Keep watching. That's the closest you'll ever get.
Han Yoonjae miał dwadzieścia cztery lata, pięć okazji do zniszczenia sobie życia i nazwisko, które w Korei Południowej otwierało więcej drzwi, niż tych, do ktorych większość ludzi zdołałaby kiedykolwiek zapukać. Jego matka od lat należała do grona najbardziej rozpoznawalnych aktorek w kraju, ojciec natomiast uchodził za jednego z najbardziej cenionych reżyserów swojego pokolenia. Dorastanie u ich boku oznaczało wygodę i łatwość w realizacji tego, co powinien nazywać marzeniami. Niosło ze sobą jednak także flesze aparatów, czerwone dywany i niekończące się nagłówki na portalach plotkarskich. Zanim zdołał ukończyć szkołę, internet zdążył już przypiąć mu łatkę kolejnego nepo baby, które prędzej czy później miało wykorzystać rodzinne koneksje do tego, by przekierować na siebie całą uwagę.
Problem polegał na tym, że... Yoonjae nigdy tej uwagi nie chciał. Nie w tej wersji i nie oficjalnie.
Gdy tylko nadarzyła się okazja, zniknął. Nie dosłownie, oczywiście, choć wizja ta kusiła równie mocno, co każdorazowe sprzeciwianie się przyjętym normom. Z zadziwiającą konsekwencją wymazał samego siebie z przestrzeni, w której wszyscy byli przekonani, że nadal istnieje. Zablokował największe koreańskie profile plotkarskie, porzucił dawne media społecznościowe i założył nowe, całkowicie prywatne konta, do których dostęp miało jedynie sprawdzone grono osób. Przynajmniej na początku. Rodzice, zapytani przez dziennikarzy o syna, niezmiennie odpowiadali, że studiuje w Japonii. Nikt nie miał powodu w to przecież wątpić.
Tak naprawdę... Yoonjae mieszkał tysiące kilometrów dalej, w Stanach Zjednoczonych, gdzie, zgodnie z kolejnym kaprysem, studiował sztukę użytkową i po raz pierwszy od lat funkcjonował jak zwyczajny człowiek. Bez ochroniarzy, bez fotografów czekających pod uczelnią i bez ludzi, którzy znali jego nazwisko jeszcze przed poznaniem jego samego. Ta anonimowość była dla niego czymś więcej niż wygodą. Stała się luksusem, którego wcześniej nigdy nie zaznał. Przepustką do normalności i... okazji posmakowania wszystkiego, co kusiło łatką wcześniejszej niedostępności.
Żył zbyt szybko, czasami tak, że sam gonił za własnymi założeniami, potykając się co trzeci krok. Noce kończył dopiero wtedy, gdy miasto zaczynało budzić się do życia, a decyzje podejmował pod wpływem impulsu, zostawiając konsekwencje przyszłemu sobie. Nie znosił monotonii. Nuda drażniła go bardziej niż cokolwiek innego, dlatego nieustannie szukał nowych wrażeń, coraz mocniejszych emocji i granic, które tylko czekały na to, aż ktoś odważy się przesunąć je jeszcze odrobinę, choćby o cal. Ryzyko nigdy nie budziło w nim przecież strachu. Było jedynie kolejną formą rozrywki, której chciał się poddać. Nie zauważył nawet momentu, w którym niewinna zabawa przestała być niewinna. Granica bezpieczeństwa, którą przez długi czas uważał za nienaruszalną, zniknęła gdzieś za jego plecami, a on sam wpadł w wir ludzi, dla których cudze sekrety stanowiły walutę cenniejszą od pieniędzy. Im głębiej w to brnął, tym wyraźniej czuł, że wystarczy jeden nieostrożny krok, jedno spojrzenie skierowane w niewłaściwą stronę, by misternie budowana anonimowość rozsypała się na jego oczach niczym domek z kart.
Łatwo było pomylić tę beztroskę z głupotą. W rzeczywistości pod warstwą pozornego chaosu krył się umysł pracujący z zawstydzającą sprawnością. Nauka przychodziła mu z naturalnością, która irytowała zarówno wykładowców, jak i innych studentów, czemu nie potrafiłby się nawet dziwić. Zarywał kilka nocy z rzędu tylko po to, by w końcu pojawić się na zajęciach z kubkiem niedopitej kawy w ręce i mimo to bez wysiłku odpowiadać na zadawane mu pytania. Udzielanie korepetycji młodszym studentom zaczęło się od zwykłej kalkulacji. Uczelnia oferowała za to dodatkowe punkty, a Yoonjae lubił kolekcjonować osiągnięcia równie mocno, jak kolejne dawki adrenaliny. Szybko okazało się jednak, że posiada rzadki talent do tłumaczenia nawet najbardziej skomplikowanych zagadnień. Co prawda... nigdy nie przyznałby, że sprawiało mu to jakąkolwiek satysfakcję. Oficjalnie robił to wyłącznie dla własnych statystyk.
Być może właśnie w tym tkwił największy paradoks Han Yoonjae. Miał wszystko, czego potrzeba, by prowadzić spokojne, uporządkowane życie, ale spokój przerażał go bardziej niż porażka. Dlatego raz po raz dokładał kolejne cegiełki do konstrukcji, która prędzej czy później musiała runąć. Pozostawało jedynie pytanie, czy kiedy usłyszy pierwszy trzask pękających fundamentów, spróbuje się wycofać... czy, jak zawsze, zrobi krok naprzód.
Hi, brave one! At what time do we start our tutoring session? 👀
OdpowiedzUsuń— Nie mamo… Nie, wszystko jest w porządku… Tak, mhm, jadłem… Odrobiłem pracę domową… MAMO! Nie jestem już dzieckiem… tak wyprałem…
OdpowiedzUsuńNogi In-hana energicznie odbijały się od płyt chodnikowych, gdy przeciskał się przez gęsty tłum ludzi, z wprawą kogoś, kto od miesięcy żył w nieustannym biegu. Stopy niemal same niosły go przed siebie, a wzrok co chwilę uciekał ku godzinie wyświetlającej się na ekranie telefonu.
— Mamo, naprawdę nie mogę teraz rozmawiać… wszystko jest w porządku, po prostu się spieszę… — Westchnął cicho i wywrócił oczami, gdy kobieta po raz kolejny wróciła do swojego ulubionego tematu. Wyjazd do Nowego Jorku wciąż pozostawał dla niej jedną wielką pomyłką, fanaberią, którą uparcie nazywała widzimisię. Zwykle cierpliwie wysłuchiwał wszystkich argumentów, nawet jeśli znał je już niemal na pamięć, ale dzisiaj naprawdę się spieszył i wolał nie doprowadzić rozmowy, do punktu, w którym nigdy w życiu nie zdoła odłożyć słuchawki, nie uświadczając drobnej obrazy rodzicielki. Nie chciał spóźnić się pierwszego dnia. Zwłaszcza na spotkanie z kimś, kto zgodził się poświęcić mu swój czas. Sam dobrze wiedział, że tutaj nikt nie rozdawał go za darmo i był bardzo cenną walutą.
— Zadzwonię wieczorem, dobrze? Kocham cię.
Gdy w końcu udało mu się doprowadzić rozmowę do końca. sunął telefon do kieszeni mocno spranych jeansów. Materiał dawno stracił swój intensywnie niebieski kolor, ustępując miejsca wyblakłemu odcieniowi szarości. Za duża bluza miękko opadała na jego szczupłą sylwetkę, a wysłużony plecak, pamiętający jeszcze czasy liceum, jak zwykle zwisał z jednego ramienia.
Korepetycje organizowane przez uczelnię były jedną z niewielu rzeczy, na które mógł sobie pozwolić bez liczenia każdego wydanego dolara. Wszystko inne, co wykraczało poza najpotrzebniejsze wydatki, musiało cierpliwie poczekać na lepszy moment.
Tym bardziej nie zamirzał spóźnić się bardziej, niż już zdążył. Przyspieszył kroku i dopadł do drzwi biblioteki niemal w ostatniej chwili. Szybkie spojrzenie na zegarek wystarczyło, by odetchnął z ulgą.
Trzy minuty. Mogło być gorzej.
Nie wiedział nawet, kogo właściwie szuka. Poza imieniem sekretarka nie zdradziła mu nic więcej, dlatego ruszył powoli między stolikami, dyskretnie przyglądając się twarzom siedzących w sali osób.
Para siedząca na długiej ławie pod oknem. Nie.
Dwie dziewczyny plotkujące szeptem nad rozłożonymi zeszytami. Też nie to.
Starszy mężczyzna, który na milion procent był jednym z wykładowców. Zdecydowanie nie.
Dopiero przy ostatnich rzędach stolików jego spojrzenie zatrzymało się na samotnej, lekko przygarbionej sylwetce ze słuchawkami na uszach. Bingo?
Inhan wziął głębszy oddech i ruszył w tamtą stronę. Serce wciąż biło mu trochę szybciej po niemal biegowym tempie, ale przynajmniej odzyskał oddech. Miał tylko imię, które sekretarka wymówiła w taki sposób, że równie dobrze mogło oznaczać połowę studentów na kampusie.
— Cześć… my chyba jesteśmy umówieni na korki. — Zatrzymał się przy stoliku, a jego cień padł na blat. Przyjrzał się twarzy chłopaka uważniej, wyłapując zmęczenie rysujące się pod oczami.
Wątpił aby się znali, choć miał silne wrażenie, że już wcześniej się spotkali. Lub przynajmniej widzieli. Widzieli z daleka.
In-han uśmiechnął się nieśmiało. Zawsze istniała szansa, że zaczepił właśnie niewłaściwą osobę i za moment zrobi z siebie kompletnego głupka. Nie byłby to pierwszy raz.
Inhan
Inhan przez krótką chwilę po prostu stał nieruchomo.
OdpowiedzUsuńUśmiech, który jeszcze przed momentem gościł na jego twarzy, nie zniknął całkowicie. ale wyraźnie przygasł, jakby ostrożnie dostosowywał się do temperatury rozmowy. Nie spodziewał się fanfar ani szczególnego entuzjazmu, jednak chłodne przyjęcie i ton, z jakim starszy student rzucał kolejne słowa, skutecznie rozwiały resztki wyobrażeń o swobodnej atmosferze pierwszego spotkania.
Naprawdę potrzebuję już łóżka.
To zdanie zabrzmiało bardziej szczerze. Spojrzenie Inhana mimowolnie, raz jeszcze przesunęło się po twarzy chłopaka. Prócz cieni pod oczami, które wcześniej zauważył, teraz zwrócił uwagę na lekko zaczerwienione białka i zmęczenie wypisane właściwie na całej jego sylwetce. A to pozwoliło mu poprowadzić kolejne sznureczki pomiędzy kropkami, które wyskoczyły mu w głowie. Bo naprawdę miał wrażenie, że już się spotkali. A to spotkanie miało miejsce kilka godzin wcześniej, gdy dał się zaciągnąć na nieszczęsną imprezę. Dla żartu, jak się okazało. Dlatego szybko się ewakuował i dane było mu się wyspać.
— Jasne…
Odpowiedział ciszej niż wcześniej.
Przez moment miał nawet ochotę powiedzieć, że mogą przełożyć spotkanie. Nie znał chłopaka, ale trudno było nie zauważyć, że ledwo trzymał się na nogach. Ostatecznie jednak zrezygnował z tej propozycji. Gdyby naprawdę chciał odwołać korepetycje, zapewne zrobiłby to sam dużo wcześniej.
Poprawił pasek plecaka zsuwający się z ramienia, po czym usiadł ostrożnie na wskazanym krześle.
— Dzięki.
Odłożył plecak na podłogę i wyjął z niego gruby segregator oraz laptopa, którego narożniki nosiły ślady kilku mniej lub bardziej szczęśliwych spotkań z podłogą.
— Sekretarka powiedziała, że najlepiej ogarniasz AutoCad i modelowanie przestrzenne… — zaczął z lekkim, trochę zakłopotanym uśmiechem. — Na naszym wydziale właśnie zaczęliśmy projektować pierwszy system retencji wód deszczowych dla niewielkiego osiedla. Sama koncepcja jeszcze jakoś idzie, ale kiedy przychodzi do przeniesienia tego wszystkiego do programu… — Urwał na moment i cicho parsknął pod nosem. — Program chyba obraził się na mnie już pierwszego dnia.
Podrapał się niezręcznie po karku.
— Wiem mniej więcej, co chcę narysować. Problem polega na tym, że komputer ma na ten temat własne zdanie.
Kąciki jego ust uniosły się odrobinę wyżej. Nie próbował rozładować atmosfery na siłę. Po prostu taki już był. Łatwiej było mu śmiać się z własnych braków niż udawać, że ich nie ma.
Na chwilę zamilkł, po czym dodał już trochę ostrożniej.
— Ale… jeśli jesteś naprawdę padnięty, możemy skończyć szybciej. Albo przełożyć spotkanie. Serio, nie będzie problemu. — Powiedział to całkowicie szczerze. Nie z grzeczności. Po prostu trudno było mu spokojnie siedzieć naprzeciwko osoby, która wyglądała tak, jakby funkcjonowała wyłącznie dzięki kofeinie i sile własnej woli.
In
Ulga przyszła niemal niezauważalnie.
OdpowiedzUsuńNie była spektakularna ani szczególnie odczuwalna, raczej przypominała cichy wydech, którego nawet nie był świadomy, dopóki nie poczuł, że napięcie powoli opuszcza ramiona. Widząc, jak starszy student bez większych dyskusji przysuwa do siebie jego materiały, Inhan uznał, że chyba jednak nie przeszkadzał aż tak bardzo, jak zdążył sobie wmówić przez ostatnie kilka minut.
Uśmiechnął się odrobinę szerzej, choć ostrożniej niż za pierwszym razem.
Nie chciał ponownie wystawiać cierpliwości chłopaka na próbę.
— No dobrze. — Odpowiedział cicho, poprawiając się na krześle.
Pochylił się nad segregatorem i od razu odnalazł odpowiednią stronę z wspomnianymi wartościami, które od paru dni nie dawały mu spokoju. Karki były pełne kolorowych zakładek, odręcznych notatek i poprawek nanoszonych w pośpiechu miękkim ołówkiem. Na pierwszy rzut oka, brakowało w tym systematyczności i porządku, ale Inhan dobrze odnajdywał się w swoim bałaganie.
— Prowadzący kazał nam zaprojektować zbiornik, wiesz dobrać jego pojemność i rozrysować cały układ. Obliczenia jeszcze jakoś policzyłem… — Na chwilę zawahał się. przesuwając palcem po jednym z wydrukowanych rzutów. — Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Cichy śmiech wymknął mu się spomiędzy ust.
— Może rzeczywiście to tu popełniłem błąd skoro wszystko rozjeżdza się w tym nieszczęsnym programie. — Odwrócił laptopa w stronę chłopaka. Na ekranie widniał projekt, który już na pierwszy rzut oka zdradzał rękę początkującego. Linie miejscami delikatnie się rozjeżdżały, część warstw była nazwana przypadkowymi literami, a kilka elementów wyraźnie znajdowało się tam, gdzie znaleźć się nie powinno.
— Wprowadziłem wszystkie wartości z obliczeń. Powierzchnię, współczynnik spływu, natężenie opadów i pojemność… Przynajmniej wydaje mi się, że wszystko przepisałem dobrze.
Przesunął kursorem po ekranie.
— kiedy próbuję połączyć wszystko w jedną całość, ta całość zaczyna wariować. Linie uciekają, warstwy znikają albo nagle okazuje się, że coś jest dziesięć razy większe niż powinno.
Zmarszczył nos z lekkim zakłopotaniem.
Na moment zamilkł pozwalając mu spokojnie przejrzeć projekt i wszystkie notatki. Sam również opuścił wzrok na rozłożone kartki, odruchowo obracają między palcami ołówek. Lubił obserwować ludzi podczas pracy. Sposób, w jaki skupienie niemal natychmiast zastąpiło wcześniejsze zmęczenie na twarzy starszego studenta, był… ciekawy.
Może nawet trochę imponujący. I właśnie dlatego kompletnie nie spodziewał się kolejnych słów.
Gapisz się.
Mrugnął
Raz… potem drugi. Jakby dopiero po chwili jego mózg postanowił przetworzyć znaczenie tego krótkiego zdania i następnego, jeszcze gorszego, które pojawiło się zaraz po nim. Policzki Inhana momentalnie oblały gorące rumieńce.
— Ja…? Nie… Znaczy…
Nerwowy śmiech wyrwał mu się szybciej, niż zdążył go powstrzymać. Odruchowo zastukał końcówką ołówka o blat stolika, po czym niemal natychmiast przestał, orientując się, że tylko dokłada sobie niezręczności.
— To znaczy… trochę? — Świetnie. Naprawdę świetnie. Właśnie przyznał się do otwartego gapienia… Miał ochotę zbić piątkę z własnym czołem. Przez krótką chwilę rozważał nawet, czy pod stołem istnieje wystarczająco dużo miejsca, żeby zwyczajnie się pod niego wsunąć.
— Po prostu… — odchrząknął cicho, usiłując odzyskać choć odrobinę, rozbitej w drobny mak, godności. — No bo nie wiem jak się nazywasz — przełknął ślinę, czuł jak pocą mu się dłonie — i chyba widzieliśmy się wieczorem na imprezie. — dodał chcąc zupełnie odwrócić uwagę od zakłopotania, które pobrzmiewało mu w głosie.
Inhan mógł być otwarty. Mógł szeroko uśmiechać się do mijanych studentów, pomagać sąsiadce, której wiek nie oszczędzał, ale w głębi serca był nieśmiałym chłopakiem z prowincji, którego łatwo było można zapędzić w kozi róg.
Innie
Czuł się fatalnie od dłuższego czasu. Jego związek istniał już chyba tylko z przyzwyczajenia. Mijali się, nie potrafili ze sobą rozmawiać, a niemal każde spotkanie kończyło się mniejszą lub większą kłótnią. Był tym wszystkim zwyczajnie zmęczony i coraz częściej dopuszczał do siebie myśl o rozstaniu.
OdpowiedzUsuńNie było to jednak łatwe. Ryan należał do osób, które przywiązywały się mocno i na długo. Wystarczyła mu nić porozumienia, wspólny język, podobne poczucie humoru czy zwykły komfort bycia obok drugiego człowieka. Dotyczyło to nie tylko związków, ale każdej relacji. Pragnął bliskości, zainteresowania i przede wszystkim zrozumienia. A ostatnio miał wrażenie, że nie dostaje żadnej z tych rzeczy.
Zamknął laptopa, wypuszczając z ust ciężkie westchnienie. Sięgnął po telefon, po czym spojrzał na kota wyciągniętego tuż obok na kanapie. Mimowolnie się uśmiechnął. Gdy przesunął dłonią po miękkim futrze, napięcie choć na moment odpuściło. Przez chwilę leżał bez ruchu, wpatrzony w bliżej nieokreślony punkt, pozwalając myślom płynąć własnym rytmem.
Ciszę przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości. Obrócił powoli głowę i zerknął na ekran.
Wychodzisz z nami?
Zwykle odmawiał. Tym razem jednak poczuł, że jeśli zostanie w domu, utknie we własnej głowie na resztę wieczoru. Potrzebował się wyrwać. Głośna muzyka, tłum ludzi i kilka drinków wydawały się całkiem dobrym sposobem, by choć na chwilę przestać analizować wszystko, co działo się w jego życiu.
Podniósł się z kanapy i zaczął się szykować.
Nigdy nie był typowym imprezowiczem. Lubił od czasu do czasu wyjść, potańczyć i dać się porwać atmosferze, ale zdecydowanie częściej wybierał spokojne wieczory. Odkąd zaczął pojawiać się na branżowych wydarzeniach, premierach i afterach, prywatne wyjścia niemal całkowicie zniknęły z jego życia. Z tyłu głowy zawsze siedziała myśl, że powinien uważać. Wystarczył jeden filmik wyrwany z kontekstu, jedno zdjęcie wrzucone do internetu, żeby rozpętała się niepotrzebna burza. Wielu ludzi z branży boleśnie przekonało się, jak łatwo o taki scenariusz, a Ryan za wszelką cenę chciał tego uniknąć.
Tego wieczoru rozsądek zszedł jednak na dalszy plan. Chciał po prostu odetchnąć i choć na kilka godzin zapomnieć o wszystkim, co ciążyło mu na barkach. Ewentualnymi konsekwencjami mógł martwić się jutro.
I chyba właśnie tego było mu najbardziej potrzeba. Kilka godzin beztroski. Śmiech znajomych zagłuszał natrętne myśli, muzyka wypełniała każdą wolną przestrzeń, a on coraz częściej łapał się na tym, że uśmiecha się całkiem szczerze. Po raz pierwszy od dawna nie wracał myślami do swojego... właściwie już tylko niby chłopaka. Nie analizował ostatnich kłótni ani tego, co powinien zrobić. Liczyło się tylko tu i teraz. Żył chwilą i pozwalał sobie po prostu dobrze się bawić.
Po kilku tańcach i niezliczonych rozmowach poczuł, że zaschło mu w gardle. Przecisnął się więc przez tłum do baru, opierając łokcie o blat. Przez dłuższą chwilę wodził wzrokiem po karcie, nie mogąc zdecydować się na jednego drinka. Było ich zdecydowanie za dużo. Przesuwał wzrokiem od klasyków do bardziej wymyślnych propozycji, zastanawiając się, na co właściwie ma ochotę. Tym razem nigdzie mu się nie spieszyło.
Ryan
Czuł na sobie spojrzenie Yoonjae i to w najmniejszym stopniu nie pomagało mu opanować zawstydzenia. Jego własny wzrok skakał po przypadkowych przedmiotach, z krzesła na wysoki regał, z regału na ławkę pod oknem, z okna na podłogę, by w końcu wrócić na własne, splątane dłonie.
OdpowiedzUsuńW liceum nigdy nie należał do popularnych osób. Przemykał korytarzami z klasy do klasy jak cień, a kiedy któregoś dnia nie pojawił się na lekcji, nikt nawet nie zauważał brakującego chłopaka w za dużych okularach. Znajomych miał niewielu, a i ci rzadko byli z nim naprawdę mocno zżyci. Inhan większość popołudni spędzał pochylony nad książkami albo pomagając rodzicom w gospodarstwie. Nie wychodził do kina, nie pijał shaeke’ów ani piwa nad rzeką w piątkowe wieczory. W domu też był niemal niewidzialny. Nie wątpił w miłość rodziców ani w ich dobrą wolę, po prostu cała uwaga skupiała się na jego starszym bracie, który miał przejąć po nich dorobek lub na młodszej siostrze, która naturalnie potrzebowała więcej troski. Czuł się niekiedy niepotrzebny, jak niepasujący element układanki. Marzący o czymś więcej. O większym mieście, o osiągnięciach, o pracy, która nie smakowałaby przegraną. Nauczył się jednak żyć w tej szarej, przytłumionej strefie. Dlatego każda dodatkowa uwaga wprawiała go w ten sam stan, kiedy język zaczyna się plątać, a policzki pieką. Wzruszył więc tylko ramionami, uśmiechając się przy tym krzywo, próbując nie pogrążyć się jeszcze bardziej.
— W porządku — ośmielił się wreszcie podnieść spojrzenie na chłopaka — strasznie dużo ludzi tam było, a ja szybko wyszedłem. — Wyjaśnił to, nie chcąc, by Yoonjae poczuł się nieswojo z powodu tego, że go nie kojarzy. Gdy temat nie został pociągnięty, zamilkł skupiając się na notatkach. Przez krótką chwilę panowała cisza. Nie milczał dlatego, że nie wiedział co powiedział. Po prostu próbował nadążyć za wszystkim, co się wokół niego działo.
Gdy chłopak parsknął pod nosem, Inhan poderwał nos znad zeszytu.
— Aha… — wydukał, marszcząc brwi.
Yoonjae spokojnie przesuwał ołówkiem po ekranie, zatrzymywał się w konkretnych miejscach. Bez większego wysiłku wyłapał popełniony błąd. Jeszcze kilka minut wcześniej projekt, który od paru dni spędzał Inhanowi sen z powiek, wyglądał jak bezładna plątanina przypadkowych linii i liczb. Teraz wszystko zaczynało układać się w zaskakująco logiczną całość. Nie było w tym żadnej magii. Yoonjae nie odkrywał przed nim żadnych tajemnych wzorów ani sekretów, których nie dałoby się znaleźć w podręczniku. Po prostu… wiedział gdzie patrzeć.
Inhan poczuł się jak skończony debil. Błąd nie wynikał z braku zrozumienia tematu. Wynikał z braku uwagi i z pośpiechu z jakim ostatnio robił wszystko. Brał tyle nadgodzin w pracy, że prace domowe robił na kolanie, w autobusie z domu do pracy albo z pracy na uczelnię. Uczył się w przerwach między jednym a drugim. Do tej pory radził sobie w ten sposób całkiem nieźle, wierząc, że jego bystrość wystarczy, by pogodzić dwa światy. Najwyraźniej i w tym się mylił.
— Rozumiem. — powiedział nieco ciszej, starając się zamaskować zażenowanie, które drżało mu w głosie. Nie chciał wyjść przed nikim na głupka. A już na pewno nie na kogoś, kto olewa swoje obowiązki. Zależało mu na dobrych wynikach. Nie mógł pozwolić sobie na zawalenie żadnego przedmiotu. Musiał utrzymać stypendium, w przeciwnym razie pożegnałby się i z nauką, i z Nowym Jorkiem. A takiej porażki nie przełknąłby. Nie wróciłby do domu z podkulonym ogonem, gdzie usłyszałby krótkie, treściwie a nie mówiłam.
—- Muszę się bardziej pilnować następnym razem. — dodał szybko. Podniósł wesołe spojrzenie na kolegę. — Dzięki. Sądziłem, że jak wpiszę to tylko w pierwsze pole, to reszta może zostać pusta. — Przywdział kolejny uśmiech, który miał ukryć całą jego niepewność.
— Tak właściwie to się nie przedstawiłem — wyciągnął nad stolikiem dłoń w kierunku chłopaka — Kim Inhan.
zawstydzony gupek
Ryan dawno nie bawił się w ten sposób. Może właśnie dlatego tak bardzo tego potrzebował.
OdpowiedzUsuńBas uderzał mocno, niemal fizycznie, rozchodząc się po jego ciele przy każdym kolejnym dźwięku. Światła przesuwały się po twarzach ludzi wokół niego, muzyka zagłuszała wszystkie niepotrzebne myśli, a lekko rozgrzewający alkohol sprawiał, że w końcu przestał analizować każdy swój ruch. Nie myślał o tym, co powinien, czego nie wypada, ani jakie konsekwencje może mieć zwykłe wyjście do klubu.
Po prostu był. I to było zaskakująco przyjemne.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio pozwolił sobie na taką beztroskę. Bez kontroli, bez ciągłego oglądania się przez ramię, bez ludzi, którzy przypominaliby mu o tym, co robi źle. Bez ciężaru problemów, który ostatnimi czasy zdawał się przygniatać go z każdej strony.
Tego wieczoru nie był influencerem, którego każdy ruch mógł zostać oceniony w internecie. Nie był chłopakiem próbującym naprawić relację, która od dawna przestała działać. Był po prostu Ryanem, który chciał dobrze się bawić.
I chyba właśnie dlatego bawił się tak dobrze.
Po kilku godzinach tańca i rozmów w końcu usiadł przy barze, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku. Oparł się wygodniej o blat, obracając powoli szklankę w dłoni, gdy nagle zauważył, że ktoś zatrzymał się obok niego.
Uniósł brew, spoglądając w stronę nieznajomego.
Pierwszą rzeczą, którą pomyślał, było to, że chłopak był naprawdę przystojny. Drugą, że zupełnie się tego nie spodziewał.
Dawno nikt nie zaczepił go w taki sposób. Nie dlatego, że nie spotykał ludzi, wręcz przeciwnie. Tyle że zazwyczaj podchodzili do niego ze świadomością, kim był, z telefonem w dłoni albo pytaniem o zdjęcie. To było inne. Zwyczajne. Trochę niespodziewane, ale przez to właśnie przyjemne.
Lekko się uśmiechnął i odruchowo poprawił włosy, słuchając uważnie tego, co chłopak miał do powiedzenia. Było w tym coś pewnego siebie, trochę tajemniczego, co od razu przyciągnęło jego uwagę.
Kiedy usłyszał propozycję zmiany drinka, zmarszczył lekko brwi i spojrzał na kartę. Dolać jeszcze więcej alkoholu? Rozsądek podpowiadał mu, że może nie był to najlepszy pomysł. Ale rozsądek tego wieczoru najwyraźniej dostał wolne. Poza tym... raz się żyje.
Uniósł wzrok z powrotem na nieznajomego, a na jego ustach pojawił się lekko zaczepny uśmiech.
— A chcesz być zapamiętany? — zapytał, przyglądając mu się z rozbawieniem.
W jego głosie nie było już tej ostrożności, którą zazwyczaj zachowywał przy nowych osobach. Tego wieczoru pozwalał sobie na odrobinę spontaniczności.
I może właśnie tego najbardziej mu brakowało.
Ryan
Pochwała, nawet tak oszczędna, podziałała na Inhana zdecydowanie lepiej niż prawdopodobnie powinna. Kąciki ust uniosły się niemal odruchowo, a wzrok jeszcze raz przebiegł po ekranie, tym razem już bez nieprzyjemnego uczucia, że zaraz wyskoczy z niego kolejny błąd, który Yoonjae odnajdzie w czasie potrzebnym mu do mrugnięcia okiem.
OdpowiedzUsuń— Tak coś czułem, że jednak przeżyję — mruknął z zadowoleniem, którego nawet nie próbował ukryć, przesuwając po touchpadzie. — Co prawda przez ostatnie trzy dni projekt miał na ten temat trochę inne zdanie, ale miło, że chociaż ty jesteś po mojej stronie.
Nie wiedział, czy właśnie w ten sposób powinno rozmawiać się, ze starszym o dwa lata studentem, który został wyznaczony do ratowania jego ocen, ale ostatnie kilka minut zdążyły rozładować nieco napięcie, z którym wszedł do biblioteki
Yoonjae nadal miał w sobie coś, co nie pozwalało zapomnieć, że jeszcze niedawno najchętniej zamieniłby całe spotkanie na kilka dodatkowych godzin snu, jednak nie przypominał już chłopaka, którego pierwsze siadaj zabrzmiało niemal jak wyrok. Rozsiadł się wygodniej, pozwolił sobie na kilka uszczypliwości, nawet się śmiał, i Inhan, któremu do szczęścia zwykle wystarczało bardzo niewiele, uznał to za całkiem przyzwoity postęp.
Spędzili ze sobą wystarczająco dużo czasu, żeby Yoonjae zdążył doprowadzić jego projekt do stanu używalności, wyśmiać bałagan w plikach i kilka razy wpędzić go w zakłopotanie, a żaden z nich nie zadał sobie wcześniej trudu wykonania najbardziej podstawowej czynności. Dlatego uznał, że wyciągnięcie ku niemu dłoni i oficjalne przedstawienie się, jest po prostu kulturalne, i wypada to zrobić.
Uścisk trwał krótko. Pewnie. Bez niepotrzebnego przeciągania chwili, która dla Yoonjae najwyraźniej była dokładnie tym, czym być powinna, zwyczajnym przedstawieniem się dwóch osób. In-han zamierzał potraktować ją dokładnie tak samo. Naprawdę zamierzał. Problem pojawił się sekundę później.
Innie.
Mrugnął. Tylko raz, ale wystarczająco wolno, żeby zdradzić krótkie zaskoczenie.
Nie samo zdrobnienie było szczególnie niezwykłe. W domu odmieniano jego imię na tyle sposobów, że matka prawdopodobnie potrafiłaby stworzyć z tego zupełnie nowe słowo, gdyby tylko dostała odpowiednio dużo czasu. Tutaj jednak nikt tak do niego nie mówił. Na uczelni był Inhanem, Kimem, czasami po prostu hej, Ty, kiedy ktoś zapomniał nazwiska. Z ust człowieka, którego znał od niespełna godziny, zabrzmiało to więc zaskakująco… poufale. I zdecydowanie zbyt swobodnie jak na kogoś, kto jeszcze niedawno wyglądał, jakby rozważał pozostawienie go sam na sam z własną katastrofą projektową.
Kącik jego ust drgnął.
— Innie? — powtórzył, zanim zdążył się powstrzymać, a w głosie zamiast oburzenia, pobrzmiewało raczej szczere rozbawienie. Uniósł lekko brwi. — Szybko awansowałem.
Mógłby na tym skończyć. Może powinien. Prawdopodobnie nawet by skończył, gdyby Yoonjae nie przyglądał mu się właśnie w ten sposób.
Inhan znał to spojrzenie. Może nie konkretnie jego, ale sam mechanizm już tak. Ten moment, kiedy ktoś przestawał jedynie patrzeć, a zaczynał obserwować, wyłapywać drobiazgi, które wcześniej wydawały się pozbawione znaczenia, i układać je w całość. Inhan robił dokładnie to samo od początku spotkania, tylko najwyraźniej nie tak dyskretnie, jak mu się wydawało.
Uśmiech zastygł mu na ustach odrobinę za późno.
O.
No tak. Właśnie o to chodziło. Kiedy Yoonjae wspomniał o jego kolejnych „zadaniach domowych”, Inhan jeszcze próbował zachować minę człowieka absolutnie niewinnego. Przy pełnym imieniu było już znacznie trudniej.
Han Yoonjae.
Usłyszenie go na głos nie przyniosło żadnego wielkiego olśnienia. Nie potrzebował go. Było raczej ostatnim elementem układanki, którą od pewnego czasu składał sobie po cichu, trochę z ciekawości, trochę dla zabawy, a w zdecydowanie większym stopniu, niż chciałby się do tego przyznać, dlatego że internet stanowił jego osobistą słabość.
Inhan potrafił zmarnować w nim absurdalne ilości czasu.
Nie chodziło nawet o to, że śledził życie celebrytów z jakimś szczególnym oddaniem. Po prostu lubił wiedzieć. Zaczynał od jednego filmu, potem sprawdzał nazwisko człowieka wspomnianego w komentarzach, z nazwiska przechodził do artykułu, z artykułu do starego wywiadu, a czterdzieści minut później orientował się, że wie, z kimś ktoś pokłócił się trzy lata wcześniej i dlaczego pół internetu nadal ma na ten temat własne zdanie. Algorytmy pokochały go za tę słabość dawno temu i regularnie odpłacały mu za nią rzeczami, o których istnieniu jeszcze pięć minut wcześniej nie miał pojęcia.
UsuńTwarz Yoonjae należała właśnie do tej kategorii
Nie rozpoznał go od razu.
To byłoby zbyt proste.
Pierwsze wrażenie pojawiło się gdzieś na granicy pamięci jakiś czas temu, gdy Han mignął mu na uczelnianych korytarzach i wczoraj, podczas imprezy, gdy miał możliwość przyjrzeć mu się z bliska. To nie było nic konkretnego, raczej irytujące poczucie znajomości, które kazało mu spojrzeć drugi raz. Potem trzeci. Coś w linii brwi, może w oczach, może w sposobie, w jaki twarz Yoonjae zmieniała się przy uśmiechu, uparcie zaczepiało o wspomnienie, którego Inhan nie potrafił wyciągnąć na powierzchnię.
Dopiero później przypomniał sobie, skąd mógł go znać.
Nie z uczelni. Z ekranu.
Rodzice Hana należeli w Korei do ludzi, których twarze znało się nawet wtedy, gdy człowiek nie potrafił wymienić połowy ich dorobku. Pojawiali się w artykułach, urywkach programów, kampaniach, wywiadach, filmach i napisach końcowych, a finalnie w rolkach na TikToku, które algorytm podrzucał między jednym zupełnie niezwiązanym materiałem a drugim. Inhan wychował się wystarczająco daleko od tego świata, żeby wszystko, co działo się w jego centrum, zawsze miało dla niego lekko nierealny połysk.
A dzieci znanych ludzi pojawiały się na pierwszej stronie przy okazji.
I właśnie tam chyba widział Yoonjae po raz pierwszy.
Chyba.
Bo kiedy już raz przyszło mu do głowy, że jego korepetytor może być tym Hanem, zrobił rzecz całkowicie naturalną dla siebie i absolutnie kompromitującą, gdyby miał ją teraz wyjaśniać na głos.
Sprawdził. Potem sprawdził jeszcze raz. Mimo wszystko stuprocentowej pewności nie miał.
Do tego Yoonjae siedzący teraz naprzeciwko niego, zmęczony, z ołówkiem w dłoni i niezbyt imponującym zapasem cierpliwości do cudzych błędów, zupełnie nie pasował do tej dziwnej otoczki, którą internet potrafił zbudować wokół ludzi tylko dlatego, że mieli znane nazwisko.
Był po prostu… Yoonjae.
Trochę złośliwy. Zdecydowanie zbyt spostrzegawczy. Dobry w tym, co robił. I najwyraźniej wystarczająco pewny siebie, żeby po niespełna godzinie przemianować go na Inniego.
Ta zwyczajność paradoksalnie utrudniała uwierzenie w całą resztę.
Inhan znieruchomiał na pytanie o sekretariat.
Spojrzał na Yoonjae.
Ten nadal obserwował go uważnie.
No pięknie pomyślał.
Cała ta mozolnie pielęgnowana iluzja dyskrecji właśnie umarła.
— Powiedzieli. — Odpowiedź przyszła odrobinę za szybko.
Inhan natychmiast skrzywił się pod nosem.
— Znaczy... nie. — Jeszcze lepiej.
Wypuścił powietrze przez nos i na moment opuścił głowę, tłumiąc śmiech, który wyrwał mu się bardziej z własnej nieudolności niż z rzeczywistego rozbawienia. Opuszkiem palca zastukał dwa razy o blat, jakby kupował sobie w ten sposób kilka sekund potrzebnych na zebranie myśli.
— Powiedzieli mi, że mam przyjść tutaj i znaleźć Hana. Tyle. — Uniósł wzrok. Tym razem nie uciekł nim od razu, chociaż cień zakłopotania nadal czaił się w uśmiechu. — Nie powiedzieli, którego Hana.
UsuńTo właściwie było zgodne z prawdą. Wystarczająco, żeby odzyskał odrobinę gruntu pod nogami.
Inhan przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, przez moment zastanawiając się, czy powinien zostawić temat właśnie tutaj. Mógł. Yoonjae dał mu nawet całkiem wygodną możliwość wycofania się. Problem polegał na tym, że kłamanie nigdy nie wychodziło mu szczególnie dobrze. A jeszcze gorzej wychodziło wtedy, kiedy rozmówca już wiedział, że coś jest na rzeczy.
— Ale… — Przeciągnął słowo, a jego spojrzenie mimowolnie uciekło na bok. — Kojarzyłem cię wcześniej. — Brzmiało źle. Bardzo źle. — To znaczy twarz. — Jeszcze gorzej.
Inhan zamknął usta i przez sekundę wyglądał, jakby właśnie odbywał sam ze sobą bardzo poważną naradę dotyczącą dalszego używania języka.
— Nieważne. — Parsknął w końcu, przecierając dłonią kark.
Innie
Przez swojego chłopaka Ryan coraz częściej łapał się na tym, że przestawał czuć się atrakcyjny. Nie dlatego, że słyszał od niego coś przykrego. Wręcz przeciwnie. Właśnie ta oczywistość była chyba największym problemem. Ich związek stał się czymś tak naturalnym, tak mocno wpisanym w codzienność, że przestał pamiętać, kiedy ostatni raz poczuł przyjemne ukłucie niepewności. To krótkie zastanowienie, czy dobrze wygląda. Czy druga osoba naprawdę cieszy się na jego widok. Czy spojrzenie, które właśnie na nim zatrzymała, oznacza coś więcej.
OdpowiedzUsuńBrakowało mu tych drobnych starań. Tego, że ktoś chciał zrobić na nim dobre wrażenie, a on sam chciał zrobić dobre wrażenie na kimś. Brakowało mu flirtu, który nie był jeszcze oczywistością, przypadkowego dotknięcia dłoni, przeciągniętego spojrzenia, tego specyficznego napięcia, kiedy obie osoby doskonale wiedzą, że coś między nimi zaczyna się dziać, ale żadna nie chce jeszcze powiedzieć tego na głos.
Nie marzył przecież o niczym wielkim.
Nie potrzebował drogich restauracji, prywatnych kolacji na dachu wieżowca ani bukietów kwiatów większych od niego samego. Właściwie znacznie bardziej cieszyły go rzeczy, które dla większości osób mogły wydawać się zupełnie nieistotne. Krótki, spontaniczny spacer po parku. Kawa kupiona po drodze. Siedzenie na ławce i obserwowanie wiewiórek, które bezczelnie próbowały wyłudzić jedzenie od przechodniów. Śmianie się z czegoś kompletnie głupiego. Zwyczajna rozmowa, która przeciągała się o godzinę dłużej, niż początkowo planowali, bo żadne z nich nie chciało jeszcze wracać do domu.
Pomimo całego swojego statusu, pieniędzy, popularności i życia, które z boku mogło wyglądać jak spełnienie wszystkich możliwych marzeń, Ryan nadal potrzebował właśnie takich rzeczy. Może nawet bardziej niż wcześniej. Lubił luksus, nie zamierzał udawać, że było inaczej, ale luksus nigdy nie zastępował mu poczucia, że ktoś naprawdę chce być obok niego.
Dlatego kiedy młody mężczyzna podszedł do niego, gdzieś głęboko pod wszystkimi rozsądnymi myślami pojawiła się nagle mała iskra. Ekscytacja. Tak prosta i tak dawno zapomniana, że aż przez moment nie wiedział, co właściwie z nią zrobić.
Poczuł przyjemne ciepło gdzieś pod żebrami, a jego uwaga mimowolnie skupiła się na nieznajomym. Złapał się na tym, że obserwuje go uważniej, niż powinien. Nie chodziło nawet o sam wygląd. Ryan zawsze uważał, że atrakcyjność człowieka składa się z dużo większej liczby rzeczy niż tylko ładna twarz czy dobrze zbudowane ciało. Bardziej przyciągała go pewność siebie, sposób poruszania się, ton głosu, to, czy ktoś potrafił utrzymać jego uwagę.
A ten zdecydowanie ją utrzymał.
Mógł od razu zaznaczyć, że jest w związku. Jedno proste zdanie wystarczyłoby, żeby postawić między nimi wyraźną granicę. Powinien był to zrobić. Zamiast tego pozwolił sobie przez chwilę udawać, że ten fakt nie istnieje. Że nie ma chłopaka, do którego powinien wrócić. Że nie powinien czerpać przyjemności z tego, że ktoś nowy patrzy na niego z zainteresowaniem.
W końcu i tak zamierzał to zakończyć. Prawda?
Ta myśl pojawiła się szybko, niemal automatycznie, jak gotowe usprawiedliwienie. Nie chciał zastanawiać się nad tym, czy rzeczywiście była prawdziwa. Nie teraz.
Uśmiechnął się na jego odpowiedź, jakby była dokładnie tym, czego oczekiwał. Coś w jego zachowaniu sprawiło, że Ryan poczuł kolejny dreszcz ekscytacji. Przez moment miał wrażenie, że znowu ma dwadzieścia lat i nie musi myśleć o konsekwencjach każdej swojej decyzji.
Zdrowy rozsądek powoli schodził na dalszy plan, wypierany przez emocje, których tak bardzo mu brakowało. Alkohol również robił swoje. Wypił już wystarczająco dużo, żeby łatwiej ignorować głos rozsądku, a zamiast tego zamierzał tylko dolać sobie jeszcze odrobinę.
— Ach tak? — spytał zaczepnie, znów na moment przesuwając wzrokiem po karcie. Przewrócił stronę bardziej dla zachowania pozorów niż z rzeczywistego zainteresowania menu, po czym uniósł spojrzenie na młodego mężczyznę.
UsuńMógł być mniej więcej w jego wieku albo odrobinę młodszy. Ryan nie potrafił tego dokładnie określić, ale nie miało to większego znaczenia. Nie można było odmówić mu uroku. Miał przyjemną twarz i coś w spojrzeniu, co sprawiało, że trudno było przejść obok niego obojętnie. Nie była to nachalna pewność siebie ani próba udowodnienia wszystkim dookoła własnej wartości. Raczej spokojna świadomość tego, że dobrze czuje się we własnej skórze.
I właśnie to Ryanowi się podobało.
Było w nim coś magnetycznego. Coś, co sprawiało, że Ryan chciał sprawdzić, jak długo będzie w stanie utrzymać jego uwagę.
— No dobrze, przekonajmy się, jak obrzydliwe to będzie. Kto wie, może się zaskoczymy? — powiedział w końcu z uśmiechem, po czym przeczesał dłonią swoje włosy.
Przez chwilę milczał, przyglądając mu się z rozbawieniem. Potem przechylił lekko głowę, a jego uśmiech stał się odrobinę bardziej zaczepny.
— Chociaż jeśli okaże się dobre, będziesz musiał znaleźć mi coś jeszcze. Nie wypada przecież pozwolić mi się nudzić, skoro już zwróciłeś na siebie moją uwagę.
Brzmiało to jak niewinny żart. Ale sposób, w jaki na niego patrzył, sugerował coś zupełnie innego.
Ryan sam nie był pewien, gdzie dokładnie przebiega granica między niewinną zabawą a czymś, czego później mógłby żałować. I chyba właśnie ta niepewność podobała mu się najbardziej.
Ryan
Za każdym razem, kiedy patrzyła na zapchaną część szafy, wydzieloną przede wszystkim na stroje występowe, potrafiła skupić się tylko na jednym – przeklętym, teoretycznie wepchniętym w kąt, a i tak śmiejącym się jej w twarz niebieskim zestawie, którego nie mogła nawet podnieść, bo niewielkie kryształki od razu zsuwały się z delikatnych sznurków, łączących wszystko w spójną całość.
OdpowiedzUsuńJuż wcześniej wiedziała, że powinna była go wyrzucić dobre kilka miesięcy temu, na pewno przed tym, jak wpadła na pomysł, aby go ubrać, i jedynie dzięki wyćwiczonemu nastawieniu ‘the show must go on’, włączyła sypiące się elementy do części występu. Po to, żeby chwilę później, z poirytowanymi łzami w kącikach oczu, zdjąć z siebie zestaw i wrzucić go niechlujnie do losowego worka, byleby nie wpadła na pomysł, żeby go naprawiać. Chyba że planowała go zrekonstruować, mimo że co najwyżej umiała zaszyć drobne dziury w kostiumach. Choć sama myśl o kilkugodzinnym przewlekaniu drobnych kryształków, ryzykując przy tym, że pokuje sobie palce, a praca i tak będzie po nic, sprawiała, że natychmiastowo odrzucała ten absurdalny pomysł.
Inną kwestią było poproszenie kogoś, kto robił to umiejętnie. Kogoś, kto specjalizował się w awangardzie w jej najczystszej formie.
Planowała więc podpytać dziewczyny z klubu o jakieś polecenia. Zawsze też mogła iść do znanego sobie projektanta, który dokładnie wiedział, jaki strój idealnie sprawdzi się do konkretnego aktu czy, rzadziej, narzucanej tematyki wieczoru. Ale kobieta była akurat na urlopie przez najbliższe dwa tygodnie. I gdyby nie to, to byłaby bezpiecznym i zapewne pierwszym wyborem Mijoo.
Nieprzemawiający do niej w impulsywnej chwili przeglądania Instagrama, gdzie dojrzała jedne z bardziej niesamowitych, a zdecydowanie nietypowych dla świata burleski, designów. I niewiele myślała, kiedy pisała z przesadną ilością wykrzykników i emotek do @ghostedbyhannie, aby pochwalić talent. Później ponarzekać na niedawno rosnący w siłę brak oryginalności w bliskiej jej części świata projektantów, aby w końcu wyżalić się chłopakowi.
I jaki był jej zachwyt, niemalże kończący się radosnym płaczem, kiedy – bez żadnych konkretów i składanych obietnic – umówili się na spotkanie. Dla samego przegadania sprawy, zobaczenia, czy w ogóle zdołają wpaść na coś spójnego i zgodnego z wizją Mijoo oraz Yoonjae, ale tyle jej wystarczyło, aby odepchnęła żal związany z kostiumem i (dla niej) nieudanym występem na bok.
Jakiekolwiek negatywne emocje do niej powróciły wraz z chwilą, w której poprawiała osuwający się pasek torebki podczas szaleńczego biegu na metro, bo ubzdurała sobie pomoc w przyszykowaniu otwarcia klubu, wcześniej z kolei nie spiesząc się z ogarnięciem siebie w domu, a czas przeleciał jej przez palce tak szybko, że mogła się pożegnać ze spokojnym dojazdem.
Co kilka minut zerkała w telefon z wypisaną, gotową wiadomością, aby w razie potrzeby móc ostrzec, a zarazem przeprosić chłopaka za spóźnienie. Każda minuta zmuszała ją do coraz mocniejszego spięcia się i zaciśnięcia warg, z których co rusz zlizywała ochronną pomadkę.
Dopiero po wyjściu z metra i znalezieniu się przed drzwiami studia pod odpowiednim adresem, była w stanie – nieznacznie – się rozluźnić i wykasować te kilka niewysłanych zdań. I wtedy, gdy jedyny stres jej towarzyszący to ten, którego nie potrafiła odróżnić od ekscytacji, skorzystała z dołączonego przy drzwiach dzwonka, a chwilę później poczuć pierwszą garstkę ulgi, po stuprocentowej pewności, że trafiła w dobre miejsce
— I kolor i zniszczenia są jak najbardziej prawdziwe — przyznała z równie nerwowym, co ciepłym uśmiechem, chwytając końcówki między palce, bezczelnie zdradzające lekkie przepalenie włosów rozjaśniaczem. Pozwoliła sobie wejść do środka, kiedy tylko została przepuszczona przez drzwi, przy okazji wskazując z cichym pytaniem na buty, nie mając pewności, jakie zasady porządku wyznawał projektant. Bo mogłaby, ale nie zamierzała (przez własną tendencję do bałaganienia), oceniać tego na podstawie panującego wokół chaosu
Usuń— Ale mam nadzieję, że to komplement, a nie obraza — zauważyła chwilę później z podejrzliwym, żartobliwym zmrużeniem oczu — I że nie będzie wadzić przy dzisiejszej burzy mózgów.
mijoo ᓚᘏᗢ
Ta noc nie zapowiadała się na szczególnie udaną ani tym bardziej inną od pozostałych. Wyjście ze znajomymi przynajmniej uchroniło go przed siedzeniem w domu i rozkładaniem swojej relacji na czynniki pierwsze. Ryan miał paskudną tendencję do szukania winy przede wszystkim w sobie. Potrafił godzinami analizować własne słowa, zachowanie, pojedyncze gesty, zastanawiając się, co mógł zrobić inaczej, jednocześnie znajdując dziesiątki powodów, by usprawiedliwić zachowanie swojego partnera. Wiedział, że nie było to zdrowe. Wiedział też, jak bardzo toksyczne potrafiło być takie myślenie, a mimo wszystko za każdym razem wpadał w dokładnie tę samą pułapkę.
OdpowiedzUsuńDoskonale zdawał sobie sprawę, że powinien z nim zerwać. Skończyć relację, która już od dawna nie przypominała tego, czym była na początku. Był przecież dorosłym człowiekiem i rozumiał, że czasami po prostu tak się działo. Ludzie zmieniali się, rozwijali w różnych kierunkach, zaczynali chcieć od życia zupełnie innych rzeczy. Uczucia również nie były czymś stałym, czego można było kurczowo trzymać się tylko dlatego, że kiedyś było dobrze.
Bał się jednak. Cholernie bał się tego, co zostanie po wszystkim. Pustego mieszkania, wieczorów spędzanych samotnie, tej nieznośnej ciszy, która nagle pojawiłaby się tam, gdzie wcześniej zawsze był ktoś drugi. Gdyby nie ten strach, prawdopodobnie zakończyłby to już dawno, po prostu i po ludzku, tak jak przystało na dorosłą osobę.
Alkohol i kotłujące się w jego głowie myśli sprawiały, że tego wieczoru był wyjątkowo łatwym celem. Potrzebował czegoś, co pozwoliłoby mu choć na chwilę zapomnieć. Potrzebował uwagi, poczucia, że nadal może się komuś podobać, że ktoś może spojrzeć na niego z zainteresowaniem, którego tak bardzo brakowało mu w związku. Dlatego zainteresowanie nieznajomego trafiło dokładnie w tę część jego psychiki, która od dawna domagała się odrobiny potwierdzenia.
Uśmiechnął się lekko, a jego spojrzenie nabrało nieco bardziej zaczepnego charakteru.
— To jakie to pomysły? Czy mi ich na razie nie zdradzisz? — spytał zaczepnie.
Przez chwilę przyglądał się nieznajomemu, próbując wyłapać z jego twarzy choćby najmniejszą wskazówkę. Nie znał go, nie wiedział, czego właściwie powinien się spodziewać, a może właśnie to było w tym wszystkim najbardziej kuszące. Nie musiał niczego zakładać, nie musiał wiedzieć, dokąd prowadzi ta rozmowa. Mógł po prostu pozwolić sobie na odrobinę spontaniczności.
— Lubię — potwierdził. — Fajnie jest próbować nowych rzeczy — stwierdził z uśmiechem.
I mówił prawdę. Choć wychodzenie ze swojej strefy komfortu nigdy nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, od czasu do czasu lubił się na to zdobyć. W takich chwilach miał wrażenie, że na moment przestaje być kimś, kto wszystko dokładnie analizuje i przewiduje każdy możliwy scenariusz. Nowe doświadczenia pozwalały mu zobaczyć siebie z trochę innej perspektywy, sprawdzić, na co właściwie go stać i czego jeszcze o sobie nie wiedział. Czasami zostawały po nich tylko zabawne historie, czasami wspomnienia, do których wracało się z uśmiechem po latach. Bywało też, że poznawał dzięki nim ludzi, których w innych okolicznościach prawdopodobnie nigdy nie spotkałby na swojej drodze. I chyba właśnie tego teraz potrzebował. Czegoś, co nie miało jeszcze żadnej historii ani oczekiwań.
Na moment zamyślił się, jakby naprawdę rozważał jego słowa. Mógł przecież wymyślić sobie tożsamość. Podać fałszywe imię, stworzyć na tę jedną noc zupełnie inną wersję siebie i potraktować wszystko jak niewinną zabawę bez żadnych konsekwencji. Tak byłoby łatwiej. Bez pytań, bez konieczności pamiętania o szczegółach, bez ryzyka, że rano obudzi się z poczuciem, że powiedział obcej osobie zdecydowanie za dużo.
Ale właściwie po co?
— Ryan — przedstawił się w końcu z uśmiechem, przysuwając się nieco bliżej nieznajomego. Muzyka była głośna, basy sprawiały, że czuł wibracje przechodzące przez całe ciało. W tym hałasie zmniejszona odległość między nimi wydawała się nagle czymś naturalnym, wręcz koniecznym, by w ogóle móc się usłyszeć.
Usuń— Zakładasz, że będą jakieś błędy? No, no — mruknął zaczepnie. — I to tak na dzień dobry — zaśmiał się cicho, po czym spojrzał na barmana, który przygotowywał ich drinki. — Chociaż po tym może się różnie skończyć — stwierdził, lekko się krzywiąc na widok ilości wlewanego alkoholu.
Nie musieli długo czekać, a dwie szklanki już zostały przed nimi postawione. Kim wziął głęboki oddech i przysunął jedną bliżej siebie, a następnie nachylił się, by ją powąchać. Poza mocnym zapachem procentów pachniała całkiem ładnie. Obrócił szklankę w dłoniach, jakby przez moment oceniał sposób jej podania, zanim w końcu uniósł wzrok na swojego towarzysza.
— To co, za te błędy? — Uniósł szklankę, a potem upił dużego łyka.
Niemal od razu na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Otrząsnął się, zasłaniając usta dłonią, by następnie wybuchnąć cichym śmiechem. Wyglądało to niemal jak jakaś nerwowa reakcja, jakby sam nie spodziewał się, że smak okaże się aż tak intensywny.
— No... wybitne to może nie jest, ale najgorsze też nie. Da się wypić — ocenił w końcu, posyłając mu rozbawione spojrzenie. — A ty co sądzisz?
Ryan
Chciał dać się porwać temu wieczorowi. Nie myśleć, nie planować, nie zastanawiać się nad tym, co wypada, a czego nie powinien robić. Po prostu zobaczyć, dokąd go to wszystko zaprowadzi. Przez kilka godzin chciał zapomnieć o tym, co czekało na niego poza klubem, o związku, który od dawna bardziej przypominał ciężar niż coś, do czego chciał wracać. Potrzebował nowości. Czegoś, co wyrwałoby go z tej monotonii i pozwoliło poczuć choć odrobinę ekscytacji, której ostatnio tak bardzo mu brakowało.
OdpowiedzUsuńDoskonale wiedział, że prawdopodobnie jutro będzie tego wszystkiego żałował. Będzie odtwarzał w głowie każdą rozmowę, analizował własne zachowanie i zastanawiał się, w którym momencie powinien był się wycofać. Być może obudzi się z ciężką głową i jeszcze cięższymi wyrzutami sumienia. Ale to wszystko należało do jutra. A dzisiaj? Dzisiaj chciał po prostu przestać się przejmować. Skoro przez tak długi czas wszystko w jego życiu było dokładnie przemyślane i przewidywalne, może raz mógł pozwolić sobie na odrobinę chaosu.
— A ty? Zdradzisz mi swoje imię? — spytał z ciekawością.
Upił kolejny łyk drinka, próbując przyzwyczaić się do jego dziwnego smaku. Może z czasem przestanie mu przeszkadzać, a może alkohol zacznie robić swoje i po prostu przestanie zwracać na to uwagę. Na razie jednak zdecydowanie nie był to jego ulubiony napój.
— To dobrze, przynajmniej będzie ciekawiej — stwierdził z zadowoleniem. — I uwierz... zrobię nam przepysznego drinka! Nawet mam pomysł — oznajmił z wyraźną ekscytacją, jakby właśnie wpadł na coś naprawdę genialnego.
Miał tylko nadzieję, że jego nowy znajomy nie uzna wymyślonego przez niego trunku za coś zbyt banalnego. Chociaż... nawet jeśli? Mogli najwyżej pośmiać się z efektu końcowego. Właściwie sam pomysł wydawał mu się wystarczająco zabawny.
— Nie żebym się przechwalał, ale sam w sobie jestem gwarancją miłych wspomnień — rzucił, posyłając mu szeroki uśmiech.
Poprawił włosy, zakładając kilka kosmyków za ucho, a zaraz potem zaśmiał się cicho z własnych słów. Brzmiały niemal absurdalnie sztampowo. Jak jedna z tych kwestii, które ktoś rzuca w filmie, próbując za wszelką cenę zrobić na drugiej osobie wrażenie. Cóż... trudno. Może właśnie przez to było w tym wszystkim coś zabawnego.
Kiedy chłopak odwrócił głowę, Ryan przyglądał mu się uważnie, nawet nie próbując szczególnie ukrywać swojego zainteresowania. Kolorowe światła przesuwające się po jego twarzy, półmrok i wszechobecne cienie dodawały mu uroku. Był przyjemnym widokiem, na którym można było zawiesić wzrok na odrobinę dłużej, niż wypadało.
Dopiero jego pytanie wyrwało Kima z zamyślenia. Odwrócił głowę i przez chwilę milczał, rozglądając się w poszukiwaniu znajomych. To był ten moment, w którym mógł się jeszcze ocknąć. Mógł podziękować za drinka, może w ramach rewanżu zamówić kolejnego, a potem wrócić do swoich znajomych. Potraktować tę rozmowę jako niewinną, przypadkową znajomość z klubu i na tym zakończyć. Wrócić do tańca, pośmiać się z przyjaciółmi, a później po prostu wrócić do domu. Do swojego życia. Tego samego, które ostatnio wydawało mu się tak boleśnie nudne i przewidywalne.
Spojrzał jednak ponownie na nieznajomego. I zamiast się wycofać, pozwolił sobie zrobić ten jeden mały krok dalej.
— Ze znajomymi — przyznał w końcu, ponownie kierując spojrzenie na mężczyznę. Na jego ustach pojawił się zaczepny uśmiech. — Nie obrażą się, jak porwałbyś mnie na parę piosenek na parkiet — dodał, posyłając mu zachęcające spojrzenie.
Przecież nie robił nic nieodpowiedniego. Po prostu rozmawiał. Pił drinka. Poznawał kogoś nowego. Bawił się, tak jak wszyscy inni w tym klubie. I może właśnie tego potrzebował najbardziej. Przez kilka piosenek nie być Ryanem, który powinien wiedzieć, co robić, podejmować właściwe decyzje i myśleć o konsekwencjach. Mógł być po prostu Ryanem, który miał ochotę zatańczyć.
Ryan