoich błędów.

    J. 👀

    OdpowiedzUsuń
  10. Zaciągnęła się gęstym dymem z wręczonego jej papierosa. Odwróciła głowę, pozwalając spojrzeniu powędrować ku niemu, gdy właśnie z wyjątkową swobodą wypuszczał w nocne powietrze smugę dymu. Ciepłe światło ogrodowych lamp miękko rysowało linię jego szczęki, a wiatr poruszał pojedynczymi kosmykami włosów.
    Nie wyglądał na człowieka, który często sięga do przeszłości.
    Kącik jej ust uniósł się ledwie zauważalnie.
    — To bardzo odważne zakładać, że pamiętam wszystkich chłopców z imprez sprzed niemal dziesięciu lat.
    Głos miała miękki, niemal aksamitny, ale pod spodem wyraźnie pobrzmiewało rozbawienie. Powoli odebrała od niego kieliszek, przesuwając opuszkami palców po chłodnym szkle. Nie spieszyła się z odpowiedzią. Nigdy nie pozwalała sobie na pośpiech.
    — Chociaż… — Spojrzała przed siebie na alejkę różaną, strzepując nadmiar popiołu z papierosa. — Coś mi faktycznie świta.
    Westchnęła cicho, jakby próbowała odkurzyć wspomnienie, którego dawno nie używała.
    — Pamiętam krzyki. Jakiś skandal. Pamiętam, że matka próbowała zasłonić mi oczy, jakby kilkunastoletnia dziewczyna nie potrafiła domyślić się, dlaczego żona spoliczkowała właśnie swojego męża.
    Krótki śmiech wyrwał się spomiędzy jej warg. Jej matka była mocno zniesmaczona, przez resztę wieczoru powtarzając, że jak tak można prywatne sprawy załatwiać na forum.
    — A potem rzeczywiście był dach.
    Odwróciła się nieco w jego stronę, szpilki dalej cicho stukały na ścieżce którą szli.
    — I basen. — Wymieniała, patrząc już wyłącznie na niego. — I chłopak, który uparcie twierdził, że skok z pergoli do wody jest świetnym pomysłem.
    Na jej twarzy pojawił się szerszy, rozbawiony uśmiech. Znów wsunęła papierosa pomiędzy równo umalowane wargi i zaciągnęła się kolejną porcją dymu.
    — Oh, więc jeśli to rzeczywiście ty — urwała, jakby dopiero teraz ułożyła sobie wszystko w całość — to chyba jesteś winien mi przeprosiny. — Dodała unosząc lekko brew, ciekawa, czy pamiętał więcej szczegółów z tamtego wieczora, czy tylko zarys tego co robili.

    Soyoung 😘

    OdpowiedzUsuń
  11. Każde z nich, podczas tamtej imprezy, był zupełnie kimś innym. Kiedy nadszedł koniec tego pamiętnego spotkania, opuszczali salę, będąc już zupełnie kimś innym. Tamto wydarzenie odcisnęło na każdym piętno. Każdy chciał sobie z tym poradzić na swój sposób.
    Tamten rok był najgorszym w jej życiu. Najczarniejszym. Chyba też dotknęła dna, a odbicie się od niego było najtrudniejszą rzeczą, jaką przyszło jej zrobić. W końcu jednak jakoś się udało - pomógł zdecydowanie wyjazd, terapia i poukładanie tego wszystkiego. Wracając tu, do Nowego Jorku, miała w planach zacząć jakoś od nowa. Odciąć wszystko, co miało miejsce, grubą kreską. Jak widać, jednak życie miało dla niej inne plany. Które wszystko pokrzyżowały.
    Kiedy kelner przyniósł im karty, Octavia spojrzała wręcz ze znudzeniem na pozycję, które proponowała restauracja. Słuchała uważnie swojego towarzysza. Złapała się na tym, że naprawdę nie byli już tymi samymi ludźmi, co dwanaście miesięcy temu.
    Nie przyjaźnili się nigdzie ich znajomość polegała na tolerancji siebie nawzajem, wymianie uprzejmości, czasami wbicie jakiejś szpileczki. Ot, tyle i aż, jeśli można tak powiedzieć.
    Teraz jednak stali na zupełnie innej płaszczyźnie. Ramię w ramię, oboje zranieni do granic możliwości, oboje wkurwienj na wszystko, co się wokół działo.
    — Zemścić — podchwyciła, unosząc w górę jedną brew. Jej spojrzenie znowu spoczęło na karcie z daniami, ale totalnie nie miała pojęcia, na co ma ochotę.
    — Cóż Seojun, to będzie nieco ciężkie — powiedziała, odkładając kartę na stolik. Chwyciła szklankę z alkoholem, upijając łyk.
    — Tak naprawdę jest niewiele, co mogłoby go doszczętnie zniszczyć. Kiedyś jeszcze moglibyśmy udać, że mamy jakiś romans, to wkurwiłoby go do bólu, teraz jednak, już się ze mnie wyleczył, jeśli tak to mogę nazwać — uśmiechnęła się ironicznie, spoglądając na bursztynowy płyn w szklance.
    — Jedyna, prawdziwą i stałą miłość w jego życiu to jacht i firma. Zawsze tak było. Nic więcej go nie obchodzi. Chyba tu musisz uderzyć — rzuciła, spoglądając na ciemnowłosego.
    — Nie wiem jak Ty, ale ja jestem wkurwiona jak jeszcze nigdy.
    O

    OdpowiedzUsuń
  12. Krótki śmiech wymknął się spomiędzy jej warg, cichy i miękki, niemal zagubiony gdzieś pomiędzy zapachem róż a dymem papierosa unoszącym się leniwie nad alejką.
    Nie spodziewała się tego.
    Większość mężczyzn próbowała jej zaimponować. Mówili za dużo, śmiali się za głośno albo desperacko szukali okazji, by udowodnić, że są zabawniejsi, inteligentniejsi czy bardziej interesujący od wszystkich wokół.
    Seojun… po prostu dotrzymywał jej kroku.
    I chyba dlatego wydał jej się ciekawy, a rozmowa płynęła jej z taką lekkością.
    Odwróciła głowę w jego stronę. Światło ogrodowych lamp miękko osiadało na ciemnym materiale marynarki, a kieliszek w jego dłoni błyszczał przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu nadgarstka. Niemal z porównywalną intensywnością co jego ciemne oczy, do których wpadały kosmyki grzywki.
    Wyglądał dobrze.
    To stwierdzenie pojawiło się w jej głowie z tą samą naturalnością, z jaką zauważała dobrze skrojony garnitur, czy perfekcyjnie zaprojektowane wnętrze. Lubiła rzeczy estetyczne. Ludzi również.
    Nie zatrzymała jednak tej myśli na dłużej.
    — Och? — Uniosła lekko brew, pozwalając, by na jej twarzy zagościł uśmiech balansujący gdzieś pomiędzy niewinnością, a szczerym rozbawieniem.
    — Byłam po prostu bardzo dobroduszna. — Wzruszyła ramieniem z udawaną powagą, po czym ponownie uniosła papierosa do ust. — Nie mogłam przecież pozwolić, żebyś skompromitował się przed całą grupą nowych znajomych. — Zaśmiała się cicho. Nie był to śmiech wymuszony, czy kokieteryjny. Raczej szczery, swobodny, który ku jej własnemu zaskoczeniu, przychodził jej z łatwością odkąd znaleźli się sam na sam.
    Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu. Nie chłopcu, którego pamiętała z rozmytych wspomnień sprzed lat, ale młodemu mężczyźnie stojącemu obok niej. Pewnemu siebie, który niczego nie próbował jej udowadniać.
    To było… odświeżające.
    — Chociaż… — przechyliła lekko głowę — muszę przyznać, że całkiem dobrze radzisz sobie z bronieniem własnej wersji wydarzeń. — Zauważyła. — Zaczynam nawet wierzyć, że naprawdę niczego mi nie ukradłeś. — Przyznała.
    Cóż, nawet te kilka lat temu był kimś, kto przykuwał uwagę. Różnica leżała w tym, że rysy jego twarzy były nieco bardziej miękkie, a oczy figlarniejsze. A skradziony pocałunek faktycznie przypadł jej do gustu. Później nawet kilkukrotnie go wspominała. Pozwoliła sobie nawet, teraz, zerknąć na jego wargi, jakby w ramach przypomnienia tamtego wrażenia.
    Uśmiechnęła się.
    Szczerze.
    Tak, że przez krótką chwilę wyglądała niemal dziewczęco. Jednak w ciemnych oczach błysnęło coś, co zupełnie nie pasowało do tej niewinności. Jakby za tym spokojnym uśmiechem kryło się jeszcze jedno zdanie, którego świadomie nie wypowiedziała.
    Dopiła resztkę szampana, po czym odstawiła pusty kieliszek na ławkę, którą właśnie mijali. Szkło cicho stuknęło o chłodne drewno, ginąc wśród odległych dźwięków muzyki dochodzącej z wnętrza posiadłości.
    — Chodź.
    Powiedziała to lekko.
    Naturalnie.
    Jakby w ogóle nie przyszło jej do głowy, że mógłby odmówić.
    Wyciągnęła dłoń i chwyciła go za mankiet marynarki, niecierpliwie pociągając, jakby nagle zamieniła się miejscami z małą kapryśną dziewczynką, która nie znosi czekać. Zahaczyła opuszkami palców o materiał, muskając go ledwie przez sekundę po wierzchu dłoni. Krótki, ledwie wyczuwalny kontakt. Na tyle subtelny, że równie dobrze mógłby uchodzić za przypadek. Ale Soyoung nigdy nie robiła niczego przypadkiem.
    Puściła go po kilku krokach.
    Zatrzymała się przy rozwidleniu alejek, gdzie kamienne schodki prowadziły w dół, lekko skręcając poza zasięg ich wzroku. Tam znajdowały się długie piwniczki.
    — Tak się składa, że kiedyś już tu byłam, a właściciel kolekcjonuje francuskie roczniki win.

    stolen by you, So

    OdpowiedzUsuń
  13. Czuła ciężar jego dłoni jeszcze zanim zdążyła na nią spojrzeć.
    Zamknął się wokół jej drobnych palców z taką naturalnością, jakby było to jedynie logiczną konsekwencją ich rozowy. Jakby od chwili, w której opuścili główną salę stowarzyszenia, żadne z nich nie miało już potrzeby udawać przed drugim przesadnej powściągliwości.
    Spojrzała w dół.
    Ich dłonie wyglądały niemal absurdalnie. Jego smukła, wyraźnie większa, o długich palcach i lekko zarysowanych żyłach na grzbiecie. Jej niemal ginąca w jego uścisku.
    Przez jedną, krótką chwilę przemknęła jej przez głowę myśl, że powinna ją cofnąć. Nie dlatego, że chciała. Dlatego, że tak wypadało.
    Uśmiechnęła się pod nosem.
    Od kiedy właściwie zaczęła przejmować się tym, co wypada?
    Zamiast wyplątać palce, przesunęła je odrobinę głębiej. Gest był niewielki, niemal niezauważalny, ale wystarczający, by jego dłoń mogła zamknąć się na niej swobodniej.
    Kamienne schody prowadziły coraz niżej, a wraz z każdym kolejnym stopniem, muzyka i gwar spotkania stawały się coraz odleglejsze.
    Dwuskrzydłowe, drewniane drzwi były otwarte jakby właściciel nie spodziewał się, że ktokolwiek okaże się na tyle bezczelnym, aby zaglądać tutaj bez zaproszenia. Sęk w tym, że Soyoung nigdy nie potrzebowała specjalnego zaproszenia, by zajrzeć tam gdzie akurat chciała zaglądać.
    Pierwsze, co poczuła po przekroczeniu progu piwniczki, nie był zapach wina. Było nim drewno. Stare, ciemne dębowe regały oddawały do powietrza subtelną woń, wymieszaną z wilgotnym wapieniem i korkiem, który przez lata nasiąknął aromatem dojrzewających roczników. Nie było tu nic ostentacyjnego. Żadnych złotych zdobień, kryształowych gablot ani prób epatowania majątkiem. I właśnie dlatego spodobało jej się troszkę bardziej niż cała sala balowa, bo zostało stworzone z wyjątkową intencją.
    Powoli wysunęła dłoń z jego uścisku. Minęła go spokojnym krokiem, sunąc opuszkami palców po kolejnych szyjkach butelek, a znajome nazwy pojawiały się jedna po drugiej niczym nazwiska dawnych znajomych.
    Margaux. Pommard. Barolo…
    Zatrzymała się dopiero przy butelce o lekko pożółkłej etykiecie. Przechyliła głowę odczytując nazwę.
    — Château d'Yquem. — Słowa zabrzmiały cicho. Zerknęła przez ramię na Seojuna. — Mój nauczyciel enologii twierdził, że to jedno z niewielu win, które powstaje dzięki temu, co większość ludzi uznałoby za wadę. — Delikatnie przesunęła kciukiem po etykiecie. Ojciec zapisywał ją na wiele, równie ekscentrycznych, lekcji. Nie po to, by zaszczepić w niej więcej pasji, a po to, aby z każdym potrafiła złapać wspólny język i przekonać go do swojej osoby. — Szlachetna pleśń. Botrytis cinerea… — Zmarszczyła nosek. — Nie brzmi zbyt romantycznie. — Zaśmiała się krótko. — A jednak bez niej to wino nigdy nie osiągnęłoby swojego charakteru. — Odsunęła się krok w tył. — Lubiłam tę historię. Przypomina, że czasem to, co wymyka się spod kontroli, nie psuje wszystkiego.
    Nie ciągnęła tej myśli. Nie miała w zwyczaju tłumaczyć własnych metafor. Jeśli ktoś chciał je dostrzec, dostrzegał. Jeśli nie… Cóż. Świat również się nie zatrzymywał.
    Zerknęła na kolejną butelkę opatrzoną ręcznie zapisaną kartą. Zmarszczyła lekko brwi.
    — Romanée Conti. No proszę, tego bym się tutaj nie spodziewała. — Zastukała równym paznokciem w szkło. — Wiesz co jest w nim najciekawszego? — Odwróciła się do niego, lecz nie czekała na odpowiedź. Zrobiła krok w jego stronę. Powolny. Naturalny. Jakby skracanie dystansu było równie oczywiste jak rozmowa, którą od kilkunastu minut prowadzili. — Najbardziej fascynuje mnie to, że większość ludzi nigdy go nie spróbuje, bo wystarczy im świadomość, że istnieje. — Stanęła przed nim. Blisko, ale nie na tyle, by naruszać jego przestrzeń. Na tyle, by nie musiała już podnosić głosu. Na tyle, że wyraźniej czuła zapach jego perfum i widziała dokładniej pieprzyk na jego twarzy.
    Przez chwilę po prostu mu się przyglądała. Uważnie. Z nieskrywaną ciekawością. Jakby próbowała odgadnąć wszystko to co spoczywa za tym nieziemskim spojrzeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Powiedz mi coś, Seojun. — Zwróciła się do niego miękko, bez formalności. Dłonie nadal trzymała splecione za plecami. Dopiero po chwili jedna z nich powoli wysunęła się do przodu. Nie sięgnęła ponownie do jego dłoni. Nie poprawiła kołnierzyka. Opuszek palca wskazującego zatrzymał się centralnie na środku jego klatki piersiowej, na wysokości mostka. Ledwie wyczuwalny dotyk. Subtelny, że równie dobrze mógł być złudzeniem.
      — Gdyby nikt niczego od ciebie nie oczekiwał… — Palec zniknął równie spokojnie, jak się pojawił. Na jej ustach pojawił się uśmiech, wzrok nie drgnął z jego twarzy. — Co naprawdę lubi Kim Seojun? — Mogła mówić o winie. Lub nie. Sam mógł zdecydować.

      fascinated, Miss Park

      Usuń
  14. — A więc Rauschenberg musiał być całkiem ciekawym gościem.
    Przez krótką chwilę nie powiedziała nic więcej. Nie dlatego, że zabrakło jej słów. Wręcz przeciwnie. Było ich zbyt wiele.
    Ciepło jego oddechu zdążyło zniknąć równie szybko, jak się pojawiło, a jednak jej skóra wciąż pamiętała miejsce tuż pod płatkiem ucha, gdzie przed momentem niemal niedostrzegalnie ją musnął. Mimowolny dreszcz przebiegł wzdłuż karku i zniknął gdzieś pod linią odkrytych pleców, zanim zdążyła go powstrzymać. Poczuła go bardzo wyraźnie. I wiedziała, że on również to zauważył. Nie zamierzała jednak odbierać mu tej satysfakcji. Ani dokładać kolejnej.
    Nie odsunęła się od razu.
    Nie po raz pierwszy tego wieczoru złapała się na tym, że z przyjemnością zatrzymuje wzrok na jego twarzy. Miał w sobie coś niebezpiecznie uporządkowanego, rysy zbyt harmonijne, spojrzenie zbyt spokojne, głos zbyt opanowany. Wszystko wydawało się dopracowane, jakby przez lata nauczył się dokładnie tyle odsłaniać, ile powinien.
    Przez ten moment tylko mu się przyglądała. Z uważnością. Z ciekawością. Nie próbując ukryć ani jednej, ani drugiej.
    Na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Uniosła dłoń, po czym końcem palca wskazującego lekko zastukała we własną dolną wargę, marszcząc przy tym odrobinę brwi. Wyglądała tak jakby naprawdę rozważała jego pytanie, obracając je w myślach z każdej strony.
    — Hm… — cichy pomruk wyrwał się spomiędzy jej warg. — To akurat jest całkiem niezłe pytanie. — Kącik jej ust drgnął jej z rozbawieniem, a pomruk zmienił się w cichy chichot. — Może nawet lepsze od mojego.
    Na krótką chwilę uniosła wzrok ku sklepieniu piwniczki, jakby odpowiedź rzeczywiście mogła znajdować się gdzieś pomiędzy starymi, kamiennymi łukami.
    Po chwili ponownie na niego spojrzała. Już pewniej.
    — Powiedziałeś, że jedyne granice to te, które sam sobie wyznaczasz. — Powtórzyła jego słowa powoli. — I chyba właśnie to mnie ciekawi. — Urwała na moment, nie spuszczając z niego wzroku. Jej własne oczy błyszczały tym samym wyrazem, co w różanej alejce, gdy przypomniała sobie o tym miejscu. — Bo zastanawiam się… — Delikatnie zadarła podbródek, by zmniejszyć dystans wynikający z różnicy we wzroście. — …czy one naprawdę istnieją, czy tylko chcesz żeby tam były. — Dokończyła. Uśmiechnęła się słodko, tak jakby wcale nie miała na myśli nic prowokującego, nic wybiegającego poza ramy przyzwoitości. — Tamten chłopak, osiem lat temu zdawał się ich w ogóle nie posiadać. — Dodała. Wtedy dopiero się cofnęła i odsunęła do regału obok sięgając po jedną z butelek, którą też zaraz wyciągnęła w jego kierunku.
    — Otworzysz?

    like this game a bit too much, So

    OdpowiedzUsuń
  15. Soyoung uczyniła to samo, rozglądała się po pomieszczeniu. W tego typu miejscach, zwykle gospodarz był przygotowany na ewentualną degustację, więc wszystko co potrzebne gdzieś powinno być.
    Słuchała go uważnie podchodząc do niższej dębowej komody stojącej pod jedną ze ścian. Przesunęła dłonią po drewnianym, wypolerowanym przez lata, blacie. Pociągnęła za pierwszą z szuflad. Pusta.
    Otworzyła drugą. Kilka lnianych serwet.
    Dopiero trzecia miała to czego chciała.
    — Bingo! — Rzuciła przez ramię, a metalowy korkociąg błysnął w jej palcach, gdy nieco zamachała nim w powietrzu. — Chyba jednak dane nam będzie dokonać małego rabunku. — dodała. Dopiero po chwili, z tą samą swobodą, z jaką wcześniej poprawiała włosy, czy obracała w dłoniach butelki, wsunęła go w dłoń Seojuna. Palce znów przesunęły się po jego ciepłej skórze, kontynuując grę muśnięć i subtelności. Nie zatrzymały się jednak ani na sekundę dłużej. Na jej ustach wciąż błąkał się ten sam, ledwie dostrzegalny uśmiech. Nie za szeroki. Niezbyt prowokujący. Raczej taki, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy coś autentycznie ją rozbawiło.
    Przez moment tylko mu się przyglądała. Potem, z wyraźnie przesadzoną powagą uniosła dłoń i teatralnym gestem starła z policzka niewidzialną łzę.
    — Jakież to dobroduszne. — Westchnęła cicho. — Duży, zły wilk postanowił oszczędzić biedną owieczkę. — Kącik jej ust drgnął. — Naprawdę zaczynam się martwić o swój los.
    Uśmiech nie zniknął z jej twarzy nawet wtedy, gdy usiadła na komodzie, z której wcześniej wygrzebała korkociąg. Drewno było chłodne, przyjemnie kontrastowało z ciepłem, które wciąż utrzymywało się na jej skórze po ich wcześniejszej bliskości. Założyła nogę na nogę, jedną dłoń oparła swobodnie obok siebie, drugą wsunęła między fałdy sukienki, pozwalając sobie po prostu… patrzeć.
    Nie na butelkę. Na niego. Nie kryła się z tym, nie widziała powodu.
    W ciszy piwniczki każdy ruch wydawał się bardziej wyraźny niż kilka minut wcześniej. Długie palce Sojuna pewnie objęły szyjkę butelki, druga dłoń sprawnie operowała korkociągiem. Gest był prosty. Powtarzalny. Nic szczególnego.
    A jednak nie potrafiła od niego oderwać wzroku. Było coś zaskakująco przyjemnego w obserwowaniu człowieka, który robił coś z pełnym skupieniem.
    Kącik jej ust uniósł się odrobinę wyżej.
    To zdecydowanie pasowało do niego. Pomyślała.
    Dopiero, gdy korek ustąpił z cichym trzaskiem, odezwała się ponownie.
    — Martwisz się, że cię nie polubię? — W jej głosie zabrzmiała ledwie wyczuwalna nuta rozbawienia. Nie była złośliwa. Raczej zaciekawiona tym, jak łatwo przyszło mu założyć, że właśnie do tego zmierzała jego opowieść.
    Przechyliła głowę, nie spuszczając z niego wzroku.
    — To odważne zakładać, że druga osoba będzie bała się ubrudzić sobie ręce tylko dlatego, że usłyszy, jak wygląda cudzy bałagan. — Jej spojrzenie na krótką chwilę uciekło ku butelce, po czym wróciło do jego twarzy i oczu wchylających się zza grzywki. — Każdy ma swoje brudy. — dodała. Soyoung, choć była zapakowana w piękne opakowanie, nieskazitelny głos i nienaganną manierę, nie była odzwierciedleniem anioła. Nikt nie był. — Nigdy nie interesowali mnie ludzie dlatego, że byli nieskazitelni.
    Im więcej Seojun o sobie mówił, im bardziej chciał ją przed sobą przestrzec, tym Soyoung ogarniała większa, wręcz niepohamowana, ochota zanurzenia się w jego świecie.

    your, bonnie

    OdpowiedzUsuń
  16. Butelka bez większego pośpiechu zmieniła właściciela. Soyoung objęła chłodne szkło smukłymi palcami i przez krótką chwilę jedynie obracała je w dłoniach, przyglądając się ciemnemu winu odbijającemu ciepłe światło starych kinkietów.
    Uniosła butelkę do ust i upiła pierwszy łyk. Pozwoliła cierpkiemu smakowi rozlać się po języku, wyłapując najpierw wyraźną kwasowość, później cięższe, niemal ziemiste nuty, które zostawiały po sobie długi, przyjemny finisz.
    Dopiero wtedy ponownie oddała mu butelkę.
    Na jego wcześniejsze słowa uniosła brew.
    — Troszeczkę. — odparła z rozbrajającą szczerością, jednocześnie unosząc dłoń i pokazując między kciukiem a palcem wskazującym ledwie kilku milimetrowy odstęp. Zmarszczyła przy tym lekko nos. Jakby sama ilość wydawała jej się odrobinę zabawna.
    — Ale naprawdę niewiele.
    Na moment zapadła cisza. Nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Wypełniał ją jedynie cichy szelest materiału, kiedy sięgnęła do niewielkiej, czarnej torebki, którą cały czas miała zawieszoną na ramieniu.
    Palce przesunęły się po znajomych przedmiotach, błyszczyku, telefonie… aż w końcu zatrzymały się na niewielkim, lakierowanym puzderku. Otworzyła je jednym płynnym ruchem. W środku leżało kilka starannie skręconych jointów. Wyjęła jednego jakby robiła to setki razy. Naturalnie. Bez cienia ostentacji. Wsunęła go pomiędzy wargi. W ślad za pierwszą ręką ruszyła druga dzierżąca zapalniczkę. Przytknęła ją do skręta i odpaliła. Przez chwilę jedynie obserwowała, jak żar powoli obejmuje końcówkę. Dopiero wtedy uniosła wzrok, przebijając się nim przez obłok dymu, lokując spojrzenie z powrotem na Seojunie. Przez kilka sekund trzymała dym w płucach, delektując się smakiem.
    — Chcesz? — Zapytała wyciągając ku niemu rękę.
    W tej samej chwili, raz za razem, jej telefon niecierpliwie zaczął wibrować. Przez moment miała ochotę ulec pokusie i zignorować kogokolwiek, kto naruszał jej spokój, lecz po kolejnym i kolejnym dźwięku urządzenia, Soyoung nieco się odchyliła od chłopaka i wygrzebała z torebki komórkę, marszcząc przy tym brwi jakby zaraz miała kogoś zbesztać. Ekran rozświetlił się ukazując nazwę kontaktu.
    Ojciec
    Sunęła wzrokiem po naglących wiadomościach.
    Gdzie jesteś?
    Za chwilę zaczynają się przemówienia.
    Pan Jung o Ciebie pyta.
    Nie każ mi cię szukać, Soyoung
    Nie westchnęła. Nie przewróciła oczami. Na jej twarzy nie pojawiła się nawet odrobina irytacji. Jej twarz wróciła do nienagannego, nieporuszonego wyrazu.
    Zablokowała ekran.
    — Wygląda na to, że mój limit znika z oficjalnych wydarzeń został wyczerpany na dzisiejszy wieczór. — Powiedziała podnosząc wzrok na Seojuna. — Twoje pytania będą musiały poczekać na lepszą okazję. — Dodała zsuwając się z komody.
    Oczywiście, że mogła zignorować sms’y od ojca. Wielokrotnie właśnie tak postępowała, ale tego wieczora wolała oszczędzić sobie jego grymasów i wywodów. Wiedziała jaką rolę miała do spełnienia tym razem i nie zamierzała się od tego specjalnie migać.

    just a tiny bit, So

    OdpowiedzUsuń
  17. Od przyjęcia Aurora Society minął tydzień.
    Tydzień spotkań, które niczym się od siebie nie różniły. Porannych wykładów, podczas których profesorowie z charakterystyczną dla siebie pasją opowiadali rzeczy, które znała już niemal na pamięć. Popołudni spędzonych w siedzibie firmy ojca, gdzie kolejne prezentacje, raporty i spotkania z inwestorami oraz ludźmi z laboratoriów układały się w ten sam przewidywalny rytm, którego nauczyła się jeszcze jako nastolatka.
    Wieczorów.
    Kolacji.
    Fundacji.
    Otwarć galerii.
    Tenisa z przyjaciółką w sobotni poranek.
    Lunchu, który przeciągnął się do późnego popołudnia i wieczoru, który spędziła z przyjaciółmi nad basenem w jednej z willi.
    Życie Soyoung od lat wyglądało właśnie tak. Idealnie poukładane. Nie narzekała jednak. Lubiła tempo. Lubiła mieć zajęte ręce i głowę. Lubiła, kiedy każdy kolejny dzień miał jasno wyznaczony plan.
    A jednak…
    Coraz częściej łapała się na czymś, czego wcześniej zwyczajnie nie robiła.
    Wieczorem, kiedy wracała do pustego domu i odkładała kolczyki na marmurową tacę przy lustrze, przez ułamek sekundy zastanawiała się, czy Kim Seojun rzeczywiście codziennie pilnował swoich granic. Podczas jednego z wykładów profesor wspomniał o psychologii kontroli. Zupełnie bez powodu przypomniała sobie jego odpowiedź w piwniczce. Kiedy kelner nalał jej podczas kolacji czerwonego burgunda, przez krótką chwilę pomyślała o tamtej butelce. I otym, że dziś nie pamięta jej nazwy. Zapamiętała za to człowieka, z którym ją piła.
    To było… irytujące. Nigdy nie przywiązywała się do przypadkowych rozmów.
    Ludzie pojawiali się. Odchodzili. Jedni bardziej interesujący od drugich. Kim Seojun powinien był dołączyć właśnie do tej grupy.
    A jednak uparcie odmawiał.
    Im bardziej próbowała znaleźć dla niego odpowiednie miejsce, tym bardziej dochodziła do wniosku, że żadne z tych, które znała, zwyczajnie do niego nie pasowały. Nie był grzecznym synem bogatego domu. Nie był również chłopcem, który desperacko próbował udowodnić światu, jaki jest niebezpieczny. Był czymś pomiędzy. A Soyoung od dziecka miała wyjątkową słabość do wszystkiego, czego nie potrafiła jednoznacznie nazwać. To chyba ciekawiło ją najbardziej.

    ***

    Wieczorem, gdy samochód zatrzymał się przed instytutem sztuki, przez chwilę siedziała nieruchomo, pozwalając kierowcy otworzyć drzwi.
    Czerwień sukni niemal płynęła za nią, gdy wysiadła na kamienny podjazd. Nie należała do kobiet, które potrzebowały spojrzeń, by poczuć się pewnie.
    Spojrzenia pojawiały się same. Nie zatrzymywała się, by je zbierać. Przechodziła obok nich z tą samą naturalnością, z jaką inni oddychali.
    Maska zasłaniała górną część jej twarzy, pozostawiając widoczne jedynie usta i linię szczęki, przez co czerwień szminki wydawała się jeszcze bardziej wyrazista.
    Wewnątrz sali światło świec odbijało się w kryształowych żyrandolach, a orkiestra właśnie rozpoczynała pierwszy walc.
    Soyoung powoli zdjęła długie rękawiczki i oddała je obsłudze.
    Przyjęła kieliszek szampana.
    Dopiero wtedy pozwoliła sobie rozejrzeć się po sali. Nie dlatego, że kogoś szukała. Przynajmniej tak powiedziałaby samej sobie. A jednak spojrzenie z zadziwiającą cierpliwością przesuwało się po kolejnych maskach.
    Po sylwetkach.
    Po ramionach.
    Po dłoniach.
    Jakby podświadomie wierzyła, że nawet gdyby nie mogła zobaczyć jego twarzy to i tak by go rozpoznała.

    impatient to find you, So

    OdpowiedzUsuń
  18. ]Niech zawieszają. On się specjalnie bronić nie będzie. 🤭 Ale nie ma co ukrywać, że kariera otworzyła mu sporo drzwi... I nóg pewnie też. XD Dobra, a na poważnie to dziękuję za przywitanie! I właśnie taki miałam plan, aby wyszedł plotkarowy i wpasował się w towarzystwo, choć Cammy to jeszcze je poznać musi. 😏
    A tak poza tym... To coś mi się wydaje, że Gabs i Seojun powinni się spotkać. I może na złość panu CEO jednak spalić jeden jacht. 🤫]

    Cameron & może Gabs?😏

    OdpowiedzUsuń
  19. Dostrzegła go dopiero w chwili, gdy znajdował się zaledwie kilka kroków od niej. Wysoka sylwetka przecinała tłum z tą samą niewymuszoną pewnością, z jaką zapamiętała go z winiarni. Czerń idealnie skrojonego garnituru kontrastowała z jasną skórą odsłoniętą przez maskę, a każdy kolejny krok zdawał się skracać nie tylko dzielącą ich odległość, lecz również cały ten absurdalnie długi tydzień, podczas którego uparcie próbowała wmówić sobie, że Kim Seojun był wyłącznie ciekawym epizodem.
    Był.
    Oczywiście.
    Dlatego właśnie jej serce zabiło odrobinę szybciej.
    Rozchyliła usta. Nie wiedziała jeszcze, czy zamierza się z nim przywitać, czy od razu skomentować fakt, że bezczelnie pozwolił jej czekać całe siedem dni.
    Nie dostała jednak okazji, aby zdecydować.
    Jego dłoń objęła jej talię stanowczo. Tak naturalnie, jakby od początku należało to do porządku rzeczy. A chwilę później poczuła jego usta na swoich. Gest nie był ostrożny, ani uprzejmy. Świat nie zniknął. Muzyka wciąż płynęła gdzieś ponad ich głowami. Kryształowe żyrandole nadal odbijały światło. Ktoś przechodził obok. Ktoś inny z pewnością patrzył. Po prostu przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie.
    Przez jedną krótką, zachłanną chwilę istniał wyłącznie on. Ciepło jego warg. Zapach drogich perfum zmieszany z nutą szamponu. Siła dłoni spoczywająca na jej wąskiej talii.
    Odpowiedziała niemal natychmiast. Póki tego nie zrobił, nie zdawała sobie sprawy jak bardzo tego chciała.
    Palce przesunęły się na jego pierś, zaciskając materiał marynarki z wyraźnie większą siłą, niż zwykle pozwalała sobie okazywać. Pod opuszkami wyczuła napięcie jego ciała i przez krótką chwilę przyszło jej do głowy, że jeszcze nigdy nie widziała nikogo tak… niecierpliwego. Wygłodniałego.
    Ta myśl spodobała jej się bardziej, niż powinna.
    Nie próbowała odzyskać przewagi. Nie szukała jej. W tej jednej chwili równie chciwie sięgała po niego, jak on po nią.
    Kiedy w końcu odsunęli się od siebie, oddech obojga pozował nierówny. Nie zwiększyła dystansu. Ich twarze nadal dzieliły małe centymetry. Spojrzała na niego spod maski, a w ciemnych oczach błysnęło coś czego jeszcze przy nim nie było. A przynajmniej w nie tak niepohamowanej formie. Nie satysfakcja. Nie triumf. Radość. Czysta, nieskrępowana radość z tego, że rzeczywistość okazała się odważniejsza od wszystkich scenariuszy, które przez ostatni tydzień mimochodem układała w głowie.
    Na jej ustach powoli pojawił się uśmiech.
    — W końcu… — Wypowiedziała to cicho, niemal szeptem. Nie jak wyrzut. Jak stwierdzenie, coś czemu się poddała i musiała przyznać to sobie na głos.
    Uniosła dłoń. Bardzo powoli wsunęła palce między materiał jego marynarki a kołnierz koszuli, poprawiając go odruchowo, choć nie wymagał najmniejszej poprawki. Był to wyłącznie pretekst, by jeszcze raz poczuć ciepło jego skóry.
    Uniosła dłoń jeszcze wyżej. Kciuk przesunął się wzdłuż linii jego szczęki, ledwie muskając. Pod opuszkami wyczuła delikatne napięcie mięśni i przez krótką chwilę pozwoliła sobie po prostu zapamiętać ten dotyk.
    — Ktoś tu naprawdę nie lubi tracić czasu. — Stwierdziła. Lubiła ludzi konkretnych i ani trochę jego śmiałość jej nie speszyła.
    Z bliska wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała. A może nawet jeszcze lepiej.
    Powoli pochyliła się ku niemu. Na tyle, że między ich twarzami zostało zaledwie kilka milimetrów. Jej spojrzenie na moment opadł na jego usta.
    Potem powróciło do oczu. Jeszcze odrobinkę bliżej. Jej własne oczy błyszczały, tlił się w nich cień zaczepności, lekkiej przekory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez krótką, niemal okrutnie długą sekundę mogło się wydawać, że zaraz ponownie go pocałuje. Oh, mała na to ochotę… I właśnie dlatego nie zrobiła tego od razu.
      Zamiast tego odsunęła się kawałeczek. Powoli. Z tą samą spokojną pewnością, z jaką przed chwilą pozwoliła mu przejąć inicjatywę.
      Postąpiła krok w tył i wyciągnęła ku niemu dłoń, lekko zginając nadgarstek. Wzrokiem wciąż świdrowała jego intensywne oczy, które wywoływały gęsią skórę na jej karku.
      — Zatańcz ze mną — zażądała — lub porwij. — dodała dając mu otwarte pole. W jej głosie pobrzmiewała pewność kogoś, kto doskonale wiedział, że obojętnie co postanowi, jego dłoń i tak znajdzie jej własną.

      let's dance, So

      Usuń
  20. Muzyka nie zwalniała. Miała wrażenie, że to oni zwolnili. Choć kolejne pary mijały ich z płynnością wyćwiczoną przez lata podobnych bali, Soyoung miała wrażenie, że ich własny taniec zaczął toczyć się w zupełnie innym rytmie.
    Subtelniejszym. Cichszym, a jednak znacznie bardziej niebezpiecznym.
    Oczywiście, jeśli mi pozwolisz. Wygięła równo umalowane wargi w subtelnym uśmiechu. Choć była zbyt dumna aby przyznać się do tego na głos, czuła że puszczają jej wewnętrzne hamulce, hamulce które były w stanie ułożyć jej usta w słowo nie, gdyby tak wypadało. Sęk w tym, że Soyoung miała ochotę na wszystkie te rzeczy, które leżą w kategorii nie wypada. Chciała aby Seojun zrobił wszystko to czego nie wypada, chciała widzieć go takiego… pozbawionego kontroli. Wydało jej się to szalenie pociągające, jakby nagle dostała ostry zastrzyk adrenaliny.
    Dała się prowadzić. Obrót. Dwa spokojne kroki.
    Materiał sukni miękko przeciął powietrze, muskając jego nogi, nim ponownie znalazła się blisko, zdecydowanie bliżej, niż wskazywałaby etykieta, której oboje przecież uczyli się od dzieciństwa. Paradoksalnie właśnie teraz przypomniała sobie ojca, a właściwie jedno zdanie powtarzane z uporem przez tyle lat, że dawno przestała zastanawiać się, czy rzeczywiście wierzyła w jego sens.
    Największym błędem jest otaczać się ludźmi, których nie potrafisz skategoryzować.
    Uważała, że to całkiem dobra rada, na wielu płaszczyznach. Dziś po raz pierwszy zaczynała podejrzewać, że była też swego rodzaju przekleństwem, bo Seojun od samego początku robił wszystko… nie, właściwie nie robił niczego. Po prostu istniał dokładnie taki, jakim jest. Ani razu nie próbował zrobić na niej wrażenia. Nie zabiegał o jej uwagę. Nie szukał okazji, by błyszczeć. A jednak z zadziwiającą łatwością wślizgnął się pomiędzy kolejne myśli, które zwykle należały tylko do niej.
    Najpierw zostawał w nich tylko na chwilę. Potem na kilka minut. Aż nagle utknął tam na cały czas, jakby ich rozmowa w piwniczce upiła ją bardziej niż jakiekolwiek wino kiedykolwiek wcześniej.
    I chyba właśnie to wybiło ją z rytmu najbardziej. Właściwie wręcz zirytowało. Nie on. Ona sama. To, że pierwszy raz od dawna nie potrafiła odzyskać pełnej kontroli nad własnymi myślami.
    Uniosła wzrok z jego torsu, jakby wreszcie skończyła analizować zadane pytanie.
    Na jej ustach pojawił się uśmiech. Delikatniejszy niż wcześniej. Bardziej świadomy.
    — W dzieciństwie usłyszałam pewną historię. — Jej głos niemal stapiał się z muzyką. Zadarła nieco podbródek i przysunęła, by sięgnąć okolicy bliżej jego ucha. — Mówiono, że kiedy dwaj dobrzy gracze w baduka siadają naprzeciw siebie, partia tak naprawdę zaczyna się na długo przed pierwszym ruchem. — Na moment przeniosła wzrok gdzieś w dal sali. Kciukiem ledwie musnęła bok jego dłoni. Gest był subtelny, niemal jakby nie wyszedł z jej wyobraźni. — Myślą o sobie. Analizują. Próbują przewidzieć kolejny ruch, zanim jeszcze plansza znajdzie się między nimi. — Znów na chwilę zamilkła. Muzyka ponownie poprowadziła ich w obrót. — Z czasem jednak zrozumiałam, że najwybitniejsi gracze nie próbują przewidzieć wszystkigo. — Znów spojrzała mu prosto w oczy. — Zostawiają miejsce na ruch, którego nie dało się zaplanować. — Dokończyła. Obrysowała spojrzeniem jego wargi, wprost które dodała: — Więc jesteśmy w tym razem, Jun.

    completely disarmed, utterly consumed, incredibly agitated, hopelessly drunk, So

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hah, spokojnie. Mi na ogół męsko-męskie w ogóle nie idą, Ale pomyślałam, że zaproponuje, bo why not. XD Poczekam w takim razie na twoją pannę i zobaczymy czy uda się nam coś fajnego skleić między nią i Gabsem. 👀]

    G.

    OdpowiedzUsuń
  22. Muzyka płynęła dalej. Niemal bezczelnie. Jak gdyby nic pomiędzy nimi właśnie się nie wydarzyło. Jak gdyby orkiestra nie dostrzegała napięcia, które od kilku minut z każdą wymianą spojrzeń stawało się coraz bardziej namacalne.
    Soyoung jeszcze przez chwilę pozwoliła prowadzić się w rytmie walca. Lekki obrót. Dwa kroki. Materiał sukni miękko przesunął się po wypolerowanym parkiecie, rozsypując wokół drobne refleksy odbijające się od wszytych w materiał kryształków.
    Pytanie, które zadał, nie należało do tych, na które odpowiada się między jednym obrotem a drugim. Przez chwilę milczała, przyglądając mu się uważniejsz niż dotychczas. Jakby próbowała dostrzec coś, co do tej pory umykało jej pomiędzy kolejnymi słowami, uśmiechami i spojrzeniami.
    Ludzie często byli ciekawi. To nie robiło na niej najmniejszego wrażenia. Znacznie rzadziej zdarzało się jednak, by ktoś okazywał cierpliwość. Jeszcze rzadziej gotowość, by najpierw odsłonić własne wnętrze, zanim zażąda tego samego od drugiej osoby.
    Kim Seojun właśnie to zrobił. Nieświadomie. A może właśnie aż nazbyt świadomie. To było… kuszące. Bo bardzo niewielu ludzi otrzymywało od niej możliwość zajrzenia głębiej. Jeszcze mniej potrafiło udźwignąć to, co znajdowali.
    Jej ojciec zwykł mawiać, że ludzie łatwo zakochują się w obrazie, który sami sobie stworzyli, a nie w człowieku stojącym naprzeciw.
    Od dziecka obserwowała, jak łatwo zachwycić otoczenie odpowiednim uśmiechem, nienagannymi manierami i kilkoma starannie dobranymi zdaniami. Znacznie trudniej było zostać wtedy, gdy zza tej elegancji zaczynało prześwitywać wszystko to, czego nie pokazywało się na rodzinnych bankietach.
    Ambicja.
    Upór.
    Gniew.
    Samotność.
    Cienie, o których nigdy nie rozmawiało się przy zastawionym stole. O których nigdy się nie mówiło na głos. A jednak… Patrząc na Seojuna, po raz pierwszy od bardzo dawna nie zastanawiała się, czy potrafiłby ją pokochać. To byłoby zbyt łatwe. Zastanawiała się, czy potrafiłby ją poznać naprawdę. I dlaczego ona sama pierwszy raz miała ochotę sprawdzić odpowiedź.
    Powoli zatrzymała się. Nie gwałtownie. Ich taniec po prostu dobiegł końca.
    Pozostałe pary dalej wirowały wokół nich, omijając ich z elegancją wyćwiczoną przez lata podobnych wydarzeń. Kątem oka dostrzegła kilka spojrzeń. Jedni udawali, że ich nie obserwują. Inni nawet nie próbowali. Plotki zdążyły już rozpocząć własny bal.
    Spojrzała mu krótko w oczy jakby właśnie utwierdziła się w decyzji, którą podjęła znacznie wcześniej, niż sama była gotowa to przed sobą przyznać.
    Jej drobna dłoń powoli odnalazła jego. Splotła ich palce razem, świadomie. Znacznie bardziej osobiście. Spojrzenie przesunęło się po sali. Po bogato zdobionych kolumnach. Po kryształowych żyrandolach. Po ludziach, którzy od urodzenia uczyli się słuchać cudzych sekretów bardziej niż własnego sumienia.
    Westchnęła niemal niedostrzegalnie.
    — Nie tutaj. — Powiedziała bez tajemniczości, bez gry. Po prostu szczerze. Delikatnie pociągnęła go za dłoń. Nie oglądając się za siebie, minęła pierwszą parę, potem kolejną, aż dotarli pod czerwony sznur rozpięty między złotymi słupkami odgradzający dalszą część instytutu od przestrzeni przeznaczonej dla gości. Kątem oka widziała krążącą po sali obsługę, która zapewne nie chciała dwójki młodych gości krzątających się po zapleczu, ale Soyoung mało to obchodziło. Tak więc sięgnęła do sznura, odpięła jeden koniec i przeszła zgrabnie na drugą stronę.
    — Zapraszam… — W półuśmiechu, który pojawił się na jej twarzy, znowu zamigotała tamta iskra, ta sama, którą dostrzegł podczas pierwszego wieczoru w alejce różanej. — Jeśli naprawdę lubisz bałagan. — dodała unosząc lekko brew, tak jakby dawała mu ostatnią szansę na dobrowolne wycofanie się ze świata, do którego nie wpuszczała dotąd nikogo.

    show me hate, show me love, make me bulletproof, So

    OdpowiedzUsuń
  23. Biblioteka pachniała drewnem i papierem. Głębokim, ciepłym aromatem starych wnętrz, które przez lata nasiąkały ciszą, kurzem i historiami zamkniętymi pomiędzy kolejnymi stronami.
    Było tu znacznie chłodniej niż na sali balowej. Cienie rzucane przez wysokie kinkiety wspinały się po regałach aż po sam sufit, pozostawiając część pomieszczenia w miękkim półmroku.
    Poczuła jego dłoń na swojej talii. Zanim zdążyła odwrócić głowę, świat ponownie nieznacznie zmienił swoje położenie. Ciche, krótkie westchnienie uleciało spomiędzy jej ust, kiedy z lekkim impetem znalazła się tuż przy nim. Zaśmiałą się. Krótko i cicho, niemal dziewczęco, zupełnie nie pasująco do kobiety, która jeszcze przed chwilą z taką determinacją prowadziła ich za odgrodzoną część budynku.
    Jej dłonie same odnalazły jego tors. Materiał idealnie skrojonej marynarki był chłodny. Pod nim jednak czuła równomierne ciepło jego ciała i spokojny rytm oddechu, który z jakiegoś powodu jej się udzielał. Musiała unieść podbródek by na niego spojrzeć. Mimo wysokich szpilek nadal górował nad nią wzrostem o dobre kilka centymetrów. Przez chwilę nic nie mówiła. Zamiast tego, niemal odruchowo, oparła czoło o jego klatkę piersiową. Nie szukała jednak schronienia. Nie potrzebowała go. Był to jeden z tych gestów, które rodzą się gdzieś poza świadomością. Wzięła powolny oddech i na moment zamknęła oczu rozkoszując się jego zapachem. Mieszanką perfum, skóry… mieszanką Seojuna.
    Zadziwiające, gdyby tydzień temu ktoś jej powiedział, że tak będzie zachowywać się przy jakimś chłopaku, głośno by się roześmiała. Teraz to wydawało się… naturalne.
    Naturalne… jakby Kim Seojun od zawsze posiadał prawo znaleźć się tak blisko jej, nieproszony, niepytany, niespodziewany.
    Odsunęła się powoli, o krok. Wystarczająco, by znów móc swobodnie oddychać. Przeszła kilka kroków w stronę jednego z regałów. Smukłe palce przesunęły się po skórzanych grzbietach książek. Światło padające z wysokiego kinkietu oświetlało tylko pół jej sylwetki.
    Zastanawiała się od czego zacząć. Ojciec przez lata z niezwykłą starannością nauczył ją, jak wyglądać nieskazitelnie. Jak mówić. Jak się uśmiechać. Jak nie pozwolić, by ktokolwiek dostrzegł choćby rysę.
    Odwróciła głowę i spojrzała ponownie na Seojuna. Nie miała ochoty udawać przed nim, że tych rys nie ma. I to właśnie wydawało jej się niepokojące.
    — Mój ojciec po tym, jak matka zmarła, nigdy więcej z nikim się nie związał. — To mogło wydać się osobie postronnej niemal tragiczne i romantyczne jednocześnie. Dla niej zdecydowanie było to tragiczne w skutkach. — Byłam kilkulatką, kiedy z dnia na dzień stałam się jedyną spadkobierczynią wszystkiego, co przez całe życie budował. — Oparła się o regał plecami. Jej wzrok stał się bardziej pusty, bez wyrazu. Jakby ta historia nie wiązała się z żadnymi emocjami, jakby to były tylko słowa wychodzące z jej ust. — Póki byłam mała, niewiele się zmieniło. Jedynie to, że z ojca przeistoczył się w trenera, generała który wydaje polecenia i kształtuje cię. — Odwróciła na moment wzrok, uśmiechając się pod nosem. Nie miała ojcu tego za złe, robił wszystko tak by przygotować ją na to co miało przyjść później. Miałą być gotowa samotnie kroczyć przez świat. — Dzieci nie do końca rozumieją pieniądze i grę wpływów. Nie rozumiałam, że potrafią stać się walutą. — Dodała odsuwając się od półek.
    — Niektórzy w zarządzie mojego ojca, obawiali się tego, że pewnego dnia kobieta, ja, mała Soyoung zasiądzie za sterami i będzie mogła dyktować im warunki. Niewiele jednak mogli zrobić, mojego ojca nie mogli kupić. Nie mogli się z nim przespać. — Zaśmiała się jakby przez moment przed oczami wyrósł jej taki obraz. — Jeśli chodzi o mnie, to już inna bajka… łatwo wpaść na pomysł, że nastolatka może stać się twoim kluczem do fortuny... To możemy uznać to za podwaliny mojego bałaganu.
    Celowo nie rozwijała tej historii, nieco kluczyła, sprawdzając jak zareaguje. Była ostrożna nawet jeśli w dużej mierze rozbrajał jej systemy obronne.

    trying and testing u, So

    OdpowiedzUsuń
  24. — Myślałam nad opcją poproszenia tej drugiej części rodziny, żeby coś mu zrobić, ale to nie ma sensu. Po co mu sprawiać jakikolwiek fizyczny ból — stwierdziła, że znudzeniem spoglądając na swoje paznokcie. Stwierdziła, że w ciągu najbliższych dni będzie musiała się wybrać do kosmetyczki. Następnie upiła łyk alkoholu, nie przerywając tej ciszy, która zapanowała między nią a brunetem.
    —Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, jak to wszystko zostało wymyślone — zaczęła, po chwili, podnosząc wzrok na Juna. Nachyliła się w jego stronę, opierając się łokciem o stolik, tą samą ręką, w której trzymała szklankę z whisky.
    — Słuchaj, ukartowanie śmierci nie jest takie proste. Robert musiał wyrzucić na to grubą kasę, żeby ktoś uznał Jacksona za zmarłego. A jego powrót zza grobu nie może być też tak szybko cofnięty. A on… on sam prawdopodobnie nie może w żaden sposób prowadzić firmy, jeśli jego akt zgonu nadal istnieje — wyjaśniła, uśmiechając się przy tym lekko, z jakąś dozą złości. Oparła się wygodnie o krzesło, dając Seojunowi chwilę na to, żeby przetworzył jej słowa, wpadł na tą ścieżkę co ona.
    — Z prawnego punktu widzenia on nie żyje, a nieboszczyk nie może prowadzić firmy, popisywać papierów i tym podobne. Robert wcześniej musiałby wszystko cofnąć, przed swoją śmiercią. Jestem bardzo ciekawa, jak to tam wszystko działa. Bo gdyby przypadkiem te informacje wyciekły… Jun, Pearl Yachts miałoby kontrole jakich jeszcze nie mieli. Wszyscy dostaliby po dupie, w tym pewnie ja, bo jestem jedynym opiekunem prawnym Ay, a przed tym całym cyrkiem Jack przepisał wszystko na nią. Ja jednak mam to wszystko gdzieś, nie interesuje mnie, co się w tej pieprzonej firmie dzieje — powiedziała, odgarniając kosmyk włosów za ucho. Kiwnięciem przywołała kelnera, po chwili składając zamówienie na dobrze wysmażonego steka.
    — Utrata firmy to dla niego najgorsze, co może być. Podejrzewam, że jest dobrze zabezpieczony finansowo, tatuś, mimo, że za nim nie przepadał, raczej nie zostawiłby go bez kasy, a sam Jack też dobrze inwestował — dokończyła, znów pozwalając na to, by cisza wkradła się między nich.
    Nie wyleczyła się. Nie wyleczyła się z niego, taka była prawda, choć tej Octavia nie chciała dopuścić do samej siebie.
    — Cóż, ten dupek zawsze już będzie częścią mojego życia. Ale mam jakas dziwna, wewnętrzna ochotę zobaczyć, jak się rozpada. Być może to podłe, ale należy mu się za to wszystko. W końcu Robert musiał mu wyjaśnić, jak się sprawy mają, a ten idiota na to przystał — wzruszyła ramionami, dopijając ostatni łyk alkoholu.
    — Więc Jun, wysilmy wszystkie swoje szare komórki, które jeszcze nie są otumanione alkoholem i pokażmy mu, że z nami się nie igra. Nawet możemy puścić ten jego pieprzony jacht z dymem, jak chcesz. Albo zrobią to moi ludzie, a my będziemy mieć czyste ręce, będziemy się temu tylko przyglądać z bezpiecznej odległości. Tak więc, Królu Intryg, jakieś pomysły? — zapytała z błyskiem w oku, pozwalając, by dolał jej alkoholu.
    Musiałby jej dać jakikolwiek znak, nawet najmniejszy. Z jej strony wystarczyłby tylko jeden telefon, a zaraz całe miasto mówiłoby o tym, co działo się w przystani.
    W sumie, wyobrażenie sobie tego, było całkiem przyjemne. Naprawdę chciała zobaczyć, jak Jack traci to, co jest dla niego najcenniejsze w życiu.
    O.

    OdpowiedzUsuń
  25. Nie próbowała odczytać jego intencji ani znaleźć w jego twarzy właściwej odpowiedzi. Po raz pierwszy od początku wieczoru zastanawiała się wyłącznie nad tym, czy naprawdę chciała otworzyć przed nim drzwi, których od lat pilnowała z niemal chorobliwą konsekwencją.
    Podeszła do przeszklonej gabloty, przyglądając się kryształowym karafką wypełnionym różnorakim alkoholem.
    Nie czuła skrępowania od jego wzroku, nie miała też odruchu udawania, obrócenia tego wszystkiego w swobodniejszą historię, bajkę, którą raczyła tak wielu. Nawet twarde wychowanie, które zakorzeniło w niej głęboko powściągliwość, zdawało się nie mieć żadnego znaczenia w zestawieniu z jego pytaniem.
    — Najgorsze rzeczy mają jedną wspólną, irytującą cechę. — odezwała się w końcu. — Nigdy na pierwszy rzut oka nie wyglądają groźnie. — Wyjęła jedną z karafek i dwa niskie, pękate kieliszki. Skinęła głową w stronę węższej alejki między regałami. — Myślę, że nasz gospodarz nie pogniewa się, gdy trochę się tu rozgościmy.
    Ruszyła przed siebie, do wskazanego miejsca.
    Głębiej, pomiędzy wysokimi półkami, świat za ich plecami cichł. Muzyka z sali balowej zmieniła się w ledwie wyczuwalne dudnienie, a ciepłe światło kinkietów urywało się pomiędzy regałami, zostawiając ich w półmroku pachnącym starym papierem.
    Bez słowa ściągnęła ze stóp szpilki i usiadła na podłodze, opierając plecy o regał. Materiał sukni rozłożył się wokół niej miękką, czerwoną falą. Poklepała miejsce obok siebie. Rozlała alkohol i jeden kieliszek wręczyła Seojunowi.
    — Ojciec zabierał mnie do firmy regularnie od mniej więcej czternastego roku życia. — Wróciła do jego pytania i swojego bałaganu, który tak mocno go fascynował. Obracała szklankę między palcami. Powoli, jakby rytm tego ruchu pomagał utrzymać myśli w ryzach. — Chciał żebym poznawała ludzi. Patrzyła. Słuchała i uczyła się od niego. — Krótko prychnęła. Nie z rozbawienia, bardziej z własnej naiwności.
    — Kang Woojin. — Imię wypowiedziała zimnym, pozbawionym emocji głosem, jednak jej szczęka zacisnęła się wyraźnie mocniej przy tym, niż przy poprzednich słowach. — Był przyjacielem mojego ojca. Ufał mu, więc ja też ufałam. — Kącik jej ust zadrżał. Przez sekundę wyglądało to jak uśmiech, który zgasł zanim w pełni zdążył się pojawić. — Na początku po prostu mnie chwalił, kładł dłoń na ramieniu, kupował lunch gdy ojciec o nim zapomniał… Później coraz częściej znajdował pretekst, żebyśmy zostawali sami.
    Upiła pierwszy łyk, trunek był mocny, wyraźnie piekł w gardło. Z reguły wolała sięgnąć po drinka, wino, ale w tym przypadku nie miała zamiaru gardzić tym, co mieli pod ręką.
    — Jego gesty stawały się coraz swobodniejsze, komplementy przestawały dotyczyć tego, jak sobie radzę, częściej dotyczyły tego jak wyglądam, co dziś na sobie mam… kupował mi prezenty… — roześmiała się odrzucając głowę w tył — oh, uwierz mi, w prezenty nie miał sobie równych. — W dźwięk jej śmiechu, zwykle melodyjnego, wkradł się cień zimnej, stalowej złości. Na moment zatrzymała się ze swoją opowieścią, gdy poczuła, jak palce mimowolnie zaciskają się na szklance.
    Przymknęła na moment powieki i chcąc nie chcąc przeniosła się w czasie, do znajomych korytarzy. Wciąż potrafiłaby odwzorować ich układ. Znała każdy zakamarek, każdy obraz, każdy zapach…
    — Miałam piętnaście lat, gdy pierwszy raz zabrał mnie samą na służbową konferencję do Tokio. Mówił, że będę jego asystentką. Wyobrażasz sobie, jaka byłam podekscytowana? — Jej głos mimowolnie się ściszył, nieco przygasł, a wzrok stał się pusty. — Wiesz co jest w tym najdziwniejsze? Wciąż nie mogę przypomnieć sobie nazwy hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. — To wypowiedziała jeszcze ciszej, powoli, wpatrując się w grzbiet jednej z książek na przeciwko.
    — Za pierwszą historię. — Uniosła kieliszek do góry, niby to w geście toastu.

    We can go all night... So

    OdpowiedzUsuń
  26. Długo przyglądała się bursztynowej resztce alkoholu na dnie kieliszka, obracając szkło leniwym ruchem nadgarstka. Potrzebowała zajęcia dla dłoni.
    To zawsze były dłonie.
    Ojciec mawiał, że człowiek zdradza się nimi szybciej niż twarzą.
    Gdy z jego ust padły ostatnie słowa, Soyoung w końcu podniosła wzrok. Słuchała go uważnie, uważniej niż mógł zdradzać wyraz jej twarzy. Patrzyła prosto w jego oczy, zastanawiając się, czy widzą teraz ten sam obraz. Te same ciemne, rozmazane smugi.
    Przez całe życie przywykła do spojrzeń, które czegoś od niej chciały. Jedne szukały aprobaty, inne przewagi, kolejne korzyści. Nawet współczucie zazwyczaj niosło za sobą ukryte oczekiwania, że pozwoli się uratować, że okaże słabość, że odda komuś część ciężaru.
    On nie robił nic.
    Po prostu siedział naprzeciw niej. A mimo to z każdą minutą miała wrażenie, że zdejmuje z niej kolejne warstwy, których nigdy nikomu wcześniej nie pozwalała dotknąć. To było… pierwszy raz… nigdy nie czuła czegoś podobnego co w tej chwili. Nie umiała tego dobrze określić. Była to bezbronność? Jedność?
    Rozumiała go na poziomie, na którym nigdy nikogo nie postrzegała. Widziała go i czuła dokładnie to samo co on mógł czuć przez cały ten czas i w czasie, gdy mieli ledwie po piętnaście lat. Widziała oczami wyobraźni cienką nitkę, która spłatała ich ciasno, była prawie namacalna i ciągnęła ją bliżej niego, głębiej w jego świat, głębiej w jego gęste, lepkie brudy, które krył za piękną twarzą.
    Nie odezwała się nawet wtedy, gdy powoli przysunęła się po dywanie bliżej niego, układając głowę na jego udzie. Sięgnęła po papierosa. Zaciągnęła się krótko, oddając mu go niemal od razu.
    — W Tokio… — urwała, na krótką chwilę przenosząc wzrok z jego twarzy na wysoki sufit.

    Roześmiała się radośnie, gdy Woojin pochwalił ją przed prezesem Tanaka. Mężczyzna był może przed pięćdziesiątką, skronie miał lekko przyprószone siwizną, a usta wygięte w nieznacznym uśmiechu. Jego wąskie oczy nie odrywały się od niej, wodząc za ruchem dłoni, tułowia i twarzą. Nie pamiętała dokładnie na jaki temat rozmawiali, mówili coś o jakiejś fuzji, o nowych testach, które mogą pozytywnie wpłynąć na działania w laboratoriach P:SKN. Nie pamiętała, w którym momencie w jej dłoni pojawił się drink, zbyt mocny w swoim smaku i zapachu. Nie pamiętała momentu, w którym Woojin nachylił się do jej ucha szepcząc, że teraz musi coś dla niego zrobić, że to prawdziwy egzamin tego, czy się nadaje do tej pracy…

    — Okazało się, że w Tokio próbował prowadzić interesy za plecami mojego ojca. Wtajemniczył mnie w to… — przyznała znów na niego patrząc. — Ale nie wszystko szło zgodnie z jego planem, więc kiedy jego pertraktacje nie działały, łaskawie podzielił się mną. Jakże wspaniałomyślnie z jego strony, prawda? — Do jej głosu przedostała się doza obrzydzenia. Wtedy zrozumiała w pełni z jakim człowiekiem ma do czynienia i kim w jego oczach jest. Nigdy nie poczuła się tak oszukana jak w tamtym momencie, obojętnie w jakie piękne słowa by tego nie ubrał, wmawiając jej, że ma tyle przewagi nad nimi, że jest zabójczo piękna i całe firmy padłyby jej do stóp. Nie czuła się wielka w tamtym momencie, wręcz przeciwnie. Chciała uciekać. — Lubiłam prezenty, lubiłam jego atencję. Może to był mój największy błąd. Może nie… ale później okazałam się warta kilku umów z japońskimi przedsiębiorcami. — Wyznała.
    Uniosła dłoń i zerknęła na pierścionki, które błyszczały na jej smukłych palcach. Ściągnęła jeden z nich, ten z białego złota z czarnymi oczkami wokół. Obróciła go między opuszkami. Dopiero wtedy sięgnęła po jego dłoń, tą w której nie dzierżył papierosa.
    — Kupiłam go dla siebie, gdy wreszcie się od niego uwolniłam. — Przyznała wsuwając go do połowy na najmniejszy palec Seojuna.

    Even hell, I'm down
    All I want is you

    OdpowiedzUsuń
  27. Była przekonana, że łatwo przewidzi skutek tego, gdy kogoś wpuści do swojej głowy. Przewidywała szok, niedowierzanie, wyparcie… Po części umniejszał rzeczom, które się jej przytrafiły. Czasem wierzyła, że jedyne co mogłaby usłyszeć to krótkie weź się w garść, Soyoung.
    Nie szukała na siłę odpowiedzi. Nie dlatego, że słowa uwięzły jej w gardle. Była nauczona mówić dokładnie tyle, ile było konieczne, nigdy więcej. Milczenie było wygodniejsze. Nie zostawiało po sobie śladów, których ktoś mógłby później użyć przeciwko niej. Teraz jednak milczenie miało zupełnie inny ciężar. Nie chroniło. Pozwalało wybrzmieć.
    Jej spojrzenie nie odrywało się od jego twarzy. Od tego, jak napięcie raz po raz przebiegało przez linię szczęki, jak śmiech urwał się gdzieś w połowie drogi, pozostawiając po sobie jedynie gorzki ślad na ustach. Od dłoni, która bezwiednie przeczesywała jej włosy, od przyciszonego głosu, zdradzającego coś czego on najwyraźniej nie zamierzał wypowiedzieć.
    A później zobaczyła łzę.
    Jedną.
    Samotną.
    Ileż ona identycznych wylała w jedwabną poduszkę w swojej sypialni, tego sama nie potrafiła sprecyzować.
    Soyoung nie poruszyła się. Zbyt dobrze znała smak źle wymierzonego współczucia. Ludzie odruchowo próbują dotknąć cudzego bólu, wejść w cudzy bałagan. Jakby wystarczyło położyć dłoń na ramieniu, żeby odjąć drugiemu choć gram ciężaru. Nigdy w to nie wierzyła.
    Nie chciała odbierać mu godności, na którą z wysiłkiem pracował brnąc przez każde zdanie. Tak samo jak on chwilę wcześniej pozwolił zostać jej w ciszy. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że już nie czuje ruchu dłoni w swoich włosach. Brak tego gestu okazał się bardziej wyczuwalny niż sam dotyk. To odkrycie zaskoczyło ją mocniej, niż chciała się do tego przyznać.
    Powoli uniosła się z jego uda. Materiał sukni cicho przesunął się po dywanie, gdy wyprostowała się koło niego, zostawiając między nimi zaledwie tyle przestrzeni, by mogli nadal patrzeć sobie w oczy.
    Ani przez chwilę nie odwróciła wzroku.
    Zaskakujące.
    Całe życie ludzie patrzyli na nią, próbując dostrzec nazwisko, pieniądze, wpływy albo przyszłość. On patrzył tak, jakby naprawdę chciał zobaczyć ją samą. Obnażoną, bez udawania, bez tego co ładne i zadbane.
    To było niebezpieczne. Znacznie bardziej niż wszystko, do czego przywykła. Bardziej od wszystkich prób podczas, których starała się wyszarpnąć dla siebie coś realnego, poczuć coś innego niż pustkę.
    Powoli uniosła dłoń. Na krótką chwilę zawisła ona w powietrzu, tak jakby sama nie była pewna, czy powinna przekroczyć tę ostatnią granicę. Ostatecznie opuszki jej palców spoczęły na wysokość, na którą opadł jej pierścionek zawieszony na łańcuszku.
    Nie głaskała go. Nie szukała czułości.
    Pod warstwą zdobionego materiału wyczuwała miarowy rytm oddechu.
    Prawdziwy i ludzki.
    Przesunęła dłoń wyżej, zatrzymując ją na karku. Kciuk muskał linię włosów tak lekko, że równie dobrze mógł być jedynie przypadkowym ruchem.
    — Złości mnie to — jej głos pozostał spokojny, choć wybrzmiał oktawę niżej — że tak dobrze się rozumiemy.
    Na moment opuściła wzrok, pozwalając dłoni spoczywającej na jego karku przesunąć się odrobinę wyżej.
    Nigdy nie była dobra w pocieszaniu. Ale po prostu… chciała się upewnić, że naprawdę tu jest. Oddałaby naprawdę wiele, żeby nie rozumieć jednego zdania, które dziś padło z jego ust. Żeby jego historia mogła pozostać czymś, czego nigdy nie byłaby w stanie pojąć. To oznaczałoby, że nigdy nie musiał przez to przechodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znów spojrzała mu w oczy. Długie rzęsy rzucały cienie na jej jasne policzki.
      — Naprawdę wolałabym się mylić.
      Powietrze zdawało się gęstnieć. Biblioteka dawno przestała przypominać salę pełną książek. Został tylko zapach starego drewna, nikotyny i alkoholu oraz oni, dwójka ludzi, którzy całe życie budowali wokół siebie mury tak wysokie, że przestali wierzyć, iż ktokolwiek zdoła przez nie przejść. A jednak siedzieli tutaj. Zbyt blisko, by udawać obcych. Zbyt daleko, by nazwać to czymś prostym.
      Przyglądała mu się tak, jakby próbowała zapamiętać każdą rysę jego twarzy. Na później. Na czas, kiedy zwątpiłaby, że ta noc była realna.
      Jej palce nieświadomie zacisnęły się odrobinę mocniej na jego karku.
      — Jest jeszcze coś. — To zdanie zawisło między nimi cięższe od wszystkich poprzednich, które zdołała powiedzieć. Przez chwilę zdawało się, że zrezygnuje. Że zamknie oczy, cofnie dłoń i zbuduje wokół siebie ten sam mur, za którym żyła tak długo.
      Nachyliła się, do jego ucha. Jej oddech owiał skórę, gdy lekko rozchyliła wargi.
      — Uwolniłam się dopiero wtedy… — słowa opuściły jej usta niemal bezgłośnie — kiedy prawie go zabiłam.
      Odsunęła się. Nie szukała rozgrzeszenia. Nie oczekiwała szoku. Nie od niego. NIgdy. W jej oczach nie było skruchy, nie było żalu. Błyszczało przekonanie.
      Oparła czoło o jego czoło. Jej klatka piersiowa unosiła się szybko i opadała głęboko w zachłannych oddechach.
      Musnęła wargami jego usta. Drżały, szukając ujścia krążącym pod skórą emocjom, gęstej adrenalinie, która sięgała zakończeń nerwowych. W końcu go pocałowała, czując niemal fizyczną ulgę, jakby tym gestem oddawała mu ostatni fragment siebie, fragment którego do tej pory nie odważyła się nikomu powierzyć.

      If you want,
      you can have it all, So

      Usuń
  28. Nie protestowała, gdy pociągnął ją za sobą. Zgarnęła szpilki z podłogi, nie fatygując się zakładaniem ich na stopy.
    Jeszcze przed chwilą siedzieli naprzeciw siebie, zamknięci pomiędzy regałami, jakby świat poza biblioteką przestał istnieć. Teraz ten sam świat brutalnie przypomniał o sobie zirytowanym głosem mężczyzny i odgłosem ciężkich kroków odbijających się od drewnianej posadzki.
    Kącik jej ust uniósł się w lekkim uśmiechu.
    — Serio? — rzuciła półgłosem, pozwalając, by Seojun poprowadził ją pomiędzy kolejnymi rzędami półek. Nie czekała na odpowiedź, sama przyspieszyła kroku jakby rzeczywiście wizja przyłapania wiązała się z surową karą, do której nie chciała dopuścić.
    Materiał długiej sukni zatańczył wokół kostek, gdy skręcili w kolejną alejkę. Wysokie regały przestały przypominać bibliotekę. Stały się labiryntem, w którym każdy zakręt wyglądał identycznie, a przytłumione światło kinkietów zostawiało na podłodze nieregularne plamy złota.
    Za ich plecami ponownie rozległo się nawoływanie, tym razem bliżej.
    — Tam! Ktoś tam jest! — Wyraźnie wytrącili kogoś z równowagi urządzając sobie prywatną wycieczkę po części budynku wyłączonej z użytku dla gości.
    — Chyba straciliśmy status wzorowych gości. — Mruknęła z rozbawieniem.
    Nie zwolnili, wręcz przeciwnie. Seojun stawiał długie kroki, niemal biegła za nim z figlarnym uśmiechem wyginającym jej usta.
    Minęli kolejne regały, ciężkie drzwi prowadzące do niewielkiej galerii grafik, później wysokie okna wychodzące na wewnętrzny dziedziniec. Długie korytarze przecinały się pod dziwnymi kątami, prowadząc raz do sal wystawowych, raz do niewielkich pracowni, których drzwi pozostawiono uchylone po zakończonych warsztatach.
    — Hej! Nie wolno tam wchodzić! — Usłyszeli ponownie.
    — Serio się uparł — rzuciła między jednym oddech, a drugim. — Mam wrażenie, że właśnie nadepnęliśmy mu na dumę.
    Chciało jej się tak bardzo śmiać. Z nich, z tej sytuacji i z mężczyzny, który próbował ich bezskutecznie dogonić. I śmiała się. Krótko, niezbyt cicho, ale szczerze.
    Na rozwidleniu, to ona tym razem pociągnęła Seojuna za sobą. Po dwóch krokach była pewna, że pomyliła drogę, choć właściwie nie wiedziała jaki jest cel tej ucieczki. Po kilku metrach zatrzymała się. Czuła ciepło na policzkach, kilka kosmyków wyplątało się z upięcia i opadło jej na twarzy, okalając ją.
    Przed nimi zamiast kolejnego korytarza rozciągała się ogromna sala konserwatorska. W półmroku majaczyły sztalugi, niedokończone płótna przykryte białym materiałem, rzędy gipsowych odlewów i drewniane manekiny rzucające na ściany długie, nieco groteskowe cienie. Zapach farby olejnej i terpentyny uderzył ją w nozdrza.
    Wyswobodziła rękę i przeszła kilka kroków. Okręciła się wokół siebie rozkładając ręce na boki, suknia zaszeleściła, a ona dalej lekko chichotała pod nosem. Skrawek materiału sukni zahaczył o stojący na środku wózek z pędzlami i innymi przyborami, wydając z siebie brzęk, który odbił się echem po wnętrzu.
    Złapała metalowe wiaderko nim upadło. Przyłożyła dłoń do ust, wypowiadając ciche ups.
    — Gdzie dalej mój współwinny? — W jej spojrzeniu odbijał się uśmiech, który majaczył na twarzy. Wzrok utkwiła w Seojunie, który również zdawał się teraz lżejszy niż jeszcze kilkanaście minut temu. Jakby ktoś ściągnął im ciężar z ramion, który od dawna tam zalegał.

    run baby, run... So

    OdpowiedzUsuń
  29. NIe zostawił jej nawet odrobiny przestrzeni.
    I całe szczęście.
    Z tak bliska widziała wszystko, co wcześniej umykało. Nierówny oddech, ledwie zauważalne drżenie mięśni przy szczęki, ciemne tęczówki, w których nie zostało już nic z ostrożności. Zostało tylko to samo, co ona czuła w sobie od chwili, gdy zamknęły się za nimi drzwi biblioteki.
    Pragnienie, które narastało powoli, z każdą minutą mocniej domagając się uwagi. Teraz to samo pragnienie krzyczało, głośno i bezczelnie.
    Jej dłoń odnalazła jego kark. Smukłe palce wsunęły się w ciemne, miękkie włosy tuż nad linią szyi, zatrzymały się na moment, a potem zacisnęły mocniej. Klatka piersiowa przywarła do jego torsu, domagając się, żeby zniknął każdy milimetr, który jeszcze ich dzielił.
    Odpowiedziała na pocałunek bez wahania.
    Bez delikatności. Bez kurtuazji.
    Z tą samą pewnością, której przez lata nauczyła się używać jak najlepszego garnituru - idealnie skrojonej, eleganckiej, ukrywającej znacznie więcej niż zdradza na pierwszy rzut oka.
    Tylko że przy nim nie musiała już niczego ukrywać. Nie musiała trzymać na wodzy tego, co w niej wrzało.
    On nie ucieknie.
    Ta myśl pojawiła się nagle i była niebezpieczna. Ona nigdy nie ufała ludziom. Nawet kiedy dobrze się bawiła. Nie ufała słowom. Nie ufała własnym instynktom. A jednak od kilku godzin pozwalała mu przekraczać kolejne granice z łatwością, która powinna zapalić czerwoną lampkę. Zamiast tego… coraz bardziej ją uspokajał. I jednocześnie budził wszystko, czemu dawno nie pozwalała przejąć kontroli.
    — Mhm… — wyrwało jej się cicho, bardziej jak odpowiedź ciała niż świadomy dźwięk. — Więc nie wychodźmy stąd.
    Wyszeptała to, odsuwając się ledwie na odległość oddechu, patrząc na niego z dołu. W tym spojrzeniu było zaczepne, rozbawione przyznanie: ona też nie ma ochoty wracać. Bo po co? Co lepszego mogłaby znaleźć na sali pełnej nijakich ludzi, kiedy miała go tuż przed sobą?
    Wspięła się na palce i wpiła w jego usta z równą, zachłanną siłą. Dreszcz przeszedł jej wzdłuż kręgosłupa, rozszedł się po każdym nerwie, aż zaczęła drżeć. Dłonie zsunęły się niżej, wsunęły pod marynarkę. Zsunęła mu ją z ramion, nie odrywając rąk od ciała. Skóra pod materiałem była ciepła, twarda, napięta.
    Pocałunek pogłębił się. Serce biło jej tak głośno, że była pewna, iż on je słyszy. Nie obchodziło jej to. Bo w tej chwili nie było już nic poza tym.
    Poza nim.
    Poza tym, jak bardzo chciała, żeby drzwi zostały zamknięte jeszcze dłużej.

    You make it look like it’s magic
    Cause I see nobody, nobody but you, you, you

    OdpowiedzUsuń
  30. Jego marynarka spadła gdzieś w ciemność między wieszakami. Nie zauważyła nawet, kiedy to się stało. Wystarczyło, że jej dłonie wślizgnęły się pod materiał. Odsunęła się na tyle, by mogła dosięgnąć guzików jego ozdobnej koszuli, a gdy wreszcie się z nimi uporała, nie było już żadnej bariery. Tylko skóra. Ciepła, napięta, pachnąca czymś czystym i męskim, co sprawiało, że jej żołądek zaciskał się w słodkim skurczu. Badała jej fakturę, zapamiętywała, tworząc w swej głowie mapę krzywizn.
    Seojun był przystojny. To wiedziała od pierwszej chwili. Ale teraz, z tak bliska, wydawał się niemal nierealny. Ciemne tęczówki, w których nie zostało nic z dystansu. Usta, które potrafiły być jednocześnie miękkie i wymagające. Dłonie, które trzymały ją tak, jakby bał się, że zniknie, a jednocześnie jakby chciał ją wchłonąć.
    I ona mu na to pozwalała.
    Jej ciało reagowało szybciej niż myśl. Kiedy jego dłoń zsunęła się z talii na biodro i zacisnęła mocniej, niż powinna, wyrwał się z niej cichy, nierówny oddech. Nie udawała. Nie był grzeczny. Prawdziwy, taki którego od lat nie wydawała przy nikim.
    Bo zwykle to było coś innego. Coś powierzchownego. Przelotnego. Fascynacja, która gasła, zanim zdążyła na dobre się rozpalić. Zaspokajała potrzeby, bo ciało miało swoje wymagania, ale nigdy nie pozwalała im przejąć kontroli. Okres nastoletni skutecznie nauczył ją, że przyjemność potrafi boleć, że bliskość bywa pułapką, że lepiej zostać na powierzchni. Dlatego od lat trzymała dystans. Dotykała, ale nie tonęła. Całowała, ale nie traciła głowy.
    Teraz jednak każdy jego ruch wyrywał z niej coś, czego nie potrafiła nazwać.
    Kiedy jego usta zeszły niżej - na linię szczęki, na szyję, na miejsce tuż nad obojczykiem - jej kolana osłabły. Musiała złapać się jego ramion, żeby nie opaść. Palce wpiły się w materiał koszuli, a potem, kiedy on zsunął nieco dekolt sukienki, nie protestowała. Ani słowem. Ani ruchem. Tylko zamknęła oczy i pozwoliła, żeby ciepło jego ust rozlało się po skórze jak coś, czego od dawna jej brakowało.
    Pragnienie było głośne. Głośniejsze niż kiedykolwiek. Poczuła w sobie coś… coś znacznie głębszego. Chciała więcej, ale nie tylko jego ust, nie tylko jego dłoni, nie tylko tej chwili. Chciała wszystkiego co czekało poza ciasnymi ścianami garderoby, ale tylko jeśli mogłaby go trzymać za dłoń. Bo Seojun wymykał się z ram, którymi zwykle otaczała mężczyzn, wzbudzał ciekawość, z której istnienia nie zdawała sobie sprawy. Chciała wiedzieć, co się stania jeśli wyjdą stąd razem.
    Jego dłoń wędrowała wyżej, pod spódnicę, po udzie, a ona tylko rozchyliła nieznacznie nogi dając mu przestrzeń.
    Każdy kolejny pocałunek, każde głaskanie, każde lekkie ugryzienie przy uchu wywoływało w niej drżenie, które nie było grą. Było prawdziwe. I przerażająco dobre.
    — Seojun… — wyszeptała wprost w jego wargi, a głos załamał się w połowie jego imienia. Nie prosiła o nic konkretnego. Po prostu musiała powiedzieć jego imię, jakby to miało utrzymać ją na ziemi. Przygryzła jego wargę, lekko za nią pociągając, z figlarnym wyrazem w oczach, by zaraz opaść ustami niżej, na jego gładki tors. Palcami zahaczała o linię jego spodni, nieco drocząc się, gdy raz za razem jej palce cofały się i na powrót wsuwały się pod materiał. Było jej duszno, niemal kręciło jej się w głowie.
    Wszystkie obowiązki, które na niej spoczywały, dobre imię, co wypada, a co nie, surowe plany jej ojca, własne zasady… to wszystko zniknęło przed Seojunem, ale nie miała zamiaru się wycofać.

    Heart untameable
    Go and take it all
    yours, So

    OdpowiedzUsuń
  31. Jackson wysłuchał go do końca, nie odrywając od niego wzroku. Kącik jego ust drgnął mimowolnie, kiedy padła wzmianka o pilatesie i mleku owsianym. Parsknął cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż rozbawienia, po czym pokręcił głową.
    — Pilatesu nie próbowałem. — Pochylił się nad stolikiem, po ciężką kryształową karafkę i dolał sobie trunku. — Ale medytacja nie jest taką stratą czasu, jak kiedyś mi się wydawało. — Odstawił karafkę z cichym stuknięciem, przenosząc zaraz wzrok na przyjaciela. — Tobie też by nie zaszkodziła.
    Wiedział, że to marna próba rozładowania atmosfery, ale wciąż nieco gubił się w tym jak powinien rozwiązywać swoje problemy. A rozmowa z Seojunem, który miał ochotę zrobić sobie z niego worek treningowy, na pewno do przyjemnych i prostych nie należała. Nie żeby go za to winił. Nigdy nie chciałby się zamienić miejscami i być tym, który opłakuje przyjaciela. Chociaż pewnie większość czasu leżałby pijany do nieprzytomności i nie orientowałby się co się wokół niego dzieje.
    Prychnął.
    — Co do telefonu, byłem w jebanym zamkniętym ośrodku położonym na jakimś wypizdowiu dolnym w Szwajcarii. Wybacz, że nie udało mi się uciec i wykonać heroicznego telefonu. — Odpyskował i tak szybko jak słowa opuściły jego usta, tak szybko ich pożałował.
    Odetchnął głęboko, by nieco się opanować.
    — Gdybym miał z wami kontakt, z kimkolwiek stąd, siedziałbym w tych pieprzonych górach i odliczał dni do powrotu, planując jak hucznie to uczcimy. Nic by się nie zmieniło, Seojun. — Wyjaśnił. Nie chciał się głupio tłumaczyć, pewnie nie było słów, które mógł w tej chwili powiedzieć, a które udobruchałyby Kima, liczył po prostu, że z czasem chłopak zdoła spojrzeć na niego przychylniej i znów nazwać swoim przyjacielem.
    — Wiem, że jesteś na mnie zajebiście wkurwiony, ale naprawdę lubię to kim teraz jestem i podejrzewam, że sam nie raz miałeś sam siebie dość, więc potrafisz to zrozumieć. — dodał. Nie miał zamiaru grać mu na emocjach. Za bardzo cenił sobie Seojuna i za dobrze go znał. Zdawał sobie sprawę, że jeśli Seojun zaweźmie się na byciu obrażonym, lub co gorsza, na odgrywaniu się… będzie miał przejebane.

    proszę się nie dąsać
    Jack

    OdpowiedzUsuń
  32. Kiedy w końcu zwolnili, kiedy oddechy zaczęły się wyrównywać, a ciała leżały splątane w ciasnej przestrzeni między wieszakami, Soyoung nie mogła zmusić się do otwarcia oczu. Nie było jej wstyd, ale nie chciała aby ta chwila się skończyła.
    Leżała na jego torsie, policzek przyciśnięty do nagiej skóry, i słuchała, jak jego serce powoli wraca do normalnego rytmu. Jej własna skóra wciąż pulsowała. Każdy miejsce, którego dotknął, wciąż piekło przyjemnością. Usta były opuchnięte, uda lekko drżały, a w piersi siedziało coś ciepłego i ciężkiego, czego nie umiała nazwać. Nigdy wcześniej nie czuła się w ten sposób.
    Zwykle po takich chwilach pojawiała się pustka albo potrzeba ucieczki Tym razem było inaczej. Czuła się… postawiona na piedestale. Sposób, w jaki na nią patrzył, jak jej dotykał, w jaki sposób wypowiadał jej imię, sprawiał, że po raz pierwszy od dłuższego czasu nie miała ochoty się wycofać. Mogła być głodna. Mogła być głośna. Mogła się przed nim rozpaść, a on to wszystko brał bez zastanowienia. I oddawał z tą samą siłą.
    Jej usta wygięły się w lekkim, leniwym uśmiechu.
    Przekręciła się lekko opierając podbródek na dłoni. Przyglądała mu się. Lekko zmierzwionym włosom, które opadały mu na oczy. Delikatnym rumieńcom, które jeszcze nie zdążyły odpłynąć z policzków.
    — Jesteś czymś zupełnie… niespodziewanym Kim Seojun. — Wyszeptała jednym palcem muskając linię szczęki.
    Nie spieszyli się.
    Nie mówili o wyjściu. O sali, o ludziach, o tym, co będzie za drzwiami.
    Jej twarz była błoga, usta wciąż uniesione, ciało nadal rozgrzane. Przysunęła się bliżej, nosem w zagłębienie jego szyi, zaciągając się jego zapachem, który już zdążył osiąść na jej skórze.
    — Nie chcę stąd wychodzić. — Wymruczała powtarzając jego wcześniejsze słowa.
    Przymknęła powieki, delektując się jego obecnością.
    To nie była prośba, bardziej fakt, do którego mu się przyznawała.
    Naprawdę nie miała w sobie najmniejszych pokładów ochoty, by podnieść się z podłogi, względnie ogarnąć i wrócić na przyjęcie udawać porządną Park Soyoung. Mogła tu zostać do końca świata.
    Ale wiedziała, że prędzej, czy później będą zmuszeni do wyjścia. Albo sami o tym zdecydują, albo gruby ochroniarz w końcu ich znajdzie i wyciągnie prawiąc morały o przyzwoitości i dzisiejszej młodzieży.

    Let me ease your mind
    Look at me
    Can you breathe
    could give you life
    yours, So

    OdpowiedzUsuń
  33. Wypadli na ciemną, wyjątkowo chłodną jak na lato noc, trzymając się za ręce.
    Ulice Seulu o tej porze były już cichsze, choć wciąż tętniły światłami. Neonowe szyldy odbijały się w szklanych witrynach razem z ich zabawnie zniekształconymi sylwetkami. Powietrze pachniało wilgotnym asfaltem i jedzeniem z nocnych straganów.
    Szli bez celu, ramię przy ramieniu, czasem ocierając się o siebie biodrami, jakby wciąż nie mogli oderwać się od siebie. Dystan zdawał się niewygodny.
    Soyoung owinęła się szczelniej płaszczem, włosy były w nieładzie, a wychodzące z upięcia pasma szarpał lekki wiatr. Co jakiś czas zerkałą na niego z boku i łapała się na tym, że uśmiecha się sama do siebie. Seojun szedł obok, pewnie zaciskając palce na jej dłoni. Czuła jak jego kciuk raz po raz przesuwa się po jej skórze, wywołując nadal delikatne dreszcze.
    Nie sądziła, że kiedykolwiek przytrafi jej się coś takiego. Prawdę mówiąc, nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia i bzdety związane z przeznaczeniem. Nie była wychowana w duchu ckliwości, sentymentu i oddania uczuciom. Twardo stąpała po ziemi. A jednak odnosiła wrażenie, że odkąd pierwszy raz skrzyżowali spojrzenia na Aurora Society, ich losy były ciasno splecione.
    Okropnie bardzo jej się to podobało. Nie miała zamiaru wypuścić tego kawałka szczęścia z rąk. Być może kiedyś wyśmiała by podobną wizję, lecz teraz miała ochotę, by ta noc nigdy się nie skończyła, by dłoń Seojuna nigdy nie puściła tej należącej do niej.
    Minęli skrzyżowanie. Potem kolejny duży budynek, chyba jakąś szkołę, ale nie przywiązywała uwagi. Potem małą pustą uliczkę, gdzie ktoś grał na gitarze pod daszkiem kawiarni.
    Nagle Soyoung zatrzymała się.
    — Nigdy nie byłam na Namsan nocą — powiedziała patrząc mu prosto w oczy. — Chcę zobaczyć miasto z góry. Z tobą. — Jej twarz zdobił promienny uśmiech, w oczach tańczyła szczera radość. Soyoung czuła jak wypełnia ją ciepło i niezwykłe pokłady zadowolenia. Nigdy nie czuła się w ten sposób, jakby unosiła się dwa metry nad ziemią. Była szczęśliwa.
    Złapali taksówkę przy kolejnym skrzyżowaniu. Wsiadła pierwsza, a on za nią. Kierowca rzucił im tylko krótkie spojrzenie, ich stroje mało przemawiały za tym, by mieli faktycznie wdrapać się na szczyt góry.
    Miasto płynęło za oknami - światła, mosty, rzeka, wieżowce… Soyoung siedziała blisko, biodro przyciśnięte do jego biodra, bok do boku. Przez chwilę tylko patrzyła przez szybę, a potem, bez żadnego ostrzeżenia, odwróciła głowę i pocałowała go. Pełnymi ustami, wolno, jakby mieli cały czas świata. Nie krępowała ją obecność kierowcy, potencjalne spojrzenie we wsteczne lusterko. Miało ochotę go całować i niekoniecznie obchodziło ją gdzie są i kto patrzy.
    Niech patrzą pomyślała. Nie miała czego się wstydzić. Byli młodzi, piękni i wypełnienie czystymi, radosnymi emocjami. Nic nie mogło popsuć jej tego wieczora.

    In the space between "never" and "when", So

    OdpowiedzUsuń
  34. Policzek pulsował jej niemiłosiernie. Piekł i palił głębiej niż sądziła, że to możliwe.
    Powoli uniosła dłoń i przytknęła do twarzy. Przełknęła ciężko ślinę i z wyraźnym oporem obróciła głowę w stronę ojca, który stał tuż przed nią. Bała się jednak unieść wzrok z podłogi na twarz ojca, która jeszcze przed chwilą błyszczała złością… nie, furią i rozczarowaniem jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziała.
    — Naprawdę miałem cię za kogoś lepszego, Soyoung. Nie tak cię wychowałem. — Jego głos przepełniony był czymś na kształt wstrętu. Wiedziała, że go zawiodła. Wiedziałaby to znacznie wcześniej gdyby pozwoliła sobie dopuścić do głosu zdrowy rozsądek, gdy całowała Seojuna, gdy ściągał z niej sukienkę, gdy zaprowadziłą go do winiarni…
    Nie chciała płakać, ale mimowolnie łzy błyszczały w jej oczach. NIe dała im spłynąć. Spojrzała za to na tablet leżący na stole, na wyświetlone wciąż zdjęć, nieco rozmazane, lecz bezsprzecznie ukazujące ją w objęciach Seojuna, jego wargi na jej ustach, jej dłonie zaciśnięte na jego ramionach.
    — Ośmieszyłaś naszą rodzinę, a co gorsza ośmieszyłaś Jeonów! — Ojciec zaczął chodzić w te i we wte jakby walczył z przemożną ochotę wymierzenia jej ciosu w drugi policzek. — Jutro spotkamy się z Jihoonem i jego rodzicami, oficjalnie go… ich przeprosisz i zapewnisz, że to się więcej nie powtórzy, rozumiesz mnie? Jeśli będzie trzeba będziesz przepraszała go na kolanach! — Warknął.
    W końcu odważyła się podnieść wzrok, oczy lekko rozszerzone, usta otwarte formujące sprzeciw.
    — Tato… proszę… — Zacisnęła dłonie w pięści i wzięła głębszy oddech, by choć trochę brzmieć na opanowaną i taką, która wie co robi. — Nie chcę za niego wychodzić…
    Ojciec machnął ręką.
    — Nie rozśmieszaj mnie, Soyoung. To, że spędziłaś jeden… miły wieczór z jakimś chłopakiem, nie oznacza, że masz wyrzucić do kosza swoją przyszłość.
    — To nie jest byle jaki chłopak! — Odpyskowała w obronie swojej i Kima. Wiedziała, że to nie jest rozsądne, że nie ma poparcia dla swoich słów, ale… tak czuła. Czuła tak całą noc, którą z nim spędziła.
    — Wiesz jakie plotki na jego temat krążą?! — Soyoung zacisnęła usta w wąską linijkę. Mogła się domyślić, pamiętając każde słowo, każdą ranę którą się podzielił. — Zrobisz jak ci każę, koniec dyskusji. — Soyoung chciała się odezwać, ale mężczyzna wyszedł z salonu, a później usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych.

    Później wielokrotnie patrzyła na zdjęcie, które ktoś ukradkiem im zrobił i wrzucił do sieci. Zdjęcie, które wywołało burzę w jej stabilnym świecie. Zdjęcie, dla którego była gotowa wypowiedzieć wojnę swojemu ojcu i wartościom, które jej wpoił. Czuła się głupio, naiwnie. Jak dziecko, któremu ktoś z łatwością zamydlił oczy. Z gorzkim posmakiem zastanawiała się, ile z tamtej nocy było prawdą, ile ułudą. Ile razy, gdy odpisywała na jego wiadomości, zaciskała ciaśniej pętlę wokół swojego karku.
    A może wszystko było grą ze strony Seojuna, jedną z wielu. Przecież sam się przyznał do wielu paskudztw, że nie polubiłaby go gdyby znała prawdę. Może powinna się go posłuchać na samym początku? Może siedział po drugiej stronie telefonu i gdy ona zastanawiała się, co się zmieniło, on śmiał się do ekranu.

    auć...

    OdpowiedzUsuń