Na pierwszy rzut oka nie doszukasz się w niej wad.
Romy posiada umiejętność przykrywania własnych skandali ciepłym uśmiechem oraz błyszczącymi oczami. Rozproszy Cię rozmową o kolekcji, nad którą właśnie pracuje i ze wzruszeniem opowie, jak to jej świętej pamięci babcia stała się inspiracją nie tylko dla najnowszej kolekcji, ale dla istnienia marki. I choć brzmi to jak kłamstwo, to wcale nim nie jest. Chiara Bellini zaszczepiła w małej Romy miłość do biżuterii. Ucząc, że nie jest ona tylko piękna i wartościowa, ale przede wszystkim, że każda para kolczyków, każdy naszyjnik, pierścionek i bransoletka niosą za sobą historię, którą szczerze poznać może jedynie ich właściciel. Romy doskonale pamięta, kiedy rozwinęła się w niej miłość do biżuterii; w małej włoskiej wiosce położonej w Toskanii, gdzie do końca swojego życia mieszkała Chiara. Romy pamięta przymierzanie zbyt dużych pierścionków, oglądanie uważnie każdego kamienia i zadawania wielu pytań, na które starsza kobieta odpowiadała z cierpliwością. I z każdym słowem Romy zakochiwała się w błyszczących ozdobach coraz bardziej. Jeszcze wtedy nie wiedząc, że to właśnie przy drewnianym stole powoli rodził się pomysł na Bellini Jewelry.
Patrząc na Romy zobaczysz dziewczynę, która otrzymała od życia same najlepsze same najlepsze karty. Bogaci rodzice, elegancki apartament na Upper East Side, w którym się wychowała. Weekendy spędzane w posiadłości za miastem, prywatne szkoły i najlepsze wykształcenie, wakacje spędzane w Europie i nazwisko, które otwiera drzwi, zanim zdąży zapukać. Dorastała w świecie, w którym niczego jej nie brakowało. Nieliczni wiedzą, że ten świat ma również swoje brudne strony, o których nikt chętnie nie mówi. Nieprzyjemności maskuje się uśmiechami i drogim szampanem, kiedy pozuje się do zdjęć.
I choć większość jej życia było beztroskie, szampan wylewał się z kryształowych kieliszków na luksusowych jachtach, a miłość kwitła to nie wszystko w nim układa się tak, jakby tego chciała. Nie potrafi odpędzić się od pomówień, że marka istnieje tylko dzięki pieniądzom, które wyłożył ojciec. Romy nigdy temu nie zaprzeczała; miała ułatwiony start i chętnie z tego skorzystała. Jednak to jej zawziętość, wyksztalcenie i upór sprawiają, że Bellini wciąż ma klientów i ciągle się rozwija.
Romy prędko przekonała się, że czasami ładny uśmiech i wesołe oczy to zbyt mało, aby przykryć pewne skandale. Media społecznościowe, które niegdyś były jej sprzymierzeńcem, a obserwatorzy zachwycali się kolejnymi projektami młodej przedsiębiorczyni, dziś jedynie chcą wiedzieć, dlaczego jej związek z Oliverem Caldwellem się zakończył, czy jeszcze kiedyś zobaczą ją na padoku i czy to prawda, że jego rywal z toru ma coś wspólnego z zakończeniem relacji. Romy nie odpowiada, bo, gdy w grę wchodzą uczucia rozum wybiera się na wakacje, a Romy zaczyna podejmować destrukcyjne dla wszystkich decyzje.
Rosemary 'Romy' Pearl Bellini ⋆ ukończyła Rhode Island School of Design, BFA in Jewelry + Metalsmithing ⋆ prestiżowe szkolenie z haute joaillerie w Paryżu ⋆ założycielka luksusowej marki biżuteryjnej Bellini ⋆ jedynaczka rozpieszczana przez Alessandro Bellini, przedsiębiorcę z branży motoryzacyjnej, oraz Elizabeth Herring-Bellini, doradczyni artystycznej i niezależnej kuratorki sztuki ⋆ opiekunka uroczej Odette
[czy załapiemy się na bycie ambasadorkami jakiejś ładnej biżu? 😎]
OdpowiedzUsuńOctavia
— Dobra, Rafe, wyluzuj.
OdpowiedzUsuńSłowa, które padły z ust Leo Maxwella, choć okraszone odrobiną frustracji, zamknęły dyskusję, którą od kilku minut prowadził z mężczyzną siedzącym w jego czarnym fotelu. Jego manager nie szczędził mu miliona informacji, które wprawdzie spokojnie mogły być mailem, ale Rafe Sterling zbyt dobrze znał swojego podopiecznego, aby tak po prostu mu je odpuścić. To właśnie ten cierpliwy mężczyzna dbał o publiczny dobrostan Leo, który obecnie był dość mocno nadszarpnięty przez sytuację z Hawthorn Racing. Oboje mieli jednak wobec niej zupełnie inne podejście. Leo wychodził z założenia, że co się stało, to się nie odstanie, ale za to będzie dużo pola na nerwy i marudzenie. A może nawet na dobrą minę do złej gry. Rafe z kolei szukał każdej możliwości, aby sprowadzić Maxwella z powrotem na padok, a całą sytuację obrócić na jego korzyść. Właśnie dlatego ten skurczybyk był jego managerem, a jego żona, Macie Sterling, stała za tymi wszystkimi PR-owymi sztuczkami, które w ostatnim czasie ratowały mu tyłek więcej niż raz. Małżeństwo Sterlingów spisywało się więc doskonale w swojej roli. Problem tkwił w tym, że to Leo im ją utrudniał, poddając się swoim lękom, nerwom i innym niepoważnym emocjom.
Jednocześnie, pomijając jakże ważny aspekt niepewności jego przyszłości w Formule 1, frustracja, która towarzyszyła mu tego dnia, była dość zrozumiała. Był to w końcu Fashion Week i chociaż Leo nie był modelem na wybiegu ani projektantem nowej kolekcji, to wciąż, według Rafe'a, musiał się tam pojawić. Jeśli nie chcesz stracić kontraktu z Tommym, to weź się w garść i pojaw się na Fashion Weeku. To idealna okazja, żeby pokazać, że masz wszystko pod kontrolą, a przerwa od wyścigów to twoja świadoma, celowa decyzja. Słowa Rafe’a wciąż brzmiały mu w głowie i, szczerze mówiąc, dalej go frustrowaly, bo przecież to nie była jego decyzja. Poza tym, jeszcze inne słowa Rafe’a rozbrzmiewały mu w pamięci. Leo, nie wypłacisz się za nadgodziny, jakie robimy z Macie dla ciebie. Zadbaj o swój wizerunek i idź na ten Fashion Week. Pouśmiechaj się, zapozuj do kilku zdjęć, zachwalaj nową kolekcję Tommy'ego i sprzedaj swoją śliczną buźką, jaki jesteś genialny. A resztą zajmiemy się my.
I rzeczywiście się zajęli, bo gdy przyszedł dzień Fashion Weeku, Leo niedługo po śniadaniu otrzymał cały plan dnia. Fitting, sesja dla Tommy'ego, lunch z przedstawicielami marki. Pokaz, backstage, afterparty. Godzinę później zaczął realizować plan, przymierzając masę ciuchów z nowej kolekcji, które oczywiście były świetne, jak zawsze, tylko jego umysł był całkiem gdzie indziej.
— Czy naprawdę muszę zakładać krawat? — spojrzał na jedną ze stylistek.
— Tak.
— Tragicznie.
Gdy w końcu wrócił do domu, po krótkiej sesji i dodaniu serii materiałów o Fashion Week na swoje sociale, nie czuł już nóg. Nienawidził tego gówna – całej tej PR-owej otoczki, która odbierała mu możliwość czerpania choć odrobiny radości z normalności. Każdy jego ruch musiał coś znaczyć, każde zdjęcie miało mieć odpowiedni kontekst, a każdy uśmiech był kolejnym elementem układanki, którą ktoś inny próbował ułożyć za niego. A szczególnie teraz, kiedy praktycznie sypało mu się życie, a on sam nie wiedział już czy powód był prawdą, czy tylko cholerną halucynacją. Najgorsze było to, że nie potrafił przestać o tym myśleć. Czy naprawdę wszystko zaczęło się układać w jeden cholerny wzór? Czy tylko desperacko próbował znaleźć wzór tam, gdzie go nie było? Niewłaściwe opony, złe ustawienia, dziwne decyzje. No i Pierce… Jedna rzecz mogła być przypadkiem, dwie również. Ale kiedy człowiek zaczyna liczyć, ile razy coś poszło nie tak, przestaje wiedzieć, czy jeszcze analizuje fakty, czy już tylko dokłada kolejne elementy do własnej teorii.
Leo nie znał na to jednak odpowiedzi – i chyba właśnie to denerwowało go najbardziej.
A żeby tego było mało, to jeszcze narobił sobie syfu, choć ironicznie przez ostatnie miesiące próbował zrobić wszystko, żeby go uniknąć. Widocznie nawet w tym był słaby. O tym jednak, dlaczego Fashion Week był dla niego taką ością w gardle, Rafe nie wiedział. Co więcej, nawet gdyby wiedział, to przecież nie przyjąłby argumentu „przespałem się z jedną z modelek” jako wystarczająco ważnego, żeby odpuścić mu ten event.
UsuńZnalazł się więc dokładnie tam, gdzie znaleźć się miał — we własnym apartamencie w Tribeca, otoczony sztabem ludzi, którzy od kilku minut przygotowywali go do wyjścia. Na jego twarzy pojawił się przekorny uśmiech, gdy zobaczył brak krawata.
— W porządku, szykuj się, ale błagam, pilnuj się, Maxwell — oznajmił Rafe błagalnym tonem. Leo pokręcił głową, wzdychając pod nosem.
— Mówiłem już, wiem — odparł, zapinając spinki Hilfigera na mankiecie kieszeni białej koszuli.
— Nie, ty zawsze mówisz, że wiesz, a potem...
— No wiem — już mu się chciało wymiotować od tego ile razy mówił, że wie. Zapadła chwila ciszy.
— Dobra — odparł w końcu jego manager — I jeszcze jedno — dodał, jak gdyby najlepsze (a może najtrudniejsze) zostawił mu na sam koniec. Leo uniósł wzrok na swoje odbicie w lustrze, po czym spojrzał na wstającego z fotela Rafe’a — Trzymaj się z dala od tej dziewczyny. To naprawdę ostatnie, czego teraz potrzebujesz, okej?
Nie odpowiedział.
Czarna, lśniąca limuzyna przyjechała po niego punktualnie, wioząc go w kierunku The Plaza Hotel. Ledwo zauważył miejsce wydarzenia w zasięgu swojego wzroku, a bez problemu dostrzegł błyski fleszy. Fotografowie czekali już pod wejściem; jedni bardziej ambitni, drudzy mniej, ale wszyscy równie chętni na jedno dobre zdjęcie. Skłamałby, gdyby powiedział, że go to stresowało, tak bowiem nie było już od lat. Przyzwyczajony do udzielania sporej ilości wywiadów po wyścigach, przywykł do fotografów, kamer i dziennikarzy. Nie stresowało go wcale pozowanie do zdjęć, uśmiechanie się i krótkie odpowiedzi, które miały brzmieć spontanicznie, ale najlepiej też profesjonalnie, a ponad wszystko tak, aby nie zdradziły nic ważnego. Stresowało go za to wszystko to, co było już po tym – to jedno zdjęcie pojawiające się następnego ranka w artykule. Ten jeden kadr wrzucony na Instagram. Nagłówek, który ktoś napisze na podstawie jego miny. Komentarze, teorie, ludzie analizujący, na kogo spojrzał, jak spojrzał i kiedy spojrzał, z kim rozmawiał, czy wyglądał na zmęczonego i dlaczego, do cholery, nie miał przy sobie obrączki, której nigdy nie nosił!
Social media – to właśnie ich bał się najbardziej.
Bowiem wtedy przestawał mieć nad tym jakąkolwiek kontrolę. Jedno zdjęcie mogło zostać wyrwane z kontekstu, jeden uśmiech odczytany jako pewność siebie, a inny, zbyt szeroki, jako próba ukrycia czegoś, czego wcale nie chciał pokazywać. Jedno spojrzenie w nieodpowiednią stronę mogło wystarczyć, żeby następnego dnia ktoś zbudował wokół niego całą historię. A jedno, żeby całkiem ją wymazać. A Leo miał już serdecznie dość historii, których sam nie napisał. Co więcej, nie miał ochoty być dziś kolejnym tematem do dyskusji. Chciał po prostu przeżyć ten wieczór.
Wszedł do samego środka budynku, czując, jak tkwiąca w jego gardle gula zaczyna rosnąć. Odzywała się tylko czasami, odkąd dowiedział się, że pojawi się na rozpoczęciu Fashion Weeku… To jednak, co czuł teraz, przerastało wszystko, co próbował przewidzieć. Ubrany w idealnie skrojony, a jednak nieprzesadnie wystylizowany garnitur, prezentował się niemal doskonale. Tylko w jego głowie działo się niedobrze. Myśli latały mu w każde możliwe strony, obierając różne tory, które i tak, chcąc nie chcąc, sprowadzały go do jednego – do Romy i Sienny.
Porażka. Inaczej chyba nie mógł tego nazwać. Minęło już kilka tygodni od wycieczki na Ibizę, a on czuł się, jak gdyby to wszystko wydarzyło się dopiero co przed chwilą. Wspomnienia były żywe, pożerające i ściskające go od środka na tyle mocno, że mógłby nawet założyć ten nieszczęsny krawat, jeśli miałoby mu to przynieść choć odrobinę ulgi. Problem w tym, że nic, chociażby w najbliższym czasie, nie dałoby mu luksusu ulgi. Nie potrafił więc przestać o tym myśleć, a dokładniej – o tym, co zrobił. A najgorsze było chyba to, że im więcej czasu mijało, tym mniej był pewien, czy rzeczywiście chodziło wyłącznie o Ibizę, bo cholerna Ibiza nie była początkiem czegoś nowego, tylko rezultatem czegoś, co po drodze zepsuł. A widac zepsuł, gdy poprosił Romy o przestrzeń. To on przecież odsunął ją od siebie, przekonany, że właśnie tego potrzebuje. I przez kilka pierwszych dni rzeczywiście próbował sobie wmówić, że tak jest. Teraz nie był już tego taki pewien.
UsuńWiedział jednak, że nie była to pora na roztrząsanie tego, co się wydarzyło, a już szczególnie wtedy, gdy wybiegiem miała iść dziewczyna, która się do tego przyczyniła. Musiał więc odłożyć wszystko gdzieś na bok, przynajmniej na kilka godzin, i udawać, że jest dokładnie tym Leo, którego wszyscy spodziewali się tutaj zobaczyć.
Gdy pojawił się już w miejscu wybiegu, prędko, choć swobodnie, skierował się w stronę swojego miejsca. Wokół niego były jeszcze puste miejsca, widocznie pojawił się zbyt szybko. Usiadł więc, biorąc głęboki oddech. Rozejrzał się dookoła, zauważając, jak każdy detal był zadbany i idealnie wystylizowany. Ironicznie, było to niesamowitą symboliką tego, co działo się z nim teraz. Z zewnątrz Leo miał w końcu absolutnie idealny dzień celebryty – Fashion Week, Tommy Hilfiger, pierwszy rząd, później afterparty, no i masa paparazzich… Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno. A wewnątrz był po prostu facetem, który chwilowo próbował nie dopuścić do siebie myśli, że jego kariera stała pod znakiem zapytania. I być może zagłębiłby się jeszcze bardziej w swoich przemyśleniach, gdyby nie moment, w którym spojrzał na bok.
Romy Bellini.
Coś ścisnęło go w gardle.
Jezu Chryste, wyglądała obłędnie, zresztą jak zawsze, ale teraz działało to tym bardziej na jego niekorzyść. Przez ostatnie tygodnie zdążył przyzwyczaić się do tego, że jej nie ma (a przynajmniej tak mu się wydawało). Wystarczyło jednak zobaczenie jej w rzeczywistym życiu, żeby zrozumiał, że wcale nie przyzwyczaił się do niczego.
Rozum kazał więc odsunąć wzrok, potraktować ją jak każdą inną osobę tutaj, która mijała go, gdy on siedział w oczekiwaniu na pokaz. I już na pewno nie patrzeć za długo ani nie szukać jej wzrokiem. A ponad wszystko, absolutnie nie pozwolić sobie przypomnieć, jak dobrze znał każdy drobny szczegół nie tylko jej twarzy.
Problem tkwił jednak w tym, że Romy nie miała go tak po prostu ominąć.
Spojrzał na nią, lekko skonsternowany, gdy blondynka zatrzymała się przy jego rzędzie. Przez krótką chwilę po prostu na siebie patrzyli i Leo nagle poczuł, że wszystkie te tygodnie dystansu były absurdalnie łatwe w porównaniu z tym jednym momentem.
I wtedy dotarło do niego, w jakiej sytuacji się znaleźli. Ona była tutaj, on był tutaj. I zaraz mieli być razem. Wspaniale.
— Cześć — odezwał się, gdy usiadła obok niego. Więcej nie powiedział, bo nie bardzo wiedział co. Dużo mógłby przecież mówić. Mógłby zapytać, co u niej, powiedzieć, że dawno jej nie widział. Mógłby nawet przeprosić, że się w ogóle nie odzywał, ale to dopiero byłoby żałosne, bo patrząc na to, jak potraktował ją w ostatnich tygodniach, to nawet nie wypadało.
Tak mu się przynajmniej zdawało.
Leo 🖤
Skłamałby, gdyby powiedział, że obecność Romy była dla niego problematyczna. Nie była przecież wcale. Przynajmniej nie w ten oczywisty sposób, który budził dyskomfort i niepewność. W głębi cieszył się jak dziecko, że ją widzi, nawet jeśli sam doprowadził do tego, że w ogóle się nie widzieli. Brak Romy Bellini w jego życiu cieszył tylko Rafe’a, bo jego zdecydowanie nie, co było całkiem sporą ironią losu, biorąc pod uwagę fakt, że sam do tego doprowadził. Odsunięcie jednak od siebie dziewczyny, która rządziła jego umysłem i sercem, było prawdopodobnie jednym z najgłupszych ruchów, na jakie mógł się zdobyć. I może gdyby byli teraz gdzie indziej niż na Fashion Week, to nagłe, nieplanowane przez nich spotkanie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Może początkowo oboje próbowaliby udawać, że wszystko jest w porządku, rzuciliby kilka żartów, porozmawiali tak, jak gdyby ostatnie miesiące wcale nie istniały. A potem wystarczyłoby jedno spojrzenie za długo i jedno słowo za dużo, żeby cała ta pieprzona ostrożność poszła w cholerę. Może porozmawialiby ze sobą, może Leo w końcu otworzyłby się, opowiedział jej w pełni o tym, co działo się z nim od tych kilku miesięcy. Może pokłóciliby się jak cholera, nawrzeszczeli na siebie, rozgniewali do bólu. A może nawet wylądowali znów w łóżku. Nie wiedział, i to właśnie było błogosławieństwem i przekleństwem tej relacji: niewiedza. I tego chyba tak cholernie bał się Rafe, bo doskonale wiedział, że Leo tracił rozsądek, gdy był z Romy. Nic dziwnego, przecież to dziewczyna, która doprowadziła go do szaleństwa.
OdpowiedzUsuńWciąż pamiętał początki ich znajomości, moment, w którym ją poznał. Serce zabiło mu trochę mocniej, a z każdą kolejną minutą ich rozmowy czuł się, jakby wrócił do szkoły średniej i nie wiedział, jak gadać z dziewczyną, która mu się podoba. Nie zaklinał rzeczywistości, tak przecież było – Romy spodobała mu się od samego początku. Była jak dziewczyna jego marzeń, dokładnie ten typ, który opisuje się jako wymarzony – i to pod każdym kątem. Tyle że chyba od początku wiedział, że nie chodziło wyłącznie o to, że Romy była piękna. Pięknych kobiet spotkał w swoim życiu wystarczająco dużo. Przewijały się przez padok, przez imprezy, przez kolacje, przez wszystkie te miejsca, do których trafiał dzięki temu, że był Leo Maxwellem. Niektóre potrafiły przyciągnąć jego uwagę, inne bawiły go przez kilka tygodni, jeszcze inne znikały z jego życia równie szybko, jak się w nim pojawiały. Romy… Cóż, Romy była inna. Przy niej nie czuł się jak kierowca Formuły 1. Nie musiał być tym Leo, którego wszyscy znali – pewnym siebie, zabawnym, zawsze przygotowanym, by zabłysnąć odpowiedzią. Zawsze wystarczająco interesującym, wystarczająco dobrym. Przy niej od początku to wszystko zniknęło w cholerę i mógł być po prostu sobą – i to chyba właśnie było w niej najgorsze. Nie to, że go piekielnie pociągała czy to, że potrafiła rozproszyć go jednym spojrzeniem. Nie to, że wystarczyło kilka minut w jej towarzystwie, żeby zapomniał o całym świecie. Najgorsze było to, że zaczął przy niej czuć się dobrze, tak zwyczajnie. Bez podium, bez zwycięstw, bez pochwał, bez całej tej pieprzonej potrzeby udowadniania wszystkim dookoła, że jest wystarczająco dobry. A to wszystko niosło za sobą cały pakiet rzeczy, które zaczynał lubić w niej jeszcze bardziej, nawet jeśli wtedy była tylko przyjaciółką.
Lubił jej śmiech. Albo to, kiedy mówiła za szybko i sama sobie przerywała. Lubił sposób, w jaki patrzyła na niego, kiedy próbował udawać, że coś go nie rusza czy też jej dłoń wsuwaną pod jego ramię, kiedy szli gdzieś razem. Lubił jak z przejęciem coś opowiadała albo pytała go o opinię w rzeczach, które w zasadzie dla innych mogły nie mieć znaczenia. Uwielbiał to, jaka była bystra, sprytna i świadoma tego, co potrafi. Lubił to, jaką roztaczała wokół siebie charyzmę i jak jej aura przyciągała uwagę, bo w pełni na nią zasługiwała.
I może właśnie dlatego tak bardzo próbował sobie wmówić, że jej nie potrzebuje i jak skończony kretyn stwierdził, że nie szuka dziewczyny, bo przecież musi się skupić na karierze. Kariera była widać najważniejsza, tak sobie wtedy powtarzał. I uznał, że Olivier będzie dla niej idealną partią, bo przecież skoro sam nie zamierzał się angażować, to równie dobrze mógł zadbać o to, żeby trafiła na kogoś odpowiedniego. I to był dopiero głupi ruch, biorąc pod uwagę fakt, że gdy tylko otworzyła mu się na to furtka, nie potrafił już odpuścić i rozpoczął relację z Romy, której teoretycznie wcale nie powinien był rozpoczynać. A zakazany owoc smakował dobrze – raz spróbowany, okazywał się niemożliwy do odłożenia. A Romy Bellini smakowała zbyt dobrze. Zdecydowanie zbyt dobrze, jak na dziewczynę, od której przecież od samego początku próbował trzymać się z daleka.
UsuńGdy poczuł, jak noga Romy zahacza o jego, drgnął delikatnie. To było tylko drobne dotknięcie, przypadkowe i być może, a raczej na pewno, bez żadnego drugiego dna. A jednak tyle wystarczyło, by usta Leo Maxwella ułożyły się w delikatnym, nieco przekornym uśmieszku. W zasadzie nawet nie chodziło o sam dotyk, jak o reakcję Romy, którą uznał nie tyle za zabawną, co rozkoszną. Przepraszam, jedno słowo, które było niezwykle niewinne w obliczu tego wszystkiego, co dotychczas przeżyli razem. Mógłby nawet skusić się o stwierdzenie, że „Przepraszam” to wręcz przerost formy nad treścią, biorąc pod uwagę fakt, że ten drobny dotyk był niczym kropla wody w całym oceanie ich historii. Leo zbyt dobrze znał każdy centymetr jej ciała, by to, co wydarzyło się przed chwilą, miało go onieśmielić czy wprowadzić w zakłopotanie. Wręcz przeciwnie, problem był całkiem inny – ten drobny, przypadkowy dotyk ich nóg był niczym iskra opadająca na suchą trawę. Przez krótką chwilę miał ochotę nawet się nie odsunąć. Pozwolić, by ich nogi nadal się stykały, udawać, że to przypadek, a jednocześnie czerpać z tego idiotycznie małego kontaktu tyle, ile tylko mógł. Bo przez ostatnie tygodnie brakowało mu nawet takich rzeczy – jej bliskości, ciepła jej ciała obok jego, tego jak naturalne było dla nich siedzenie obok siebie. Teraz jeden przypadkowy dotyk potrafił sprawić, że tęsknota wróciła do niego ze zdwojoną siłą.
— To nic takiego — odparł spokojnie, patrząc jednak w kierunku mężczyzny, który w pełnym skupieniu robił zdjęcia wszystkim obecnym — Za to jeśli tamten… — skinął głową w kierunku fotografa — zrobił nam w tym momencie zdjęcie, to jutro przeczytamy, że najwyraźniej nie potrafimy utrzymać od siebie rąk z daleka. A w zasadzie nóg — zażartował, głupio. Sam nawet nie wiedział dlaczego, a biorąc pod uwagę fakt, że już i tak stąpał po kruchym lodzie, to mógł się domyślić, że prawo do głupich żartów stracił już dawno. Dokładnie w momencie, w którym postanowił odsunąć od siebie Romy i udawać, że potrafi bez niej żyć. Problem tkwił w tym, że nie potrafił. I chyba właśnie dlatego łatwiej było mu zażartować, niż powiedzieć jej po prostu, że dobrze ją widzieć. To drugie zabrzmiałoby zbyt prawdziwie w obliczu wydarzeń ostatnich kilkunastu tygodni.
Koniec maja, zaraz na przełomie czerwca. Tydzień przed Grand Prix Monako coś zaczęło się w nim powoli przelewać. Po poprzednim kanadyjskim wyścigu był kłębkiem nerwów. Pokłócił się z Milo o jakąś pierdołę, Sienna wręcz z uporem maniaka wysyłała mu zaproszenia na imprezy, a Rafe prawił mu kazania, których Leo nie miał najmniejszej ochoty słuchać. Oliver z kolei nie odpuszczał z troską, której w tamtym momencie chyba najmniej potrzebował. Pytał o jego samopoczucie, dopytywał, gdzie jest Pierce i co w ogóle, do cholery, się dzieje. Leo wiedział, że wszyscy chcieli dobrze, ale miał już serdecznie dość tego, że każdy czegoś od niego chciał, każdy o coś pytał i każdy próbował coś naprawić, podczas gdy on sam nie miał nawet pojęcia, od czego powinien zacząć.
A pośrodku tego całego pobojowiska stała ona – Romy. Jego Ro.
Nie było jej na żadnym poprzednim Grand Prix od rozstania z Caldwellem. Mogła być, ale wtedy Internet rozszarpałby ich żywcem, a Eric miałby pretensje, że ludzi bardziej interesuje jego życie towarzyskie niż rzeczywiste wyniki w wyścigach – te same, które przecież sam mu psuł. Może gdyby Romy była wtedy z nim, gdyby stała gdzieś w garażu i jak patrzyła z przejęciem na ekran, wiele rzeczy wyglądałoby inaczej. Może sama świadomość, że jest gdzieś obok, że po wszystkim będzie mógł do niej wrócić, wystarczyłaby, żeby niektóre rzeczy nie przytłaczały go aż tak bardzo. Nie musiałaby nawet nic mówić, wystarczyłoby, że po prostu by była. Tak naprawdę dopiero teraz zaczynał rozumieć, jak bardzo przyzwyczaił się do jej obecności w tych najgorszych momentach. A dla niej z pewnością nie było to też łatwe, choć Romy znosiła jego nastroje cierpliwie, nawet wtedy, kiedy sam nie potrafił już nad sobą zapanować. Leo z każdym kolejnym razem, gdy wyrzucał na nią własne negatywne emocje, czuł się coraz gorzej. Jednocześnie rosła w nim dziwna frustracja, jak gdyby to ona była kolejnym ciężarem, który musiał dźwigać, choć przecież nigdy nim nie była. Cholera, była jego oczkiem w głowie. Radością, szczęściem, powodem, dla którego trwał i próbował. Była jego wszystkim.
UsuńByć może właśnie dlatego, zamiast pozwolić jej zostać obok, zrobił to, co w tamtym momencie wydawało mu się dla nich najlepsze – odsunął ją od siebie. Wtedy naprawdę sądził, że dzięki temu przynajmniej jedna rzecz przestanie zaprzątać mu głowę. Nie będzie musiał martwić się o kolejne zdjęcia krążące po socialach, o to, czy na którymś z nich nareszcie będzie widać ich pocałunek, ani o paparazzi śledzących Romy, kiedy ta całkiem przypadkiem znalazła się w pobliżu Tribeci. Miał wystarczająco dużo na głowie bez dokładania do tego wszystkiego kolejnego powodu do stresu. Wydawało mu się to rozsądne, przynajmniej dopóki nie przyszło mu żyć z konsekwencjami własnej decyzji, bo łatwiej było przecież wmówić sobie, że Romy zasługiwała na kogoś lepszego, dojrzalszego, kogoś, kto nie będzie się zastanawiał, czy samo kochanie jej przypadkiem nie zniszczy jej życia razem z jego własnym. Taka wersja wydarzeń była znacznie wygodniejsza od przyznania, że zwyczajnie nie radził sobie z tym wszystkim i próbował odzyskać kontrolę nad czymkolwiek, co jeszcze pozostawało w jego zasięgu.
Jeszcze przed Ibizą cały czas o niej myślał. O tym, jak się czuje, czy jest zadowolona, czy ma z kim spędzać wieczory. Oglądał z uporem maniaka jej Instagrama, sprawdzał stories, wyłapywał drobiazgi, które pozwalały mu upewnić się, że wszystko z nią w porządku. Wbrew pozorom właśnie tego chciał dla niej najbardziej. Nie chciał, żeby czuła się przez niego potraktowana jak ktoś, kto nagle przestał znaczyć cokolwiek, choć doskonale wiedział, że miała podstawy, by właśnie tak to odebrać.
A potem wydarzyła się Ibiza i cała ta misternie poukładana narracja zaczęła się sypać. Nie wiedział, co by zrobił, a raczej co by się z nim stało, gdyby Romy dowiedziała się o wszystkim. Wiedział tylko, że sam nie potrafiłby spojrzeć jej wtedy w oczy. Cała sytuacja była zdrowo popieprzona, a najgorsze wcale nie było to, że formalnie mógłby zostać oskarżony o zdradę, skoro nie byli już razem. Przecież oficjalnie nigdy nie byli razem. Teoretycznie nie złamał więc żadnej zasady. Tyle że teoria niewiele tutaj znaczyła. Sienna była najlepszą przyjaciółką kobiety, którą Leo jeszcze niedawno odsunął od siebie, tłumacząc, że potrzebuje przestrzeni. Nawet teraz, kiedy próbował poukładać sobie to wszystko w głowie, własne argumenty brzmiały dla niego jak ponury żart. Chciał uprościć sobie życie, a zrobił coś, co mogło skomplikować je jeszcze bardziej. I to w sposób, którego Romy nawet nie była świadoma.
Los jednak najwyraźniej miał przy tym wyjątkowo sarkastyczne poczucie humoru, biorąc pod uwagę fakt, że pierwsza rozmowa i pierwsze spotkanie od ich rozstania siłą rzeczy obracały się wokół cholernej Sienny Vale.
Usuń— To tylko pokaz — odpowiedział, nieco podirytowany, pociągając nosem. Przejechał dłońmi po gładkiej powierzchni czarnych spodni garniturowych. Oparł dłonie na kolanach, rytmicznie obijając o nie palcami. Nie patrzył na Romy, wiedział że nie może. W ogóle starał się patrzeć na nią jak najmniej, bo wyglądała zbyt pięknie, to po pierwsze. A po drugie, nie mogła wyczuć, że temat Sienny był dla niego cholernie niewygodny. Bo gdyby spojrzał na nią choć odrobinę dłużej, istniało spore ryzyko, że zobaczyłaby w jego oczach dokładnie to, czego przez ostatnie tygodnie tak desperacko próbował ukryć nawet przed samym sobą – tęsknotę.
I lost my way, somewhere in another galaxy
Too much to take, these memories, end in tragedy
Leo 🖤
Gdyby tylko wiedział, że Romy choć przez sekundę dopuściła do siebie myśl, że w jego apartamencie mogłaby być jakaś inna, prawdopodobnie dostałby szału. Nie przez nią, a przez samego siebie. Bo wtedy musiałby przyznać, że sam doprowadził do sytuacji, w której dziewczyna, która jeszcze kilka miesięcy temu znała każdy jego ruch, mogła teraz uwierzyć, że bez większego problemu zastąpił ją kimś innym. I chociaż rzeczywiście wydarzyło się coś między nim a Sienną, to poza najlepszą przyjaciółką Romy żadna inna kobieta nie pojawiała się w jego apartamencie, pokoju hotelowym czy jakimkolwiek innym miejscu, w którym mogłoby dojść do czegoś więcej. Bynajmniej nie dlatego, że nagle przestał zauważać kobiety. Po prostu od dawna żadna nie interesowała go na tyle, by chciał mieć ją blisko.
OdpowiedzUsuńLeo od samego początku swojej kariery skupiał się wyłącznie na ściganiu. Właśnie dlatego przez tak długi czas, jak skończony idiota, nie pozwalał sobie nawet pomyśleć o tym, że mógłby naprawdę spróbować zdobyć Romy. Przez lata pilnował też, by nie przykleiła mu się łatka playboya, który zmienia kobiety jak rękawiczki, nie potrafi się ustatkować i traktuje je jak kolejne elementy swojego życia, które można bez problemu wymienić. Oczywiście, lubił piękne kobiety. W ogóle lubił kobiety, był przecież facetem. Zanim pojawiła się Romy, zdarzały mu się krótsze relacje, ale nigdy nie obiecywał więcej, niż faktycznie mógł dać. Obie strony wiedziały, na czym stoją i nikt nie wychodził z tego ze złamanym sercem. To było proste oraz bezpieczne i właśnie dlatego tak długo mu odpowiadało. Nie było obietnic, wielkich słów ani powodów, żeby następnego dnia zastanawiać się, czy druga osoba nadal o nim myśli. Jednocześnie dokładnie to powodowało, że sytuacja, która była między nim a Romy, była tak emocjonalnie trudna… Z Romy nie było niczego prostego. Nie była dziewczyną od wspólnych imprez ani przyjaciółką od seksu, z którą łączyłoby go wyłącznie coś fizycznego. Była kimś, kto wszedł mu pod skórę znacznie głębiej, niż kiedykolwiek planował. Uzupełniała go na każdej możliwej płaszczyźnie, a przede wszystkim była jedyną kobietą, której pozwolił zobaczyć siebie bez całej tej otoczki kierowcy F1, która przez lata stała się jego drugą skórą. Oddał jej serce, zanim w ogóle zorientował się, że to robi – i może właśnie dlatego nigdy nie potrafił wyrzucić jej z głowy. Uczucia do niej nie znikały, nie słabły nawet wtedy, kiedy przez tygodnie powtarzał sobie, że przecież tak będzie lepiej. To chyba właśnie przerażało go najbardziej; z innymi kobietami wszystko miało swój początek i koniec, a z Romy nigdy nie potrafił znaleźć żadnego z nich. Nawet teraz, kiedy teoretycznie powinien już dawno zamknąć ten rozdział, wystarczyło jedno spojrzenie, wręcz jeden dotyk nogi, żeby cała ta zbudowana przez niego “obojętność” rozpadała się jak domek z kart.
Zdawało się jednak, że choć wszystko między nimi od początku miało w sobie coś niebezpiecznie właściwego, czas nigdy nie był po ich stronie. Leo wprawdzie sam skomplikował przynajmniej połowę rzeczy, które ich dotyczyły, ale druga połowa również nie zamierzała ułatwiać im życia. Na pierwszym miejscu zawsze pozostawał Oliver. Był przecież idealnym chłopakiem dla Romy, a jednocześnie jednym z najbliższych ludzi Leo. Nie był zwykłym kolegą z padoku. Razem przeszli karting, programy juniorskie, a później obaj weszli do F1 w tym samym czasie. Dorastali w świecie, w którym przyjaźń mieszała się z rywalizacją i w którym każdy wiedział, jak wiele kosztowało ich dotarcie na szczyt. Oliver był więc kimś, komu Leo ufał. I kimś, komu nie powinien był tego zrobić, co ostatecznie zrobił. Tym bardziej więc fakt, że Leo zakręcił się wokół jego byłej, był porażająco bolesny i słaby z punktu widzenia męskiej solidarności…
Miłość miała jednak tę irytującą właściwość, że potrafiła wyłączyć nawet najbardziej rozsądne części jego mózgu. Ta egoistyczna część Leo szeptała mu czasami, że przecież to on poznał Romy pierwszy. To on pierwszy zobaczył ją taką, jaka była, zanim stała się czyjąś dziewczyną. To on zauważył, że jej uśmiech wygląda inaczej, kiedy naprawdę coś ją bawi albo potrafił godzinami słuchać jej opowiadającej o rzeczach, które dla innych były kompletnie nieistotne. I może właśnie dlatego tak cholernie bolało go, że mimo tego wszystkiego sam oddał ją komuś innemu. Szkoda tylko, że wtedy nie miał wystarczająco dużo odwagi, żeby zrobić z tym cokolwiek. Gdyby wyszedł ze swojej strefy komfortu wcześniej, być może nie musieliby później uciekać przed konsekwencjami własnych decyzji. Może ”Poradzimy sobie”, które tak często słyszał od Romy, nie byłoby tylko pocieszeniem, a rzeczywiście stałoby się ich wspólną obietnicą.
UsuńI naprawdę byłoby dobrze i poradziliby sobie ze wszystkimi przeciwnościami, bo nie musieliby martwić się o cały świat wokół nich. Może zamiast uczyć się żyć bez niej, nauczyłby się po prostu żyć z nią. Po ciężkim treningu wracałby do niej, rzucał klucze na blat i narzekał na samochód, a ona słuchałaby go tak jak robiła to zawsze. Może Leo nadal miałby gdzie wracać. I może wtedy nie siedzieliby przy wybiegu na Fashion Week jak dwie mimozy, nie wiedząc, o czym ze sobą rozmawiać, choć przecież oboje wiedzieli o sobie wszystko. To z kolei było chyba najbardziej absurdalne. Leo potrafił godzinami rozmawiać z obcymi ludźmi, potrafił żartować przed kamerami, odpowiadać na idiotyczne pytania dziennikarzy i prowadzić rozmowy, których nie pamiętał pięć minut później. A przy niej nagle nie wiedział, gdzie podziać ręce.
Leo Maxwell miał jednak wyjątkowy talent do komplikowania sobie życia. Był to jeden z tych nawyków, których najwyraźniej nie potrafił się pozbyć, nawet kiedy doskonale wiedział, że kolejna głupia decyzja może go sporo kosztować. Komplikował sprawy wizerunkowe, podejmował czasem zbyt ryzykowne decyzje na torze, a swoje życie osobiste traktował chyba jeszcze gorzej. Kiedy poznał Romy, jego grupa przyjaciół była dość klarowna. Był Oliver, co nie dziwiło nikogo, biorąc pod uwagę ich wspólną historię. Był Jasper, drugi kierowca Hawthorn Racing, z którym złapał wspólny język niemal od pierwszego dnia. Był też Milo, rasowy nepo-baby i model, którego znał od dzieciństwa. Przez ich grupę przewijały się kolejne „koleżanki” Milo, ale żadna nigdy nie została na dłużej. A później dołączyła Romy. Z czasem Romy i Oliver stali się nierozłączni, a tam, gdzie Romy i Oliver, tam też była Sienna i jej były już chłopak. Wszystko działało zaskakująco dobrze, dopóki chemia między nim a Romy nie zaczęła być coraz trudniejsza do ignorowania. Milo zauważył ją niemal od razu. Co do Sienny, Leo nigdy nie miał pewności. Najbardziej jednak zastanawiało go, czy kiedykolwiek zauważył ją Oliver. Czy dostrzegł sposób, w jaki Leo patrzył na Romy? Czy kiedykolwiek spojrzał na nich odrobinę dłużej? Czy zauważył, że Leo zawsze siadał bliżej Romy, kiedy mieli taką możliwość? Albo że śmiał się z jej żartów trochę za szybko i za długo?
Teraz jednak nie miało to już żadnego znaczenia. Odkąd Ollie rozstał się z Romy, a właściwie to ona z nim, znów była ich czwórka kontra cały świat. Tak jakby, bo Leo był w tym wszystkim największym oszustem. Siedział pośród ludzi, których nazywał przyjaciółmi i przez cały ten czas rozwijał relację z dziewczyną jednego z nich. A później jeszcze tę relację zniszczył własnymi rękami. Cóż, karma wraca.
Słysząc ciche, krótkie roześmianie ze strony blondynki, coś natychmiast się w nim rozjaśniło. Mógłby przysiąc, że iskierki zatańczyły mu w oczach. Romy uśmiechnęła się na jego żart i przez tę jedną, cholernie krótką chwilę Leo poczuł coś, czego nie powinien był czuć - ulgę. Przez tę jedną krótką sekundę prawie zapomniał, że siedzieli w pierwszym rzędzie na pokazie, otoczeni ludźmi, kamerami i telefonami, a od ich ostatniej rozmowy minęły tygodnie. Po prostu zobaczył jej uśmiech i przez głupią chwilę poczuł się tak, jakby nic się nie zmieniło. Gdy jednak padły kolejne słowa, ta chwilowa lekkość szybko zniknęła. To były tylko głupie żarty, ale przecież oboje wiedzieli, że kryło się za nimi coś prawdziwego. Media polowały na najmniejszy błąd, a jeden niewłaściwy gest wystarczyłby, żeby ktoś zaczął łączyć fakty. Tylko że prawda ich a medialnego światka była całkiem inna.
UsuńMiał ochotę odpowiedzieć, że przecież dalej byli przyjaciółmi… I w zasadzie otwierał już usta w tym celu, aż dotarło do niego, że nie mógł tego powiedzieć. Nie mógł, bo przyjaciele rozmawiają ze sobą. Widują się. Pytają, jak minął dzień. Pojawiają się wtedy, kiedy wszystko inne zaczyna się walić. A oni tego przez niego już nie robili. Wtedy myślał, że poświęca związek. Teraz wiedział, że stracił znacznie więcej – stracił tę osobę, do której kiedyś mógł napisać bez powodu. Tę, której mógł wysłać zdjęcie samochodu, idiotyczny mem albo wiadomość o trzeciej nad ranem po beznadziejnym wyścigu.
— Dobrze, że to tylko głupie, nic nieznaczące nagłówki — dodał, a jego głos zabrzmiał nieco słodko-gorzko. Sam już nie wiedział, gdzie właściwie kończyło się kłamstwo, a zaczynała prawda. To w takich chwilach zaś przyłapywał się na tej bolesnej myśli, że może jednak… Cóż, może jednak warto było ujawnić się światu. Może wcale nie musieli tak bardzo się bać. Problemem nie był przecież ich związek, tylko czas, świat i jego brak odwagi. Tylko tyle i aż tyle. Przez całe miesiące wmawiał sobie, że ukrywanie tej relacji chroniło ich oboje. Teraz coraz częściej zastanawiał się, czy przypadkiem nie chronił w ten sposób wyłącznie siebie.
Gdy Romy stanowczo obroniła Siennę, nieco się podburzył. Zmarszczył czoło, a usta ułożyły mu się w wyrazie delikatnego obrzydzenia. Nie chodziło nawet o późniejszy komentarz Romy, choć ten również potrafił zaboleć. Bardziej irytowało go to, że Sienna w jego odczuciu wcale nie zasługiwała na taką obronę. Leo obwiniał przede wszystkim siebie za to, co się wydarzyło, nawet jeśli oboje przekroczyli granice. Ale zachowanie Sienny również było karygodne, szczególnie że znała Romy lepiej niż większość ludzi. Nie wiedział, czy naprawdę żałowała i czy gdzieś głęboko czuła choć odrobinę skruchy, tak jak czuł ją on. Jednocześnie trudno było mu w to uwierzyć, kiedy co jakiś czas nadal dostawał od niej wiadomości z propozycjami spotkań, wyjścia na miasto czy zwyczajnej rozmowy, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Sienna momentami zachowywała się tak, jak gdyby to wszystko dotyczyło zupełnie obcej osoby. A przecież dotyczyło to dziewczyny, którą Sienna nazywała przyjaciółką. Od Ibizy widział się z nią zaledwie kilka razy. Może raz czy dwa wyskoczyli razem na miasto, ale nawet wtedy nie chodziło o przyjemność. Bardziej o rozmowę, wyjaśnienie tego, co się wydarzyło, i próbę zrozumienia, jak do cholery mogli znaleźć się w takim miejscu. Co gorsza, Leo za każdym razem pilnował się bardziej, niż powinien. Bał się, że znowu zrobi coś głupiego. I choć pewnie by tego nie zrobił, to jednak sam fakt, że musiał się nad tym zastanawiać, mówił o nim wystarczająco źle.
— Ważny, ale to wciąż tylko pokaz — odparł, powstrzymując złośliwy grymas — A poza tym to Sienna. Nie znam nikogo bardziej zadufanego w sobie, więc raczej sobie poradzi — dodał, stukając palcami o kolano w coraz bardziej nerwowym rytmie. Przez chwilę milczał. Wiedział, że powinien odpuścić i puścić jej komentarz mimo uszu, tak jak zrobiłby to w każdej innej sytuacji. Tak jednak nie zrobił — Ty byś tak nie powiedziała, ale Sienna już tak — dodał sarkastycznie i zaśmiał się pod nosem, jak gdyby próbował rozładować napięcie. Potem wziął głęboki oddech i spojrzał na puste krzesło po swojej drugiej stronie. Zmarszczył brwi, próbując odczytać etykietę ułożoną na siedzeniu.
Usuń— Evelyn… Hart — wyczytał w końcu, próbując skojarzyć, kim właściwie jest wspomniana kobieta — Chyba ktoś z branży — dodał, prostując się i wsuwając dłonie w kieszenie spodni. I wtedy po raz pierwszy odważył się spojrzeć bezpośrednio na Romy.
Poczuł znajome ściśnięcie w żołądku. Z bliska była jeszcze piękniejsza. Cholera, przez ostatnie miesiące przyzwyczaił się do oglądania jej głównie na zdjęciach, w relacjach znajomych albo przypadkowo gdzieś w internecie. Tam zawsze można było przewinąć dalej. Teraz nie było dokąd uciec.
— Jesteś całkiem urocza, gdy tak bronisz swojej przyjaciółki — powiedział nieco zaczepnie, ale na tyle dyskretnie, żeby usłyszała to tylko ona. I kiedy wypowiedział te słowa, poczuł coś znajomego; ten sam impuls, który przez cały czas kazał mu się do niej zbliżać, nawet kiedy rozsądek mówił coś zupełnie przeciwnego. Ten sam, przez który kiedyś wszystko zaczęło się między nimi.
You and I, and I
We're just dancing to the siren sounds
Leo 🖤
Benedict był starszy od niego o trzy lata i, jak na starszego brata przystało, od zawsze uważał, że wie lepiej. Co gorsza, irytująco często rzeczywiście wiedział. Był inteligentny, spostrzegawczy, miał gadane i tę wkurzającą umiejętność trafiania w czuły punkt Leo. Dlatego przez lata nasłuchał się od niego rzeczy, których wtedy nie dość, że nie chciał słuchać, to nawet pamiętać.
OdpowiedzUsuń”Leone, ty najpierw robisz, a dopiero potem zastanawiasz się, dlaczego to był zły pomysł”.
“O, proszę. Leone znowu podjął decyzję, której konsekwencje będzie odkrywał po fakcie”.
“Braciszku, kiedyś spróbuj pomyśleć o tym, że nie jesteś jedyną osobą, która będzie żyła z konsekwencjami twoich decyzji”.
Ależ był wkurzający… Momentami Leo miał ochotę zamknąć go w jakimś pokoju i wyrzucić klucz przez okno. Problem polegał na tym, że im starszy był, tym trudniej przychodziło mu udawanie, że Benedict bredzi. Bo może i potrafił być nieznośnym dupkiem, ale zwykle mówił dokładnie to, czego Leo akurat nie chciał słyszeć. W pracy Leo potrafił być przecież zdyscyplinowany. Umiał zachować zimną krew, ocenić sytuację, przewidzieć kilka ruchów do przodu i nie pozwolić, żeby emocje przejęły kontrolę. Wystarczyło jednak, że sprawa dotyczyła jego własnego życia, uczuć i ludzi, na których mu zależało, a cała ta rozsądna wersja Leone’a Maxwella najwyraźniej brała sobie wolne. Gdyby więc mieli wyznaczyć, kto popisowo zepsuł wszystko, co możliwe w życiu osobistym, to niepodważalnie laureatem i zwycięzcą w tej dziedzinie byłby właśnie on – Leo. Bo przecież nikt nie zabronił mu spróbować z Romy mimo kariery. Gdyby nie wyszło, to by nie wyszło — otrząsnęliby się, pozbierali i przynajmniej mieliby świadomość, że zrobili wszystko, co mogli. Nie byłoby żadnych niedopowiedzeń, żadnego żalu czy gdybania, rozkładania każdej sytuacji na czynniki pierwsze… A przecież właśnie tak wyglądała teraz ich rzeczywistość. Stali nad rozlanym mlekiem, zastanawiając się, jak właściwie do tego doszło, choć najgorsze było to, że wcale nie musiało do tego dojść. Poza tym absolutnie nikt nie kazał mu zacząć okazywać zainteresowania i względów Romy dopiero wtedy, kiedy stała się dla niego niedostępna. Leo był zupełnie świadomy jakim to było świństwem i chamskim zagraniem, że mimowolnie szukał bliskości dziewczyny swojego przyjaciela. Jeśli więc ktoś miał w tej historii stanąć przed sądem za własne decyzje, nie musiał szukać winnego daleko – Leone Maxwell zasiadałby na ławie oskarżonych we własnej osobie.
Romy więc nie byłaby powodem bezpowrotnego zepsucia jego relacji z Oliverem, gdyby to wszystko wyszło na jaw. To on byłby za to odpowiedzialny, bo nawet jeśli Bellini coś do niego czuła, nie dawało mu to przyzwolenia, by wpuścić ją do swojego życia. Każdy krok i każda decyzja, jaką podjął, były fatalne od samego początku. Zachowywał się, jak gdyby próbował sobie coś udowodnić, wręcz wmówić samemu sobie, że Romy to tylko Romy — poznana nowa koleżanka, potem przyjaciółka i mega fajna dziewczyna dla Olivera. Okłamywał samego siebie i może nie byłoby to taką porażką i tragedią, gdyby nie fakt, że to kłamstwo zaczęło realnie wpływać na innych. Na Rafe’a i Macie, którzy musieli się za bardzo stresować o jego publiczny dobrostan. Na Milo, który, chociaż niekoniecznie szczególnie to przeżywał, to musiał jednak mieć sekret przed drugim kumplem. Na Siennę, która, chociaż okazała się złą przyjaciółką, siłą rzeczy też musiała coś ukrywać. A najbardziej na Romy, która ostatecznie została z tym wszystkim sama — nie dość, że straciła świetnego chłopaka, to jeszcze Leo zostawił ją pośród ruin wszystkiego, co wydarzyło się między nimi przez ostatnie miesiące.
I na koniec, co nie mniej ważne, wpływało to na Olivera, nawet jeśli on sam nie był tego jeszcze świadom… Bo Oliver nigdy przecież nie pozbierał się po rozstaniu z Romy. Uszanował jej decyzję, nie robił scen ani nie próbował na siłę wciągać jej z powrotem do swojego życia. Ale wystarczyło, że siedzieli gdzieś razem z chłopakami, żeby prędzej czy później jej imię wróciło w rozmowie. Mówił, że za nią tęskni. Że znowu sprawdza jej Instagrama, choć sam sobie obiecywał, że przestanie. Że nadal ma ich wspólne zdjęcia. Że czasami zastanawia się, czy nie powinien do niej zadzwonić. Zaprosić ją gdzieś. Spróbować jeszcze raz. Mówił nawet, że myśli o niej każdego dnia. A Leo siedział wtedy obok niego, słuchał, kręcił głową ze współczuciem i rzucał wyuczoną formułkę. ”No niefajnie, stary. Strasznie ci współczuję, ale jeszcze będzie dobrze”. Jednocześnie miał w pamięci to, co wydarzyło się zaledwie kilka godzin wcześniej – że spędzał czas właśnie z tą samą dziewczyną. Miał w pamięci jej obecność obok niego, jej ciało przy jego ciele; ciepło, które jeszcze tak niedawno miał pod dłonią. Ten moment, kiedy zasypiała obok niego i przez kilka sekund Leo naprawdę mógł udawać, że nic na świecie nie jest bardziej naturalne niż to, że Romy jest właśnie tam. Słuchał więc Olivera mówiącego o tęsknocie za dziewczyną, którą Leo chwilę wcześniej miał w swoich ramionach, i coraz wyraźniej rozumiał, że był po prostu gównianym przyjacielem. A kiedy Milo rzucał mu to swoje spojrzenie w stylu „No i co ty na to, huh?”, nie pozostawało mu już nawet nic, czym mógłby się przed sobą usprawiedliwić.
UsuńGdyby więc mógł uświadomić Romy w kolejnej kwestii, poza tym, że nie było żadnej innej Romy, bo jego Ro była tylko jedna, to uświadomiłby jej, że ona nie była niczemu winna. Nie była powodem żadnej z tych katastrof. Nie była dziewczyną, która weszła między dwóch przyjaciół i wszystko zniszczyła. Była po prostu osobą, w której zakochał się niewłaściwy człowiek w niewłaściwym momencie. A zawsze wiedział, że tak się czuła — że obwiniała się. I za to też był odpowiedzialny, bo tak naprawdę nigdy tego nie przegadali i nie zmierzyli się z tym, o czym oboje doskonale wiedzieli. Łatwiej było pilnować, żeby nie nakryli ich paparazzi. Łatwiej było śledzić, kto wrzucił kolejny filmik na TikToka i czy jakiś internetowy detektyw znowu połączył niewłaściwe kropki. Łatwiej było martwić się o to, czy ktoś zobaczy ich razem, niż zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, co właściwie stanie się z Oliverem, jeśli któregoś dnia wszystko wyjdzie na jaw. I to chyba była kolejna rzecz, która tak strasznie go irytowała i bolała… Bo Ollie byłby wściekły, jasne, że by był. Pokręciłby nosem, prawdopodobnie przeżyłby najgorszy kryzys zdrady, jaki można sobie wyobrazić, może przez długi czas nie chciałby z nimi rozmawiać. Ale Leo znał go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że ostatecznie Oliver by to zaakceptował. Może nie od razu i na pewno nie bez bólu. Ale zaakceptowałby, bo taki już był. Dobry do przesady, empatyczny i zdecydowanie zbyt skłonny do życzenia ludziom szczęścia, nawet wtedy, kiedy ich szczęście oznaczało jego własne rozczarowanie. Dlatego po rozstaniu nigdy nie mówił o Romy źle. Ani razu. Nigdy nie próbował zrobić z niej winnej. Nie wypominał jej niczego, nie poniżał jej, nie robił niczego, czym mógłby odebrać jej szacunek. Właśnie dlatego Leo wiedział, że gdyby prawda wyszła na jaw, Oliver ostatecznie prawdopodobnie również znalazłby w sobie miejsce na zaakceptowanie ich związku. Problem tkwił w tym, że teraz nie byłoby już na to szansy, bo Leo nie tylko zaczął randkować i spotykać się z byłą dziewczyną swojego kumpla. On sięgnął po nią jeszcze wtedy, gdy dalej byli razem — i to, właśnie to czyniło go tak beznadziejnym człowiekiem.
A mimo wszystko Romy nadal go chciała. Nigdy go nie odrzuciła, nie oceniła przez pryzmat tego, co zrobił. Nie wyrzucała mu, choć mogła, że mógł dać jej do zrozumienia, że jej pragnie, że jej chce, że ją uwielbia i podziwia, że do cholery zakochuje się w niej, wtedy, gdy jeszcze była sama. Ale nie zrobiła tego – w zamian przyjęła go takim, jakim był, mówiąc, że jakoś to będzie, że sobie poradzą, że razem znajdą wyjście, aby być szczęśliwą parą. Widziała w nim dobro, widziała w nim serce, które po prostu czasem było zagubione… I dała mu najdelikatniejszą wersję siebie, nawet jeśli to, co zrobili, było poniżej pasa i totalnym świństwem względem Olivera. A potem jeszcze znosiła te wszystkie głupie filmiki, w których ją atakowano, w których nazywano ją brzydkimi słowami i zarzucano złe pobudki. Znosiła chore komentarze zwracające uwagę na to, że szuka poklasku i sławy, że widać, że „chce czegoś więcej od Leo”. Znosiła to, jak fanbase Leo i Olivera obsmarowywał ją za wszystko, ale ich prawie za nic. Ollie zawsze kręcił na to głową, mówiąc, jak chorym trzeba być, aby przypisywać im takie teorie. A jednak byli zdrowi — tym chorym był Leo, robiąc wszystko, by dalej ukrywać ich związek. Romy mogła więc dać mu wszystko, a on i tak próbował schować ich miłość tak głęboko, jak gdyby samo pokazanie jej światu miało ją zniszczyć.
UsuńCo więcej, ona dała mu swoje wszystko. On oddał jej swoje. Tylko że potem Leo zrobił coś znacznie gorszego niż samo ukrywanie. Zabrał jej to wszystko z powrotem. I cholerny Benedict Maxwell znowu miał rację.
Jednocześnie skłamałby, gdyby powiedział, że utrzymywanie ich związku w tajemnicy całkiem mu przeszkadzało. Prawdę mówiąc, teorie wędrujące po internecie były przecież rzeczywistością — ludzie wiedzieli i wyczuwali, po prostu oni nigdy tego nie potwierdzili. A to stało się potężną i niebezpieczną bronią w ich rękach, a ponad wszystko w jego rękach. Bo dało mu swobodę, aby zakończyć to wszystko w momencie, w którym uznał, że tak trzeba. Że to pozwoli im bardziej kontrolować ich życie prywatne, Romy znaleźć szczęście tam, gdzie realnie je dostanie, a jemu skupić się na ratowaniu sypiącej się na jego oczach kariery. Wygodne dla psychiki było więc czytanie komentarzy o tym, jak chory fanbase doprowadził do zniszczenia przyjaźni… Łatwiej było czytać komentarze w stylu: „Może teraz zrozumiecie, że przyjaźń damsko-męska istnieje i nie trzeba wszystkiemu przypisywać czegoś więcej”, niż otworzyć Instagrama i napisać: „Romy i ja nie jesteśmy już razem”. Łatwiej było udawać, że ich relacja jest tylko czymś, o czym internet lubi spekulować, niż stanąć przed milionami ludzi i powiedzieć, że naprawdę kochał tę dziewczynę.
Trzymanie ich związku w tajemnicy miało więc jeden wielki plus — to było ich i tylko ich. Nie musieli spowiadać się fanom, hejterom i całemu światu. Leo Maxwell nie dojrzał jednak do jeszcze jednej ważnej rzeczy — do świadomości, że publiczny związek też mógł być prywatny. A teraz było już na wszystko za późno… Stracił dziewczynę swoich marzeń, jedyną kobietę, którą kiedykolwiek obdarzył tak silnymi uczuciami. Nie będzie drugiej Ro. A to bolało, bo przez cały ten czas Leo zachowywał się tak, jak gdyby zawsze istniała jakaś późniejsza możliwość. Jak gdyby zawsze było jeszcze jutro… A nie było, bo to Romy Bellini była jego przeznaczeniem, od którego on sam odwrócił się, bo uznał, że wie lepiej.
Los więc postawił go i ją w sytuacji niekomfortowej, niewygodnej. Pokazał mu, że nie można sobie tak drwić z cudzych uczuć i cudzego życia. Bo nawet jeśli żałował Ibizy, żałował zerwania, żałował wszystkiego, czym ją zranił, to konsekwencje były i będą. Każda decyzja zostawia ślad, a ta pozostawiła bolesny, trudny, ciężki jak powietrze przed burzą, które swoją duchotą nie daje wziąć głębokiego oddechu. Leo Maxwell szedł drogą, nad którą wisiały czarne chmury i w ogóle nie zdawał się być na to przygotowany. Jak zwykle.
W końcu to nie było nic więcej, prawda?
UsuńUderzyło go to natychmiast. Nie gdzieś powierzchownie, nie w tę część głowy, która wciąż próbowała wszystko logicznie poukładać. Uderzyło prosto w serducho. Tak mocno, że aż przygryzł policzek od środka, jak gdyby ból miał pomóc mu zatrzymać wszystkie słowa, które cisnęły mu się na język. Nerwowo zmarszczył nos i przesunął dłonią po jego czubku, jak gdyby próbował zetrzeć z niego coś niewidzialnego. La bugia corre sul naso. Kłamstwo biegnie po nosie. Jego ukochana mamusia powtarzała to powiedzenie tak często, że Leo mógłby je wyrecytować przez sen. Zawsze wydawało mu się trochę absurdalne i zabawne. A teraz, oczywiście, musiało wrócić do niego dokładnie wtedy, kiedy najmniej tego potrzebował. No i jeszcze jedno… Mama miała rację. Jak zwykle. Tylko że problem nie polegał na tym, że nie kochał Romy. Gdyby chodziło wyłącznie o to, wszystko byłoby prostsze. Problem był w tym, że to, co między nimi było, nie było przecież żadnym kłamstwem. Było prawdziwe, realne i namacalne. Tak delikatne, że momentami aż bolało. Kłamstwem stało się dopiero wszystko to, co próbowali zbudować wokół tego uczucia. Całe ukrywanie. Omijanie tematów. Udawanie przed światem, że nic nie ma miejsca, podczas gdy dla nich miało znaczenie absolutnie wszystko.
Nie odpowiedział więc wcale, choć nie był pewien, czy to dobrze. Rozsądek jednak podpowiadał, że może to nie miejsce, by się do tego odnosić. Nie, kiedy wszystko było między nimi tak wrażliwe niczym rana po wypadku. Romy zdawała się wciąż goić rany, które jej zadał, a on, nawet jeśli chciałby ją przekonać o tym, że przecież to wszystko było prawdziwe, nie okazałby jej szacunku, gdyby zrobił to właśnie tutaj.
Gdy zapytała o rozmowę z Sienną, jego twarz przybrała różowawego koloru, który, choć niewidoczny w świetle zimnych reflektorów, był jednak odczuwalny dla niego samego. Poczucie winy, które do tej pory siedziało gdzieś z tyłu jego głowy, właśnie uznało, że najwyższy czas upomnieć się o swoje pięć minut. Musiał to opanować. Natychmiast.
— Ja? Z Sienną? Nie — odpowiedział. Skłamał, znów. Wyprostował się, biorąc głęboki oddech — Nie wiem, dużo się dzieje, jestem poddenerwowany i chyba wyrzuciłem to na Siennę. Zamknijmy temat, nie martw się — powiedział pośpiesznie, machając dłonią w geście, jak gdyby próbował zbyć własne słowa.
A potem poczuł jej spojrzenie na sobie. Zobaczył, że i ona odważyła się obdarować go czymś więcej niż tylko obecnością obok. I przez moment poczuł się tak, jak gdyby nie byli już tylko obok siebie w tym miejscu, lecz razem… Tak, jak gdyby przez ten jeden moment wszystko znów było jak wcześniej.
— Ty jesteś urocza — odparł, układając usta w półuśmiechu — Zawsze będziesz dla mnie urocza, Ro — dodał nieco ciszej i choć poprzednie słowa były lekko zawadiackie i zaczepne, to tym razem jego ton głosu był po prostu szczery. Mówił to tak, jak gdyby chciał, żeby pamiętała, że widział w niej tylko wszystko to, co dobre. I żeby, niezależnie od wszystkiego, co zrobił, nigdy nie pomyślała, że przestał widzieć w niej to, co widział od samego początku.
and she just wants to talk through the daytime
and I just want it all when the time's right
Leo 🖤
Żadne z nich nie było idealne ani czyste moralnie w sytuacji, w której się znaleźli. Zresztą trudno byłoby mówić o takiej możliwości, biorąc pod uwagę fakt, do czego między nimi doszło. Leo daleko było do kobieciarza i książkowego egoisty, ale jednak święty też nie był. Nie oznaczało to wcale, że był złym człowiekiem — tak samo, jak złym człowiekiem nie była Romy. I ona również zdawała się rozumieć, że jej rola w całej tej sytuacji nie była idealna, a jej samej było trochę daleko do moralnego ideału. Jednak mimo tego Leo wciąż nie potrafił obarczać jej winą za to, co się działo. To nie oznaczało bynajmniej, że idealizował ją w swoim umyśle albo miał jej wyobrażenie, które dalece odbiegało od rzeczywistości. Dla niego jednak Romy była najbardziej idealną niedoskonałą kobietą, jaką kiedykolwiek mógł poznać. Dlatego wszelkie sytuacje, w których ich zachowanie mogło narazić kogoś na ból, Leo traktował jako swoją odpowiedzialność, w ogóle nie dopuszczając do siebie myśli, że i Romy mogłaby nieść ciężar ich wspólnych błędów. Może łatwiej było mu tak myśleć, bo wtedy przynajmniej jedna rzecz pozostawała prosta — mógł kochać ją bez konieczności patrzenia na nią przez pryzmat wszystkiego, co poszło nie tak.
OdpowiedzUsuńByć może właśnie dlatego tak łatwo było mu wziąć wszystko na siebie. W jego głowie sprawa była znacznie prostsza, kiedy to on był tym złym — tym, który nie postawił granicy i tylko on powinien był ponieść tego konsekwencje. Wtedy nie musiał patrzeć na Romy przez pryzmat byłej jego kumpla, która przyprawiła mu rogi, ani kogoś, kto faktycznie razem z nim mógł zranić Olivera. Dlatego kiedy przychodziło do przypisania winy za to, co zrobili razem, coś automatycznie się w nim cofało. I wszystko przez to, że Romy nie była kimś, kogo chciał osądzać — dla niego była dziewczyną, w której się zakochał i którą kochał wciąż, nieustannie i szalenie. I nawet teraz, po tym wszystkim, co zrobił, ta jedna rzecz była stałą prostą w jego życiu. To, jak cholernie był zakochany w Romy Bellini. Jak więc mógłby patrzeć na nią przez pryzmat ich wspólnych grzechów, skoro przez cały ten czas patrzył na nią jak na swoją Ro? Jak na osobę, do której jego myśli uparcie wracały, nawet wtedy, kiedy sam próbował je od niej odciągnąć?
Nie żałował więc wcale tego, że ją pokochał. Nie żałował ani jednej chwili, którą dzielili, chwili, w której poznawał smak jej pocałunków i ciepło jej skóry. Nie żałował wspólnych dni i wspólnych nocy ani tego, jak dobrze znał melodię jej śmiechu. Żałował jedynie tego, że nie potrafił od początku zrobić tego, co później nie skończyłoby się czyjąś krzywdą. I może wtedy nie wmówiłby sobie, że musieli się rozejść. Że to tak będzie przecież lepiej… A nie było. Co więcej, spowodowało jeszcze więcej bólu i błędów, niż powinno.
Dziwnie mu było, gdy Romy postawiła granicę. Nie dlatego, że zrobiło mu się głupio, co raczej z tego powodu, że nigdy dotychczas się to nie zdarzyło. Rozumiał oczywiście jej reakcję, w zasadzie był z niej nawet dumny, bo to pokazywało, że chciała zadbać o siebie i swój dobrostan. Jednocześnie było to też dla niego bolesnym zderzeniem z rzeczywistością, w której faktycznie nie miał już dostępu do tego, co niegdyś było jego codziennością. Do niej. Do jej bliskości i tej wersji ich, która kiedyś wydawała mu się czymś oczywistym. I znów, po raz kolejny, przypomniał sobie, że było tak na jego własne życzenie. Mimo to uczucie zdziwienia minęło dość szybko, ustępując miejsca lekkiej frustracji. Zupełnie tak, jak gdyby w duchu buntował się jej reakcji i nie chciał, żeby tak robiła. Czyżby wychodził z założenia, że tylko on mógł stawiać granice? A może był przekonany, że cokolwiek by powiedział, to Romy rzuciłaby mu się w ramiona i tak po prostu zostawiła wszystko za sobą? Cóż, gdyby ktoś zadał mu te pytania bezpośrednio, pewnie nie wiedziałby, co odpowiedzieć. Jedno jednak było pewne — cokolwiek było fundamentem tego zachowania, sukcesywnie powodowało w nim wzrost frustracji. Bo jakaś jego część wciąż, zupełnie irracjonalnie, liczyła na to, że ona również nie potrafiła tak po prostu przestać być jego Ro.
— Przecież nie rob… — zaczął, chcąc stanąć we własnej obronie, gdy nagle jego wypowiedź została przerwana przez osobę trzecią. Leo odwrócił się do tyłu, czując obcy dotyk na swoim ramieniu. Młoda, nieco rozradowana dziewczyna w zasadzie wyłoniła się nagle, wręcz znikąd. Leo, korzystając z dobrze rozwiniętego refleksu, szybko zaobserwował, że najwidoczniej nie pojawiła się tu przypadkowo, a rzeczywiście siedziała w pobliżu.
Usuń— Tak, tak. To ja — przytaknął, posyłając jej miły uśmiech. Już miał powiedzieć, że miło mu spotkać swoją fankę, aż dotarło do niego, że w zasadzie w ogóle nie był pewny, czy nią była. Był oczywiście przyzwyczajony do setek osób chcących zrobić sobie z nim zdjęcie, czego nigdy nie traktował jako czegoś, co miałoby czynić go lepszym człowiekiem. Dla niego zawsze przypominało to robienie sobie pamiątkowych zdjęć z przyjaciółmi, których nigdy jeszcze nie poznał. Zrobienie więc sobie zdjęcia z tą dziewczyną, nawet jeśli jej pobudki były wątpliwe, też nie było dla niego problemem – a nawet gdyby było, nie robiło to żadnej różnicy, jako że Romy była już przygotowana w roli “fotografki”.
— Jasne. Nie ma problemu — odpowiedział, przenosząc wzrok na Romy, która trzymała telefon w rękach.
To sprawiło, że przez moment Leo niemalże zapomniał, że jeszcze chwilę temu miał się tłumaczyć Romy ze swoich słów – a w zasadzie siebie obronić. Czuł się tak jednak tylko do czasu, bo słysząc słowa dziewczyny, Leo uniósł mimowolnie brwi. Wcale nie dlatego, że szczególnie przejął się oceną nieznajomego faceta, który widocznie był jego fanem. Poczuł się zakłopotany, bo los postanowił wyjątkowo konsekwentnie przypominać mu o jego grzechach, gdy padło wyjaśnienie ze strony obcej dziewczyny.
Nie tylko mnie lubił. Przez moment Leone po prostu patrzył na dziewczynę, jak gdyby chcąc upewnić się, że dobrze zrozumiał. Ale co tu było trudne do zrozumienia? Spojrzał więc kątem oka na Romy, która właśnie miała zrobić zdjęcie jemu i dziewczynie opowiadającej o zdradzie swojego chłopaka. Zabawne, nie? Jeszcze tylko brakowało, żeby dziewczyna zaczęła opowiadać o tym, jak odkryła zdradę, a Leo musiałby siedzieć obok Romy i słuchać historii o tym, jak ktoś nie potrafił trzymać się jednej osoby.
Kolejne słowa dziewczyny wyrwały go z szybkich refleksji. ”To ja poznałam gościa, którego ogląda na ekranie i płacze, gdy mu nie wychodzi.” Zaśmiał się krótko.
— Nie jestem pewien, czy to akurat powinno być argumentem na moją korzyść.
— W mojej opinii zdecydowanie jest.
— To bardzo hojna opinia, dziękuję — zarumienił się, po czym uśmiechnął się i spojrzał w stronę Romy. No nic, pozostawało jedynie zrobić to zdjęcie. Przybliżył się więc do dziewczyny bez większego zastanowienia. Był do tego przyzwyczajony, tylko że tym razem tego zdjęcia nie robił on ani jakaś inna obca osoba, tylko jego Ro.
I nagle przypomniał sobie, jak często to właśnie ona robiła mu zdjęcia. Nie na czerwonym dywanie, podczas pokazów czy w miejscu, gdzie każdy ruch mógł zostać sfotografowany. Robiła te w mieszkaniu, w samochodzie, przy kawie czy za późnym śniadaniu po wspólnie spędzonej nocy. Tak samo robił on, korzystając z każdej chwili, jak gdyby bał się, że miało to zniknąć, a jedyne, co pozostałoby po Romy, to zdjęcia. Cóż, niestety miał rację. Teraz stała obok niego z telefonem w dłoni, tak jak robiła to dziesiątki razy wcześniej, a jednak wszystko było zupełnie inne. Może właśnie dlatego tak trudno było mu nie myśleć o tym, jak bardzo chciałby, żeby znowu było zwyczajnie.
Spojrzał w obiektyw. Uśmiechnął się. Gotowe.
— Jeju, dziękuję ci bardzo! Jesteś świetny, właśnie pomogłeś utrzeć nosa dupiarzowi — przytaknęła z uznaniem — Przykro mi, że masz takiego fana, ale chociaż wobec ciebie jest lojalny, a to już coś, nie? — dodała z uśmiechem, a Leo jedynie przytaknął. Cóż, lepiej żeby nie wiedziała, że łączyło go z jego fanem dużo więcej, niż powinno.
Gdy dziewczyna wróciła do swojej własnej rzeczywistości, gdzie odgrywała swoją własną główną rolę, Leo nie spojrzał już na Romy ponownie. Może dlatego, że dalej był na nią trochę zły. A może dlatego, że ta dziwaczna rozmowa i sytuacja przypominała wręcz sztukę teatralną napisaną przez los pod tytułem Zdrajcy. Siłą rzeczy było to brzydkim fundamentem, od którego nie mogli uciec, bo właśnie to zrobili Oliverowi. Romy miała jednak na swoim koncie tylko jedną osobę, przez którą mogły ją pożerać wyrzuty sumienia. Leo miał ich dużo więcej, bo ta paskudna etykieta podwoiła mu się po Ibizie.
UsuńZamiast więc wrócić do tematu, obronić się, powiedzieć, że chociaż wie, że nie może jej mówić już takich rzeczy, to po prostu chce — zamilkł. Nie powiedział nic, patrząc w pustą przestrzeń i nerwowo przeplatając dłońmi, gdy szum trwających wokół rozmów docierał do jego głowy. Co jakiś czas kątem oka widział Romy, ale za każdym razem, gdy jego spojrzenie chciało zatrzymać się na niej odrobinę dłużej, odwracał wzrok. Nie chciał, żeby zauważyła, jak bardzo samo siedzenie obok niej wciąż potrafiło rozregulować mu wszystko w głowie. Przecież nie robiła niczego szczególnego, po prostu była.
I wtedy obok niego usiadła Evelyn Hart. Przywitała się z nim i Romy, a Leo odpowiedział jej z uśmiechem, wdzięczny za choćby chwilową zmianę tematu. Porozmawiali chwilę, o wszystkim i niczym – o pokazie, kolekcji i tym, kto jeszcze pojawił się na widowni. Była to jedna z tych całkowicie zwyczajnych rozmów, które nie zostawały w pamięci nawet pięć minut po ich zakończeniu, ale teraz Leo przyjął ją niemalże z ulgą. Pozwalała mu przez moment nie myśleć o tym, że obok siedziała Romy ani o tym, że jeszcze niedawno potrafiłby pochylić się w jej stronę bez zastanowienia, powiedzieć coś cicho tylko dla niej albo po prostu oprzeć kolano o jej kolano i nawet nie uznać tego za coś, co wymagało jakiejkolwiek refleksji.
A potem kobieta odwróciła się plecami do nich, rozmawiając z osobą obok siebie. I nagle znowu zostali sami, tyle że w ciszy. To nie była jednak krępująca cisza między nim a Romy, raczej ciężka i trochę nostalgiczna, bo przypominała o tym, o czym pamiętać nie chciał. Przez moment zastanawiał się nawet, czy powinien coś jeszcze powiedzieć. Cokolwiek. Tylko że oboje wiedzieli, że nie dało się udawać, że nic się nie stało i każde niewinne zdanie mogło mieć drugie dno, a każdy dłuższy kontakt wzrokowy – znaczyć więcej, niż powinien. A Leo nie był pewien, czy bardziej bał się tego, że znowu przekroczyłby granicę, czy tego, że Romy już by mu na to nie pozwoliła. Nawet jej milczenie zdawało się czymś, do czego nie miał już prawa.
Pokaz jesiennej kolekcji Tommy’ego Hilfigera rozpoczął się. A to oznaczało jedno — za moment miał ujrzeć Siennę, i to z pierwszego rzędu.
L. 🖤
Serce zabiło nieco szybciej, niż powinno. Nie z ekscytacji ani nawet z podenerwowania, bo tym razem był to nagły, zupełnie nieproszony stres. Leo Maxwell znał to ukłucie aż nazbyt dobrze. Po raz pierwszy poczuł je wtedy, gdy zrozumiał, że Romy nie jest już tylko jego przyjaciółką i że w zasadzie, to nigdy nią nie była. Wtedy to ukłucie było wyrzutem sumienia, niemal fizycznym poczuciem winy za to, że zakochał się w dziewczynie swojego przyjaciela. Po raz drugi poczuł to ukłucie, kiedy po raz pierwszy pocałował Romy Bellini. Wtedy było ono już czymś innym – dezaprobatą i świadomością, że właśnie przekroczył granicę, od której nie będzie już odwrotu. I nawet jeśli jeszcze nie zrobił Oliverowi najgorszej rzeczy, to był na najlepszej drodze, aby to zrobić. Po raz trzeci poczuł je w hotelu na Ibizie, zaraz po przebudzeniu, kiedy zobaczył obok siebie nagą Siennę Vale. Wtedy dotarło do niego, do czego doszło. I jak cholernie mocno skrzywdził najważniejszą osobę w swoim życiu.
OdpowiedzUsuńTeraz to samo ukłucie wróciło, przypominając mu o wadze jego grzechów.
Był koniec sierpnia, weekend Grand Prix Holandii. Leo nie szykował się na wyjazd do Zandvoortu, bo dłużej już go to nie dotyczyło. Był z dala od padoku, swojego zespołu i bolidu czekającego na niego w garażu. Po raz pierwszy Grand Prix odbywało się bez niego. I właśnie to okazało się znacznie trudniejsze, niż przewidywał. Na Hungaroringu wiedział już, że to ostatni raz. Po Silverstone nie mógł liczyć na więcej, a jego los został przesądzony. Wtedy jednak świadomość końca była jeszcze czymś, co dało się odsunąć na później. Ostatni wyścig miał wprawdzie swój własny ciężar, ale przynajmniej był w samochodzie i znał strukturę swojego weekendu.
A potem nie wiedział już nic. Po prostu nadszedł kolejny weekend Grand Prix – taki sam jak wszystkie poprzednie, tylko że bez niego. Przez lata sierpniowy weekend po letniej przerwie oznaczał dla niego tor, garaż, odprawy, media, hotel, wieczorne rozmowy z zespołem i tę charakterystyczną mieszankę adrenaliny oraz zmęczenia, której nie dało się pomylić z niczym innym. Później oznaczał stres i wątpliwości spowodowane przez Erica, ale wciąż podstawa była jednak ta sama… Teraz nie musiał już nigdzie być.
Być może właśnie dlatego nie wiedział, co w ogóle ze sobą zrobić. Przez ostatni miesiąc wprawdzie próbował sobie wmówić, że może tak po prostu miało być i naprawdę tego potrzebował. Może odpoczynek miał dobrze mu zrobić, a to wszystko, co go dręczyło, było wyłącznie wyrazem jego paranoi. A teraz wreszcie będzie miał czas na normalne życie, na ludzi, których przez lata stawiał na drugim miejscu, na rzeczy, które odkładał z wyścigu na wyścig. Tylko że normalne życie nie przychodziło wcale tak łatwo, kiedy w jego życiu w zasadzie nic nie było normalne. A holenderski wyścig tylko boleśnie mu o tym przypomniał… Kiedy więc emocji zrobiło się zbyt wiele, Leo zrobił to, w czym był już mistrzem – wybrał ucieczkę.
Ibiza brzmiała więc kusząco, jak nigdy wcześniej. Problem polegał na tym, że nie miał z kim jechać. Milo miał kampanię i zbliżającą się sesję dla Burberry. Ollie i Jasper byli niedostępni z powodów aż nazbyt oczywistych. Swojego brata absolutnie by nie wziął, więc pozostawała Allegra. Ona jednak od kilku miesięcy miała zaplanowany wyjazd z ich mamą. Został więc sam, a sam na Ibizę pojechać nie mógł. Nie dlatego, że nie chciał, a dlatego bo doskonale wiedział, jak szybko mogłoby się to przerodzić w medialną katastrofę. Nie musiał nawet wymyślać scenariusza, Rafe robił to za niego wystarczająco często. W tej jednej kwestii musiał więc przyznać mu rację – potrzebował towarzystwa.
I wtedy napisała Sienna. Zupełnie tak, jak gdyby spadła mu z nieba.
Jak się trzymasz?
UsuńWiadomość go zaskoczyła. Była niecodzienna, właściwie to nawet. Sienna należała wprawdzie do jego paczki, ale dla niego nigdy nie była nikim więcej niż koleżanką od imprez i najlepszą przyjaciółką jego sekretnej dziewczyny. Tą konkretną, która patrzyła na niego w sposób jasno sugerujący, że jeśli kiedykolwiek złamie Romy serce, sama zadba o to, żeby zniszczyć jego życie. A potem sama, jak się okazało, pomogła mu je złamać.
A co?
Trzy kropki.
Przerwa.
Coś się stało? Z Ro wszystko okej?
Tak. Kolejna chwila przerwy. Napisałam przez gp. Domyślam się, że musi być trudno.
Trochę.
W zasadzie na tym mógł skończyć. A nawet powinien, tyle że nie skończył. Pisali z Sienną przez kilka godzin. O wszystkim i niczym; o wyścigu, ludziach, imprezach, rzeczach zupełnie nieistotnych i tych, które nagle wydawały się łatwiejsze do powiedzenia komuś, kto nie zadawał zbyt wielu pytań. Aż w końcu wspomniał o Ibizie. Że ma ochotę wyjechać i potrzebuje kilku dni, żeby nie myśleć o otaczającym go świecie. Sienna zareagowała niemal od razu.
Jedźmy razem, co ty na to?
Leo zapytał od razu o Romy. Czy może pojechać z nimi, bo nie musiałaby przecież wiedzieć, że to wyjazd z nim. Mogliby po prostu wmówić jej, że Sienna jedzie sama, a on przypadkiem też będzie na miejscu. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
Posrało cię? Daj jej spokój. Ledwo się pozbierała, nie dowalaj jej, Leo.
Więc pojechali sami. Nie dodawał zdjęć na Instagramie. Nie było żadnych stories ani innych śladów, które mogłyby sugerować, że spędzili razem kilka dni na Ibizie. Rafe o niczym nie wiedział, bo gdyby wiedział, prawdopodobnie odstrzeliłby go na miejscu. Sterling był przekonany, że Leo pojechał do Londynu i został u rodziny. Maxwell więc dobrze to sobie rozegrał. Naprawdę dobrze. Co więc mogło pójść źle? Cóż, jak się okazało, wszystko.
A teraz siedział w pierwszym rzędzie, obok dziewczyny, którą kochał, i patrzył na Siennę Vale – dziewczynę, z którą kilka tygodni wcześniej przespał się podczas wyjazdu, który miał być tylko ucieczką od wszystkiego. I nagle bardzo wyraźnie przypomniał sobie, że od pewnych rzeczy, niestety, nie dało się uciec.
W pierwszej chwili pomyślał, że najlepiej będzie, jeśli jego spojrzenie będzie krążyło wszędzie, tylko nie wokół brunetki. Potem uznał, że byłoby to jeszcze bardziej podejrzane, bo nie było w jego zwyczaju ignorować czyjegoś wkładu ani nie wyglądałoby to naturalnie, gdyby nagle uparcie wpatrywał się w cokolwiek poza wybiegiem. Zupełnie tak, jak gdyby próbował coś ukryć… A przecież nie mógł pozwolić, żeby ktokolwiek, a szczególnie Romy, pomyślał, że właśnie to robi. Poszedł więc tropem drugiej myśli, czyli patrzył na wybieg, zachowując jednak wystarczający dystans, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo obecność Sienny wytrącała go z równowagi. Dobijał go fakt, że zaczęła współpracę z tą samą marką, ale nie miał wyboru – musiał robić dobrą minę do złej gry, więc ją robił. Uśmiechał się wtedy, kiedy należało. Klaskał, kiedy wypadało. Zachowywał się dokładnie tak, jak powinien zachowywać się ktoś siedzący w pierwszym rzędzie na pokazie mody.
Tylko problem tkwił w tym, że wystarczyło jedno spojrzenie na Siennę, by kącik jego ust drgnął w grymasie niesmaku, a spojrzenie pociemniało od złości. Był na nią wściekły. Znacznie bardziej, niż był gotów przyznać nawet przed samym sobą. Łatwiej było mu zresztą być wściekłym na nią niż na siebie, bo nie potrafił dostrzec, że większość uczuć, które kierował w stronę Sienny, była jedynie odbiciem jego własnych wyrzutów sumienia. Ot, złością na człowieka, który przypominał mu o jego własnym błędzie i decyzji, której nie dało się cofnąć, niezależnie od tego jak bardzo jej żałował. I jak bardzo chciałby cofnąć czas. Sienna była więc najprostszym celem, bo to jej mógł przypisać całą winę, przynajmniej przez kilka sekund, zanim rzeczywistość znowu przypominała mu, że przecież był tam również on. A raczej ponad wszystko on.
UsuńI to było straszne, bo kiedy patrzył na nią, widział Romy. Jej twarz, gdyby kiedykolwiek się o tym dowiedziała. Widział tę chwilę, w której zrozumiałaby, że ludzie, którym ufała, zrobili jej takie świństwo. A nie zasługiwała na taki ból.
Modlił się więc tylko o jedno – żeby Sienna przypadkiem nie spojrzała w jego kierunku. Miał nadzieję, że miała tyle oleju w głowie, żeby nie szukać go wzrokiem w tłumie, wiedząc przecież, że sama zaprosiła tutaj Romy. Liczył na to, że okaże się na tyle bystra, by skupić się na wszystkim innym. Ale oczywiście tego nie zrobiła. Najpierw spojrzała na niego, dopiero potem na Romy. Świetnie, dokładnie tego jeszcze mu brakowało.
Wziął głęboki oddech i na moment odwrócił wzrok, jak gdyby chciał wyrzucić z siebie rosnącą irytację, zanim zauważy ją Romy. Zacisnął szczękę, potem rozluźnił ją, zmuszając mięśnie twarzy do powrotu do obojętnego wyrazu. Nie mógł sobie pozwolić na nerwowość. Nie przy niej, w raczej zwłaszcza nie przy niej, bowiem Romy siedziała tak blisko, że to było niemal absurdalne. I to chyba było gorsze niż jej nieobecność, bo mógł ją widzieć, słyszeć jej głos, nawet czuć ciepło jej ramienia, kiedy przypadkiem poruszała się na siedzeniu. A nie mógł zrobić nic.
W końcu wrócił wzrokiem do wybiegu. Jego noga poruszała się w rytm melodii grającej w tle, zdradzając napięcie, którego twarz uparcie nie chciała pokazać. Starał się więc nie myśleć o tym, co wydarzyło się między nim a Sienną, zwłaszcza że siedząca obok niego Romy wyglądała na autentycznie zachwyconą występem swojej przyjaciółki. I Leo przez chwilę pozwolił sobie po prostu na nią patrzeć. Nie na wybieg, tylko na Romy. Na sposób, w jaki śledziła kolejne sylwetki modelek. Na lekko rozchylone usta, kiedy coś szczególnie przypadło jej do gustu. Na błysk ekscytacji w oczach, którego nie widział u niej od dawna. Wyglądała na szczęśliwą. I chyba właśnie dlatego jego własne serce ścisnęło się jeszcze mocniej, bo kochał ten widok. Kochał ją taką. A jednocześnie wiedział, że nie ma już prawa być częścią tej radości w taki sposób, w jaki był nim wcześniej. Bo przecież sam do tego doprowadził.
Potrzebuję tej spódniczki.
Słowa Romy wyrwały go z letargu. Spojrzał na nią niemal natychmiastowo i od razu dostrzegł jej rozbrajający uśmiech. Tym razem ciepły, zupełnie niewymuszony. Taki, który pojawiał się na jej twarzy wtedy, kiedy coś naprawdę ją zachwycało. Leo, zupełnie bezwiednie, odpowiedział jej tym samym. Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Była urocza w tym swoim zachwycie i tym, ile radości potrafił dać jej tak pozornie błahy pokaz. Przez moment wszystko inne przestało mieć znaczenie, a była tylko Romy. Miał więc ochotę powiedzieć jej, że będzie pięknie wyglądała w tej spódniczce. A najlepiej – że sam jej ją kupi. Żadne z tych słów nie padło jednak z jego ust.
A potem Romy pochwaliła swoją przyjaciółkę. Leo zerknął na wybieg, jak gdyby potrzebował sekundy, żeby znaleźć odpowiedź, która nie zdradzi absolutnie niczego.
Usuń— Ta — odpowiedział, nachylając się lekko do tyłu na miejscu, na którym siedział. Nie powiedział nic więcej, bo nie zamierzał. Nie miał zamiaru chwalić Sienny. Nie miał też zamiaru jej krytykować. W ogóle nie miał zamiaru o niej rozmawiać. Znów więc spojrzał na Romy, zupełnie tak, jak gdyby pokaz w ogóle przestał istnieć, a była tylko ona. Bo dla niego przecież była tylko ona.
Pokaz obejrzeli w ciszy, a Leo właściwie nie wiedział, kiedy dotarł do końca. Kolejne modelki pojawiały się na wybiegu, muzyka zmieniała rytm, światła przesuwały się po sali, a on rejestrował to wszystko bardziej kątem świadomości niż rzeczywistym zainteresowaniem. Całą uwagę pochłaniało mu to, że Romy siedziała kilka centymetrów od niego. Czasami wystarczyło, że poruszyła dłonią, a jego ciało reagowało niemal odruchowo, jak gdyby nauczyło się szukać jej bliskości. Za każdym razem musiał się powstrzymywać i przypominać sobie, że nie może. Wszystko się przecież zmieniło, gdy uznał, że Romy nie może być już dłużej w jego życiu.
Kiedy Sienna wyszła jeszcze raz na sam koniec, razem z pozostałymi modelkami, Leo nawet nie podniósł na nią wzroku.
W końcu światła zaczęły się rozjaśniać, muzyka ucichła, a ludzie powoli zaczęli podnosić się z miejsc. W pierwszych rzędach rozpoczęło się zwyczajowe zamieszanie; telefony wyciągane niemal jednocześnie, krótkie komentarze dotyczące kolekcji, gratulacje wymieniane między gośćmi i próby złapania kontaktu z ludźmi, których jeszcze kilka minut wcześniej można było obserwować wyłącznie z drugiego końca wybiegu. Leo przez chwilę siedział jeszcze bez ruchu, bo miał wrażenie, że jeśli wstanie, ta krótka chwila się skończy. A nie chciał, żeby się kończyła. I było w tym coś niemal żałośnie naiwnego... Przez cały pokaz bowiem myślał tylko o tym, jak bardzo chciałby znaleźć się gdzieś indziej, z dala od Sienny i własnych wyrzutów sumienia. Teraz, kiedy mógł już wyjść, nagle nie chciał się ruszać, bo oznaczało to rozstanie z Romy.
Po raz kolejny.
Nie mógł jednak siedzieć w nieskończoność. Jako ambasador Tommy'ego był jednym z gości, których marka chciała mieć na widoku nie tylko podczas samego pokazu. Wiedział, że czekały go gratulacje, kilka słów z przedstawicielami zespołu, prawdopodobnie zdjęcia i krótkie przejście w stronę wyjścia lub strefy dla zaproszonych gości. Nic wielkiego.
Leo spojrzał więc w stronę Romy. Przez chwilę milczał.
— Dziękuję za wspólny czas, Romy — oznajmił, wstając ze swojego miejsca. Posłał jej ciepły, choć nieco zgaszony uśmiech. Przez ułamek sekundy chciał powiedzieć coś jeszcze, nie powiedział jednak nic. Zamiast tego jeszcze raz skinął głową osobom z zespołu marki, wymienił kilka krótkich zdań z jednym z przedstawicieli Tommy'ego i ruszył w stronę wyjścia, razem z pozostałymi gośćmi. Przez moment musiał zatrzymać się przy ściance, gdzie czekało jeszcze kilku fotografów. Pozował, odpowiadał na pojedyncze pytania i pozwalał, by aparat po raz kolejny uchwycił jego uśmiech. Profesjonalny, swobodnych i dokładnie taki, jakiego od niego oczekiwano. Nikt nie musiał wiedzieć, że jeszcze kilka metrów wcześniej zostawił dziewczynę, która bezpowrotnie zabrała nie kawałek, a całość jego serca.
Czekało go after party. Właściwie to właśnie ono było jego główną motywacją, by w ogóle pojawić się na nowojorskim Fashion Weeku. Zwykle oznaczało ludzi, muzykę, alkohol, przypadkowe spotkania i wystarczająco dużo zamieszania, by nie musieć myśleć o niczym dłużej niż zwykle. Tym razem jednak miał iść tam z jeszcze jedną myślą – nadzieją cichą, nierozsądną i niemal dziecinną. Że może Romy również pojawi się na after party. I może przez kilka kolejnych godzin będzie mógł być obok niej — choćby tylko w tłumie, choćby tylko przez chwilę. Najwidoczniej tyle mu teraz wystarczało.
and you be like "baby, who cares?" but I know you care
Leo 🖤
Leo stał przed wejściem do Plazy jeszcze przez kilka minut, wyciągając telefon z kieszeni. Skoro samochód wciąż nie podjechał, chciał przynajmniej sprawdzić wiadomości, a na ekranie zdążyło już pojawić się kilka nowych powiadomień. To właśnie wtedy usłyszał obcy sobie głos.
OdpowiedzUsuń— Leo? — odwrócił głowę i zobaczył jednego z przedstawicieli Tommy’ego — After party zaczyna się już w środku. Dołączysz, prawda? — zapytał mężczyzna. W tej samej chwili Leo spojrzał w stronę samochodów stojących przy krawężniku, wciąż nie dostrzegając swojego kierowcy. Dopiero wtedy dotarło do niego, że spotkanie z Romy i zaplanowana później impreza w 1OAK całkowicie wyrzuciły mu z głowy jeszcze jeden obowiązek do odhaczenia. Westchnął — Tak, prawie bym zapomniał. Dzięki — odpowiedział, po czym schował telefon do kieszeni i ruszył za mężczyzną do środka. Choć poczuł lekką frustrację, pocieszał się świadomością, że nie musiał już robić wiele więcej. Pokaz się skończył, zdjęcia zostały zrobione, wywiadów udzielił – marka dostała dokładnie tę obecność, której od niego oczekiwała. Musiał jeszcze tylko zostać trochę dłużej, porozmawiać z właściwymi ludźmi i pokazać, jak świetnie było być ambasadorem Tommy’ego Hilfigera. Jedno było jednak pewne – zdecydowanie nie zamierzał zostać tam do końca.
I nie został.
Czarny samochód pojawił się pod Plazą punktualnie. Niebo zdążyło już ściemnieć, gdy Leo Maxwell wychodził z hotelu. Wciąż nie brakowało jednak przedstawicieli mediów, a kilka aparatów natychmiast skierowało się w jego stronę. Nie zatrzymał się na dłużej. Uśmiechnął się jedynie do fotografów, rzucił kilka krótkich, wyuczonych formułek i ruszył w stronę samochodu.
Gdy tylko znalazł się w środku, kierowca ruszył bez zawahania. Dokładnie w tej samej chwili zadzwonił jego telefon. Spojrzał na ekran. Rafe. Westchnął i odebrał.
— Trzymaj się z dala, huh? — mruknął Leo, kręcąc głową — A potem sam mnie stawiasz w takiej sytuacji! Zdecyduj się, Rafe.
— Wypraszam sobie. To nie ja zajmowałem się usadzeniem gości. Gdybym wiedział, sytuacja wyglądałaby inaczej — wybronił się, wyraźnie podirytowany reakcją swojego podopiecznego. Leo uśmiechnął się pod nosem. Mimo wszystko choć raz udało mu się odegrać Sterlingowi — Ale rozegrałeś to idealnie, Maxwell. Odpowiednia ilość treści na stories, zero odniesienia do Romy. Przez cały pokaz zachowywaliście się normalnie. Tak trzymaj, a będzie tylko lepiej — pochwalił go Rafe.
Leo przewrócił oczami.
— Mhm.
Potem Rafe przeszedł do kolejnego punktu i przedstawił mu plan na resztę wieczoru, a także przekazał informacje dotyczące minionego już oficjalnego after party Tommy’ego Hilfigera. Leo trochę pomarudził, po czym został poinstruowany, jaki post powinien opublikować w związku z pokazem i nową kolekcją Hilfigera. Oczywiście Rafe musiał dorzucić swoje trzy grosze i po raz kolejny zasugerować, że profilem Leo na Instagramie powinna zajmować się głównie Macie. Leo zareagował jednak dokładnie tak samo jak wcześniej, bowiem ta sfera jego życia musiała pozostać poza pełną kontrolą PR-u. W kwestii materiałów sponsorskich był gotów na współpracę, ale wszystko inne pozostawało jego własne. Zbyt mocno cenił sobie swoich fanów, by na jego profilach znajdowało się wyłącznie to, co wystylizowane, wypolerowane i wychuchane. Rafe ostatecznie przyjął to do wiadomości. Po prostu czasem zdarzało mu się pomarudzić.
Gdy dotarł pod apartamentowiec w Tribeca, Rafe kończył już z nim rozmowę. Na sam koniec poprosił jedynie, by Leo nie zrobił niczego, co następnego dnia mogłoby przynieść medialną aferę. Odnotowane, pomyślał, po czym zakończył rozmowę i wysiadł z auta.
Powiew jesiennego, nieco chłodnego powietrza musnął skórę jego twarzy, niemal natychmiast sprowadzając go na grunt rzeczywistości. W chwili, w której opuścił samochód, zostawił za sobą również wszystko, co wiązało się z marką, pokazem i jego publicznym wizerunkiem. Na chwilę przestał być kierowcą Formuły 1, a był po prostu Leo Maxwellem, który miał zaraz szybko się wyszykować na imprezę, na którą i tak był już spóźniony. Jego myśli krążyły jednak po orbicie Romy Bellini. Zastanawiał się, gdzie była, jak wyglądała i co robiła. Czy dane jej było trafić na to samo after party, co on? Nowojorski Fashion Week pociągał przecież za sobą kilka wydarzeń organizowanych bezpośrednio po pokazach, a on nie miał odwagi zapytać jej o to, na który planowała się wybrać, kiedy jeszcze ją widział. Nie wiedział więc, czy znalazła się na tym samym after party, na które dostał zaproszenie i na które sam planował się wybrać. Właściwie nie wiedział nawet gdzie dokładnie była. I to doprowadzało go do szału, bowiem jeszcze kilka miesięcy temu wiedział wszystko. Nie było dnia, w którym by się nie spotkali albo ze sobą nie rozmawiali. Tam, gdzie nie było szansy na fizyczne spotkanie, były rozmowy telefoniczne i wiadomości. Każda minuta należała do Romy, nawet w trudnych chwilach związanych z zespołem. A teraz nie wiedział już nic. Wiedział tylko jak uroczo wyglądała, kiedy śledziła pokaz. Jak pięknie układał się jej strój na ciele. I jak wspaniale było ponownie usłyszeć jej głos.
UsuńMoże właśnie dlatego wyciągnął telefon jeszcze zanim zdążył przekroczyć próg swojego loftu. Był w windzie, oparty o jej ścianę i absolutnie nie przejmował się tym, że właśnie brudzi marynarkę z najnowszej kolekcji Hilfigera. Przesunął palcem po powiadomieniach, a niedługo później uruchomił Instagrama. Bynajmniej nie dlatego, żeby szukać Romy w aktualnościach. Oczywiście, że nie. Po prostu sprawdzał, jakim życiem tętnił nowojorski wieczór – przynajmniej tak sobie tłumaczył. Przesuwał więc szybko jedną relację po drugiej. Kilka ujęć z pokazu. Zdjęcia z backstage’u. Fragmenty wybiegów. Jakieś imprezy. Przewijał je niemal bezmyślnie, aż w końcu zatrzymał się na jednej z nich. Nie była to jednak Romy. Kolejna też nie. Dopiero gdy winda zatrzymała się na poziomie jego loftu, zorientował się, że właściwie już niczego nie oglądał. Po prostu przesuwał kolejne stories w nadziei, że gdzieś pomiędzy przypadkowymi zdjęciami znajdzie jej twarz. A przecież, jeśli była na którymś z afterów, wcale nie musiała niczego wrzucać. Co więcej, równie dobrze mogła w ogóle nie być na żadnej imprezie – w to jednak Leo już nie wierzył.
Wszedł do środka, mając gdzieś z tyłu głowy świadomość, że jest już trochę spóźniony i jeśli chce przyzwoicie spędzić noc, powinien w końcu wziąć się w garść. Kiedy w jego życiu była jeszcze Romy, to zwykle ona pilnowała, żeby pojawiali się punktualnie na prywatnych wydarzeniach. On był raczej spóźnialski. Często jednak wcale nie wynikało to z jego niezorganizowania, lecz z tego, że nie potrafił odkleić się od blondynki. Wtedy, gdyby tylko mógł, nie wypuszczałby jej z objęć. To wspomnienie jednak wywołało ukłucie gdzieś głęboko w środku. Rzucił telefon na kanapę, jak gdyby to właśnie urządzenie było odpowiedzialne za frustrację, która zdążyła się w nim rozbudzić.
Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, zupełnie jakby nie wiedział, co właściwie powinien teraz zrobić. A wszystko dlatego, że za żadne skarby nie potrafił się skupić. Prawdę mówiąc, był w szoku, że na oficjalnym after party Tommy’ego w ogóle udało mu się zebrać myśli. Jeden pokaz obok Romy Bellini – tylko tyle wystarczyło, żeby nie potrafił przestać o niej myśleć. Przypominał sobie jej spojrzenie, sposób, w jaki odwracała głowę, to, jak z zachwytem obserwowała Siennę, a później cały pokaz. Przypominał sobie nawet przypadkowy dotyk jej nogi, który wzbudził w nim krótkie napięcie. Fakt, przez cały pokaz próbował zachowywać się tak, jak gdyby siedząca obok niego dziewczyna była już tylko kolejną osobą na pokazie i nie znał jej lepiej niż wszyscy ci ludzie obecni na wydarzeniu, a jego ciało nie rozpoznawało jej obecności szybciej niż jego rozum. Ale tak nie było. I nawet jeśli Rafe Sterling uważał, że Leo zrobił kawał dobrej roboty, kosztowało go to znacznie więcej, niż mógłby przyznać – cena, którą zapłacił kosztowała go wiele, bo tego już nie potrafił opanować. Puszka pandory została otwarta, wszystko kręciło się wokół Romy i tylko wokół niej. Nawet Sienna Vale zniknęła gdzieś na dalszym planie, podobnie jak to przytłaczające uczucie niepokoju, które jeszcze niedawno nie pozwalało mu myśleć o niczym innym.
UsuńSięgnął po telefon ponownie, zanim wszedł do swojej sypialni. Tym razem nie otworzył Instagrama, a wiadomości. Ich wspólny czat znalazł od razu. Może powinien był napisać? Nie, to głupie. Chociaż, może? Zapyta, raz kozie śmierć. Zaczął więc wystukiwać wiadomość, przekonując samego siebie, że to tylko niewinne pytanie. Mógł przecież udawać, że pyta dlatego, że nie wiedział, kogo powinien się spodziewać i czy jest dużo ludzi. No cokolwiek. Albo… Westchnął i skasował pierwsze litery, zanim zdążył napisać cokolwiek sensownego. Leo był już bliski złości, kiedy nagle na ekranie pojawiło się powiadomienie. Wiadomość od Milo.
Gdzie jesteś?
Nie musiał długo czekać na kolejną.
Dobra, pewnie jeszcze się nie ogarnąłeś. Pośpiesz się, impreza się rozkręca.
Milo miał rację – Leo powinien był się pospieszyć zamiast kontemplować nad czymś, nad czym w zasadzie nie miał żadnej kontroli. Ruszył więc w kierunku łazienki, po drodze zrzucając z siebie kolejne elementy dzisiejszego stroju, po czym wszedł do środka i prosto pod prysznic.
Gorąca woda spływała po skórze jego szyi, znikała między łopatkami, a potem przesuwała się wzdłuż kręgosłupa. Ciężkie krople sunęły po mokrych włosach, które bezwiednie opadały ku przodowi wraz z przechyloną głową, pozwalając, by strumień uderzał w napięte ramiona. Woda spływała po skroniach i wzdłuż linii szczęki, zbierając się na brodzie w ciężkie krople, które przez moment drżały, zanim opadły na podłogę. Leo przesunął dłonią po twarzy i zamknął oczy, jak gdyby próbował skupić myśli na czymkolwiek, tylko nie na niej. Nie udało się. Nawet kiedy zamykał oczy, widział Romy – jej profil w ostrym świetle reflektorów. Blond włosy opadające na ramiona. Usta lekko rozchylające się w wyrazie uznania, znał ich smak aż nazbyt dobrze. Jego oddech zwolnił, a potem stał się odrobinę głębszy, gdy kolejne wspomnienie przyszło niezapowiedziane i bez zaproszenia.
Przypomniał sobie dotyk jej dłoni na karku. Ciepło jej skóry otulające jego własną. Zapach tych jednych perfum, których przecież nie powinien już w ogóle pamiętać. Miękkość jej ust, gdy pozwalała, by skradał jej pocałunki.
I ten hipnotyzujący głos, gdy mówiła jego imię.
Rozchylił usta i powoli wypuścił powietrze. Przesunął palcami po włosach, a woda zdawała się jeszcze intensywniej spływać po jego ramionach i klatce piersiowej. Oparł jedną dłoń o ścianę i opuścił głowę, pozwalając, by mokre włosy zasłoniły mu twarz. To było absurdalne, jak bardzo jego myśli krążyły wokół Romy, bo przecież właściwie nic się nie wydarzyło. To było tylko obejrzenie pokazu obok siebie, czysty przypadek. A jednak tyle wystarczyło, by wszystko zaczęło mu o niej przypominać. Każda cząstka jego jestestwa zdawała się teraz brzmieć w rytmie uczuć do Romy Bellini.
UsuńPoczuł, jak pieką go policzki.
— Jezu… — mruknął do siebie, biorąc głęboki oddech.
Powoli odchylił głowę do tyłu i pozwolił, by woda spłynęła mu po twarzy, zupełnie jak gdyby próbował zmyć z siebie wszystkie myśli o Romy. Nie pomogło. Wręcz przeciwnie, jego wyobraźnia zaczęła podsuwać mu jej twarz jeszcze wyraźniej niż wcześniej. Przypominała mu o błysku jej pięknych oczu. O słodkich ustach. O tym, jak delikatnie marszczyła nos, kiedy coś ją bawiło. I o jej uśmiechu, tym cholernym uśmiechu. A kiedy pomyślał, że za niedługo będzie mógł zobaczyć ją ponownie, coś ścisnęło go pod żebrami.
Leo otworzył oczy, jak gdyby właśnie przyłapał samego siebie na czymś, czego zdecydowanie nie powinien robić – na marzeniu o Romy. Jego Ro. Ciepło zaczęło gwałtownie rozlewać się po jego twarzy i szyi, niezależnie od temperatury wody uderzającej o jego ciało. Spojrzał w dół, przeciągając dłonią raz jeszcze po włosach, aż przesunął ją na sam kark. Zatrzymał tam palce na chwilę dłużej, tym razem przypominając sobie sposób, w jaki niegdyś jej dłonie przesuwały się po jego skórze. Jej oddech tuż przy jego uchu.
Leo odetchnął głębiej, przerywając bieg myśli. Policzki miał już wyraźnie czerwone. Było mu trochę głupio i niezręcznie, bo przecież wystarczyło zamknąć oczy, żeby znów mieć ją tak blisko – tak, że niemal czuł ciepło jej skóry. Przez to jednak dotarło do niego coś znacznie gorszego – Leo nie chciał, żeby wystarczyło mu tylko wspomnienie. Chciał zobaczyć ją jeszcze raz.
I to jeszcze tej nocy.
Wyłączył wodę. Stał jeszcze przez chwilę, zanim wyszedł spod prysznica, by wyszykować się na imprezę, której szczególnie wyczekiwał. Na łóżku leżała czarna koszula z logiem Tommy’ego, którą wcześniej przygotował na tę okazję, obok czarnych, garniturowych spodni o luźniejszym kroju i skórzanej kurtki. Na podłodze czekały czarne, skórzane loafersy, a na stoliku połyskiwał srebrny zegarek. Nie potrzebował wiele więcej. Wsunął spodnie, zapiął pasek i sięgnął po koszulę. Nie zapinał jej do samej góry, dwa górne guziki pozostawiając rozpięte, by odsłonić fragment klatki piersiowej. Rękawy podwinął niedbale do przedramion, a na nadgarstek założył zegarek. W lustrze poprawił jeszcze swoje kręcone, nieco niesforne włosy. Po prysznicu były wciąż lekko wilgotne i układały się znacznie mniej perfekcyjnie niż podczas pokazu, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Przez chwilę przyglądał się swojemu odbiciu, po czym sięgnął po perfumy. Jeden ruch nadgarstkiem, a drugi przy szyi. Był już gotowy do wyjścia.
Pojawił się niedługo później pod 1OAK, legendarnym klubem nocnym, który z jakiegoś powodu ponownie odżył przy okazji nowojorskiego Fashion Weeku. Gdy wysiadł z samochodu, uderzył w niego charakterystyczny gwar nocnego Manhattanu. Z wnętrza klubu sączył się ciężki bas, mieszający się z głosami ludzi stojących przed wejściem, śmiechem i pojedynczymi błyskami aparatów. Powietrze było chłodne, ale ulica tętniła energią typową dla późnego nowojorskiego wieczoru. Leo poprawił marynarkę i ruszył w stronę wejścia. Choć jego myśli wciąż nieopanowanie krążyły wokół Romy, z tyłu głowy nadal słyszał głos Rafe’a.
Nie rób niczego, co jutro mogłoby stać się nagłówkiem. Leo mimowolnie przewrócił oczami, czując narastającą irytację. Przecież nie wszystko, czego chciał, automatycznie musiało stać się nagłówkiem. Poza tym sam zakończył relację z Romy, więc nie mógł sobie niczego wyobrażać ani niczego planować. Chciał ją tylko zobaczyć. Tylko tyle… Bo to było wszystko, prawda?
Wszedł do środka. Bas grającej muzyki niemal natychmiast dotarł do jego ciała. W półmroku pulsowały światła, a jego oczy szybko zarejestrowały tłum ludzi – większość stanowili celebryci i znane nazwiska nie tylko ze świata mody. Wszyscy znaleźli się w jednym miejscu po to, by przez kilka godzin dobrze się bawić. On jednak szukał wzrokiem tylko tych osób, które go interesowały – a raczej tej jednej osoby. To było niemal zabawne, bo jeszcze rano myślał o tym after party z myślą o zapomnieniu. O przyjściu, wypiciu czegoś, spędzeniu czasu z przyjaciółmi albo nawet bez nich, i dobrze spędzonym wieczorze. A teraz jego myśli niemal obsesyjnie krążyły wokół blondynki, choć wcale nie powinny, bo przecież już dawno stracił do tego przywilej.
UsuńPrzebijał się przez tłum ludzi, którzy zdawali się ignorować jego obecność. Tylko pojedyncze osoby zatrzymywały go na krótkie powitania, lecz Leo odpowiadał im niemal automatycznie, nie pozwalając, by ktokolwiek zatrzymał go na dłużej.
W końcu udało mu się dotrzeć do baru.
— Whiskey sour, dzięki — powiedział od razu w kierunku barmana. Dopiero po tych słowach spojrzał na bok. Uśmiech pojawił się na jego twarzy niemal natychmiast — Cześć, Romy. Znów się widzimy, huh? — rzucił, nieco beznamiętnie, choć serce waliło mu jak szalone.
I got all these feelings that I'm maskin' (...)
I think about you and nothin' else
Leo 🖤
W momencie, w którym dotarło do niego w pełni, że Romy kolejny raz tego dnia naprawdę była obok niego, był na skraju tego, aby uwierzyć, że taka była wola losu. Bo przecież nie powinno jej tutaj być – a przynajmniej nie obok niego. W zasadzie, to sam powinien był odejść, szczególnie po tym wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Tak długo przecież próbował wmówić sobie, że najlepszym rozwiązaniem było zachowanie dystansu… Ta sytuacja jednak zbyt dobrze zdradzała jakim oszustem był Leone Maxwell – nie okłamywał jednak tylko Romy, ponad wszystko okłamywał samego siebie. Bo kiedy stała tak blisko, kilka kroków od niego, czuł się tak, jak gdyby wszystkie jego wcześniejsze postanowienia były jedynie sugestią, którą los postanowił zignorować. To jednak powodowało, że wszystkie zmysły sprawiały wrażenie wyostrzenia się do granic możliwość. Muzyka zdawała się grać dużo głośniej, ludzi zdawało się być więcej, a zapachy pożerały jego nozdrza. Każdy dźwięk docierał do niego z niemal irytującą wyrazistością, a jednocześnie wszystko poza nią zdawało się tracić ostrość. Miał ochotę rozpiąć o jeden guzik więcej, czując, jak ciepło rozlewa się po jego ciele. Serce biło mu jak szalone, a każdy kolejny oddech zdawał się zbyt płytki i szybki, jak gdyby samo jej towarzystwo odbierało mu możliwość zachowania nad sobą pełnej kontroli. Przejechał językiem po wewnętrznej stronie policzka, próbując w ten sposób zająć czymś uwagę. Cóż, bezskutecznie, bo wystarczyło, że kątem oka widział jasne włosy Romy, a jego myśli natychmiast wracały do niej.
OdpowiedzUsuńByło coś absurdalnego w tym, jak szybko jego ciało rozpoznawało jej obecność. Jeszcze przed chwilą potrafił swobodnie się witać, chwilę porozmawiać, słuchać muzyki czy obserwować ludzi krążących po klubie. Teraz każdy ruch Romy przyciągał jego uwagę, nawet jeśli nie robiła absolutnie niczego, co mogłoby ją zwrócić. To jednak nie zwiastowało nic dobrego… W końcu było to co innego niż przy pokazie. Tam byli ludzie; dziennikarze przeprowadzający wywiady, fotografowie robiący zdjęcia, przedstawiciele marek i setki spojrzeń, które mogły zatrzymać się na nich choćby na sekundę. Było tyle bodźców, że naturalnym było pilnowanie się, zachowywanie powagi i świadomości sytuacji, że każdy ich ruch mógł zostać zauważony. Tam musiał pamiętać, kim był, gdzie był i przede wszystkim – z kim siedział. Każdy gest należało kontrolować i każde spojrzenie trwało sekundę krócej, niż chciał. Nawet wtedy, kiedy Romy znajdowała się wystarczająco blisko, żeby poczuł jej obecność, nie mógł pozwolić sobie na nic więcej. Nie mógł patrzeć na nią zbyt długo, a już na pewno nie mógł pozwolić, żeby jego wzrok zatrzymał się na jej ustach. Nie wchodziło w grę, by pozwolić sobie na tę krótką, zdradliwą chwilę, w której mógłby zapomnieć, że wokół nich znajdowali się nie tylko ludzie, ale cień jego głupiej decyzji. A w dodatku wszystko to miało nieznośną kropkę nad „i” – Siennę Vale, która ciągnęła się za nim niczym cień. To było niewygodne i nieprzyjemne przypomnienie o tym, jak łatwo jedna decyzja potrafiła skomplikować coś, co już wcześniej było wystarczająco trudne. Za każdym razem, gdy tamto wspomnienie wracało, miał ochotę zacisnąć szczękę i odsunąć od siebie wszystkie związane z nim myśli. Tutaj jednak sytuacja była inna, bo nawet jeśli Rafe próbował wbić mu olej do głowy, w tym miejscu nikt nie próbował wymusić na nim zachowania dystansu. After party otwierało możliwości, których nie dawał mu pokaz. Takie, o których jeszcze chwilę temu nawet nie powinien był myśleć, a które teraz zaczynały pojawiać się w jego głowie jedna po drugiej. Nie musiał już zastanawiać się, czy ktoś zauważy, że patrzy na nią odrobinę za długo czy odsuwać się wtedy, kiedy miał ochotę zrobić coś dokładnie odwrotnego niż sobie obiecał.
To było jednak niebezpieczne, bowiem Romy była wystarczająco blisko, żeby mógł poczuć jej perfumy i wystarczająco blisko, żeby każde jej spojrzenie działało na niego zdecydowanie mocniej, niż powinno. Zapach jej perfum mieszał się z wonią alkoholu, dymem i ciężkim powietrzem klubu, a mimo to potrafił wyłapać go bez najmniejszego problemu. Gdy był od niej daleko, łatwo było zachować zdrowy rozsądek, tłumaczyć sobie sytuację, opanować emocje… Niestety, gdy była blisko, jeszcze łatwiej było zapomnieć o wszystkich powodach, dla których powinien trzymać się od niej z daleka. Bliskość odbierała sens wszystkim logicznym argumentom, a jego wyobraźnia tylko na to czekała, zupełnie tak, jak gdyby nie starczyło jej fantazjowanie o Romy Bellini jeszcze niedawno, w łazience. Nie, jego wyobraźnia była głodna nie tylko wrażeń… Była głodna Romy, dziewczyny, którą kochał i pragnął. Czuła głód za jej głosem, spojrzeniem i tym charakterystycznym półuśmiechem, który potrafił doprowadzić go do szału.
UsuńPodsuwała mu więc obrazy, których nie powinien dopuszczać do głowy i sprawiała, że coraz trudniej było udawać przed samym sobą, że ta bliskość nic dla niego nie znaczy. Co gorsza, nie musiał nawet świadomie ich przywoływać. Wystarczył jej wzrok i jej zniewalający widok, aby myśli wymknęły mu się spod kontroli. To jednak szczególnie ta jedna myśl była niebezpieczna – ta, która rozmyślała, co mogłoby się wydarzyć, gdyby przestał przejmować się tym, co wypadało, a co nie. Najgorsze było jednak to, że wraz z nią wracało coś, czego bał się chyba najbardziej – nadzieja.
I tym razem naprawdę miał ją na wyciągnięcie ręki.
Jeszcze chwila i pomyślę, że nie dajesz mi spokoju.
Serce zabiło mocniej, a na twarzy pojawił się półuśmiech. Leo na moment odwrócił wzrok, jak gdyby próbował powstrzymać wszystkie te uczucia, które w jednej chwili zaczęły w nim niebezpiecznie narastać. To było niemal żałosne, jak bardzo potrzebował tej jednej sekundy, żeby zebrać się w sobie. W tyle głowy dalej miał świadomość tego, że musiał być ostrożny, nawet jeśli oboje byli na imprezie zamkniętej. Nie było tutaj żadnych paparazzi, wścibskich fanów czy internetowych detektywów. Nie musiał nawet obawiać się o ludzi, którzy mogliby ich sprzedać jakiemuś portalowi plotkarskiemu, bo większość, jeśli nie każdy, na tego typu imprezach robił coś, co miało pozostać tylko w tych czterech ścianach. Właśnie dlatego Rafe powtarzał, że nie ma robić głupstw, ma być rozsądny – i on naprawdę chciał taki być. Chciał, bo sam przecież kilka miesięcy wcześniej podjął pewne, teraz już wiedział, że błędne decyzje. Nie było to jednak takie łatwe, jak mogło wydawać się Rafe’owi czy nawet jemu samemu – a już na pewno nie, kiedy Romy była tak blisko. I wyglądała tak cholernie pięknie i pociągająco.
Jego wzrok mimowolnie wrócił do blondynki. Zanim odpowiedział, niemalże odruchowo zlustrował ją wzrokiem. Od razu zauważył, jak materiał długiej, czarnej sukienki płynnie układał się na jej nogach. Zauważył odważne wycięcie, pokazujące dużo więcej, niż w ogóle życzyłby sobie zobaczyć, a które całkiem wyłączało jego opanowanie i zdrowy rozsądek. Cholera, wyglądała nieziemsko. Na sam widok jej kreacji i tego, jak zdobiła jej ciało, chcąc nie chcąc uruchamiając jego wyobraźnię już na pełnych obrotach, zapiekły go policzki. Przełknął ślinę i zacisnął szczękę, kiedy jego wzrok znów dotarł do jej ślicznej twarzy.
Wzrok jej jasnych oczu wyglądał hipnotyzująco w blasku neonowych świateł, które przesuwały się po jej twarzy wraz z rytmem muzyki. Raz zatapiały się w błękicie jej tęczówek, innym razem odbijały na kościach policzkowych, nadając jej rysom niemal nierealny charakter. Blond włosy połyskiwały przy każdym ruchu. Wyglądała jak bogini – jego bogini. I przez tę jedną myśl poczuł, jak coś zaciska mu się w gardle. Bo przecież właśnie o tym nie powinien był myśleć. Nie powinien wciąż nazywać jej w swojej głowie swoją, nawet jeśli nigdy nie przestał czuć, że jakaś jej część wciąż do niego należała.
Wiedział więc, że nie powinien pożerać jej wzrokiem w taki sposób, jak to teraz robił. Nie potrafił się jednak powstrzymać, nawet jeśli tego by chciał. Jego wzrok przesuwał się po niej powoli, niemal bezwstydnie, jak gdyby próbował zapamiętać każdy szczegół, na który kilka godzin wcześniej nie pozwalał sobie patrzeć. A im dłużej ją obserwował, tym trudniej było mu udawać przed samym sobą, że był rozsądny, a Romy nie robiła na nim żadnego wrażenia. Robiła, i to bardzo – na tyle, by pojawiło się to nazbyt znajome ciepło rozlewające się po karku i policzkach. Ciepło, które tylko się nasiliło, kiedy zauważył, że ona również swoim spojrzeniem nie pozostaje mu dłużna.
Usuń— Jeszcze tak nie pomyślałaś, Ro? — odpowiedział, przesuwając wzrokiem po jej twarzy, aż znów wrócił do jej oczu. Na jego twarzy pojawił się nieco pewniejszy, trochę zaczepny uśmiech, a razem z nim błysk w zielonych oczach, który nie zapowiadał nic dobrego. Cóż, naprawdę chciał być rozsądny… Problem tkwił w tym, że jak dotąd nie umiał przecież taki być.
Gdy barman podał mu szklankę z drinkiem, przesunął ją do siebie jednym ruchem, jego wzrok jednak nadal był skupiony tylko na Romy. Nie przeszkadzała mu już głośno grająca muzyka, neony tańczące w tym samym rytmie, co ludzie na parkiecie. Nie przeszkadzało mu nawet, jak dużo ludzi ich mijało, zaburzając ich przestrzeń. Przeszkadzał mu tylko dystans, który ich dzielił. Ten cholernie niewielki dystans, który wciąż wydawał mu się o kilka centymetrów za duży. W pierwszej chwili nie poruszył się, poprawiając rękaw podwiniętej czarnej koszuli. Kurtkę oddał jednemu z pracowników klubu, gdy tylko wszedł do środka, co teraz okazało się zbawienne, biorąc pod uwagę rozlewające się po jego ciele ciepło, gdy obserwował Romy. Materiał koszuli przylgnął lekko do jego skóry, a on przez moment miał absurdalną ochotę zrobić cokolwiek, byle tylko zająć czymś dłonie.
— Przyłapią? — uniósł brew, upijając łyk Whiskey Sour i opierając się przedramieniem o blat baru. Jego wzrok nadal był skupiony tylko na niej — Przecież tylko rozmawiamy, Ro — dodał, uśmiechając się zaczepnie. Na moment odsunął od niej wzrok, patrząc na drink, który trzymał w dłoniach, i lekko obracał szklankę wokół własnej osi. Ten mały gest miał pomóc mu opanować szalejące w nim emocje, ale wcale nie był pomocny. Wręcz przeciwnie. Im bardziej próbował się uspokoić, tym bardziej był świadomy jej obecności.
Na jej kolejne słowa zaśmiał się cicho pod nosem, po czym znów na nią spojrzał. Kącik jego ust uniósł się nieznacznie, a brwi powędrowały ku górze, jak gdyby właśnie usłyszał coś, co wyjątkowo go rozbawiło. Nie odsunął się jednak ani nie zrobił niczego więcej. Pozostał oparty o bar, z jedną dłonią luźno obejmującą szklankę, drugą opartą na blacie. Pozornie spokojny, a w rzeczywistości coraz bardziej świadomy tego, że wystarczyłby jeden ruch z jej strony, żeby cała ta kontrola przestała mieć znaczenie.
Milczał jeszcze chwilę, jak gdyby walczył z własnymi myślami. Nagle wyprostował się i przybliżył do Romy. Dzielił go tylko symboliczny dystans – problem tkwił w tym, że sam do tego doprowadził. Miał już ją na wyciągnięcie ręki, a to spowodowało, że serce biło już jak szalone, w uszach dudniło, a w brzuchu rozlewało się intensywne ciepło. Teraz dzieliło ich tak niewiele, że mógł niemal uwierzyć, że gdyby wyciągnął dłoń, znalazłby jej ciało pod palcami. Ta myśl była wystarczająco kusząca, żeby przez sekundę naprawdę rozważyć, czy powinien to zrobić. Romy, cholera, co ty ze mną robisz, pomyślał, zaciskając szczękę. Patrzył jej prosto w oczy, próbując odnaleźć w nich jakikolwiek powód, żeby się wycofać.
Nie znalazł żadnego.
— Nie wiem, ty mi powiedz, Ro — odpowiedział, lekko przechylając głowę. Przez moment przyglądał jej się w milczeniu. Jego spojrzenie zdradzało, że pod tą pozorną swobodą czaiło się napięcie, którego nie potrafił już całkowicie ukryć — Brzmisz prawie tak, jakbyś miała coś przeciwko — dodał zaczepnie, nieco prowokującym tonem. Uśmiechnął się szerzej, choć zaraz potem znów upił łyk drinka, jak gdyby tym razem to alkohol miał zrobić za niego całą resztę, a kilka kropel Whiskey Sour mogło zagłuszyć to, czego jeszcze nie odważył się powiedzieć na głos.
Usuńjust call my name, I'm yours to tame (...)
I'm wide awake, I crave your taste
Leo 🖤