Hello followers

Hello, followers!

Gossip Girl here.

Your one and only source for the truth behind the scandalous lives of New York's elite. Been a minute. Did you miss me? I know I've missed you.

And who am I? That's one secret I'll never tell.

xoxo, Gossip Girl
New York Seoul

Most followed, spotted, latest tea

Now Spotted

@how.j99

Wstał zza grobu odmieniony... ale czy na pewno? Przeszłość lubi doganiać szybko. Szczególnie jego.

@ari.min

Naczelna imprezowiczka powróciła na Upper East Side... odmieniona? Czy to jakaś nowa moda? A, ile Ci zajmie powrót do starych nawyków? I chłopców?

@tay_blanchard

Alert: konfrontacja roku! Co ma zrobić dziewczyna, której dawna miłość wróciła zza grobu? A druga jest na wyciągnięcie ręki? It's okay to love them both, O. I do.

@dani.song004

D. była widziana przy barze w Itaewon. Sama? Ani trochę.

xoxo

Latest Tea

Latest tea

Kiss on a lips party

Impreza, nasi mieszkańcy i szampan. Kto tym razem przekroczy granicę? On now!

Zobacz wydarzenie →

New posts, lastest GG post

Latest GG Post

Gossip Girl latest post

Nowe powiadomienie

Czy naprawdę myśleliście, że zniknęłam bez słowa? Och, błagam. Gdy kilka znajomych twarzy nagle wyparowało z nowojorskiej sceny towarzyskiej, ktoś musiał sprawdzić, dokąd prowadzi ich ślad. A wiecie przecież, że moja ciekawość bywa większa niż kolekcja torebek pewnej dziedziczki z Upper East Side... Pamiętacie ją? Nawet jeśli, dzisiaj ledwo przypomina siebie.

Czytaj najnowszy wpis →

You don’t own me


Octavia Blanchard
Octavia Madeleine Blanchard ๏ Tay ๏ urodzona 28 października 2002 roku, w Paryżu ๏ studentka wydziału prawniczego na Uniwersytecie Columbia ๏ zrobiła sobie gap year, który spędziła w Europie ๏ apartament na Upper East Side ๏ Instagram Little A

Nowy Jork zostawiła za sobą bez większego żalu, choć z nostalgią spoglądała na oddalające się światła miasta. Chciała odetchnąć - głęboko, pełną piersią, być może zacząć coś od nowa, choć nie była do końca pewna, czy chce. Ciągle nie wiedziała, czy woli zapomnieć czy pamiętać te wszystkie złe chwile, które nagle i niespodziewanie wtargnęły do jej wręcz idealnego świata. Więc uciekła, znowu po raz kolejny. Skryła się w dobrze sobie znanym miejscu, wmawiając sobie, że to najlepsze, co mogła zrobić. 
Rok był trudny. Pełen starych wspomnień, ale rownież i tych nowych. Ludzi, którzy z nieznajomych, stali się dla niej kimś bliskim. Pomogli na chwilę zapomnieć. Podnieśli, kiedy czuła, ze upada i nie ma siły do dalszej walki. 
Teraz wraca. Może nie odmieniona. Nadal taka sama, jak rok temu, choć w oczach widać smutek. 

41 komentarzy:

  1. But you belong to me… 💋

    OdpowiedzUsuń
  2. Kogo moje oczy widzą!
    Witamy ponownie na starych śmieciach 😎

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatni rok był… Dziwny.
    Delikatnie mówiąc. Gabriel nie spodziewał się, że w najbliższych latach będzie musiał się z kimś, znowu, pożegnać. I że tym razem będzie to jeden z jego najlepszych kumpli. Pamiętał tamten dzień, jak przez mgłę. Tamte tygodnie były zamglone. Nijakie. Pamiętał imprezę i chaos, który się wtedy wywiązał. Pamiętał, jak potwornie się czuł, kiedy doszła do niego wiadomość, że Jackson nie żyje. Dałby wiele, aby cofnąć się do tamtej nocy i powstrzymać go przed zrobieniem śmiertelnej głupoty, ale nie mógł. Nie mógł tak naprawdę zrobić nic. Mógł spróbować żyć dalej i, kurwa, próbował. Naprawdę starał się wziąć w garść. Przez moment mu się to udało, a potem zniknęła Octavia. Na początku dał jej czas, aby mogła ochłonąć po tym wszystkim. Spodziewał się, że będzie potrzebowała czasu, a on nie chciał się narzucać. Najpierw mijały dni, a potem tygodnie i miesiące. Próbował do niej pisać i dzwonić, ale żadna wiadomość nie została odczytana, a połączenie nie było zwrócone. To Felix kazał mu przestać. Dać jej spokój i przestrzeń, nie narzucać się i po prostu o niej zapomnieć. Jakby to było łatwe. Jakby naprawdę mógł to zrobić. Nie byli razem, przynajmniej nigdy oficjalnie sobie tego nie powiedzieli. Sypiali czasem ze sobą, poznał jej córkę i to by było na tyle, nie? Nic z tego nie brzmiało, jak coś poważnego. Przynajmniej to sobie Gabriel mówił.
    I w ten sposób minął rok.
    Skupił się na pracy. Na własnym życiu. Imprezował mniej, ale wciąż można było go znaleźć w klubach czy na domówkach u znajomych. Zmienił swoje otoczenie. Nie było już tych znajomych twarzy, z którymi wpadał w tarapaty. Plotkara nie miała co o nim pisać. I całe, kurwa, szczęście, bo chyba nie zniósłby kolejnych bzdetów wychodzących spod jej pióra.
    Nie tyle co zniknął, jak dawniej, z radarów, a po prostu przestał się udzielać tak, jak wcześniej. Na litość, zbliżał się do trzydziestki. To była najwyższa pora, aby przestać bawić się z gówniarzami i skupić na własnym życiu. Poważnie zastanowić się nad tym, czego chce od życia.
    I tym sposobem na jego drodze stanęła Naomi. Pojawiła się kompletnym przypadkiem. Nie była kolejną zainteresowaną tym, aby tylko go przelecieć i dopisać do swojej listy facetów, którzy wpadli do jej łóżka. Ona faktycznie go słuchała i sama miała wiele do powiedzenia. Była urocza, kiedy czasem mówiła zbyt dużo i orientowała się dopiero po chwili. Gabriel nie spodziewał się, że mógłby polubić gadulstwo, ale w niej… W niej mu się to podobało. Nieszczególnie miał ochotę na to, aby iść na imprezę do Felixa. Przede wszystkim był bratem Octavii, a to nie ułatwiało brunetowi tego, że chwilami wciąż za nią tęsknił. Nie wypowiedział tego nigdy na głos. Po prostu zdarzało mu się o niej pomyśleć. Doszedł jednak do wniosku, że skoro nie ma jej od roku w Nowym Jorku, i nikt poza nią nie wie, gdzie jest, to tym bardziej nie będzie jej tutaj.
    Stali we dwójkę w salonie. Otoczeni przez znajomych. Gabriel w dopasowanej czarnej koszulce i jeansowych spodniach. Naomi w krótkiej błękitniej i błyszczącej sukience na ramiączkach. Przeszło mu przez myśl, że wygląda w tym stroju, jak wróża i czasem sprawiała takie wrażenie. Nie interesowało go otoczenie. Interesowała go ona.
    Płynnym ruchem przyciągnął do siebie dziewczynę i złożył na jej skroni pocałunek.
    — Zdajesz sobie sprawę z tego, że zostajemy tu godzinę i stąd wychodzimy? — Wymruczał nad jej uchem. Wcale nie miał ochoty tutaj być. Było znośnie. Pod skórą jednak czuł potrzebę, aby wydostać się stąd tak szybko, jak to możliwe.
    Naomi zaśmiała się pod nosem, a swoją dłoń ułożyła na jego bicepsie.
    — Więc może zamiast stać w kącie, pogadamy ze znajomymi? — Rzuciła wesoło i przewróciła oczami, kiedy Gabriel złożył w okolicach jej ucha pocałunek. — Gabs… — Westchnęła lekko odchylając głowę do tyłu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oboje się zaśmiali. Wypuścił ją z objęć powoli, jakby była czymś delikatnym czego nie należało zbyt szybko puszczać. Jeszcze nie wiedział na czym ich relacja stoi, jaka będzie w przyszłości, ale podobało mu się to, co między nimi było.
      W głośników poleciało Do I Wanna Know? od Arctic Monkeys, a Gabriel znów spojrzał na Naomi. Nucąc pod nosem razem z wokalistą pierwsze kilka wersów. Podniósł wzrok w tym samym momencie, w którym Alex Turner śpiewał I've dreamt about you nearly every night this week. I pożałował, że to zrobił.
      Spojrzenia Cavallaro i Octavii się ze sobą skrzyżowały.
      Poczuł, jakby właśnie dostał prosto w twarz.
      Była tu. W miejscu, w którym nie spodziewał się jej zobaczyć.
      Po roku ciszy.
      Wróciła.

      G.

      Usuń
  4. Gabriel nie próbował nawet udawać, że wie przez co przechodziła Octavia. Nie mógł wyobrazi sobie tego, co czuła, kiedy tamtej nocy straciła Jacksona. Mógł udawać, że to tylko jej były chłopak, ale przecież wiedział, że prawda jest inna. Wszyscy ich znajomi wiedzieli, jak intensywna była ta relacja. Cholera, mieli razem przecież dziecko. To nie była zwykłe on and off. Nie spodziewał się tylko tego, że odetnie go bez słowa. Zniknie. Wymknie mu się z rąk. I być może nie miał do niej żadnego prawa. Do tego, aby chcieć czegoś więcej. Wydawało mu się przez moment, że mógł chcieć czegoś więcej. Od nich i od relacji, która się powoli między nimi rozwijała. Gabriel nawet przez moment nie pomyślał, aby zastąpić Jacksona w życiu Ayli. To nigdy nie chodziło o to. Po prostu… Myślał, że może będzie mógł stworzyć coś z Octavią. Nie spodziewał się tego po sobie ani po nich. Przedtem, kiedy ich drogi się przecinały nie byli sobie może obojętni, czasem coś się wydarzyło, ale kiedy związała się z Jacksonem Gabriel odsunął się na bok, bo przecież nie zamierzał odbierać kumplowi dziewczyny. A potem się rozstali, a jego droga z Octavią się znów skrzyżowała. I tym razem było inaczej. Oni byli inni. Ona miała już dziecko i historię za sobą, a raczej była w trakcie jej pisania, a on… On sam nie wiedział, czego chce od życia. Wszedł w to bez zastanowienia. Nie myślał wtedy, że sprawy się mogą w różny sposób skomplikować. Chciał tylko spędzać z nią czas, a ona… Ona zniknęła.
    Czekał przez chwilę. Dał jej czas. Ale nie mógł czekać na nią w nieskończoność. Kiedy kolejna wiadomość nie została wysłana. Kiedy zorientował się, że go zablokowała, że nie chce z nim nawet porozmawiać przez ułamek minuty… Nie tyle co się poddał, co po prostu przestał walczyć, bo zorientował się, że nie było o co.
    I wtedy pojawiła się Naomi. Wślizgnęła się w jego życie przypadkiem i w nim została, a Gabrielowi to wystarczyło. Nie zadawała pytań. Nie próbowała z niego wyciągać informacji. Była obok, śmiała się delikatnie, choć głośno i robiła wszystkie poprawne rzeczy, o których jej nie musiał nawet mówić. Było mu przy niej dobrze. Komfortowo. Więc skupił się na Naomi. Na tym, że mieli swój mały świat, w którym próbowali się odnaleźć i nie było w nim wcale źle. Było mu w tym świecie dobrze. Cholernie dobrze, a dziś coś, ktoś, jego szczęśliwą bańkę zburzył.
    Próbował nie patrzeć na Octavię, bo wiedział, że to nie przyniesie niczego dobrego. Nie wiedział, że wróciła. Jeszcze nie był pewien, jak się z tym czuje ani czy w ogóle coś czuje. Miał u swojego boku Naomi, która była perfekcyjna i nie musiał znów wchodzić w ten sam syf, z którego wydostał się dopiero co.
    Dostrzegł Felixa zaraz obok Octavii. Nie gapił się na nią bez przerwy. Miał lepsze zajęcia niż oglądanie się za byłą, która wyraźnie przez ostatni rok dawała mu znać, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Kiedy więc starszy Blanchard podniósł swoją szklankę z alkoholem na znak toastu, Gabriel zrobił to samo ze swoją. Nie próbował udawać, że ich nie widzi, bo to byłoby dziecinne, a przecież oni wszyscy byli tutaj dorośli. Prawda?
    — Możemy wyjść wcześniej, jeśli chcesz. — Usłyszał delikatny głos Naomi. Nie była głupia ani ślepa, a już na pewno miała dostęp do internetu. Wiedziała, co się święci i wiedziała o tym, że między nim, a Octavią coś było. — Albo możemy skoczyć do tego baru na SoHo, wypić drinka, a potem wrócimy do ciebie albo do mnie…
    Uśmiechnął się półgębkiem.
    — Nie musimy, jest w porządku. — Zapewnił. I nie kłamał. Było w porządku. — Zresztą, sama chciałaś tu przyjść, pamiętasz? Zostaniemy, a potem… Na drinka wrócimy do mnie. — Dodał zaniżając głos.
    Tyle wystarczyło, aby jej blade policzki pokrył rumieniec.
    Odwrócił wzrok od rodzeństwa. Był tutaj z kimś przecież. Z kimś kto przecież coś dla niego znaczył. Nie zamierzał tego rozjebać, bo Octavia pojawiła się na moment. Zaraz przecież znowu zniknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego już nie patrzył, choć czuł na sobie jej wzrok. Świdrujący. Jakby wciąż miała do niego jakieś prawo, choć straciła je w momencie, gdy zdecydowała się odrzucić pierwsze połączenie. Poniżył się wystarczająco. Po raz kolejny nie zamierzał tego robić.
      Zauważył, że zmierza w ich stronę. Nie był pewien, co powinien z tym zrobić. Mógł złapać Naomi za rękę i wyjść. Udawać, że nie widzi, jak Tay do nich podchodzi, ale nie ruszył się z miejsca.
      Wyczuł zmianę w powietrzu z każdym krokiem, który zbliżał ją do nich. Podchodziła cicho, ale niosła za sobą zniszczenie, którego nie dało się uniknąć.
      Przymknął oczy na parę sekund, kiedy do nich podeszła i wypowiedziała jego imię.
      Tay. — Odpowiedział również jej imieniem. Cholera, dawno nie wypowiadał go na głos.
      Zwrócił swój wzrok na Naomi, która niespodziewanie, a może wręcz przeciwnie, stanęła w centrum ich rozmowy.
      — Tak, jestem Naomi. — Odpowiedziała i posłała dziewczynie lekki uśmiech.
      Gabriel znał Octavię. Być może lepiej niż się jej wydawało i dobrze wiedział, że nie ma w nim nic z serdeczności. Miał na to ochotę przewrócić oczami, ale powtrzymał się. Jeszcze przez chwilę, przynajmniej.
      — Mogę powiedzieć dokładnie to samo. — Powiedział. Neutralnie. Bez ukrytej złości, choć ta buzowała mu pod skórą.
      Była tutaj. Sama. Przynajmniej na to wyglądało, ale to czy z kimś tu była czy nie, nie było już w zakresie zainteresowań Gabriela.

      G.

      Usuń
  5. [Hejko! Ja już się witałam prywatnie, ale pozwolę sobie jeszcze raz powitać Octi w naszym nowojorskim królestwie dram. Miłej zabawy, liczymy na gorące zawirowania, pościgi, wybuchy i w ogóle na wszystko. Bo z pewnością będę ją uważnie obserwować 👀]

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Hehe to się porobiło, co? Nie tylko Tay wraca na stare śmieci... 👀
    Jack na pewno zbyt szybko nie będzie się ujawniał ze swoim powrotem, choć pewnie szmatławce go zjedzą po tym jak niespodziewanie przejmie posadę ojca. Na pewno zza przyciemnianej szyby samochodu, sprawdzi co słychać tam i ówdzie... ]

    H.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nowy Jork nie należy do miast, które kogokolwiek witają z otwartymi ramionami. Ono nie czeka. Nie zwalnia. Nie zatrzymuje się, by pochylić się nad czyjąś marmurową płytą i opłakać tych którzy zniknęli. Przez ostatni rok zdążył przyzwyczaić się do świata bez Jacksona Howarda równie łatwo, jak wcześniej przywykł do jego obecności.
    Nadal rozświetla noc tysiącami neonów, wciąż dudni klaksonami i nieustannym szumem rozmów, nadal pachnie gorącym asfaltem, kawą kupowaną w pośpiechu i pieniędzmi, których nigdy nie było dość.
    Jackowi wszystko wydaje się boleśnie znajome. Skrzyżowania, na których nieraz przekraczał prędkość bardziej z przekory niż z pośpiechu. Bary, z których wychodził dopiero o świcie. Dachy budynków, z których miasto wyglądało tak, jakby naprawdę należało do niego.
    Miasto pozostało takie samo.
    To człowiek za kierownicą przestał do niego pasować.
    Jeszcze kilka miesięcy temu był przekonany, że nie wróci tutaj zbyt szybko.
    Szwajcaria miałą być nową, czystą kartą. Nowym początkiem. Miejscem, w którym jego nazwisko przestawało cokolwiek znaczyć, póki nie stwierdzono inaczej. Nikt nie śledził tam jego kolejnych skandali, nie wypominał błędów ani nie oczekiwał, że będzie żył zgodnie z historią napisaną przez kolorowe magazyny. Był po prostu kolejnym pacjentem. Człowiekiem, który zbyt długo uciekał przed własnym życiem, aż w końcu zabrakło mu miejsca, w które mógłby uciec.
    Telefon zadzwonił w środku deszczowego poranka.
    Zawał.
    Jedno słowo wystarczyło, by wywrócić jego nową, spokojną codzienność do góry nogami.
    Robert Howard nie żył.
    Przez długą chwilę nie wiedział, co właściwie powinien poczuć. Żal? Ulgę? Gniew? Ojciec od zawsze był bardziej instytucją niż rodzicem. Człowiekiem, którego szacunek należało sobie wypracować, a którego uznania i tak nigdy nie można było być pewnym. Wszystko między nimi przypominało niekończące się negocjacje. Każdy sukces był zbyt mały, a każda porażka zbyt głośna.
    Jego nagła śmierć zamykała wszystkie rozmowy, których nigdy nie odbyli. Może dojrzał do momentu, w którym zaczynał tego żałować.
    Pearl Yachts czekało, aż następna osoba obejmie jej stery.
    Przejęcie stanowiska prezesa miało smakować zwycięstwem, w tych okolicznościach było obowiązkiem i kolejną konsekwencją.
    Pierwszego dnia, kiedy przekroczył próg siedziby firmy jako nowy CEO, nie czuł dumy. Czuł ciężar. Media potrzebowały zaledwie kilku godzin, by rozdmuchać jego powrót do skali nowej sensacji. On sam jednak nie zamierzał nikomu niczego wyjaśniać, przynajmniej nie od razu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam nie potrafił powiedzieć, dlaczego skręcił właśnie w tę ulicę. Może dawne przyzwyczajenie. Może czysta, ludzka ciekawość. Może poczucie winy, które z każdym tygodniem przestawało być wspomnieniem, a stawało się czymś na kształt cienia.
      Silnik pracował cicho. Przyciemnione szyby skutecznie odgradzały go od świata, który jeszcze niedawno, niemal, był jego codziennością.
      Zsunął okulary przeciwsłoneczne nieco niżej, opierając przedramię na kierownicy.
      Plac zabaw tętnił życiem.
      Śmiech dzieciaków mieszał się ze skrzypieniem huśtawek i odgłosami piłki odbijającej się od miękkiej nawierzchni. Dla większości ludzi był to jedne z setek identycznych parków rozsianych po Manhattanie. Dla niego było to miejsce, do którego nie sądził, że kiedykolwiek będzie miał prawa należeć.
      Odnalazł ją wzrokiem niemal od razu. Zatrzymał wzrok na drobnej sylwetce biegnącej przez plac z dziecięcą pewnością. jakby cały świat został stworzony wyłącznie po to, by można było go odkrywać.
      A potem zobaczył .
      Octavia siedziała na ławce, od czasu do czasu unosząc wzrok znad telefonu, by upewnić się, że Ayla nadal jest w zasięgu wzroku. Mimowolnie poprawiła włosy za ucho… Ten sam gest. Tak samo nieświadomy. Tak samo znajomy.
      Palce mocniej zacisnęły się na kierownicy.
      Wystarczyłoby wyjść.
      Przejść kilkanaście metrów…
      I co wtedy? Powiedziałby krótkie przepraszam?
      Zdążył zrozumieć, że to jedynie byłoby próbą uciszenia własnego sumienia.
      Dlatego został tam gdzie był, a po krótkiej chwili, silnik znów zamruczał, kiedy wrzucił bieg.

      J.

      Usuń
  8. Silnik ucichł dopiero w podziemnym garażu.
    Przez kilka długich sekund siedział nieruchomo. Nie sięgał po klamkę. Nie odpiął pasa. Siedział nieruchomo, z obiema dłońmi opartymi o kierownicę, pozwalając by chłód skórzanej tapicerki odprowadzał z nich napięcie.
    Nie powinien był tam jechać. Powtarzał sobie to przez całą drogę z placu zabaw. A jednak wiedział, że gdyby czas cofnął się o godzinę, ponownie skręciłby w tę samą ulicę. Po prostu chciał zobaczyć dziewczynkę, która nosiła jego nazwisko… przez ile? Może góra kilkanaście pierwszych miesięcy życia, gdy pierwszy raz próbował wykręcić się od odpowiedzialności. Dziewczynkę, której nie miał prawa znać, a mimo to wystarczyło jedno spojrzenie , by zauważyć te same oczy, które ogląda codziennie rano w lustrze.
    Genetyka bywa okrutna. Potrafiła przypomnieć o rzeczach, które człowiek za wszelką cene próbował zostawić za sobą.

    Wysiadł z samochodu. Echo kroków odbijało się od betonowych ścian garażu, kiedy zmierzał w stronę windy. Jeszcze rok temu ochroniarz przy wejściu rzuciłby w jego stronę żart o kolejnej nieprzespanej nocy. Dzisiaj skinął jedynie głową. Był wdzięczny, że nie zadawał żadnych pytań.
    Apartament przywitał o dokładnie tak, jak go zapamiętał. Obojętnością. To nigdy nie był dom, nawet wtedy, gdy wolał tu mieszkać niż wracać do rodzinnej willi, która większość czasu przypominała salę sądową niż miejsce, w którym lubił przebywać. Robert Howard uważał, że syn ucieka przed trudnymi tematami. Jackson twierdził, że po prostu nie przepada za ludźmi, którzy próbują zaplanować mu życie.
    Prawda, jak zwykle, leżała gdzieś pomiędzy.
    Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Klucze rzucił na szafkę stojącą w korytarzu.
    Panoramiczne okna nadal otwierały przed nim Manhattan niczym pocztówkę sprzedawaną ludziom, których było stać na kupowanie widoków. Kolekcja płyt pozostała dokładnie tam, gdzie ją zostawił. Album o regatach American’s Cup nadal leżał na stoliku z zagiętym rogiem strony, do której nigdy nie wrócił. Nawet ciężka karafka z bourbonem stała na swoim miejscu, jakby rok był jedynie dłuższym weekendem. Gdyby się postarał, mógłby usłyszeć echo wszystkich imprez, które przewinęły się przez to miejsce.
    Ludzie przez ten czas potrafią się zakochać, rozstać, przeprowadzić na drugi koniec świata… albo umrzeć. Przedmioty cierpliwie czekają. Czas naprawdę był wyłącznie ludzkim problemem.
    Na środku salonu spoczywały dwie walizki, których jeszcze nie rozpakował. Może dlatego, że jakaś część niego nadal traktowało ten powrót jak służbowy wyjazd, po którym znowu wsiądzie w samolot.
    Marynarka wylądowała na oparciu kanapy.
    Rozpiął mankiety koszuli. Nieświadomie. Dokładnie tak samo robił jego ojciec.
    Dostrzegł to dopiero kilka miesięcy temu. kiedy terapeuta rzucił mimochodem, że większość ludzi całe życie ucieka przed rodzicami tylko po to, by po trzydziestce odnaleźć ich we własnych gestach. Wtedy uznał to za jedną z bardziej absurdalnych rzeczy, jakie usłyszał.
    Z lodówki wyciągnął schłodzoną butelkę wody i włączył telewizro, by w tle coś grało. Nie słuchał dokładnie, gdy prezenter opowiadał o giełdzie. Później o fali upałów. Jeszcze później o korkach na Brooklynie.
    Dopiero charakterystyczny dźwięk zapowiadający wiadomości specjalne sprawił, że uniósł wzrok.
    Na ekranie pojawiło się archiwalne zdjęcie Roberta Howarda. Zbyt oficjalne i zbyt życzliwe. Za życia ojciec nigdy nie patrzył na ludzi w ten sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Minęło kilka dni od śmierci Roberta Howarda, prezesa Howard Pearl Yachts…
      Reporter mówił dalej.
      O miliardowym imperium.
      O kontraktach.
      O przyszłości jednej z największych stoczni produkujących luksusowe jachty.
      Jackson słuchał jednym uchem.
      Aż padło jego imię.
      Na ekranie pojawiło się kolejne zdjęcie.
      On.
      Bez brody, nieco młodszy, z tym bezczelnym uśmiechem człowieka, który był przekonany, że świat zawsze będzie wybaczał mu więcej niż innym. Przez moment miał wrażenie, żę patrzy na zupełnie obcego faceta.
      — Nowym prezesem spółki został syn Roberta Howarda, Jackson Howard. Sama nominacja nie wzbudziłaby jednak aż takiego zainteresowania, gdyby nie fakt, że zaledwie rok temu media informowały o jego tragicznej śmierci…
      Jackson wywrócił oczami. Oczywiście nie interesowała ich stricte firma, czy jachty, ani nawet te wspomniane kontrakty warte serki milionów dolarów. Media wolały sprzedać emocje… A martwy spadkobierca wracający zza grobu był inwestycją, która zwróci się szybciej niż najlepiej zaplanowana kampania reklamowa.

      Telefon zawibrował. Spojrzał na ekran. Camilla… jego matka.
      Odebrał dopiero po trzecim sygnale.
      — Widziałeś? — padło zamiast powitania.
      Jackson nie odpowiedział od razu. Patrzył na ekran, na którym jego dawne życie właśnie zmieniał się w materiał otwierający wieczorne wydanie wiadmości.
      — Właśnie oglądam.
      — Za godzinę wszystkie portale będą o tym pisać. Przecież oni nie dadzą mi spok…
      — Za godzinę większość pomyśli, że to pomyłka i chwytliwy clickbait. Niepotrzebnie panikujesz. — po tych słowach rozłączył się nie mając ochoty słuchać znerwicowanego trajkotu kobiety.

      Usuń
  9. Telewizor wciąż grał w tle. Prezenter zmieniał temat za tematem z wprawą osoby, dla której śmierć miliardera, katastrofa samolotu i prognoza pogody miały tę samą wartość - mieściły się w czasie antenowym.
    Jackson stał przed oknem i spoglądał na miasto, widok tak inny od tego, do którego przywykł przez ostatni rok, siedząc zamkniętym w szwajcarskim ośrodku dla uzależnionych i obrzydliwe bogatych. Co za paradoks, pomyślałby ktoś.
    Zastanawiał się, ile czasu zajmie nim wici z wiadomości rozejdą się po mieście.
    Godzinę? Dwie? Do rana?
    Na pewno nie łudził się, że wiadomość umrze śmiercią naturalną. Taka historia nie zniknie sama z siebie. Rozrasta się, żyje własnym życiem, obrasta w kolejne teorie, aż w końcu prawda przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Zostaje tylko to, co lepiej się sprzeda.

    Z zamyślenia wyrwał go dźwięk dzwonka do drzwi.
    Krótki, stanowczy i nieco niecierpliwy.
    Potarł kąciki oczu. Nie miał ochoty na więcej papierologii z firmy, a tym bardziej na rozmowę z matką. Przejęcie stanowiska po ojcu wiązało się z wieloma podpisami, prawniczymi wywodami i godzinami ślęczenia nad stosem umów.
    Odłożył szklankę z wodą na blat kuchennej wyspy i dopiero wtedy ruszył niespiesznie w stronę drzwi.
    To zabawne, pomyślał.
    Człowiek potrafi nauczyć się kontrolować własne uzależnienie, ale irytuje go dzwonek do drzwi.
    Mijając lustro, zauważył własne odbicie. Rozpięta koszula, niedbale podwinięte rękawy. Kilkudniowy zarost. Wyglądał bardziej jak ktoś, kto wrócił z rejsu, niż nowy prezes jednej z największych firm w kraju.
    Dobrze. Nigdy nie przepadał za garniturami poza biurem.
    Przystanął przy drzwiach i przez chwilę naprawdę zastanawiał się, czy nie udawać, że nikogo nie ma.
    Portier poradzi sobie bez niego.
    Matka również.
    Prawnik najwyżej wróci jutro.
    Dopiero po chwili pochylił się do wizjera i przez moment miał wrażenie, że przed oczami widzi stare wspomnienie.
    Nie zmieniła się wcale tak bardzo, jak próbował sobie wmówić przez ostatni rok, szerokim łukiem omijając jej social media.
    Jego pamięć zdążyła oszlifować jej rysy, wygładzić ostre krawędzie wspólnej historii, zostawiając jedynie to, co najłatwiej było ze sobą nosić. Jednak rzeczywistość okazała się znacznie mniej łaskawa.
    Octavia stała po drugiej stronie drzwi. Jak najbardziej prawdziwa. Niespokojna. Zaciśnięta w sobie do tego stopnia, że nawet przez niewielkie okrągłe szkło wizjera dostrzegał napięcie rysujące się w linii jej ramion.
    Cóż, nie powinno go to dziwić. Gdyby role się odwróciły, prawdopodobnie wyważyłby te cholerne drzwi.
    Kącik jego ust drgnął niemal niezauważenie. To ciekawe, jak łatwo ludzki umysł wybiera najbezpieczniejsze mechanizmy obronne. On od zawsze wybierał ironię. Nawet teraz, stojąc kilka centymetrów od niej, dziewczyny która znała wszystkie jego najgorsze wersje, pierwszą myślą nie było co jej powiedzieć, lecz ile czasu zajęło jej dowiedzenie się o nim i przyjazd tutaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odsunął się od wizjera i przełknął ślinę. Ręka zawahała się w drodzę do klamki. Potrzebował kilku dodatkowych sekund, żeby przypomnieć sobie, jak oddycha się normalnie.
      Cichy szczęk zamka przeciął ciszę i pierwszy raz od roku, stał twarzą w twarz z Octavią. Ich spojrzenia spotkały się. Nie było w nich czułości. Nie było też nienawiści. Było coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Wspólna historia. Całe cholerne lata zamknięte w jednym spojrzeniu.
      Jackson oparł bark o framugę, jakby instynktownie potrzebował czegoś stabilnego.
      Obojętnie ile razy przeprowadzał tę rozmowę w swojej głowie, pierwszy raz nie potrafił przewidzieć jej przebiegu.
      — Nie sądziłem, że będziesz pierwszą osobą, która zapuka do tych drzwi.
      Przez sekundę przyglądał się jej jeszcze w ciszy, po czym odsunął się od wejścia, robiąc jej miejsce.
      — Wejdź.

      Usuń
  10. Nie drgnął.
    Nie dlatego, że nie usłyszał.
    Wręcz przeciwnie
    Każde słowo uderzyło w niego z precyzją, z jaką przez lata potrafiły trafić wyłącznie jej spojrzenia.
    Jak, kurwa, mogłeś?!
    Pytanie zawisło między nimi ciężkie, lepkie, niemal namacalne. I po raz pierwszy od bardzo dawna Jackson Howard nie miał gotowej odpowiedzi.
    Przez całe życie nauczył się wychodzić cało z rozmów, z których inni wychodzili przegrani. Potrafił przekonać inwestora do ryzykownego projektu, policjanta do przymknięcia oka na wybryki bogatego dzieciaka, dziennikarzy do uwierzenia w starannie przygotowaną wersję wydarzeń. Nawet siebie samego przez lata przekonywał, że jeszcze nie jest, aż tak źle.
    Dzisiaj żaden z tych talentów nie miał najmniejszego znaczenia.
    Bo nie stał naprzeciwko akcjonariusza. Ani prawnika. Ani reportera.
    Stała przed nim dziewczyna, której nigdy nie udało mu się okłamać do końca.
    Patrzył, jak gniew dosłownie przejmuje nad nią kontrolę. Jak drży jej głos. Jak oddech urywa się pomiędzy kolejnymi słowami. Jak bardzo stara się utrzymać pion, choć wszystko w niej zdawało się rozpadać.
    Uderzyło go coś jeszcze.
    Nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej widział ją tak… małą.
    Przez wszystkie lata ich burzliwego związku, zawsze sprawiała wrażenie osoby, która choćby walił się świat, znajdzie sposób, żeby stanąć na własnych nogach. Nawet kiedy płakała, robiła to z uniesioną głową. Nawet kiedy się kłócili, potrafiła patrzeć mu prosto w oczy z tą upartą dumą, która jednocześnie doprowadzała go do szału i… imponowała.
    Teraz tej dumy nie widział.
    Widział dziewczynę, której ktoś właśnie odebrał możliwość przeżycia żałoby we właściwy sposób.
    I tym kimś był on.
    Palce mimowolnie zacisnął na framudze drzwi. Tak mocno, że pobielały mu knykcie. To był odruch, by zapanować nad emocjami, bo jeszcze rok temu zrobiłby dokładnie to, co robił zawsze. Odpowiedziałby większą agresją. Sarkazmem. Odwróciłby wszystko w żart, a kiedy rozmowa przestałaby być mu wygodną, po prostu by wyszedł. Był tchórzem i przez większość życia tak właśnie postępował.
    Teraz też miał ochotę schować głowę w piasek, zamknąć przed nią drzwi i uciec.
    Z tej rozmowy. Z jej spojrzenia. Z własnego poczucia winy. Z faktu, że po raz pierwszy naprawdę nie potrafił znaleźć choćby jednego argumentu na swoją obronę.
    Bo jakie właściwie miał?
    Że prawie umarł?
    Że jego ojciec uznał, iż łatwiej będzie pogrzebać syna niż ratować jego reputację?
    Że przez rok zamknięto go w miejscu, z którego nie mógł od tak wyjść?
    Każde z tych zdań brzmiało jak wymówka.
    A on miał serdecznie dość wymówek.
    Powoli opuścił wzrok. Ale nie ze wstydu. Z potrzeby zebrania myśli, które po raz pierwszy od wielu miesięcy rozbiegały się w każdą możliwą stronę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótki, cichy wydech uleciał z jego płuc.
      — Nie wiem.
      Sam usłyszał, jak absurdalnie to zabrzmiało.
      Uniósł głowę. Tym razem spojrzał na nią bez uciekania wzrokiem.
      — Naprawdę nie wiem, od czego mam zacząć.
      To nie była odpowiedź. I oboje doskonale o tym wiedzieli.
      Przesunął dłonią po karku, nerwowo, niemal chłopięco.
      Gest tak niepasujący do człowieka, którego kilka godzin wcześniej telewizja malowała jako nowego prezesa imperium.
      Prawda była znacznie mniej efektowna.
      Nie stał przed nią żaden charyzmatyczny CEO.
      Dopiero niedawno odkrył, że istnieją takie szkody, których nie naprawia się ani przelewem, ani przeprosinami.
      — Ale jeśli myślisz, że przez ten rok choć przez jeden dzień było mi łatwo…
      Urwał i pokręcił głową. To również brzmiało źle.
      — Masz prawo mnie nienawidzić, Tay.
      Głos pierwszy raz lekko mu zadrżał.
      Ledwie. Prawie niezauważalnie.

      Usuń
  11. Przez krótką chwilę naprawdę chciał jej odpowiedzieć.
    Nie dlatego, że uważał, iż nie ma racji. Odkąd wrócił do Nowego Jorku zdążył już zauważyć, że większość ludzi przychodzi do niego z pretensjami, a nie pytaniami. Przyzwyczajał się do tego szybciej, niż przypuszczał. Problem polegał na tym, że Octavia nie mówiła tylko o ostatnim roku. Nie mówiła nawet o jego zniknięciu. Wyciągała na powierzchnię znacznie starze rzeczy te, które przez lata tak skutecznie zakopywał pod kolejnymi imprezami, kolejnymi romansami, kolejnymi awanturami kończącymi się trzaśnięciem drzwi i wyjściem gdziekolwiek, byle dalej od konsekwencji.
    I najgorsze było to, że po raz pierwszy nie potrafił już z taką samą pewnością powiedzieć, że przesadza.
    Jeszcze niedawno zrobiłby to bez zawahania. Wszedłby jej w słowo, odwrócił znaczenie każdego zdania, wypomniał wszystkie momenty, w których ona również zawiodła, a kiedy zabrakłoby argumentów, zwyczajnie podniósłby głos. Jackson Howard od zawsze miał niezwykły talent do prowadzenia rozmów w taki sposób, aby ostatecznie to druga osoba zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie ponosi części winy. Nigdy nie zastanawiał się, skąd wzięła się ta umiejętność. Traktował ją jak kolejne narzędzie. Tak samo naturalnie jak pieniądze, nazwisko czy świadomość, że świat przez większość życia i tak ustępował mu z drogi.
    Teraz również poczuł ten impuls.
    Krótki.
    Instynktowny.
    Niemal niezauważalny.
    To nie było tylko o mnie.
    Zdanie zdążyło wybrzmieć wyłącznie w jego głowie. I tam też zostało, bo zanim zdołał je wypowiedzieć, przypomniał sobie twarz terapeuty, który któregoś dnia powiedział mu coś, co doprowadziło go wtedy do szewskiej pasji.
    Najbardziej groźne historie to te, które odpowiadasz sam sobie.
    Przez pewien czas uważał, że to pseudopsychologiczny bełkot.
    Później zaczął się łapać na tym, że wersja wydarzeń, która nosił w głowie, była odrobinę wygodniejsza od tej pierwotnej.
    Odrobinę.
    Właśnie tyle wystarczyło.
    Spojrzał na Octavię i dopiero teraz dotarło do niego, że przez te wszystkie lata ich związku nigdy właściwie nie próbował zrozumieć, co działo się po drugiej stronie. Interesowało go przede wszystkim to, co czuje on sam, czego chce, co go ogranicza, co go nudzi, co go złości. Jeśli ona zostawała mimo zdrad, mimo kłamstw, mimo scen zazdrości, które sam prowokował tylko po to, żeby upewnić się, że nadal będzie walczyć, przyjmował to z czymś, co dziś najtrafniej nazwałby… prawem własności.
    Bo przecież wracała.
    Zawsze wracała.
    A skoro wracała uznawał, że granica leży jeszcze dalej. Nie myślał o tym jak o okrucieństwie. Nie myślał o tym wcale, bo tak było mu wygodniej.
    Nie powiedział ani słowa. Skinął jedynie głową, po czym odwrócił się i przeszedł przez salon do wciąż nierozpakowanej walizki, która stała z boku otwarta. Sięgnął do niej i wygrzebał blister tabletek przeciwbólowych. Sięgnął również po szklankę z suszarki w kuchni, nalał do niej wody i wrócił do niej.
    — Masz. — Postawił szklankę i tabletki przed nią, nie naruszając nadto jej przestrzeni. Sam usadowił się na drugim końcu kanapy. — Ibuprofen. Nic mocniejszego tu nie znajdziesz — Oparł łokcie o uda, nie patrząc na nią bezpośrednio.
    — Nie wiem… czego właściwie teraz ode mnie oczekujesz.
    Przez moment patrzył jedynie na swoje dłonie.
    — Wiem, że to zabrzmi podle — krótki gorzki uśmiech przemnął przez jego twarz — ale nie planowałem wracać. Nie, gdyby nie ta sprawa z ojcem.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie tylko Octavia przeżywała ten rok. Dla Gabriela to było również ciężkie, choć z pewnością nie w ten sam sposób. Jackson był jego przyjacielem. Umierał mu na rękach. Pamiętał jak, chyba on, dzwonił po pogotowie. Chaos i krzyki. Niezrozumienie, które pojawiło się wtedy w jego głowie. Nie potrafił porównać tego uczucia straty do niczego innego. Mimo, że już miał za sobą jedno pożegnanie, to nie było ono go w stanie przygotować na kolejne. Nie można było się uodpornić. Żaden scenariusz, który ułożył sobie po tym w głowie nie pasował mu do tego, co się wydarzyło. Nie spodziewał się, tak zwyczajnie w świecie, że Octavia wyjedzie bez pożegnania. Nie napisała mu nawet jednej wiadomości. Po prostu zniknęła, jakby ten czas, który spędzili razem i to, co ich połączyło nie miało najmniejszego znaczenia. Być może to miało znaczenie tylko dla Gabriela. I być może trwało to zaledwie chwilę, Ale zasługiwał na usłyszenie czegokolwiek. Jakim więc prawem pojawiała się tu po roku i zachowywała w ten sposób? Cavallaro ją przecież znał i widział, jak się zachowywała. I wcale mu się to nie podobało. Zdążył się przyzwyczaić do życia bez niej. Do tego, że nie odpowiada na wiadomości. I już na pewno nie zamierzał za nią biegać ani tym bardziej rzucać wszystkiego, non postanowiła po miesiącach się jednak pojawić. Miała prawo, oczywiście, że miała prawo, ale nie miała prawa już do niego.
    Obserwował z zainteresowaniem obie dziewczyny. Ta drobna blondyneczka trzymająca go za dłoń i ciemnowłosą, która rok temu stałaby na jej miejscu. Nie wtrącał się. Nie musiał.
    — Dziękuję za propozycje. Nie skorzystam. — Odpadła lekko. Głos Naomi nie był przesadnie słodki ani też nie był nasączony niczym co wskazywałoby na wrogość. — Dogaduje się z twoją mamą świetnie. Nasza współpraca od początku była łatwa i przyjemna.
    Ciężko było wskazać na to, ile było w tym prawdy, a ile zmyślania. Nie przypominał sobie, aby na cokolwiek Naomi narzekała w pracy. Nie był zaskoczony, że odmówiła. Będąc na jej miejscu zrobiłby to samo. Octavia miała do siebie to, że zawsze, kiedy pojawiała się w danym miejscu oczekiwała, że każdy będzie się jej kłaniać w pas. Tymczasem być może okazało się, że trafiła na równą sobie przeciwniczkę, która nie da się złamać tak łatwo, jak dziesiątki przed nią.
    Miał ochotę się gorzko zaśmiać, kiedy w tak nijaki sposób podsumowała ich relacje. Było minęło? Mógł się spodziewać, że Octavia wszystko sprowadzi do krótkiej, nic nieznaczącej chwilówki. Powinno go to zaboleć, ale nie trafiła w to miejsce, w które celowała. Być może ono już nie istniało.
    — Tak, wszyscy dobrze wiemy, jak bardzo lubisz wprowadzać zamieszanie. — Kąsnął pod nosem. Kim byłaby Octavia Blanchard bez odrobiny zmieszania, prawda? — Dopóki nie zaczniesz się nudzić, prawda?
    Mógł się z wierzchu wydawać obojętny. Nawet chłodny. Poniekąd taki właśnie był i nie planował wielkiego zachwytu nad powrotem brunetki. Trzymać urazy również nie zamierzał. Traktował ją w sposób, na który zasłużyła. Nie był jednym z tysięcy jej obserwatorów, którzy będą rozkładać przed nią czerwony dywan i piszczeć na jej widok. Cholera, nie był nawet w tamtym momencie jej partnerem, aby mieć jakiekolwiek wymagania. Sądził jednak, że przede wszystkim się przyjaźnili i że to znaczyło cokolwiek, a okazywało się, że nie zasłużył nawet na głupie „do widzenia”.
    Ciężko było nie czuć jej spojrzenia. I te Cavallaro postanowił odwzajemnić. Tym razem jednak nie było w nich tego samego żaru. Nie było w nich nawet nadziei. Chłodu i obojętności również nie. Coś pomiędzy, czego nazwać nie do końca potrafił.

    G.

    OdpowiedzUsuń
  13. — Wiem. — skwitował krótko.
    Przez chwilę siedział, patrząc na pustą szklankę, którą obracał w dłoniach z tą pozorną obojętnością ludzi, którzy dopiero uczą się, że nie każdą ciszę trzeba natychmiast wypełniać. Kiedyś zapewne rzuciłby kąśliwą uwagę, odwrócił znaczenie jej słów, zręcznie przesunął środek ciężkości z własnych błędów na cudze emocje. Dzisiaj odkrywał, że znacznie trudniej jest po prostu pozwolić drugiej osobie mówić, zwłaszcza wtedy, gdy każde kolejne zdanie wbija się pod skórę z precyzją, na którą sam kiedyś zapracował.
    Dopiero po dłuższej chwili uniósł wzrok.
    — Nie wiem, co powinniśmy zrobić. — Powiedział to spokojnie, bez cienia dramatyzmu, jakby wypowiadał fakt, z którym był już od dawna pogodzony. W środku jednak czuł cień niepewności, jakby stąpał po bardzo cienkim lodzie.
    Śmierć Roberta była nagła, nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw, więc Jackson nie był przygotowany, w żadnym stopniu, do rozmów, które czekały go w Nowym Jorku. Nie miał gotowych odpowiedzi, wyjaśnień i powodów, które go motywowały. Nie miał nic, przyjechał z pustymi rękoma i teraz musiał zgrabnie improwizować.
    — I chyba byłoby nieuczciwe, gdyby teraz zaczął udawać, że mam jakiś plan.
    Podniósł się z kanapy i przeszedł kilka kroków w stronę okna. Łatwiej było mówić, kiedy wzrok miał zaczepiony o światła Manhattanu, a nie o nią, osobę której przez lata patrzył prosto w oczy, nie dostrzegając połowy tego, co próbowała mu powiedzieć.
    Miasto pulsowało swoim własnym rytmem, całkowicie obojętne na dramaty rozgrywające się kilkadziesiąt pięter nad ulicą.
    — Jak mówiłem, gdyby ojciec nie umarł…
    Urwał, jakby wypowiadanie tych słów wymagało od niego większego wysiłku, niż się spodziewał.
    — …prawdopodobnie dalej siedziałbym w Szwajcarii.
    Nie spojrzał na nią.
    Nie od razu.
    — I szczerze mówiąc, nadal nie wiem, czy tam nie wrócę.
    W mieszkaniu ponownie zapadła cisza, lecz tym razem nie próbował jej oswoić ani załagodzić. Wiedział, że każde kolejne słowo będzie bolał równie mocno, ale nie miał ochoty wybierać wygodniejszej wersji wydarzeń tylko dlatego, że łatwiej byłoby ją jej usłyszeć.
    Odwrócił się w jej stronę.
    — Rozważam poukładać wszystko tak, żeby móc zarządzać firmą stamtąd albo przynajmniej spędzać większą część czasu tam. Jeszcze niczego nie postanowiłem, ale… nie wróciłem tutaj dlatego, żę chciałem wrócić do swojego życia.
    Krótki uśmiech przemknął przez jego twarz, równie szybko znikając. Nie było w nim takiej ilości pewności siebie jak kiedyś.Raczej gorzka świadomość własnych ograniczeń.
    — Ani po to, żeby naprawiać przeszłość
    Na moment zawiesił głos.
    — Z nikim.
    To ostatnie słowo wybrzmiało cicho, niemal zwyczajnie. Nie chciał jej zranić, ale też nie chciał niczego budować na fałszywej nadziei, a odniósł wrażenie, że właśnie tego chce Octavia, nawet jeśli nie mówiła tego na głos.
    — Ten rok to jest dopiero początek dla mnie i wiem, że to znowu zabrzmi jakbym myślał tylko i wyłącznie o sobie, ale… nie chcę go zmarnować.
    Spojrzał na nią długo, uważnie.
    — Nie jestem gotowy, Tay, na żadne deklaracje.
    Nie powiedział tego z dumą, ani z poczuciem porażki.
    Miał tyle na głowie, że jeśli dorzuciłby sobie kolejne sprawy do kompletu, to jego pobyt tutaj mógłby różnie się skończyć. Dlatego może też był w nim lęk przed konfrontacją z jego dawnym kręgiem znajomości. Nie wiedział jak ich życia potoczyły się dalej, po jego śmierci, czy dalej żyli w tak sam sposób. Jackson stał na nogach, ale wciąż wykonywał chwiejne kroki i musiał uważać.

    OdpowiedzUsuń
  14. Gabriel nie zamierzał roztrząsać cały czas tego, co się wydarzyło. Jackson umarł. Octavia zniknęła, a on na pewno nie chciał siedzieć i myśleć o tym wszystkim, kiedy już jakiś czas temu zaczął układać sobie życie na nowo. Nie brał pod uwagę jej powrotu, choć wiedział, że jest on możliwy. Prędzej czy później Octavia miała się pojawić z powrotem. Cavallaro chyba wolał, aby miało to jednak miejsce później. Niewiele mógł już z tym coś zrobić, a dziewczyna stała jak na wyciągnięcie ręki tuż przed nim. I choć zdawało się, że powinien był coś zrobić, to nie zrobił niczego.
    W chwili, kiedy Octavia palcem uniosła podbródek Naomi, dziewczyna chwyciła ją za nadgarstek odsuwając jej rękę od swojej twarzy. Spojrzenie blondynki było twarde, a nastawienie nieznacznie się zmieniło.
    — Doceniłabym, gdybyś mnie nie dotykała. — Wypowiedziała każde słowo niemal z osobna. Puściła jej rękę dopiero, gdy ta znalazła się w odpowiednio dalekiej odległości od Naomi. — Z pewnością będzie ciekawa znajomość. — W głosie Naomi nie było niczego co mogłoby wskazywać na to, że boi się konfrontacji z Octavią. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaka jest relacja między nią, a Gabrielem. Nie sprawiło to jednak, że poczuła się zagrożona. Raczej zaintrygowana i zachęcona. Odpuszczać też nie zamierzała tylko dlatego, że Blanchard wróciła i uważała, że wszystko się jej znowu należy. Jakby naprawdę sądziła, że może wrócić po takim czasie do Nowego Jorku i wyciągać łapy po Gabriela, jakby ten miał siedzieć i czekać, aż ogarnie swoje sprawy.
    — Tak jak ty nie dałaś rady? — Naomi uniosła brew. Nie patrzyła na Octavię z wyzwaniem. Wiele brakowało, aby poczuła się przez nią zagrożona, a jakby nie patrzeć, to Naomi znajdowała się tu, gdzie być powinna, a Blanchard była niezbyt chcianym towarzystwem.
    Dla Gabriela to był moment, w którym uznał, że trzeba będzie się zbierać z imprezy. Nie liczył jakoś szczególnie na rozmowę z Felixem. Przyjaźnili się, ale nie dało się ukryć, że przez wyjazd Octavii i to, jak przez dłuższy czas Cavallaro próbował wyciągnąć od niego, gdzie dziewczyna jest, ich relacja się nieznacznie ochłodziła.
    — Ludzie się zmieniają, Octavia. — Odparł bez większego wzruszenia. — Nie szukam już tanich sensacji.
    Nie zrobił na nim wrażenia jej ironiczny komentarz. To był problem Octavii, jeśli nie potrafiła poradzić sobie z tym, że Gabriel znalazł kogoś innego. Jeśli przez moment sądziła, że naprawdę rzuci wszystko, bo łaskawie się pojawiła po miesiącach to wciąż była w błędzie. Lub może to on w nim był sądząc, że na czymkolwiek jej jeszcze zależy. Nie był pewien, czy jemu zależy. Jakiejś części na pewno, ale czy była ona wystarczająca, aby nie patrzył na miesiące ciszy i to, jak go potratowała? Nie zamierzał być dla niej kolejnym do pocieszania. Czy do zapełnienia łóżka, bo czuła się samotna.
    Był pewien, że spotkają się jeszcze niejeden raz. Zwłaszcza, że Nowy Jork potrafił być upierdliwie małym miejscem. Nie patrzył za nią, kiedy odchodziła. To, gdzie teraz zmierzała było mu obojętne i to nie był jego obowiązek, aby Octavii pilnować. Zostali jeszcze jakiś czas. Naomi trafiła na swoje koleżanki, z którymi odsunęła się na bok na drinka, a Gabriel wykorzystał ten moment, aby wyjść na balkon. Z kieszeni wyjął metalowe pudełeczko. Trzymał w nim zapalniczkę i jointa. Balkon nie był zapełniony. Mimo, że pogoda rozpieszczała. Oparł się o barierkę i wsunął go między usta odpalając chwilę później.
    Dobrze wiedział, co jej powrót oznacza i wcale mu się to nie uśmiechało. Akurat wróciła wtedy, kiedy zaczynało robić się lepiej. Jakby miała w sobie mały radar, który mówił jej, kiedy uderzyć, bo zaboli najbardziej. Zaciągnął się mocno dymem, który przetrzymał w płucach dłuższą chwilę, zanim go wypuścił.

    G.

    OdpowiedzUsuń
  15. You have an incoming call. Please hold while we connect you. If you are unavailable, you may decline the call at any time.

    The recipient has declined the call.

    Seojun, 2:48 PM:
    hi beautiful, long time no see. think we need to talk. friday, 8:00 p.m. at the Empire?

    OdpowiedzUsuń
  16. Octavia wyszła, a drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem, które przez następnych kilka sekund rozbrzmiewało w mieszkaniu głośniej niż wcześniej wypowiedziane słowa.
    Jackson nie ruszał się z miejsca.
    Wpatrywał się w drzwi jeszcze przez dłuższą chwilę, jakby wciąż spodziewał się, że za moment ponownie się otworzą, że usłyszy jej kroki na korytarzu, kolejne pretensje albo pytania. Nic takiego jednak nie nastąpiło. W apartamencie zapanowała cisza, która pozwoliła wybrzmieć wszystkim myślą niebezpieczną wyrazistością.
    Dopiero wtedy odetchnął.
    Nie poczuł jednak ulgi.
    To było… dziwne.
    Przez lata każda kłótnia z Octavią kończyła się dokładnie tak samo, trzaskiem drzwi, przekonaniem, że znowu przesadza, i krótkim okresem świętego spokoju, który zawsze wydawał mu się nagrodą. Wtedy naprawdę wierzył, że problem znika wraz z człowiekiem opuszczającym mieszkanie.
    Teraz odkrywał, że problemy mają irytujący zwyczaj zostawiania dokładnie tam, gdzie się je stworzyło.
    Znów podszedł do dużych okien, oparł czoło o chłodna szybę. Nowy Jork wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętał, a jednak pierwszy raz miał wrażenie, że nie potrafi się w nim odnaleźć. Jeszcze parę miesięcy wstecz był przekonany, że jeśli tutaj wróci, odzyska wszystko, co odebrała mu ta feralna impreza u Plotkary. Dzisiaj wiedział już, że głupota i własne decyzje potrafią odebrać najwięcej.

    Nie mógł spać, więc siedział wyciągnięty na łóżku z komputerem na udach, sprawdzając kolejne tabelki wysłane mu przez asystentkę. Sprawdzał wszystko to, co mogło umknąć mu przez rok pobytu w Szwajcarii. Musiał szybko wdrożyć się we wszelkie działania firmy.
    Było późno, więc wibracja telefonu leżącego gdzieś na pościeli, nieco go zaskoczyła.
    Raz.
    Drugi.
    Nie miał ochoty odbierać.
    Przez ostatni tydzień niemal każdy czegoś od niego chciał. Podpisów. Spotkań. Decyzji. Kondolencji. Wywiadów. Rozmów z zarządem.
    Jeszcze jedno powiadomienie.
    Dopiero wtedy sięgnął wreszcie po telefon.
    Na ekranie wyświetlił mu się niezapisany numer. Żadnej wiadomości, jedynie zdjęcie. Nieco rozmazane i niewyraźne, ale mógł wywnioskować, że to Octavia została na nim uwieczniona. Zaraz po nim dostał kolejnego SMS’a tym razem z krótkim filmikiem.
    Dziewczyna szła sama jedną z bocznych ulic Midtown, krótkę miałą przewieszoną przez ramię, papieros tlący się między palcami, krok zdecydowanie mniej pewny, niż zapewne wydawało się jej samej.
    Jackson przez moment wpatrywał się w ekran.
    Powinien odłożyć telefon. To nie była już jego odpowiedzialność. Nie byli razem. Sama powiedziała, że noe ma do czego wracać.
    A jednak…
    Przed oczami nieustannie wracał obraz z ich rozmowy. Jej dłonie nerwowo zaciskające się na szklance, gdy popijała tabletke. Drżący głos, nad którym nieudolnie próbowała zapanować.
    To krótkie: Nie wiem, co powinnam zrobić.
    Zamknął oczy.
    — Cholera…
    Mruknął pod nosem.
    Wstał z łóżka wciągając na siebie pierwsze lepsze dresy i koszulkę.
    Kluczki do auta leżały dokładnie tam, gdzie rzucił je po powrocie z firmy.
    Sięgnął po nie odruchowo.

    Kilka minut później czarny Aston Martin sunął niemal bezgłośnie przez nocne ulice Manhattanu. Dostrzegł ją, zanim jeszcze zauważyła samochód jadący za nią.
    Szła poboczem, z głową lekko spuszczoną, wolniej niż zwykle ludzie chodzą w tym mieście.
    Zdjął nogę z gazu.
    Samochód zrównał się z nią.
    Jackson nacisnął przycisk opuszczający szybę i nieco pochylił się w jej kierunku.
    — Tay. — zawołał ją na tyle głośno, by przekrzyczeć szum miasta.
    Spojrzał na nią, po czym skinął głową w stronę pustego fotela pasażera.
    — Wisaidaj. — Nie było w tym, ani prośby, ani rozkazu, ale nie zamierzał pozwolić jej, pijanej, samotnie włóczyć się po mieście nad ranem.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zwykle znajdował ukojenie w tym mieście. W zatłoczonych ulicach, dźwiękach klaksonów czy neonowych świateł. Tym razem nie potrafił w tym znaleźć ukojenia. Mieszkanie Felixa znajdowało się zbyt wysoko, aby te dźwięki mogły do niego docierać w pełni. Gabriel stał na balkonie, zastanawiając się nad tym wszystkim co się dziś wydarzyło. Powrót brunetki do Nowego Jorku oznaczał, że zrobi się znów zamieszanie. Nie wiedział, czy chce ją z powrotem w swoim życiu. Przyzwyczaił się już do tego, że jej tutaj nie ma i jakkolwiek okrutnie to nie brzmiało to zdążył o niej zapomnieć przez te miesiące. Znał ją i mógł się spodziewać, że wracając wprowadzi chaos, ale po części chyba zwyczajnie w świecie miał nadzieję na odrobinę spokoju.
    Nie zareagował w żaden sposób, kiedy Octavia pojawiła się na tarasie. Miała dziwny talent do tego, aby odnajdować go zawsze wtedy, kiedy był sam. Westchnął w duchu. Chyba żałując, że nie zdecydował się wyjść z tej imprezy wcześniej. Najlepiej zaraz po tym niekomfortowym powitaniu. Tylko dobrze wiedział, że gdyby wyszedł to Octavia by wygrała ten pojedynek. Choć Gabriel nie był pewien w co oni w ogóle grają. O ile w coś grali.
    — Jak na kogoś kto nie ma pojęcia, kim teraz jestem, zachowujesz się, jakbyś wszystko o mnie wiedziała. — Odparł. Nie sięgnął z powrotem po skręta. Niech sobie go zatrzyma.
    Oparł się o barierkę i pochylił lekko do przodu. Powietrze było tu czystsze niż na dole, aczkolwiek daleko mu było do zadowalającego. Ciężko było odetchnąć pełną piersią w Nowym Jorku.
    — Nie muszę ci się tłumaczyć z moich wyborów. — Powiedział, kiedy nawiązała do Naomi. — Ale tak, naprawdę mnie kręci i skoro już musisz wiedzieć, to wcale nie przez to, że twoja matka podpisała z nią kontrakt. Poznaliśmy się przed tym. — Wzruszył ramionami. Nie musiała znać całej historii, a Gabriel nie zamierzał się dzielić z nią informacjami tak… Delikatnymi.
    Uśmiechnął się kątem ust. Rozbawiła go myśl, która pojawiła się w jego głowie. I wiedział, że gdy się nią podzieli z Octavią to dziewczyna najpewniej się zirytuje.
    Odwrócił się w jej stronę powoli. Robiąc krok i coś, czego się nie spodziewał po sobie. Zabłąkany kosmyk jej włosów zaczepił o ucho. Dłonią ledwo muskając policzek brunetki. Miała ciepła i miękka skórę, znajoma wręcz. Uśmiechnął się kątem ust.
    — Doceniłbym, gdybyś przestała grozić mojej dziewczynie. — Powiedział miękko, a jego dłoń wciąż znajdowała się na wysokości jej policzka. Niemal go muskając. — Bo ja też potrafię zrobić się nieprzyjemny, Tay. A Twoje przeprosiny nic dla mnie nie znaczą.
    Odsunął się od niej na pół kroku. Nie spuszczał z niej wzroku. Nie spodziewał się, że wypowie takie słowa kiedykolwiek. Jednak teraz naprawdę, te przeprosiny nic dla niego nie znaczyły. Szczególnie, kiedy nie było widać, aby były one szczerze.
    — Nie wiem, po co wróciłaś, ale jeśli tego nie zauważyłaś, to twoja zazdrość nie robi na mnie wrażenia. Miałaś swoją szansę, Tay. — Mówił to spokojnie. Bez pretensji ani złości. Jakby uświadamiał ja i wskazywał palcem na przykry fakt. — Wystarczyło mi powiedzieć, że potrzebujesz czasu. Wolałaś zniknąć i dziwisz się, że nie czekam na Ciebie z otwartymi ramionami? Że mam kogoś innego? — Prychnął pod nosem. — Chcę być przekazujcie jasnym. To, co dzieje się między mną, a Naomi nie jest twoja sprawa. Ale jeśli się dowiem, że zrobiłaś cokolwiek, aby jej uprzykrzyć pracę, to obiecuję, że zaczniesz swojego powrotu żałować.

    Upsss🤭

    OdpowiedzUsuń
  18. Silnik pracował cicho, niemal jednostajnie, zagłuszając szum miasta. Jackson nie odpowiedział od razu. Dłonie wciąż spoczywały na kierownicy, choć samochód stał nieruchomo od kilku minut. Wzrok utkwiony miał w światłach rozlewających się po mokrym asfalcie, jakby to właśnie tam próbował odnaleźć właściwe słowa.
    Na jej ciche nie musiałeś jedynie pokręcił głową.
    — Nie powinnaś sama chodzić po mieście o tej porze. — Powiedział spokojnie, niemal odruchowo. — Poza tym i tak nie spałem. — Dodał wzruszając ramionami.
    Pytanie o spacery wywołało nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Milczał przez dłuższy moment, jakby w ogóle go nie usłyszał. Kciukiem przesunął po skórzanej kierownicy, wrzucił bieg i włączył się ponownie do ruchu.
    Czy kiedykolwiek się nad tym zastanawiał?
    Być może.
    Trochę.
    Rzadko.
    Na terapii poruszał temat wszystkich swoich relacji i oczywiście mógłby zaserwować jej gotową formułkę, którą częstował go terapeuta, aczkolwiek nie o to tym razem chodziło. Odpowiedź była boleśnie prosta.
    — Nie. — To jedno słowo wybrzmiało cicho. — Chyba nigdy. — Przyznał.
    Wiedział, że wynikało to z ich braku dojrzałości. Byli nastolatkami, później młodymi dorosłymi, którzy za priorytet brali zabawę i testowanie granic. W jego przypadku, w szczególności to drugie. Jackson nie myślał poważnie o zbyt wielu sprawach i choć był z Octavią, nawet to traktował z pobłażaniem. Może to był lęk przed przywiązaniem i brak odpowiednich wzorców, jak zostało mu wytłumaczone, a może po prostu był bogatym gówniarzem, który niczego nie szanował, bo zawsze było można kupić lepszy model.
    — Zawsze otaczał nas hałas. — Skwitował.
    Zawsze otaczały ich imprezy, alkohol, znajomi, chaos, zbyt wiele intensywnych bodźców, które skutecznie odwracały uwagę.
    Przez kilka przecznic nie odezwał się ani słowem, pogrążony we własnych myślach.
    Miasto przesuwało się za szybami w długich smugach światła, odbijających się od karoserii zaparkowanych samochodów.
    — Dlatego lubię Szwajcarię, jest… znacznie spokojniejsza, powolniejsza. — przyznał z niewielkim uśmiechem na twarzy. Nie wiedział, czy miał prawo o tym mówić, czy wywoła tym kłótnie. Nie chciał, aby źle go odebrała, by wyglądało na to, że on zaczął tam nowe, wygodne życie. Nie o to mu chodziło. — Myślę, że spodobałoby ci się tam. — Wymsknęło mu się, na czym złapał się za późno. Znów na nią zerknął, nieco odchrząknął i płynnie zmienił temat.
    — Nadal mieszkasz w tym samym miejscu? — zagadnął, zerkając na nią kątem oka. Przez rok wszystko co o niej wiedział mogło ulec zmianie.

    OdpowiedzUsuń
  19. Jackson uśmiechnął się pod nosem. Nie tym dawnym, nieco zarozumiałym uśmiechem, za którym chował niewygodne odpowiedzi, a który krzyczał ja wiem lepiej. Ten był krótszy, bardziej zmęczony, jakby sam nie był pewien, czy jeszcze pamięta, jak robi się to bez wysiłku.
    — Bo tam… nikt się nie spieszy. — odpowiedział po czym zwolnił przed przejściem dla pieszych przepuszczając mężczyznę prowadzącego rower. — Brzmi banalnie, ale naprawdę tak jest. Ludzie potrafią siedzieć dwie godziny nad jedną kawą i nikt nie patrzy na zegarek. W niedzielę połowa sklepów jest zamknięta, a nikogo to nie denerwuje. Góry stoją tam od setek lat i chyba udzieliło im się wszystkim przekonanie, że nie wszystko trzeba zrobić dzisiaj.
    Na moment zamilkł.
    — Tutaj… — skinął lekko głową w stronę rozświetlonych ulic Manhattanu — mam wrażenie, że jeśli przez pięć minut stoisz w miejscu, to ktoś już cię wyprzedził.
    Nie dopowiedział, że kiedyś właśnie to uwielbiał. Tą pogoń, udowadnianie, że jest lepszy od innych, że stoi wyżej, że nie ma rzeczy, której nie zrobi i to cokolwiek zmieni. Chyba patrzył na ich hermetyczny świat i towarzystwo, jak na bogów, którzy pociągają za sznurki. Okazało się, że to nie do końca tak wygląda.
    Na kolejne pytanie odpowiedział dopiero po dłuższej chwili. Zastanawiał się jak jej przedstawić swoje położenie na tyle rozsądnie, by nie poczuła, że karmi ją tanimi wymówkami.
    — To nie był moja decyzja, nie na początku. — Zacisnął mocniej dłonie na kierownicy, jakby chciał pozbyć się napięcia z głosy, jednocześnie cofając się w myślach do feralnej nocy, kiedy to pojawili się na imprezie Plotkary. — Nie planowałem tego, serio tamtej nocy przesadziłem. Szczerze to niewiele pamiętam z imprezy. — wzruszył ramionami. Tamta noc malowała mu się niewyraźnie. Pamięta smugi, dźwięki, zapach skręconego zioła. Widzi rozmazane twarze i wyciągnięte dłonie… — Obudziłem się po niej w klinice, ojciec siedział nade mną… możesz sobie wyobrazić wyraz jego twarzy… jakby czekał na to od dłuższego czasu. — Urwał, zaciskając nieco szczęki. Okropnie się wtedy wkuriwał na ojca, zwłaszcza, że zwykle ojciec udzielał mu moralnego wywodu, pouczał i puszczał wolno. Nie tym razem, tym razem Jackson wyczerpał pokłady cierpliwości ojca.
    — Postawił sprawę jasno. Jeżeli jadę, to znikam. Bez telefonów. Bez wiadomości. Bez ludzi, których znam. Jeśli nie to wracam tam skąd mnie wyciągnęli i będę musiał radzić sobie sam. — A Jackson Howard bał się jednej rzeczy bardziej jak śmierci, utraty statusu i pieniędzy. Spojrzał krótko na Octavię, ona nie raz przekonała się jak bardzo obawiał się stracić tego kim jest, tego ile drzwi otwiera jego nazwisko.
    — Nie wiem, czy gdyby wtedy miał z tobą kontakt… albo z kimkolwiek stąd… to wytrzymałbym ten rok. — Pewnie nie. Nie miał silnej woli, łatwo ulegał pokusom oraz wpływom z zewnątrz. Nie trudno było go podpuścić, aby coś zrobił na oczach przyjaciół, by się przed nimi popisać.
    — Dlatego wcześniej powiedziałem, że nie wiem, czy zostanę. Po prostu nie jestem pewien, czy stare przyzwyczajenia mnie nie dogonią. — przyznał. Wciąż miał przed sobą spotkania z terapeutą, niby ten zostawił mu opcję spotkań online, ale przed ekranem łatwiej ukryć to co na żywo widać na pierwszy rzut oka.

    OdpowiedzUsuń
  20. Seojun podczas tej pamiętnej imprezy sprzed roku był — przynajmniej powierzchownie — zupełnie inną osobą od tej, która wsiadała do taksówki, by przedostać się na drugi koniec Manhattanu na umówione spotkanie. Miał narzeczoną, której nie kochał, ani nie pragnął, ale zwyczajnie nie chciał widzieć u cudzego boku, imprezował do punktu, w którym codziennością stała się kroplówka stawiająca na nogi przed kolejną sesją — o sposobach na załatwienie tych sesji nie wspominając. Obiektywnie, posiadał teraz o wiele lepsze zajęcia, niż te, które mu towarzyszyły od czasu, gdy pierwszy raz poznał smak dobrej zabawy z wyższej półki, ale byłoby to zbyt proste, ckliwe i nierealistyczne, by zakładać, że w głębi duszy tak naprawdę się zmienił. Fundamenty, na których zbudował swój charakter, nie miały prawa się zmienić.
    Wydarzenia sprzed około roku stały się już dla Seojuna nieprzyjemnych wspomnieniem. Śmierć przyjaciela przyszła do niego w niefortunnym czasie. Niewiele po tym, gdy dał się okrutnie wykorzystać i zsunął się na emocjonalne dno, trzymając się kurczowo wszystkiego tego, co niezdrowe, zakazane — czegokolwiek, co dałoby mu szansę na zapomnienie minionych wydarzeń, krótkotrwałe poczucie bezpieczeństwa, nadzieję, że jeszcze to wszystko da się zmienić. Był zakochany miłością, którą nie miała prawa się spełnić, otumaniony alkoholem i narkotykami, których nie odstawiał od miesięcy i budzony nocą koszmarami, które przypominały, czego doświadczał jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Był na dnie.
    A jednym z fundamentów jego charakteru było to, że nie wybaczał. Seojun wyrównywał rachunki.

    Chłopak uśmiechnął się lekko na wzmiankę o butelce, a potem, gdy Octavia pogodnie i z ironią podsumowała drobne komplikacje, prychnął, unosząc brwi. Mimo tego, co w swoim życiu zobaczył — a jak na swój niewielki wiek, przyszło mu zobaczyć całkiem wiele — wciąż nie dowierzał w to, co się wydarzyło. To było tak nierealistyczne, że nie miało prawa istnieć.
    — Tak troszkę — dodał takim samym tonem. — Troszeczkę.
    Omiótł dziewczynę spojrzeniem. Wyglądała dokładnie tak, jak zawsze — jak Octavia Blanchard, którą pamiętał odkąd zamieszkał w Nowym Jorku jako młody nastolatek.
    Ludzie z elity nie zwykli zawierać przyjaźni, tylko znajomości. Kolejne linie pajęczyny ułatwiające ich życie, budujące kolejne konglomeraty finansowe i otwierające możliwości. Ich przyjaźnie były płytkie, ale w ich świecie nawet żony i mężowie nie zwykli kochać tak, by wskakiwać za sobą w ogień. A oni, Octavia i Seojun, nigdy się nie nie lubili — w ich języku w takim razie musieli być bardzo dobrymi przyjaciółmi.
    Seojun wychylił kieliszek z whisky i odstawił szklankę w momencie, gdy kelner wrócił z alkoholem i kartami. Złapał swoją, by potem powoli przesuwać strony.
    — Na początku planowałem się zemścić. I tak naprawdę wciąż się waham, czy tego nie zrobić. Mam tylko taki problem, że nie mogę się zdecydować, co najbardziej emocjonalnie wbiłoby go w ziemię — powiedział, nie odsuwając wzroku od karty, choć nie przeczytał do tej pory ani jednego dania z listy ze zrozumieniem. — Chciałbym, żeby cierpiał. Albo inaczej. Mam życzenie, aby dopadła go taka intencjonalna niesprawiedliwość, jaką zaserwował innym ludziom.

    S.

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie trzeba było specjalnie się wysilać, aby domyślić się, że dla Octavii to wszystko jest zabawą. Gabriel nie potrafił tego pojąć. Jeszcze kilka lat temu, owszem, ale teraz? Może pozmieniały mu się priorytety, może on się zmienił, ale nie interesowała go gra, która mimowolnie, ale rozpoczęła się tego wieczoru. Włoch wolał… Po prostu odpuścić. Czuł, jakby dostał prosto w twarz, kiedy zobaczył brunetkę. Dziewczynę, wobec której miał plany, choć nigdy nie wypowiedział ich na głos. Zrozumiałby, gdy powiedziała mu, że potrzebuje przerwy. Lepiej niż mogła sobie to wyobrazić, a ona wybrała milczenie i ucieczkę. Powinna być wdzięczna, że Gabriel jej posłuchał. Nie miał pojęcia, czego od niego oczekiwała, ale najwyraźniej nie zagrał według jej scenariusza, który miała przygotowany przed przyjściem lub który ułożyła po przyjściu.
    Cavallaro uśmiechnął się półgębkiem.
    — Naprawdę tak to widzisz, Tay? — Mruknął znużony. Przekręcił głowę w jej stronę. Wciąż była piękna. Wciąż wyglądała, jak ona, a jednak… Było w niej coś innego. Coś czego wskazać nie potrafił, ale zauważył w niej pewne zmiany. — Naprawdę myślisz, że czekałem na ciebie rok? Że wystarczy, że się pojawisz, a ja rzucę dla ciebie wszystko? — Prawie się zaśmiał na to, jak absurdalnie brzmiały te słowa. — Że nie robiłem nic przez ten czas, tylko czekałem, aż łaskawie się kiedyś pojawisz i uznasz, że chcesz mnie z powrotem w swoim życiu? Że jestem aż tak zdesperowany, aby czekać na pieprzoną Octavię Blanchard?
    Pokręcił głową. Była w błędzie, a Cavallaro na pewno nie planował czekać. Przez pewien czas faktycznie czekał i tego nie zamierzał ukrywać. Musiała to wiedzieć. Nie miał wątpliwości, że Felix jej mówił o jego próbach dostania się do niej. Ale to było ponad pół roku temu. Kolejne miesiące nauczyły go, aby odpuszczać i nie czekać z otwartymi ramionami na kogoś kto go nie chciał.
    — Odeszłaś. — Wytknął jej. Zrobił krok w stronę brunetki. Wystarczający, aby mogła poczuć jego obecność. Spoglądał na nią z góry, bo nawet w tych swoich wysokich szpilkach była mniejsza od niego. — Nawet się nie pożegnałaś i masz czelność myśleć, że wciąż o tobie myślę? — Tym razem się zaśmiał. — Nie jestem twoim fanem, Tay, który czeka, aż na niego spojrzysz i zrobisz dzień, bo zaszczyciłaś mnie swoją uwagą.
    Miała takich. Facetów, którzy sapali przed ekranem telefonu, kiedy wrzucała nowe zdjęcia na Instagrama. Takich, którzy daliby się pokroić, aby chociaż przez moment na nich zwróciła uwagę. I doskonale wiedziała, że on nigdy do takich nie należał. Nie chodziło nawet o to, że miał do niej dostęp, że mieli jakąś historię przed tego całego dramatu. Gabriel nie musiał się ubiegać o uwagę kobiet i oboje o tym wiedzieli.
    Nachylił się lekko, jakby mówił jej sekret.
    — Mogłem na ciebie poczekać. — Zdradził. Głos miał przepełniony szczerością, która nie pojawiała się u niego często. Było w tym stwierdzeniu coś surowego. Bolesnego wręcz. — Mogłaś robić cokolwiek tam robiłaś, a ja bym zaczekał. Ale nawet nie dałaś mi szansy tego powiedzieć. Nie dziw się, że nie padam ci do stóp po tym, jak potraktowałaś mnie jak śmiecia.
    Odsunął się w końcu. Czując, że wyrzucił z siebie wszystko to, co w nim siedziało. Więcej dodawać nie musiał już nic. Zwłaszcza, że przyszła Naomi, a ona nie musiała być świadkiem tej rozmowy. Wolał, aby tego nie słyszała i żyła dalej w bańce, że wszystko jest w porządku, chociaż przecież nie była ślepa i od początku widziała, że pojawienie się Octavii na niego w pewien sposób wpłynęło.

    G.

    OdpowiedzUsuń
  22. No hej, kogo moje oczy widzą. :D Szkoda, że Octavia czuła się zmuszona uciekać, żeby złapać oddech, ale jeśli wyszło jej to najlepsze, to nie pozostaje mi nic, jak w dalszym ciągu jej kibicować. Claire bardzo chętnie zajęłaby się Little A od czasu do czasu, ale na ten moment jest mi ciężko to logicznie pospinać, bo jakby tu w ogóle poznać ze sobą dziewczyny, nie mówiąc już o tym, żeby poznać je na tyle, żeby Tay oddała mojej panience córkę w opiekę...? Jeśli będziesz miała ochotę coś wspólnie pokombinować, zajrzyj do mnie, kiedy już się opublikuję, a tymczasem życzę Ci weny, weny i jeszcze raz weny!

    CLAIRE BELLFORT jeszcze w roboczych

    OdpowiedzUsuń
  23. Parsknął nieco na wspomnienie jej babci. Chyba nawet nie chciał zgadywać, co by jej bliscy mu zrobili, gdyby faktycznie stanął z nimi twarzą w twarz. Można było im wiele zarzucić, ale na pewno nie brak wsparcia i oddania swoim bliskim.
    Jackson nie odpowiedział od razu na jej zaproszenie. Zdążył zgasić silnik, dłonie opuścić na uda. Siedział wpatrzony w wejście do budynku, który znał, aż za dobrze, jakby szukał tam odpowiedzi, której Octavia nie mogła mu udzielić.
    Niekiedy wyobrażał sobie powrót do Nowego Jorku, robił to na dziesiątki sposobów. W żadnym z nich nie siedział późną nocą pod jej domem, zastanawiając się, czy powinien wejść na herbatę. To wydawało się wręcz absurdalnie… zwyczajne. A przecież między nimi zwyczajność nigdy nie istniała. Kłótnie kończyły się trzaskiem drzwi albo namiętnością, która równie skutecznie zamiatała problem pod dywan. Później przychodziła kolejna impreza, kolejna noc, w której łatwiej było zapomnieć niż cokolwiek wyjaśnić i naprawić. I przez długi czas wydawało mu się, że właśnie tak wygląda miłość. Dzisiaj nie był już tego taki pewien. Nie dlatego, że przestał coś do niej czuć, choć tego też nie był pewien. Po prostu nie potrafił nazwać własnych emocji z taką pewnością, z jaką kiedyś rzucał wielkie słowa, które bardzo często mówił bez większego zastanowienia. Nauczył się za to, że człowiek bardzo często nie odróżnia potrzeby od uczucia. Łatwo pomylić tęsknotę z samotnością. Przywiązanie z miłością. Jeszcze łatwiej uzależnić się od drugiego człowieka tak samo, jak wcześniej od wszystkiego innego.
    Nie wiedział, gdzie kończyło się jedno, a zaczyna drugie.
    — Dobra — odwrócił głowę w jej stronę. Na ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech, daleki od dawnej zuchwałości. Bardziej ostrożny, jakby sam badał grunt pod własnymi stopami.
    — Ale tylko herbata i nie obiecuję, że będę najlepszym rozmówcą. — Sięgnął po kluczyki, zgasił światła i wysiadł z samochodu. Zanim jednak zamknął drzwi, jeszcze raz spojrzał na budynek przed sobą. Miał dziwne wrażenie, że właśnie robi coś czego nie powinien. W końcu nie przyszedł odzyskiwać Octavii. Nie przyszedł naprawić magicznie przeszłości. Chciał po prostu… no właśnie, czego mógł chcieć? Czy w ogóle czegokolwiek od niej jeszcze chciał? Niektóre prawdy, które przed nim postawiono, były brutalne, sprawiały, że wszystko co znał, sypało się jak domek z kart. Teraz miał budować na stabilnych fundamentach. Sęk w tym, że terapeuci mieli ogromną łatwość w mówieniu poprawnych formułek. Formułek, które daleko mijały się z jego postrzeganiem świata.
    — Jesteś sama? — Zagadnął, gdy wsiedli do windy. Nie sądził, by teraz był dobry moment na konfrontację z kilkulatką. Nie wiedział, czy kiedykolwiek przyjdzie na to dobry moment, czy lepiej jeśli w jej życiu pozostałby martwym dupkiem.

    J.

    OdpowiedzUsuń
  24. Jackson wszedł do mieszkania za Octavią. Na pierwszy rzut oka wyglądało znajomo, tak jak miał zapisane je w swojej pamięci.
    Zatrzymał się przy kuchennej wyspie, odkładając kluczyk obok stojącej na blacie misy z owocami. Nie usiadł od razu. Wzrok, niemal odruchowo, zaczął wędrować po wnętrzu, zatrzymując się na drobiazgach, które dla kogoś obcego nie znaczyłyby zupełnie nic.
    Małe trampki rzucone niedbale pod komodę. Kolorowe kredki wysypane z pudełka. Kartka przyczepiona do lodówki, na której dziecięca ręka uparcie próbowała narysować coś, co z dużą dozą wyobraźni przypominało słońce. I pluszowy lis, porzucony na kanapie tak, jakby jego właścicielka miała wrócić po niego za kilka minut. Przez chwilę miał wrażenie, że znalazł się w życiu, którego nie powinien naruszać swoją osobą.
    Odwrócił głowę dopiero wtedy, gdy dobiegł go głos Octavii. Patrzył na nią dłużej, niż wypadało. Z ciekawością, a nie nachalnie. Jakby chciał znaleźć wszystkie różnice, które zaszły przez rok.
    Rok.
    To w gruncie rzeczy niewiele, a jednak było w niej coś innego. Zdawała się spokojniejsza, może nie przepełniona szczęściem, ale spokojniejsza. Jakby życie. choć dalekie od łaskawego, nauczyło ją stawiać kolejne kroki bez oglądania się za siebie przy każdym z nich. Dziwnie było to dostrzec. Jeszcze dziwniej uświadomić sobie, że wcale nie czuł potrzeby burzenia tego spokoju.
    Na pytanie o Aylę nie odpowiedział od razu.
    — Możemy o niej rozmawiać. — Głos miał pozbawiony zawahania, choć sam temat wciąż należał do tych, których najłatwiej byłoby uniknąć. — Mówiłem o niej… na terapii. — Przyznał. — Właściwie, to musiałem. Nie dało się rozgrzebywać mojego życia i udawać, że ona nigdy się w nim nie pojawiła. — Wyjaśnił wzruszając nieco ramieniem.
    Gdy wspomniała, że mała o niego pytała, spuścił na moment wzrok.
    — Jest mała, chyba nie powinna za bardzo mnie pamiętać. — Tak przynajmniej próbował sobie to tłumaczyć. Nie było go zbyt wiele przy niej. Była niemowlakiem, a później rocznym dzieckiem, a ile takie dziecko mogło zdołać zapamiętać? Już nie wspominając, że nie była niczego świadoma. Był przekonany, że równie dobrze octavia mogła przyprowadzić innego faceta i powiedzieć jej, że to jej ojciec. Wątpił, by 3 letnia dziewczynka była w stanie to kwestionować.
    — Poza tym… oboje pamiętamy jak to rozegrałem i że tak właściwie to nie mam żadnych praw, by się mieszać. — przypomniał. Nie szukał usprawiedliwienia. Nie próbował rozkładać winy po równo. Pierwszy raz zwyczajnie przyjął ją na siebie. Dalej nie sądził, by był odpowiednią osobą, aby pojawiać się w życiu jakiegokolwiek dziecka. Ba! Nie wziąłby odpowiedzialności za psa, a co dopiero za małego człowieka.
    — Widziałem was… na placu zabaw. — Może i zachował się nieco jak stalker, ale robił tylko drobne rozeznanie, nie wiedząc jeszcze, że szybciej jak później się spotkają. — Wyrosła. — Zauważył.

    J.

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Skoro za cicho, to musimy narobic szumu. Friends or enemies? Or frenemies? ]

    Eve (zobaczmy, czy evil)

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że zabrakło mu argumentów. Przeciwnie. Zwykle właśnie argumenty były jego ulubioną bronią. Potrafił mówić długo, głośno i przekonująco nawet wtedy, kiedy doskonale wiedział, że nie ma racji. Wystarczyło, żeby rozmowa skończyła się po jego myśli. Dzisiaj pierwszy raz przy Octavii nie odczuwał takiej potrzeby. Nie musiał niczego wygrywać. To było… dziwnie wyzwalające.
    — To prawda, rok temu pewnie sam bym wyśmiał kogoś, kto zasugeruje, że skończę na terapii. I odwyku. — Przyznał. W ich środowisku narkotyki, przelotny seks, litry alkoholu i jeszcze większa ilość nieprzyzwoitości były na porządku dziennym, może dlatego żadne z nich nie dostrzegało problemu, bo uznawali to z normalność, za nieodłączny element ich życia, ich zabawy. A jednak, w którymś momencie na normalność przejęła nad nim kontrolę, był idealnym przykładem na to, że przesada może pogrzebać każdego.
    Dzisiaj pierwszy raz przy Octavii nie odczuwał takiej potrzeby. Nie musiał niczego wygrywać. To było… dziwnie wyzwalające.
    — To chyba dobrze. — Kącik ust drgnął mu ku górze w lekkim uśmiechu. — Dzieciaki powinny być ciekawskie. Chociaż to brzmi jakbyś miała non stop pełne ręce roboty. — Krótkie rozbawienie pojawiło się równie szybko, jak zniknęło. Na moment znowu zatrzymał wzrok na zabawkach porozrzucanych po salonie. Dopiero wtedy zatrzymał ponownie swoje spojrzenie na Octavii.
    Przyglądał jej się z cichą ciekawością. Dostrzegał drobiazgi, na które dawniej nigdy nie zwróciłby szczególnej uwagi, sposób w jaki opierała biodro o blat, jak bezwiednie poprawiała kosmyk włosów zsuwający się na policzek, jak obejmowała obiema dłońmi kubek choć przed chwilą wlała do niego wrzątek.
    Zabawne. Kiedyś był przekonany, że znał ją lepiej niż ona samą siebie.
    Chwycił kubek za ucho i uniósł go do ust. Podmuchał trochę w parującą powierzchnię i upił łyk, po czym odstawił go z cichym stuknięciem.
    — Dobra… — Uniósł lekko brew, a w spojrzeniu na ułamek sekundy pojawił się ten znajomy błysk, który przez lata tak często ratował go z niezręcznych sytuacji. — Dosyć już o mnie. — Kącik jego ust uniósł się do góry. — Co u Ciebie? Tak na serio… nie to, co widzę. Nie to, że Ay najwyraźniej przejęła kontrolę nad całym salonem. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Chodzi mi o Ciebie.
    Nie do końca wiedział jaką odpowiedź chciał usłyszeć. Z jednej strony usłyszeć to, że ruszyła do przodu pozwoliłoby mu odetchnąć, zrzucić część poczucia winy z ramion. Jednak inna cząstka niego, ta którą zamknął za grubymi drzwiami i starał się ich nie uchylać, ta która zawsze traktowała Octavię jak nieoderwalną część siebie, pewnik… Ta część chciał usłyszeć to co zawsze, że niczego sobie nie ułożyła, że jej życie stało w tym samym punkcie co ją zostawił. I chyba to w nim było najbardziej pojebane, że nigdy w pełni nie potrafił pozbyć się tego złośliwego głosu z głowy. Po prostu starał się go skutecznie wyciszać.

    J.

    OdpowiedzUsuń
  27. — Podejrzewam. — Pokiwał głową. — Myślę, że na twoim miejscu nawet bym się nie zastanawiał. Po prostu bym go zajebał.
    Prawdę mówiąc, biorąc pod uwagę francusko-hiszpańską krew, która płynęła w żyłach Octavii, Jackson miał ogromne szczęście, że jego marzenie o wiecznym śnie się nie spełniło. Sam Seojun był zdziwiony spokojem kobiety, bo wyobrażał sobie, że okaże się dużo bardziej wzburzona, gdy będzie miała szansę powiedzieć, co naprawdę myśli o całej tej sytuacji. Ale wciąż — nie miała powodu, by się przed nim obnażać emocjonalnie. A w dodatku minęła chwila, od kiedy ta informacja wyszła w świat, więc miała też czas na to, aby przetrawić uczucia w samotności.
    — Miałem taki pomysł — dodał po chwili, zbywając jednocześnie dłonią kelnera, który pędził do ich stolika, najpewniej, aby zebrać od nich zamówienie. — Przez chwilę. Myślę, że mimo wszystko coś by się w nim zagotowało, choćby ze względu na przeszłość. W końcu to Jackson.
    Na jego twarzy pojawił się porozumiewawczy uśmiech. Seojun śledził stronę Plotkary głównie dla własnej rozrywki, choć rzadko weryfikował u źródła pojawiające się tam informacje. Nie wiedział, czy to, co czytał na temat znajomych i ludzi z ich środowiska, było prawdą, i chyba to w tym wszystkim było najzabawniejsze. Od Jacksona słyszał czasem skróty tego, co się działo w ich relacji, ale bez szczegółów, jakimi zapewne raczyły się przyjaciółki. Wiedział jedynie, że równie często się rozstawali, jak do siebie wracali. Nawet nie pamiętał, jak wyglądała ich relacja podczas tej konkretnej imprezy.
    — Och, Perfect O nie może się zdecydować — zaczął mówić piskliwym głosem. — Dopiero co do miasta powróciła zza grobu jej dawna miłość, ale jak widać, już się z niej wyleczyła. Jak J. zareaguje na to, że na wieść o jego śmierci jego najlepszy przyjaciel odbił mu dziewczynę? Xoxo, go piss girl. — Przewrócił oczami. — Wyobrażasz sobie, jakie mieliby używanie?
    Odłożył w końcu kartę na bok i wyciągnął rękę, by dolać im alkoholu do szklanek.
    — Ale to byłoby głupie. Zbyt łatwe do rozszyfrowania. A poza tym mogłoby być też bolesne, o ile nie poszłaś jego śladem i sama się jeszcze nie wyleczyłaś.
    Ciężko mu było uwierzyć, że historia między nimi jest już w pełni zakończona.

    S.

    OdpowiedzUsuń
  28. Gabriel nie był rzeczą, która mogła do kogoś należeć. Być może Octavia tego nie rozumiała, gdy całe życie wszystko miała podstawione pod nos i gdy czegoś nie dostała to buntowała się niczym czterolatka, której odmówiono kolejnej tabliczki czekolady. Nie był jej, aby mogła rościć sobie do niego jakiekolwiek prawa. Wcześniej? Owszem. Choć wtedy ich relacja nie była określona to oboje wyraźnie dawali sobie i otoczeniu sygnały, że należą do siebie. Wiele się zmieniło przez ten rok i Octavia powinna była być tego świadoma. Wróciła i oczekiwała czego? Że wszystko wróci do tego, jak było przed tamtą imprezą? Że wciąż coś dla siebie znaczą? Miał czekać, jak bezpański pies, aż Blanchard uzna, że pora wrócić i skupić się na nim znowu? Czy w ogóle zainteresowałaby się nim, gdyby nie to, że był na tamtej domówce z Naomi? Czy gdyby widziała, że wciąż jest singlem byłaby tak samo zdeterminowana, czy znalazłaby sobie inny obiekt zainteresowania?
    Ostatnie dni chcąc nie chcąc, ale spędził na rozmyślaniu nad tym, co się wydarzyło. Nie tylko u Felixa w mieszkaniu, ale także później. Miał wrażenie, że dłoń wciąż go mrowi po tym, jak przyłożył Jacksonowi. Możliwe, że to był tylko wytwór jego wyobraźni. Ze wszystkich rzeczy, które mogły się wydarzyć w tym roku nie spodziewał się tego, że dosłownie Howard wstanie zza grobu. Widział artykuły, pojawiały się plotki, ale przecież nie mogły one być prawdą. Skurwiel nawet do niego dzwonił, ale Cavallaro był pewien, że to pomyłka. Że kto wygrzebał jego numer i robi sobie jaja, ale nie. Parę dni temu Jackson stanął przed jego drzwiami, a reszta… To wolał zostawić między sobą, a Howardem, którego nie był pewien, czy ma nazywać wrogiem czy przyjacielem. Przyjaciele w końcu nie robią sobie takich świństw, prawda? Nie, aby ich przyjaźń kiedykolwiek była krystalicznie czysta, bo nieraz podstawili sobie nogę. Najczęściej po paru dniach wracali do normalności. Gabriel nie był pewien, czy teraz byłby w stanie wrócić do tego co mieli zanim wszystko się posypało.
    Ostatnim razem, kiedy dzwonek do jego drzwi wybrzmiał bez zapowiedzi za drzwiami zobaczył zmarłego kumpla. Tym razem otwierać ich nie chciał. Nawet nie był zajęty. Wrócił chwilę temu z treningu i jeszcze nie miał szansy się przebrać czy wskoczyć pod prysznic. Podkoszulek miał przesiąknięty potem, włosy wilgotne i nie prezentował się najlepiej. W kościach czuł, że pożałuje otwierania drzwi. To nie mogła być Naomi, jego ojciec czy brat. Ale wbrew temu co myślał i tak poszedł je otworzyć.
    Spojrzenie bruneta padło na dziewczynę.
    Skłamałby, gdyby powiedział, że nie wygląda dobrze. Octavia wyglądała cholernie dobrze, ale czy kiedykolwiek wyglądała źle? Było to raczej mało prawdopodobne. Zaklął w myślach.
    Bez słowa objął butelkę z winem. Mógł się domyślać po co przyszła. Tylko skąd wiedziała? W ciągu tego roku zmienił mieszkanie. Te było nieco mniejsze od poprzedniego apartamentu, choć wciąż robiło wrażenie, ale Gabriel nie potrzebował ogromnej przestrzeni.
    Mógł się domyślić, że Octavia również wie o Jacksonie. W zasadzie to na tym etapie chyba wszyscy już wiedzieli, że Jackson żyje i ma się dobrze.
    Odstawił butelkę na bok. Nieszczególnie zainteresowany jej zawartością.
    — Jak na fakt, że tak bardzo cię pieprzy Naomi to w kółko o niej mówisz. — Odparł spokojnie. Chyba nawet on tak często o niej nie myślał. Nie trzeba było być jasnowidzem, aby zauważyć, jak Octavii to przeszkadza. I Gabriel nie ukrywał, ale całkiem go to cieszyło. Nie potrafił wyjaśnić skąd się to w nim brało, ale uczucie satysfakcji jedynie rosło.
    — Sprawy się skomplikowały? Tobie na pewno, mi nieszczególnie.
    Zmieniało to jedynie tyle, że Jack znowu był. Jeszcze nawet nie wiedział, czy chce z nim dalej kontynuować jakąkolwiek znajomość, a co dopiero przyjaźń.

    G.

    OdpowiedzUsuń
  29. Cichy śmiech wyrwał mu się spomiędzy warg. Krótki, prawie bezgłośny. Pokręcił głową z niedowierzaniem.
    — Chyba masz rację. — Spojrzał na nią po czym przeniósł wzrok gdzieś przed siebie. Za okno. Na światła miasta odbijające się szybach sąsiednich wieżowców.
    — Przez ostatni rok mówiłem praktycznie tylko o sobie. — Uniósł lekko brew i znów pokręcił głową jakby chciał się pozbyć teg doświadczenia z pamięci. — I uwierz mi… nawet mnie zaczęło to męczyć. — Kącik jego ust drgnął do góry. — Terapeuci bywają bardzo… stanowczy, gdy próbujesz zmienić temat lub obrócić wszystko o sto osiemdziesiąt stopni.
    Może i lubił mówić o sobie, o swoich pasjach, o swoich planach, o swojej firmie… Lecz pytania, które stawiali mu na terapii nie należały do łatwych i wygodnych, a każda rozmowa, często niechciana, była niemały wysiłkiem z jego strony. Zwłaszcza gdy chodził rozdrażniony na głodzie, który pierwszy raz tak wyraźnie dał mu o sobie znać. Kiedyś nie dopuszczał go do głosu, żyjąc od imprezy do imprezy.
    Uzewnętrzniał się tam jak nigdy przedtem i póki co jego baterie w tej materii były w pełni naładowane. Śmiałby nawet rzec, że skłaniał się teraz w stronę bycia introwertykiem jak duszą towarzystwa.
    Dopiero po chwili poczuł ciężar jej głowy opierającej się o jego ramię.
    Znieruchomiał.
    Nie odsunął się. Ale też nie wykonał najmniejszego ruchu w jej stronę. Przez ułamek sekundy naprawdę nie wiedział, co zrobić, jak się zachować. Reakcja Octavii go zaskoczyła. Spodziewał się, że Tay będzie nosić długo urazę do niego po zniknięciu i powrocie do żywych. Spodziewał się, że nie będzie chciała go znać, widzieć i słuchać. Dlatego ta bliskość nieco wybiła go z rytmu.
    Tymczasem siedzieli tutaj.
    Blisko.
    Zdecydowanie bliżej, niż zakładał.
    Ostrożnie przesunął spojrzeniem po jej profilu.
    Zauważył drobne zmęczenie rysujące się pod oczami, pojedynczy kosmyk ciemnych włosów, który wymknął się zza ucha, oraz sposób, w jaki oddychała, spokojniej niż gdy zgarnął ją po imprezie.
    Nie wiedział, czy to dobry pomysł. Właściwie był niemal pewien, że nie. Problem polegał na tym, że nie był pewien, czy potrafił ją teraz od siebie odsunąć. Zrzucić na nią kolejną rzecz, kolejną własną niepewność. Nie chciał wykonywać żadnego gestu, którego za pięć minut mógłby żałować.
    — Przepraszam, że musiał przez to wszystko przechodzić. Że cię do tego doprowadziłem. — Przyznał po chwili ciszy.
    Zdawał sobie sprawę, że żadne przeprosiny jej tego nie wynagrodzą, ale czuł, że powinien przynajmniej tyle w tej materii zrobić.
    Mimowolnie uniósł dłoń i odgarnął kosmyk włosów z jej policzka. subtelnie, ledwie muskając jej skórę palcami. Uśmiechnął się przy tym nieznacznie.
    — Powinnaś się położyć, odpocząć. — zauważył, zerkając na zegarek na nadgarstku. Zrobiło się późno, ona była po imprezie, a on też jutrzejszego dnia miał mnóstwo kolejnych spotkań i powinien trochę się przespać. Nie chciał też nadwyrężać jej cierpliwości. I tak ofiarowałą mu dużo zrozumienia.

    J.

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie przewidział, że Octavia mogłaby okazać mu tyle… przychylności. Przewidywał gniew, łzy, ale nie wyrozumiałość. Gdyby Octavia nie chciała go więcej widzieć, zrozumiałby to bez najmniejszego problemu. W gruncie rzeczy właśnie takiego zakończenia, dzisiejszego spotkania, się spodziewał. Brał nawet pod uwagę, że herbata skończy się wbiciem szpilki głęboko pod jego skórę.
    Tymczasem siedziała obok niego, jakby między nimi nie leżał rok milczenia i kilka decyzji, których nie dało się już cofnąć.
    Nie rozumiał jej.
    A może właśnie zaczynał rozumieć aż za dobrze, bo to było bardzo w jej stylu. Zawsze pierwsza wyciągała rękę. Zawsze próbowała sklejać to, co on z uporem rozbijał. I choć kiedyś uważał to za coś oczywistego, dziś patrzył na to z zupełnie innej perspektywy. To nie było zdrowe. NIgdy nie było. Nie powiedział jednak ani słowa. Skoro sam nie wiedział co dalej, nie chciał pozwolić, żeby ona dopowiedziała sobie resztę.
    — Kto by pomyślał. — zawtórował jej, unosząc lekko kącik ust. Tak, on nie przepraszał. Nigdy nie widział winy w sobie lub tak obracał sytuację, że to jego przepraszano. — Ale nie przyzwyczajaj się, jeszcze ktoś pomyśli, że naprawdę zmądrzałem. — Żart wybrzmiał lekko, ale nie uciekł od niego wzrokiem.
    Kiedy chwilę później zapytała, czy powinna się go posłuchać, odstawił kubek i w końcu podniósł się z miejsca. Widział, że jest zmęczona. Alkohol już niemal całkowicie przestał działać, zostawiając po sobie jedynie ciężkie powieki i twarz, na której emocje ostatnich kilkunastu godzin odcisnęły wyraźne piętnos.
    — Serio, Tay. Idź się połóż. — Nie zabrzmiało to jak pusty rozkaz, raczej jak normalna troska.
    Gdy padło ciche do zobaczenia? zatrzymał się w połowie kroku. Odwrócił głowę i spojrzał na nią spokojnie. Nie było w tym spojrzeniu chłodu. Ale nie był też tej impulsywnej pewności, z jaką dawniej rzucał obietnice, których później sam nie potrafił dotrzymać.
    W ciągu jednego wieczoru zbyt wiele razy odniósł wrażenie, że Octavia znowu instynktownie robi krok w jego stronę. A on… pierwszy raz w życiu nie chiał wykorzystać tego odruchu.
    — Śpij dobrze. — Nie powiedział nic więcej. Żadnej obietnicy, której sam nie był pewien. Dopiero wtedy nacisnął klamkę i zniknął za drzwiami apartamentu.

    J.

    OdpowiedzUsuń
  31. Klimatyzacja pracowała cicho szumiąc, przyjemnie odcinając gabinet od skwaru panującego na zewnątrz, który od rana dawał się we znaki. Za panoramicznymi oknami miasto żyło swoim zwyczajowym rytmem. Z wysokości trzydziestego piętra wszystko przypominało precyzyjnie działający mechanizm, w którym każdy znał swoje miejsce. Jackson coraz częściej odnosił wrażenie, że on jeszcze go szuka.
    Pochylony nad biurkiem przesuwał wzrokiem po kolejnych stronach raportu finansowego. Zestawienie przychodów poszczególnych marin, prognozy na następny kwartał, umowy czekające na jego podpis i lista inwestycji, które ojciec zdążył rozpocząć przed śmiercią.
    Długopis obracał się między jego palcami już chyba od dobrych kilku minut, kiedy ekran telefonu, leżącego niedbale obok teczki z dokumentami, rozświetlił się krótką wibracją.
    Automatycznie po niego sięgnął.
    Jedna wiadomość.
    Od Octavii.
    Przez chwilę wpatrywał się w ekran, jakby sam fakt, że napisała, był bardziej zaskakujący niż treść wiadomości.
    Coney Island. Oceanarium.
    Palec na moment zawisł nad ekranem, z zawahaniem. Zastanawiał się co powinien zrobić. Powinien odmówić. Tak byłoby rozsądniej. Prościej. Parę dni temu postanowił zachować dystan, pozwolić sprawom naturalnie się rozwinąć. Dobrze pamiętał dokąd prowadziło ich życie oparte wyłącznie na impulsach.
    Ale to nie było nic, co mogłoby dwojako się skończyć. Po prostu jechały pooglądać ryby.
    Westchnął cicho, odkładając telefon na bok.
    Po kilku sekundach zamknął teczki z dokumentami, poprawił mankiety jasnej, podwiniętej do łokci koszuli i wstał zza biurka.
    Wyszedł na korytarz spokojnym krokiem.
    — Wychodzę na chwilę — rzucił do siedzącej za kontuarem asystentki, zatrzymując się tylko na moment. — Gdyby ktoś mnie szukał, powiedz, że jestem na lunchu. Wrócę za godzinę, może trochę później. — Kobieta skinęła głową, a on skierował się do windy.
    Kilka minut później drzwi podziemnego garażu rozsunęły się przed nim automatycznie, a czarny bentley włączył się do gęstego, nowojorskiego ruchu.
    Prowadził jedną ręką, drugą niedbale opierając o środkowy podłokietnik. Radio grało cicho gdzieś w tle, ale właściwie go nie słuchał. Myśli krążyły wokół wszystkiego i niczego jednocześnie. Wcale nie tak dawno temu znalazłby sto lepszych sposobów na spędzenie popołudnia niż spacer po oceanarium, i to z dzieckiem. Czuł się jakby patrzył na samego siebie przez grubą szybę, a jego dawne ja nie było wstanie się do niego przedostać. Dziwne uczucie, gdy człowiek przestaje poznawać samego siebie. Ale nie powiedziałby, że tego Jacksona lubił mniej. Może nawet przeciwnie.
    Parking przed oceanarium tętnił życiem. Rodziny z dziećmi mijały się w pośpiechu, ktoś pchał bliźniaczy wózek, kilka metrów dalej grupka nastolatków robiła sobie zdjęcie przy ogromnym banerze przedstawiającym rekina wielorybiego.
    Zgasił silnik. Przez moment siedział jeszcze w samochodzie, dłonie opierając o kierownicę.
    Zabawne.
    Negocjacje warte dziesiątki milionów dolarów nie robiły na nim większego wrażenia. Wejście do budynku pełnego dzieci i zwyczajnych ludzie sprawiało, że czuł się… niezręcznie.
    Parsknął pod nosem.
    — Howard, ogarnij się. — Mruknął bardziej z rozbawieniem niż irytacją.
    Wysiadł z auta poprawiając koszulę, a okulary przeciwsłoneczne rzucił na siedzenie.
    Letnie słońce odbijało się od szklanej fasady budynku, zmuszając go do zmrużenia oczu.
    Sięgnął po telefon i napisał do Tay krótką wiadomość, by mogli się zlokalizować.
    Jestem przy wejściu.
    Zauważył je chwilę później.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ayla siedziała na niskim murku, energicznie machając nogami. Musiała coś opowiadać, bo jej usta nie przestawały się poruszać. Octavia słuchała ją z lekkim uśmiechem, od czasu do czasu poprawiając dziewczynce kosmyk włosów opadający jej na czoło.
      Zwolnił. NIeświadomie. I patrzył na ten obraz z mieszanką niewygodnych uczuć. Dziwnie było obserwować coś, czego był częścią, a co toczyło się w ostatnim czasie bez niego.
      Zatrzymał się po kilku krokach, jakby nagle zapomniał, co właściwie robi się przy dzieciach. Brzmiało absurdalnie, ale nie wiedział. Jego cała wiedza o nich kończyła się na tym, żę bywają głośne. I że potrafią zadawać niewygodne pytania z rozbrajającą szczerością.
      Uniósł więc jedynie dłoń w krótkim geście.
      — Hej.

      J.

      Usuń
  32. Seojun kiwał głową; język przesunął się powoli po górnych zębach, gdy analizował słowa wypowiedziane przez Octavię. Kiedy kelner podszedł do ich stolika ponownie, podkładając im tym razem pod nos koszyk z przystawkami i zaczynając swoją przydługą opowieść o mini tartaletkach z kozim serem i figami oraz choux z musem z pomarańczy i miodu lawendowego, Seojun zerknął na niego z tak ogromną irytacją, że zatrzymał go w pół słowa samym spojrzeniem. Machnął ręką, żeby sobie poszedł.
    A potem wyciągnął rękę po tartaletkę.
    — Nie wiem — powiedział. — Już nawet pal licho całą tę hecę, chociaż nie sądzę, by stary Jacksona był na tyle ogromnym idiotą, by faktycznie grzebać się w papierach i dokumentować jego śmierć… ale może? Kurwa, przecież urządzili mu pogrzeb i nagle pojawił się, zdrowiutki i czyściutki, by zarządzać firmą jak pan dyrektor. Serio, nie mam zielonego pojęcia, jak radzą sobie z prasą, ale mam nadzieję, że chujowo. — Uśmiechnął się, wypełniając im ponownie szklaneczki świeżymi porcjami whisky. A potem wsunął jeszcze jedną tartaletkę. — W każdym razie, nie sądzę, żeby firma była na tyle ważna dla niego, żeby jej strata specjalnie go zabolała. Jeśli to wszystko, co aktualnie posiada, to ma naprawdę niewiele.
    Roześmiał się na ten myśl. To właśnie tęsknota za przyjacielem sprawiała go w taką wściekłość. Gdyby jeszcze był mu zupełnie obojętny, byłby w stanie porwać się na jakiekolwiek okrucieństwo, które przyszłoby mu do głowy, ale prawda była taka, że sam nie był w stanie postawić na Jacksonie kreski.
    Zerknął na nią, kiedy wspomniała o jachcie. W jego oczach mignął błysk.
    — Tak — odparł wesoło. — W zasadzie to tak, mam pomysł.
    A potem sięgnął po kolejną tartaletkę.

    ***

    Plotka głosząca, że Seojun i Gabriel spalili jacht Jacksona nie była do końca wyssana z palca, bo częściowo miało to faktycznie miejsce. Nie było to jednak wydarzenie, które miało cokolwiek wspólnego z wesołością — głupi wyskok dwóch jeszcze głupszych chłopców, przeżywających na swój sposób żałobę osoby dla nich ważnej. Plan jednak nie wypalił. Ciężko też byłoby mieć do nich pretensje, bo trudno było podpalić cudzy jacht w okolicy, gdzie kręciło się mnóstwo osób, a oni ledwo trzymali się na nogach po opróżnieniu butelki whisky. Przynajmniej Seojun miał problemy z koordynacją ruchową w tamtym momencie. Ten prawdziwie męski, szlachetny wyczyn skończył się bardziej wylewaniem treści żołądkowej do wody obok jachtu, który planowali spalić… ale odbyli swego rodzaju katharsis.
    A przynajmniej kac następnego dnia bardzo przypominał im osobę Howarda.
    Kiedy Octavia podczas kolacji wspomniała mu o puszczeniu jachtu z dymem, Seojunowi przypomniała się ta sytuacja i — o ile to jeszcze było możliwe — wściekł się jeszcze bardziej. Wyobraził sobie Jacksona, popijającego drinka na wakacjach we Włoszech, gdy nimi wszystkimi targała tęsknota i niemoc. Nie miało to wiele wspólnego z prawdą, bo chłopak wtedy znajdował się prawdopodobnie w szpitalu po przedawkowaniu, ale da Seojuna stanowiło to niewielką różnicę.
    Spalą tę pierdoloną łajbę.
    Nie wdawał się w szczegóły. Wysłał smsa do Octavii i do Gabriela, aby spotkali się z nim na Skyport Marina przy Dwudziestej Trzeciej ulicy o dwudziestej drugiej trzydzieści. To ważne. Na nieszczęście Jacksona, wciąż posiadał kartę członkowską Skyport, którą chłopak mu podarował, kiedy jeszcze nie przyjaźnili — to jest, kiedy był dla niego tyle ważny, że gdyby zdecydował się upozorować własną śmierć, to Kim byłby tego świadomy.
    Punktualnie o umówionej godzinie Seojun wysiadł z samochodu — nowego, lśniącego Bugatti La Voiture Noire — i oparł się wygodnie o drzwi, odpalając papierosa. Czekał. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że nie powiadomił swoich towarzyszy zbrodni o swojej wzajemnej obecności.
    Uśmiechnął się, przygryzając lekko wargę.
    Tęsknił za Manhattanem.

    S.

    OdpowiedzUsuń
  33. Było do przewidzenia, że prędzej czy później Octavia pojawi się w jego mieszkaniu. Dla Gabriela to była jedynie kwestia czasu. Sam nie był pewien, czy chciał, aby się tutaj pojawiła czy wręcz przeciwnie. Miał już w miarę poukładane życie, które teraz ponownie zatrząsało się przez pojawienie się brunetki. Nauczył się, jak to jest żyć bez niej i było mu z tym dobrze. Tymczasem postanowiła wrócić bez ostrzeżenia. Po miesiącach ciszy, po blokowaniu go, jakby byli nastolatkami, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Gabriel zwyczajnie nie sądził, że ich drogi się jeszcze przetną.
    — Dzięki. — Rzucił jedynie. Mieszkanie jak mieszkanie. Nie było w nim nic specjalnego. Potrzebował po prostu zmiany po tych wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce w jego życiu i wszystkich ludzi, z którymi się przyjaźnił. Nie było co ukrywać, ale pozmieniało się naprawdę wiele i niekoniecznie zmieniły się rzeczy na dobre.
    Przesunął wzrokiem po sylwetce brunetki. Po kształtnych biodrach, które dość dobrze przecież znał i swego czasu był moment, że nie potrafił powstrzymać się przed dotykaniem jej. Zacisnął na moment szczękę, jakby próbował powtrzymać się przed wspomnieniami, które napłynęły i zalały go niczym fala. To już była w końcu przeszłość, a on chciał budować swoją przyszłość bez ciążących na nim wspomnień.
    Stukot szpilek faktycznie rozniósł się po mieszkaniu. Nie był to dla niego obcy dźwięk. W końcu Naomi chodziła w nich niemal non stop, a jednak Gabriel odnosił wrażenie, że te, które nosiła Octavia wydawały z siebie zupełnie inny dźwięk. Brunet powoli wypuścił powietrze przez nos. Niekoniecznie chcąc porównywać dwie kobiety ze sobą. Niekoniecznie miało to większy sen i z pewnością nie przyniosłoby mu to teraz nic dobrego.
    — Nie wiem. — Odparł. Nie miał wystarczająco dużo czasu, aby poukładać sobie w głowie powrót Jacksona. Był wściekły, to oczywiste. Jego najlepszy przyjaciel umierał mu na rękach i miał udawać, że go to nie obchodzi? Poniekąd to właśnie robił. Odcinał się. Uciekał od problemów, z którymi wcale nie miał ochoty się mierzyć. Czuł pewną niesprawiedliwość, której nie potrafił wytłumaczyć. — Co mam ci powiedzieć, Tay? Że jestem wkurwiony? Jestem. Od tamtej pieprzony imprezy cały czas jestem wkurwiony.
    Obserwował w milczeniu, jak rozgościła się w jego kuchni i bez większego problemu znalazła kieliszki. Gabriel nie przejmował inicjatywy, bo początkowo nawet nie zamierzał tego wina pić. Potem uznał, że jednak jest mu to wszystko jedno i lampka mu nie zaszkodzi. Z ich dwójki to jednak Octavia zdawała się być bardziej poruszona sytuacją i w zasadzie nie mógł się jej dziwić. Jackson i Gabriel byli tylko przyjaciółmi. W końcu to nie jemu zrobił dziecko, tylko jej. On nie był z nim w żaden sposób prawnie związany i mógł spokojnie go olać i udawać, że faktycznie jest martwy. Może nawet należało to zrobić i nie pieścić się w żadne przeprosiny.
    Podszedł bliżej i oparł się o blat, a ręce skrzyżował na wysokości piersi. Naprawdę nie spodziewał się dziś tego, że będzie miał takie towarzystwo. Plan na wieczór miał prosty. Wrócić z siłowni, prysznic, coś do żarcia i spokój. Udało mu się póki co zrealizować tylko pierwszy punkt.
    — To czy jestem wkurwiony czy nie, to nie twoje zmartwienie. — Powiedział odbierając od niej kieliszek. Zawsze była przy nim śmiesznie niska. Nawet w szpilkach i to jedno już się miało nigdy nie zmienić. — Więc nie, ja nie mam problemu. Ty masz problem i nie wiesz co z tym zrobić. Nie wiesz co zrobić z Aylą i Jackiem.

    G.

    OdpowiedzUsuń